Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Jan Paweł II i afera ahistoryczna, czyli ważne są fakty

Abp Karol Wojtyła podczas obchodów tysiąclecia chrztu Polski w Starym Sączu, lipiec 1966. Fot. NAC

Nie ma powodu, by powstała tylko jedna, koncesjonowana przez episkopat komisja historyczna. Zewnętrzną, niezależną komisję mogłaby powołać np. Polska Akademia Nauk.

Kontynuujemy dyskusję wokół kwestii odpowiedzialności kard. Karola Wojtyły/papieża Jana Pawła II za tolerowanie wykorzystywania seksualnego w Kościele. Listę ponad 20 artykułów na ten temat zamieszczonych w serwisie Więź.pl od listopada 2020 r. znaleźć można pod tekstem. W publikacjach z tej dziedziny redakcja przyjmuje opcję preferencyjną na rzecz osób skrzywdzonych. Każdy tekst ma jednak charakter autorski.

Wesprzyj Więź.pl

Filiżanka. Chusteczka z monogramem. Ostatni różaniec, na którym modlił się w swojej kaplicy w środę czy czwartek przed śmiercią. Podpisane własnoręcznie osobiste błogosławieństwo, zdjęcie, list. Zdjęcia ze spotkań. To pamiątki po Janie Pawle II, które – nadal – są dla mnie cenne. Dlaczego „nadal”? Bo w ostatnim czasie zrobiono wiele, by postrzeganie Karola Wojtyły, widzianego przez pryzmat 27 lat jego pontyfikatu, zmienić.

Akcent świadomie kładę tu „zrobiono wiele – by zmienić”, a nie na przykład na „stało się wiele – co zmieniło”. Obserwując proces komentowania zdarzeń z okresu pontyfikatu papieża Polaka – a ostatnio także z jego okresu krakowskiego – nie da się bowiem uciec od niepokojącego poczucia déjà vu. Wydaje się otóż polską specyfiką w odniesieniu do wydarzeń i postaci historii najnowszej swego rodzaju koniunkturalne ich postrzeganie, podatne tak na wpływy polityczne, jak – rzeczywiste bądź domniemane, a nawet świadomie kreowane – oczekiwania społeczne.

Czy istnieje jeszcze szansa na rzetelną dyskusję? Tak. Warunkiem jest jednak otwartość, uczciwość i rzetelność po obydwu stronach umownej barykady

Krzysztof Bramorski

Udostępnij tekst

Okazuje się nawet, że wolno obecnie inną miarę przykładać do źródeł tego samego rodzaju w zależności od tego, kogo dotyczą – raz odmawiając im jakiejkolwiek wiarygodności, gdy chodzi o osobę, której chce się bronić, innym zaś razem, uznając je za w pełni wiarygodne, gdy mówią o kimś, kogo chce się zdyskredytować. Tak, zupełnie świadomie przeciwstawiam tu narrację dotyczącą Lecha Wałęsy i Jana Pawła II – wielkich Polaków, którzy nawzajem darzyli się szacunkiem.

Hipoteza oparta na hipotezie

Przeczytałem „Maxima culpa”, od której „nienachalnej” promocji przez „wycieki” wątków uznanych przez kogoś za co bardziej smakowite rozdmuchana obecnie burza się zaczęła. Wśród „odkrywczych” publikacji ostatniego czasu na tematy okołokościelne plasuję tę książkę nieco powyżej „Sodomy” Martela, która – będąc słabą źródłowo i dowodowo – stanowiła jednak próbę poszukiwania i pokazania oryginalnych argumentów na tezę autora. Umieszczam ją jednak znacznie wyżej od jedynie odtwórczej, bazującej na wiedzy znanej wcześniej z innych źródeł, i kompromitującej pod względem metodologicznym przynajmniej jednego z autorów, „Gomory” Obirka i Nowaka.

