Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Pamięć o Janie Pawle II. Potrzebujemy „psychoterapii narodowej”

Wizyta Jana Pawła II w Sejmie RP, 1999 rok. Od lewej: watykański Sekretarz Stanu kard. Angelo Sodano, marszałek Senatu Alicja Grześkowiak, Jan Paweł II, marszałek Sejmu Maciej Płażyński. Fot. Sejm RP

Papież Polak stał się opoką polskiej tożsamości narodowej. Tyle że teraz przedstawiamy go w sposób rozszczepienny: jedni go idealizują, drudzy dewaluują – mówi psychiatra Krzysztof Krajewski-Siuda.

Listę 30 artykułów o stosunku Jana Pawła II do problemów wykorzystywania seksualnego, zamieszczonych w serwisie Więź.pl od listopada 2020 r., można znaleźć pod tym tekstem. W publikacjach z tej dziedziny redakcja przyjmuje opcję preferencyjną na rzecz osób skrzywdzonych. Każdy tekst ma jednak charakter autorski.

Wesprzyj Więź.pl

Zbigniew Nosowski: „Potrzebujemy jakiegoś rodzaju «psychoterapii», by jako naród sobie z tym poradzić” – napisał Pan w mediach społecznościowych tuż po emisji filmu Marcina Gutowskiego w TVN24 o postawie kard. Karola Wojtyły wobec przypadków wykorzystywania seksualnego w archidiecezji krakowskiej. W Niedzielę Palmową w wielu polskich miastach odbyły się marsze w obronie Jana Pawła II. Doszło też do przypadków zniszczenia pomników polskiego papieża. Wygląda na to, że miał Pan rację i jakaś narodowa psychoterapia jest rzeczywiście potrzebna.

Krzysztof Krajewski-Siuda: Wydaje mi się, że jesteśmy jako Polacy w tej kwestii w takim momencie, że szarpią nami bardzo silne emocje i to z różnych stron. Dzieje się tak dlatego, że niewątpliwie Jan Paweł II jest postacią wielką, na której budujemy tożsamość, także polską tożsamość narodową. Z tym że postać papieża jest przedstawiana w sposób zupełnie nienaturalny, a teraz dodatkowo jeszcze w sposób rozszczepienny. 

Najpierw porozmawiajmy o własnych emocjach, ponazywajmy je. A potem warto przeczytać słowa Jana Pawła II o tym, że solidarność zawsze musi być przed walką

Krzysztof Krajewski-Siuda

Udostępnij tekst

Rozszczepienny?

– To znaczy, że z jednej strony mamy do czynienia z dużą grupą osób, które idealizują Jana Pawła II, dewaluując wszystkich, którzy mają jakieś wątpliwości czy pytania (ci stają się w ich oczach ludźmi atakującymi Kościół). A z drugiej strony mamy też bardzo silną i wpływową grupę osób, które dewaluują papieża Polaka.

Te dwie grupy i te dwa dyskursy się nie spotykają. W konsekwencji rozszczepienie wydaje się coraz silniejsze. I stąd ten mój postulat „psychoterapii narodowej”. Mówię to oczywiście w cudzysłowie. Jest to określenie ryzykowne, ale używam go jako metafory mającej wyrazić potrzebę takiej refleksji i takiej opowieści, które doprowadzą do bardziej zintegrowanego spojrzenia na Jana Pawła II.

Czym byłoby podejście zintegrowane?

– Spojrzeniem na niego jako na człowieka, który miał wiele silnych stron, ale też mógł się mylić, mieć różne swoje słabości i ograniczenia. Bo przecież Baranek bez skazy jest tylko jeden: Chrystus.

Mówię to, nie będąc historykiem i nie znając archiwalnych szczegółów dotyczących faktów, o które toczy się spór. Rozstrzygnięcie tego sporu wymaga oczywiście badań historycznych. Wypowiadam się jako psychiatra i psychoterapeuta zainteresowany tym, jak my, Polacy, przeżywamy Jana Pawła II.

Zgadzam się więc z Ewą Kusz, też psychoterapeutką, która pisała na łamach Więź.pl, że dekonstrukcja mitu „Jana Pawła II Wielkiego” może być szansą dojrzewania w wierze, że mamy szansę „uczłowieczyć” na nowo Karola Wojtyłę, pokazując jego postać całościowo – czyli z jego zaletami i wadami, z jego dokonaniami i popełnianymi błędami.