„Maxima culpa” Overbeeka swoją pozycję w moim prywatnym rankingu zawdzięcza wyrażanej przez autora chęci oparcia ustaleń na udokumentowanych źródłach. Niestety, zamiarowi temu nie sprostała. Skończywszy lekturę, na kilka dni przed oficjalną premierą książki napisałem więc w prywatnym komentarzu: „trzęsienia ziemi nie będzie”. Dlaczego? Bo książka ta, także bazując na częściowo znanych już wcześniej okolicznościach, ciężko grzeszy jednostronnością źródeł, ich ograniczonością oraz brakiem dystansu, obiektywizmu i koniecznej przy zajmowaniu się tematyką historyczną tych źródeł weryfikacji.

Można oczywiście próbować usprawiedliwiać autora brakiem dostępu do materiałów „drugiej strony”, czyli archiwów kościelnych (o czym dalej), jednak nie usprawiedliwia to nadania książce posmaku sensacyjnej publicystyki. Ponadto także źródła jednostronne, w tym wypadku jako pochodzące od instytucji programowo walczącej z Kościołem obarczone dodatkowo piętnem stronniczości, mogą stanowić źródło wiedzy – jednakże pod warunkiem poprawnej metodologicznie pracy, właściwie wychwytującej poddające się jeśli nie weryfikacji, to choćby konfirmacji tropy.

Tego w książce Overbeeka zabrakło. Dużo w niej przypuszczeń i spekulacji: „jeśli papież zrozumiał… jeśli ta historia jest prawdziwa… jeśli dotarło do papieża…” „w aktach nie ma dowodu na taką prowokację, ale zbieg okoliczności daje do myślenia”, „funkcjonariusz Bobek zawalił sprawę [nie udało się zebrać dowodów – przyp. aut.], jest jednak bardzo prawdopodobne [dlaczego?], że Wojtyła o niej słyszał”.

A oto ukoronowanie tej wątpliwej metodologii i logiki: skoro co prawda nie udowodniono, ale i nie można wykluczyć, że Sapieha molestował ks. Boczka, to skoro Wojtyła w tym samym okresie był w krakowskim seminarium, być może Książę Niezłomny wykorzystywał także jego? Stąd zaś – zdaniem autora – niedaleko już do dopatrzenia się skutków tego molestowania w zachowaniu i nauczaniu późniejszego metropolity i papieża… Niezweryfikowana hipoteza budowana na takiejż hipotezie może dodaje (wątpliwego?) smaku publicystyce, jednak dyskwalifikuje publikację o poważniejszych ambicjach – a takich po medialnych zapowiedziach książki można było się spodziewać.

Politycy wkroczyli do akcji

Potencjału na trzęsienie ziemi zatem nie było – a jednak takowe, i to z nieoczekiwaną intensywnością, wystąpiło. Potwierdziła się zasada, że najważniejsze to znaleźć się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. „Efekt wzmocnienia” zapewnił książce Overbeeka wstrząsający reportaż Marcina Gutowskiego, w którym, co bardzo cenne i wyróżniające tę pracę, po raz kolejny – po filmach braci Sekielskich – w dobitny sposób do głosu doszły ofiary kościelnej pedofilii.

Mimo to nie byłoby raczej owego trzęsienia ziemi, gdyby nie politycy. Przynajmniej dla jednej opcji dyskusja o roli i wiedzy Karola Wojtyły o księżach krzywdzących dzieci w latach 60. i 70. ubiegłego stulecia stała się pretekstem do natychmiastowego przekierowania aktualnego dyskursu politycznego na tory patetyczne i bogoojczyźniane. Nakręcając społeczne emocje i polaryzując środowiska, zmarnowano w ten sposób rysującą się być może szansę na rozpoczęcie rzeczowej dyskusji. Mogłaby ona – paradoksalnie – lepiej posłużyć nie tylko „ochronie wizerunku” Jana Pawła II, ale przede wszystkim percepcji jego osoby i nauczania.

Zamiast tego mamy bezrefleksyjną – acz pewnie cyniczną i politycznie użyteczną – eskalację emocji i odmienianie na wysokim „c” przez wszystkie przypadki zapewnień o własnej, jedynie słusznej wierności wartościom i doktrynie Wielkiego Polaka. Takie deklaracje brzmią tym śmieszniej, im mniej wspólnego z głoszonymi wartościami mają wypowiadający je politycy – a przykłady tego typu można mnożyć, od sali sejmowej po wieńce składane pod papieskimi krzyżami i pomnikami. Trudno doprawdy zrozumieć, jak można nie zdawać sobie sprawy, że koniunkturalne, powierzchowne gesty z czasem ośmieszą nie tylko osoby je wykonujące, ale w konsekwencji samego polskiego papieża…

Biskupi „rozpoczęli prace nad powołaniem” komisji

Wydawałoby się, że rozwagi i eklezjalnej mądrości można by oczekiwać od polskich biskupów. Jako teologowie, rozumiejąc naturę świętości (która nie polega przecież na absolutnej doskonałości kanonizowanej osoby), powinni oni wykorzystać szansę wyciszania niepotrzebnych emocji. Po wielu latach memizacji Jana Pawła II, po zmarnowanej szansie uczynienia z niego wzoru bliskiego młodemu pokoleniu, mają biskupi sposobność powrotu do ukazywania jego postaci w świetle niezaprzeczalnych dokonań, tłumaczenia w aktualnym kontekście jego praktycznie nieznanego w polskim Kościele nauczania, a jednocześnie do tego, by spokojnie i rzeczowo podejść do wyjaśniania jego roli i postawy wobec trudnych faktów krzywdzenia dzieci i osób słabych w polskim Kościele.

Dotychczasowe reakcje wskazują, że szansy tej wielu członków episkopatu ponownie nie dostrzegło. Syndrom obrony „oblężonej twierdzy” jest nadal silniejszy niż rozsądna refleksja, zrównoważona ocena i gotowość do merytorycznej rozmowy. Wielu biskupów poczuło się w obowiązku wydać w tej sprawie oświadczenia, w których padły słowa o „medialnym ataku” (bp Tadeusz Lityński), „prześladowcach św. Jana Pawła II” (bp Jan Piotrowski) czy „brutalnym deptaniu wizerunku Ojca świętego”, co zestawiono z wcześniejszą próbą zabicia go… (bp Krzysztof Nitkiewicz).

Symptomatyczne w tym kontekście jest oświadczenie abp. Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego episkopatu. Jest w nim zarówno mowa o „wytrwałej obronie dobrego imienia Jana Pawła II”, jak i obietnica kontynuowania pomocy zranionym (choć niepokój budzi sformułowanie o robieniu tego „z tą samą wrażliwością”…) oraz słowa o prawdzie, którą odkrywa się w pogłębionych badaniach. Niestety, nadal należy obawiać się o rozumienie tych badań przez stronę kościelną, skoro w tym samym oświadczeniu są one przeciwstawiane „nierzetelnym przekazom medialnym” oraz rzekomej próbie ponownego odbierania Janowu Pawłowi II życia…

Treść tego oświadczenia siłą rzeczy nadaje pewien kontekst interpretacyjny późniejszemu o pięć dni komunikatowi, wydanemu na zakończenie obrad 394 zebrania plenarnego Konferencji Episkopatu Polski. Biskupi zdecydowali o powołaniu – a w zasadzie o „rozpoczęciu prac nad powołaniem” (cytat z wypowiedzi abp. Wojciecha Polaka za EpiskopatNews) – zespołu niezależnych specjalistów, który będzie badał archiwa państwowe i kościelne pod kątem rozwiązywania spraw dotyczących przestępstw seksualnych niektórych duchownych wobec małoletnich.

Szczupłość źródeł

Czy więc szansa na rzetelną dyskusję może jeszcze zostać wykorzystana? Tak. Warunkiem jest jednak otwartość, uczciwość i rzetelność po obydwu stronach umownej barykady. Należy zrozumieć rezerwę i obawy „obrońców” Jana Pawła II, skoro tak wiele było w dotychczasowych publikacjach obojętności wobec nieodpowiedzialnej łatwości formułowania wniosków, stawiania zarzutów i rzucania oskarżeń. To właśnie owo déjà vu w polskim podejściu do wybitnych postaci naszej najnowszej historii, o czym wspomniałem na wstępie.