Skąd się bierze idealizacja papieża Polaka? Na co ona odpowiada?

– Pod idealizacją najczęściej ukrywa się jakiś deficyt. To chyba prawdziwe stwierdzenie również w tym przypadku. Jesteśmy jako Polacy narodem mocno upokorzonym po II wojnie światowej. I oto nagle temu narodowi objawił się Jan Paweł II jako obiekt prawie idealny. Taka świetlana postać była nam, Polakom, wyraźnie potrzebna.

Papież rodak stał się symbolem spajającym i łączącym różne pokolenia, ludzi o różnych poglądach. W okresie stanu wojennego taka była zresztą realna rola Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce, więc ziarno trafiło na podatny grunt. Tęskniliśmy za obiektem idealnym i trafił się znakomity kandydat – ale w ten sposób odczłowieczyliśmy Karola Wojtyłę.

Rozmawiamy o tej idealizacji w Wielkim Tygodniu. Powiem więc, że boję się trochę, aby spór o Jana Pawła II nie przesłonił nam istoty chrześcijaństwa, żeby nie zabrał nam świąt wielkanocnych. W kościołach czytane są w tych dniach ewangeliczne opisy, jak to wszyscy apostołowie opuścili Jezusa. A my tu spieramy się o bezbłędność jednego z następców apostołów. A przecież on nie ma być większy od apostołów!

Papież Franciszek na początku swego pontyfikatu prosił, by go nie idealizowano. Powoływał się nawet na Freuda (co byłoby nie do wyobrażenia kilkadziesiąt lat temu), mówiąc, że pod taka idealizacją kryje się agresja. Natomiast Jana Pawła niewątpliwie jako Polacy idealizujemy.

A jak mogłaby wyglądać psychoterapia narodowa, którą Pan postuluje? Wyobraźmy sobie, że przychodzi do Pańskiego gabinetu taki poróżniony naród – trochę jak rodzina dysfunkcyjna: pokłócony,  spierający się, wyrzucający sobie nawzajem z jednej strony idealizację, z drugiej dewaluację. Jak ten naród zintegrować? A może to po prostu niemożliwe, bo chodzi o tożsamość, którą jedni chcą podtrzymywać bez zmian, a drudzy chcieliby ją gruntownie przebudować?

– Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Jak to zrobić, żebyśmy się w tych sporach nie zapędzili, nie „pozabijali” – rzecz jasna w cudzysłowie, bo nie widać na tym tle żadnych zachęt do przemocy fizycznej. Są jednak wzajemne zarzuty ze sfery przemocy symbolicznej. Widać to w kontaktach rodzinnych, towarzyskich czy przyjacielskich. Trudno Polakom rozmawiać w spokoju o Janie Pawle II.

Być może wymaga to jeszcze czasu, może to jakoś ucichnie. Może trzeba zejść głębiej, dostrzec samo sedno pytań, które się rodzą?

Co jest według Pana tym sednem?

– Pytania o to, jak pomóc osobom wykorzystanym. W reportażu Marcina Gutowskiego na mnie najbardziej oddziaływały wystąpienia osób zranionych. One przez lata wkładały ogromny wysiłek emocjonalny w to, by swoją traumę utrzymać w tajemnicy. I dopiero teraz, mając już około 70 lat, mogą i potrafią o tym doświadczeniu opowiedzieć. Rzecz jasna, nie jest to dla nich łatwe. To ogromne przeżycie, jak widać na ekranie.

Warto więc w tej sytuacji spojrzeć na Jana Pawła II nie jako ojca ojczyzny, pater patriae, lecz jako człowieka funkcjonującego w uwarunkowaniach swoich czasów, targanego różnymi konfliktami wewnętrznymi. Może jakąś pomocą będą odwołania do Ewangelii?

Psychiatra będzie mówił o Ewangelii?

– Prof. Antoni Kępiński mówił, że Biblia to najlepszy podręcznik psychiatrii. Mnie bardzo interesują, właśnie jako psychiatrę, te fragmenty Ewangelii, w których Jezus ujawnia swoje emocje. W Ewangeliach synoptycznych zapisana jest na przykład scena uzdrowienia mężczyzny z uschniętą ręką. Łukasz, z zawodu lekarz, jest tu nawet bardzo precyzyjny, mówiąc o człowieku z uschniętą prawą ręką. Ten człowiek nie może więc pracować. I Jezus uzdrawia go w szabat, łamiąc przepisy religijne.