Dla jasności: nie będzie tu apologii Jana Pawła II. Nie uprawiam apologetyki, bo też nie o wiarę, a o fakty mi chodzi. Piewcom pochopnych opinii i łatwych wyroków o wiele bliżej do instrumentalizacji postaci niż do ich rzetelnych ocen, opartych na pogłębionych badaniach tak dokumentalnych, jak kontekstualnych, bez których o obiektywną ocenę działań lub zaniechań konkretnej osoby w konkretnym miejscu i czasie nie ma się co kusić. Rzeczywistość ostatnich (kilku? -nastu?) lat jest jednak, jak wspomniano, zgoła odmienna, a „trend” dotyczący Jana Pawła II i postawy Stolicy Apostolskiej wobec przypadków tuszowania pedofilii w Kościele w latach jego pontyfikatu pozostaje nad wyraz symptomatyczny.

Dla uniknięcia pochopnych oskarżeń, które już raz w wyniku niezrozumienia (a raczej braku chęci czytania ze zrozumieniem ze strony pewnego polemisty…) spotkały mnie przy okazji publikacji po ogłoszeniu decyzji dyscyplinarnych wobec kard. Henryka Gulbinowicza, wypada poczynić jeszcze jedno zastrzeżenie. Nie odnoszę się – tu i teraz – do faktów. Są one bowiem zbyt słabo zbadane, a przecież właśnie podejścia do tych faktów dotyczą nasuwające się wątpliwości i zastrzeżenia. Z góry odrzucam więc wszelkie polemiki mające na celu przekonywanie o prawdziwości czy znaczeniu tego czy innego zdarzenia dla oceny osoby, świętości czy zaniedbań Jana Pawła II. Jedyne, na czym warto się dziś skupić, to sposób podejścia do szczupłego przecież i dozowanego skąpo przez oficjalne czynniki materiału dowodowego, na którym badacze mogą się opierać.

W kontekście tak potrzebnych badań historycznych nad postacią, dorobkiem, ale i zarzutami podnoszonymi wobec Jana Pawła II fundamentalnym problemem jest zarówno szczupłość rzetelnego materiału źródłowego, jak i brak gotowości po stronie kościelnej do otwartego skonfrontowania się z faktami. Symptomatyczna jest tu rozczarowująca ewolucja postępowania wobec ujawnianych zaniedbań polskich biskupów w kwestii krzywdzenia małoletnich i ukrywania pedofilii w Kościele. Po okresie pewnej nadziei na zmianę – pisałem o tym przed niemal dwoma laty w „Rzeczpospolitej” – Kościół, nie tylko w Polsce, najwyraźniej jeśli nie zmienił strategii, to zwolnił tempo zmian, powracając de facto do zasady złotego milczenia.

Przykłady niestety się mnożą. Mamy przeciągające się niepublikowanie wyroków (o polskim niechlubnym rekordzie pisał tu wielokrotnie Zbigniew Nosowski). Jest nieinformowanie o wynikach zakończonych postępowań (dotyczy to przynajmniej kilku polskich biskupów, w tym byłego ordynariusza radomskiego Henryka Tomasika, o którym wiadomo, że został ukarany, ale oficjalnego komunikatu od kilku miesięcy brak). Ba, mamy nawet do czynienia z zupełnie kuriozalnym ukrywaniem osoby hierarchy, któremu Stolica Apostolska powierzyła prowadzenie postępowania w konkretnej sprawie (to aktualny casus archidiecezji wrocławskiej, której rzecznik odmówił tej informacji w sprawie biskupa legnickiego Marka Mendyka).

Kumulacja podobnych sytuacji wskazuje na regres – jeśli nie w watykańskiej polityce „zero tolerancji”, to przynajmniej w zakresie transparencji w jej realizacji. Nie inaczej sytuacja wygląda w kwestii zarzutów podnoszonych wobec Jana Pawła II. Fakty i nazwiska są znane: Maciel Degollado, Law, Groër, McCarrick, poniekąd także – co do możliwej blokady przepływu informacji – Paetz… Obecnie do tej listy dołączają nazwiska ofiar i przestępców z krakowskiego okresu rządów Karola Wojtyły. To jednak w zasadzie wszystko.