Najpierw Jezus wywołuje go, żeby stanął w centrum: „Podnieś się i stań na środku!” (Łk 6,8). Relacja Łukasza opisuje emocje faryzeuszy, którzy wpadają w szał. Na to sam Jezus reaguje – to już według ewangelisty Marka – gniewem, a potem smutkiem wobec zatwardziałości ich serc.

Mamy więc opis silnej emocjonalności Jezusa. Zostało to zapisane około 30 lat po wydarzeniu. Tam nie było telewizji TVN, nie było redaktora Gutowskiego z ukrytą kamerą, a jednak te emocje zostały zapamiętane i utrwalone. 

Dla mnie ciekawe jest w tych opisach, że mamy relacje – niczym dziennikarskie – z dwóch stron. Ewangelista Marek jest uczniem Piotra, więc możemy wyobrazić sobie go stojącego wtedy przy Jezusie. Z kolei Łukasz był uczniem Pawła, czyli faryzeusza. Może w tej tradycji przechowano reakcje drugiej strony?

Ważne też, że te bardzo silne reakcje emocjonalne nie spotykają się w jednym opisie. Dlatego ta scena kojarzy mi się jakoś z tym, co przeżywamy obecnie wokół Jana Pawła II. Są dwie grupy, które przeżywają silne emocje i trudno im się porozumieć.

A co na to Jezus?

– No właśnie! On tam zadaje pytanie, czy w szabat można zrobić coś dobrego, czy coś złego, czy można człowieka ocalić, czy można człowieka zabić. To są bardzo mocne słowa, nawet wydają się trochę nadmiarowe. Ale ich istota to pytanie – jakże aktualne – o to, czym jest w tej sytuacji religia, czym może i powinien być Kościół. Czy ma służyć ocaleniu człowieka (jako szpital polowy, dodałby papież Franciszek), czy też doprowadzać do jego krzywd i zranień?

Chrystus stawia faryzeuszom w centrum człowieka cierpiącego. Burzy pewien ład i spokój, ich ciepełko religijne. Pokazuje, że wszystkie rytuały są na nic, jeśli nie służą drugiemu człowiekowi. I tu właśnie pojawia się obecny polski kontekst osób wykorzystanych seksualnie. W natłoku naszych silnych emocji często gubią się nam te osoby, ich krzywdy, ich późniejsze doświadczenia. 

Nic tak nie przemienia, jak spotkanie z osobą skrzywdzoną. Niestety, jak widać, łatwiej czasem być obrońcą wiary, krzyża i Jana Pawła II niż spotkać zranionego człowieka

Krzysztof Krajewski-Siuda

Udostępnij tekst

Patrząc przez pryzmat tej ewangelicznej historii, chodzi więc o realne postawienie w centrum człowieka zranionego. To wiąże się z ryzykiem, że niektórzy uznają tę sytuację za atak na zasady religijne, atak na Kościół. Ale jeśli ktoś jest człowiekiem wierzącym, to powinien sobie zadać pytanie o to, co/kto stoi w centrum jego postawy duchowej.

Wiele osób odpowie, że papież Polak został kanonizowany, jest święty, więc nie można mu zarzucać takich błędów.

– Nie wypaczajmy rozumienia świętości! Nie można jej sprowadzać do doskonałości moralnej, do perfekcjonizmu, wokół którego wszystko ma się „kręcić”. Takie dążenie do perfekcyjnej świętości jest wręcz, powiedziałbym, bluźniercze. Bo przecież świętości się nie „zdobywa”, nie „osiąga”! Świętość się raczej odkrywa, odsłania, ujawnia.

Ale jak o tym rozmawiać przy świątecznym stole?

– Ks. Krzysztof Grzywocz pięknie tłumaczył, że spotkanie to wspólne tkanie – trzeba więc mozolnie tkać. Mówić o różnych trudnych emocjach, które w nas są. Ponazywać te emocje. Pokazywać, skąd się bierze nasze własne postrzeganie świata i Jana Pawła II.

Ale jednocześnie trzeba być gotowym do spojrzenia na świat i na osobę Jana Pawła II oczami drugich. Trzeba dopuścić w sobie taką odmienną perspektywę, zastanowić się, skąd ona się bierze. Dopóki będziemy postrzegać siebie nawzajem jako dwa walczące ze sobą obozy, to się nie spotkamy i nic wspólnie nie utkamy. 