Pewnym wyjątkiem od reguły mógłby być watykański raport w sprawie McCarricka, gdyby nie fakt, że także w jego wypadku mamy do czynienia z wyborem i „autorską” interpretacją źródeł, które ani opinii publicznej, ani choćby historykom nie zostały udostępnione.

Problem z interpretacją

Kolejny problem jest wprost implikowany przez przedstawioną sytuację. Skąpość danych powoduje, że są one wielokrotnie interpretowane na wszelkie możliwe sposoby, a każda nowa informacja traktowana jest jak sensacja i natychmiast obiega media, gdzie jest mniej lub bardziej kompetentnie interpretowana w kontekście tego, co już „wiadomo”. Taka rzeczywistość po pierwsze otwiera drogę do manipulacji. Nietrudno sobie wyobrazić intencjonalne ujawnianie wybranych informacji w określonym momencie, czy to oficjalnie, czy poprzez różnego rodzaju „przecieki”. Za nie nikt przecież nie bierze odpowiedzialności, a jednak mogą być one świetnym narzędziem info- lub dezinformacji.

Znacznie poważniejszym problemem jest jednak fakt, że jak dotąd w kluczowych punktach spornych bądź wątpliwych co do oceny postawy, działań i ewentualnych zaniedbań Jana Pawła II praktycznie w stu procentach bazujemy wyłącznie na przekazach i relacjach. Brak jest w zasadzie źródeł pochodzących od samego „zainteresowanego” – a przynajmniej brak ich wśród dostępnych dla badaczy materiałów. Jak wielkie mogą one mieć – i będą miały! – znaczenie, pokazuje jednostkowy list kardynała Karola Wojtyły do ks. Loranca, opublikowany przez Overbeeka w związku z przytaczaną w książce sprawą podjętych wobec niego decyzji. Jak ważna jest ich poprawna interpretacja, pokazuje z kolei budząca wątpliwości analiza tejże epistoły przez autora książki.

W ten sposób dochodzimy do najważniejszego chyba w toczącej się dyskusji pytania: czy można z perspektywy 50 czy 60 lat oceniać wydarzenia bez uwzględnienia, że działy się one w innych uwarunkowaniach społecznych, kulturowych, ustrojowych i prawnych, w innym stanie wiedzy, w tym wypadku psychologicznej czy medycznej? Czy da się właściwie ocenić te wydarzenia z perspektywy nam współczesnej, nie biorąc pod uwagę kontekstu czasów i stanu świadomości ich uczestników? Czy poprawne będą w takim ujęciu odniesienia, zwłaszcza te wartościujące? Podejmując badania historyczne nie powinno się przecież ferować ocen, a jeżeli już, to winny być one osadzone w możliwie szeroko zarysowanym kontekście epoki…

W paradoksalny sposób mamy tu do czynienia ze zjawiskiem, o którym – choć w odniesieniu do filozofii – pisał w „Fides et ratio” Jan Paweł II. Przywoływał on pokusę nadawania własnej wizji, niedoskonałej i zawężonej przez wybór określonej perspektywy, rangi interpretacji uniwersalnej. Nazywał ją „pychą filozoficzną”, prowadzącą do utożsamiania jednego, wybranego nurtu z całą filozofią („Fides et ratio” 4). Czy nie przypomina to aktualnego instrumentalizowania perspektywy historycznej? A przecież „zdolność do abstrakcyjnej refleksji właściwa dla umysłu ludzkiego pozwala, aby nadał on ścisłą formę swojemu myśleniu i w ten sposób wypracował wiedzę systematyczną, odznaczającą się logiczną spójnością twierdzeń i harmonią treści”.