Trzeba więc przede wszystkim zobaczyć drugiego człowieka i jego doświadczenie – niezależnie od tego, czy dewaluuje, czy też idealizuje Jana Pawła II. Warto zastanowić się, co ten drugi przeżywa i skąd się to może brać. Dopiero wtedy możemy jakoś na nowo zbliżyć się do siebie.

A może pomocna byłaby tu analogia z grupami wsparcia? Pan ma liczne doświadczenia prowadzenia takich grup, w tym pierwszej grupy wsparcia dla mężczyzn dotkniętych przemocą seksualną w Kościele.

– Pracuję także na co dzień z osobami wykorzystanymi seksualnie w rodzinach i w innych środowiskach. To zawsze jest bardzo trudne doświadczenie. Najpierw trzeba pomóc, żeby dana osoba weszła w pozycję ofiary. Celowo używam tu określenia „ofiara”, które raczej pomijam publicznie, żeby nie stygmatyzować osób zranionych. Ale w procesie terapeutycznym ważne jest jasne dostrzeżenie, kto jest sprawcą przemocy seksualnej, a kto ofiarą. Dzięki temu można potem porzucić samookreślenie siebie jako ofiary i zacząć żyć.

Przenosząc te doświadczenia na spotkania przy rodzinnym stole, powiedziałbym, że jeśli uda się wymienić z kimś drugim opisem własnego doświadczenia, bólu i cierpienia, to jest się zrozumianym, łatwiej jest mówić i żyć. Przynosi to ulgę, choć na początku jest obarczone ogromnym wysiłkiem i trudnymi emocjami.

A może te nasze spotkania rodzinne przy świątecznych stołach to po prostu spotkania osób zranionych? Zranionych na różne sposoby. Jedni są zranieni, bo uważają, że ci drudzy urządzają atak na coś dla nich absolutnie fundamentalnego, na opokę ich tożsamości. A ci drudzy się oburzają, bo przecież oni tylko zadają pytania, a w tym nie ma przecież nic niestosownego. I, jak w kłótni małżeńskiej, następuje przerzucanie się „argumentami”. Jak z tego wyjść?

– To prawda, że nasze osobiste zranienia i deficyty nakładają się na ten spór. Przenosimy je niejako na Jana Pawła II. Trafna jest też analogia z kłótnią małżeńską.

Ważne więc, by nie wpaść w zjawisko nazywane „tańcem krzywd do win”. Gdy jedna osoba czuje się zraniona, wywołuje to w drugiej poczucie winy. Ale poczucie winy jest tak dojmujące, że ta druga za chwilę powie, że już nie może sobie z tym poradzić, że sama się czuje zraniona tą sytuacją. W związku z tym ta pierwsza będzie miała poczucie winy – i tak to będzie narastało…

Z tego sprzężenia zwrotnego nie ma innego wyjścia jak uświadomienie sobie, że jeśli pójdziemy w takie skrajności w myśleniu i mówieniu o Janie Pawle II, to stracimy wszyscy, zniszczymy coś ważnego, podzielimy się w taki sposób, że nigdy się już nie spotkamy.

To jak rozmawiać na ten temat przy świątecznych stołach?

– Trzeba pozwolić sobie na pewne emocje, jakoś się im poprzyglądać, ponazywać je, ale niekoniecznie się nimi kierować. Kierowanie się tylko emocjami prowadzi do takich działań jak dewastacja pomników czy inne czyny chuligańskie. Jednak nie można też emocji stłumić, trzeba je wypowiedzieć przed kimś drugim.

Ale emocje nie są wieczne. Przyjdzie więc czas także na syntezę. Na razie trzeba pilnować, żeby z jednej strony. zamykając się w swoim ciepełku religijnym, nie przeoczyć cierpienia osoby zranionej, a z drugiej strony, żeby nie zakwestionować istnienia sacrum i potrzeby autorytetów. Żebyśmy nie byli ślepi ani na wielkość Jana Pawła II i jego rolę w historii, ani na jego uwikłania w historię i ograniczenia epoki.

A cały czas trzeba pamiętać, co jest najważniejsze. I tu wrócę do tej ewangelicznej opowieści. Najważniejsze, by dostrzec krzywdę zranionych, postawić ich w centrum, usłyszeć ich ból, który jest ważniejszy niż dobre imię instytucji.

Czasem przydałoby się także trochę wiedzy specjalistycznej. Na przykład osoby wykorzystane seksualnie dość często dodają nowe szczegóły wydarzeń, zmieniają niektóre okoliczności. Potocznie wzbudza to podejrzenia. Ludzie reagują: Co? Nagle mu się przypomniało coś, czego nie pamiętał 10 minut wcześniej?

Tymczasem dla fachowców taki nagły przypływ wspomnień (zwany zjawiskiem inkadencji) jest wręcz argumentem na wiarygodność zeznającej osoby. Paradoksalnie to, co potocznie wydaje się niewiarygodne, wzmacnia wiarygodność w oczach psychologów i psychiatrów. Wiadomo to na podstawie badań naukowych, które w Niemczech przeprowadzano na tysiącach osób skrzywdzonych.

Miałby Pan jakąś konkretną metodę pracy dla rodzinnych grup wsparcia przy świątecznych stołach, gdy spotkają się przedstawiciele różnych polskich „plemion”?

– Najpierw, jak już mówiłem, porozmawiajmy o własnych emocjach. Trzeba skupić się na wzajemnych przeżyciach. Co z nami robi cała ta sytuacja? Jak to przeżywamy? Co czujemy wobec informacji o osobach zranionych? Czy nie jesteśmy jakoś ślepi? Czy nie chcemy uciec od czegoś, co jest niewygodne, zagrażające, trudne? Co czujemy, słysząc te różne narracje o Janie Pawle II? Jeżeli nazwiemy te emocje, to one o połowę osłabną.

Wtedy będzie czas na głębszą refleksję. Może jakimś sposobem na rodzinne rozmowy byłoby przeczytanie słynnych słów Jana Pawła II z gdańskiej Zaspy o tym, że solidarność zawsze musi być przed walką? Jaka to piękna definicja: „Solidarność to znaczy sposób bytowania w wielości ludzkiej, na przykład narodu, w jedności, w uszanowaniu wszystkich różnic, wszystkich odmienności, jakie pomiędzy ludźmi zachodzą, a więc jedność w wielości, a więc pluralizm, to wszystko mieści się w pojęciu solidarności”.

Nawiasem mówiąc, można używać tych samych słów i mieć na myśli coś zupełnie innego. Na przykład abp Marek Jędraszewski mówił niedawno w kontekście obrony Jana Pawła II: „Musimy walczyć. Nie przemocą, prawdą. Musimy walczyć modlitwą. Musimy zmagać się, ciągle umacniać solidarność polskich serc. Bo tu chodzi o Polskę”.

Czyli walka przed solidarnością? Albo walka jako sposób umacniania solidarności? Według Jana Pawła II jest inaczej: „Solidarność musi iść przed walką. Wówczas ludzkość może przetrwać. I może przetrwać i rozwijać się każdy naród w wielkiej ludzkiej rodzinie”.

Wesprzyj Więź

Nic tak nie przemienia, jak spotkanie z osobą skrzywdzoną. Niestety, jak widać, łatwiej czasem być obrońcą wiary, krzyża i Jana Pawła II niż spotkać zranionego człowieka.

Krzysztof Krajewski-Siuda – dr hab. nauk medycznych, psychiatria i psychoterapeuta. W latach 2015–2019 profesor w Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Pomysłodawca i współorganizator pierwszej w Polsce konferencji poświęconej psychoterapii osób duchownych i zakonnych; prowadził grupę wsparcia dla mężczyzn zranionych w Kościele (dzięki grantowi Fundacji Świętego Józefa KEP). Obecnie zajmuje się prywatną praktyką lekarską. Współautor (razem z Szymonem Żyśko) książki „Męska depresja. Jak rozbić pancerz”. Pracuje z Tomaszem Terlikowskim nad książką o styku psychiatrii i duchowości (wywiad rzeka), która ukaże się w tym roku.