Podobnie jak w ocenie Jana Pawła II nowoczesna filozofia zapomniała, że to byt winien stanowić przedmiot jej badań i zamiast tego skupiła się na ludzkim poznaniu, tak współczesna historiografia – a obecnie, jak wskazuje aktualny przykład, dziennikarstwo próbujące być historiografią, nie mając po temu odpowiedniego warsztatu – zamiast skupiać się na opisie dziejów najnowszych poprzez ustalanie faktów na podstawie rygorystycznie analizowanych źródeł rozszerza swoje pole działania o prawo do ferowania ocen moralnych, wspierając się wątpliwej jakości analizą źródłową. Dość łatwo pokonuje przy tym nieprzekraczalny do niedawna dla badaczy Rubikon: pozwala sobie na swobodne uzupełnianie domniemaniem luk źródłowych (bo przecież niemożliwe, by…) i traktuje hipotezy na równi z dowiedzionymi twierdzeniami, znajdującymi potwierdzenie w źródłach.

Taka „metodologia” pracy może paradoksalnie bardzo szybko zwrócić się przeciwko autorom z niej korzystającym. Nie porzucam bowiem nadziei, że – prędzej czy później, dobrowolnie czy pod przymusem nacisku opinii społecznej – pojawi się w końcu możliwość badania także dokumentów strony kościelnej. Czy nie będzie tak, że jeśli zdarzy się wówczas konieczność odwołania „wydedukowanych” w taki sposób „wniosków”, tym samym cała operacja oczyszczania Kościoła, o której zresztą mówili tak sam Wojtyła, jak i Joseph Ratzinger, straci na wiarygodności?

„Trzeba unikać aroganckiej pozy sędziów minionych pokoleń, które żyły w innych czasach i w innych okolicznościach. Potrzeba pokornej szczerości, by nie negować grzechów przeszłości, ale też nie rzucać lekkomyślnie oskarżeń bez rzeczywistych dowodów, nie biorąc pod uwagę różnych ówczesnych uwarunkowań”. Słowa Benedykta XVI wypowiedziane w Warszawie 25 maja 2006 r. do polskiego duchowieństwa nie straciły na aktualności.

Uczciwe otwarcie archiwów bez warunków wstępnych

Trzeba zatem domagać się rzetelnej dyskusji. Jej warunkiem jest zmiana nastawienia polskich biskupów, którzy sprawiają wrażenie, jakby nie wierzyli w to, że świętość Jana Pawła II może się obronić sama w racjonalnej dyskusji, prowadzonej zgodnie z warsztatem historyka, bez ideologicznego i teologicznego zacietrzewienia. Przywołana już decyzja 394 zebrania plenarnego KEP o powołaniu zespołu badawczego może mieć w tym względzie fundamentalne znaczenie na przyszłość – o ile nie okaże się jedynie spontanicznym i doraźnym pomysłem, „wrzutką” zaistniałą wskutek medialnego szumu i społecznego nacisku.

Aby nastąpił przełom, potrzebne jest po pierwsze uczciwe otwarcie archiwów i udostępnienie ich do badań historycznych bez jakichkolwiek warunków wstępnych. Uczciwość ich otwarcia zakłada brak uprzedniej manipulacji tak ich zawartością, jak zakresem udostępnianych materiałów. Jedyne ograniczenia powinny wynikać z ogólnie stosowanych reguł dostępu do materiałów historycznych, a więc np. dotyczących osób żyjących. Brak warunków wstępnych z kolei musi polegać co najmniej na nieograniczaniu dostępu do archiwów jedynie do wybranego kręgu osób.

Słabością polskiego Kościoła jest brak zaufania do świeckich, co powoduje, że wieloma dziedzinami, w których niepotrzebne są święcenia kapłańskie – od zarządzania finansami, przez działalność budowlaną i ochronę zabytków, po kwestie prawne i historyczne właśnie – z założenia zajmować mogą się tylko duchowni. Często, co trzeba jasno powiedzieć, dzieje się to ze szkodą dla jakości refleksji lub efektu działań. Tym ważniejsze jest, by w kwestii badań historycznych przełamać tę praktykę i powierzyć je kompetentnym fachowcom, bez stawiania im warunków poprawności politycznej, wyznaniowej czy narodowościowej. Kompetencja i obiektywizm nie mają wyznania, narodowości czy barw partyjnych.