Jan Paweł II wobec wykorzystywania seksualnego. Publikacje na Więź.pl:

Tośka Szewczyk: O nas znowu bez nas. List skrzywdzonej do samej siebie
Robert Fidura: Dlaczego Jan Paweł II nam nie dowierzał?
Tomasz Krzyżak: Dlaczego Wanda Półtawska przemycała list do papieża pod bluzką?
Tomasz Polak: Abp Paetz, papież Jan Paweł II i odpowiedzialność
Anna Karoń-Ostrowska: Oddzielne zamknięte światy Jana Pawła II
Michnik, Nosowski, ks. Szostek: I wielki, i omylny. Jakim przywódcą był Jan Paweł II?
Marcin Gutowski: „Bielmo”. Nie znaliśmy Jana Pawła II jako „szefa”
Henryk Woźniakowski: Jan Paweł II, czyli świętość niedoskonała
Ks. Alfred Wierzbicki: Nie lękajcie się… prawdy o Janie Pawle II
Rafał Majda: Na wskroś autentyczny klerykalizm Karola Wojtyły
O. Adam Żak SJ: „Bielmo”? Czytelnik może czuć się zmanipulowany
Ks. Andrzej Szostek: Tajemnica sumienia Jana Pawła II
Jacek Moskwa: Ideologia „sekretu papieskiego” pozostaje w mocy
Karol Tarnowski: Zaufanie jest ryzykiem. Moje posłowie do „Bielma”
Marek Lasota: Karol Wojtyła, Ekke Overbeek, pedofilia i SB
Zbigniew Nosowski: Rachunek sumienia – także za Jana Pawła II
Sebastian Duda: Obrona Jana Pawła II jako przemoc w Kościele
Aleksander Bańka: Może reportaż „Franciszkańska 3” wymusi wreszcie większą troskę o ofiary
Bp Damian Muskus: Błogosławieni rozsądni. Nie potrzebujemy nowej wojny polsko-polskiej
Ewa Kusz: Spór o Jana Pawła II jako szansa
Tomasz Terlikowski: Uznanie, że wszyscy tak robili, nie oznacza uleczenia ran
Ks. Rafał Dudała: Czas na akt odwagi i pokory, do którego wzywał Jan Paweł II
Krzysztof Bramorski: Jan Paweł II i afera ahistoryczna, czyli ważne są fakty
Jerzy Sosnowski: Obserwuję to, co się dzieje wokół Jana Pawła II, i z rozmysłem milczę
Ks. Alfred Wierzbicki: Nieświęta wojna o Jana Pawła II
Paweł Stachowiak: Jan Paweł II – bardziej człowiek, mniej świątek
Sebastian Adamkiewicz: Jan Paweł II jako polska baśń
Tomasz Terlikowski: Kremówki, „Barka” i marsze nie obronią świętości Jana Pawła II
Bartosz Bartosik: Tylko prawda może odnowić Kościół
Abp Grzegorz Ryś: Mierzmy się ze złem w Kościele w imię posłuszeństwa Janowi Pawłowi II

Zranieni w Kościele

Podziel się

4
1
Wiadomość

Kiedy przy stole pojawią się razem Polacy myślący syntetycznie i Polacy myślący analitycznie to lepiej o JPII nie rozmawiać. Szkoda zastawy.
Pogoda w tym roku zwariowana więc tematów nie zabraknie…..

Przy świątecznym stole rozmawiamy o sprawach nas bezpośrednio tyczących, o rodzinie dzieciach wnukach, o pogodzie, planach na najbliższą przyszłość. Poruszamy problemy naszego życia codziennego, potrzeby jakie kto ma i ewentualną wzajemną pomoc. Nie ma miejsca na politykę, sprawy kościółkowe. Bardzo się staramy by nikogo nie urazić, zasmucić. Małżonka dużo serca wkłada by wszystkim smakowało, a na mnie spoczywa obowiązek kreowania dobrej atmosfery przy stole. Terapie w mojej parafii ludzie zorganizowali sobie sami. Proboszcz biadolił, że wszędzie mają ulicę im. JP II tylko u nas ani pomnika, ani nic. No i znalazły się aktywistki, wybrały cel i dalej zbierać podpisy. Kto by nie podpisał, gmina przyklepała i gotowe. No i zaczynają się schody, dokumenty trzeba wymieniać, adresy, firmy, księgi wieczyste … . Larum się podniosło, kto za to płacił będzie. Jak żeśta chcieli to macie, ksiądz prychnął z ambony. Więcej niż 10 lat minęło a Meksyk jak był, tak do dziś jest w głowach mieszkańców. Tak się nazywała ta ulica przechrzczona. Pytasz o JP nikt nie wie. Meksyk, a trzeba było od razu.