Nie ma powodu, by powstała tylko jedna, koncesjonowana przez episkopat komisja. Nie odmawiając biskupom dobrej woli i uczciwych zamiarów, takie ciało zawsze będzie kojarzone ze specyficzną „kontrolą samych siebie”. Na czym bowiem będzie polegała niezależność takiego zespołu? Trudno zaprzeczyć zasadności wątpliwości, jakie będą mogły być wysuwane: to biskupi powołają zespół, zdecydują o jego składzie, jego ewentualnych zmianach, o zakresie udostępnianych mu materiałów, a następnie będą analizowali przygotowane na własne polecenie wnioski…

Nie mówiąc już o zaprogramowanej niejako przewlekłości prac takiego gremium. Skoro mowa o jednym zespole, który miałby badać wszystkie archiwa diecezjalne i państwowe, to efektów będzie można spodziewać się po kilku – kilkunastu latach… Czy o to chodzi?

Można przecież wyobrazić sobie scenariusz zupełnie inny. Niech powstaną komisje składające się z historyków, prawników, psychologów i innych potrzebnych ekspertów. Warto – choć w dzisiejszym, spolaryzowanym społeczeństwie może to być trudne – pokusić się o wskazanie cieszącej się jeszcze powszechnym autorytetem instytucji, na przykład Polskiej Akademii Nauk, która powinna taką zewnętrzną, niezależną komisję powołać i określić jej mandat? Niech biskupi, niezależnie od własnych badań, mają odwagę merytorycznego i pozbawionego uprzedzeń skonfrontowania się z wynikami prac niezależnych gremiów.

Wesprzyj Więź

Tylko takie podejście będzie zgodne z duchem Ewangelii i będzie zdolne, by w średnio- i długofalowej perspektywie wzmocnić znacznie ostatnio nadwątloną koniunkturalizmem i partyjnym uwikłaniem pozycję polskiego Kościoła jako autorytetu moralnego.

Dobre przykłady są na wyciągnięcie ręki, wystarczy jedynie po nie sięgnąć. Skoro śpiewamy w narodowym hymnie o Bonapartem, który dał nam przykład, jak zwyciężać mamy, nie bójmy się dziś brać przykładu z biskupów francuskich, którzy potrafili się skonfrontować ze swoim trudnym dziedzictwem.

Jan Paweł II wobec wykorzystania seksualnego. Publikacje na Więź.pl:

Tośka Szewczyk: O nas znowu bez nas. List skrzywdzonej do samej siebie
Robert Fidura: Dlaczego Jan Paweł II nam nie dowierzał?
Tomasz Krzyżak: Dlaczego Wanda Półtawska przemycała list do papieża pod bluzką?
Tomasz Polak: Abp Paetz, papież Jan Paweł II i odpowiedzialność
Anna Karoń-Ostrowska: Oddzielne zamknięte światy Jana Pawła II
Michnik, Nosowski, ks. Szostek: I wielki, i omylny. Jakim przywódcą był Jan Paweł II?
Marcin Gutowski: „Bielmo”. Nie znaliśmy Jana Pawła II jako „szefa”
Henryk Woźniakowski: Jan Paweł II, czyli świętość niedoskonała
Ks. Alfred Wierzbicki: Nie lękajcie się… prawdy o Janie Pawle II
Rafał Majda: Na wskroś autentyczny klerykalizm Karola Wojtyły
O. Adam Żak SJ: „Bielmo”? Czytelnik może czuć się zmanipulowany
Ks. Andrzej Szostek: Tajemnica sumienia Jana Pawła II
Jacek Moskwa: Ideologia „sekretu papieskiego” pozostaje w mocy
Karol Tarnowski: Zaufanie jest ryzykiem. Moje posłowie do „Bielma”
Marek Lasota: Karol Wojtyła, Ekke Overbeek, pedofilia i SB
Zbigniew Nosowski: Rachunek sumienia – także za Jana Pawła II
Sebastian Duda: Obrona Jana Pawła II jako przemoc w Kościele
Aleksander Bańka: Może reportaż „Franciszkańska 3” wymusi wreszcie większą troskę o ofiary
Bp Damian Muskus: Błogosławieni rozsądni. Nie potrzebujemy nowej wojny polsko-polskiej
Ewa Kusz: Spór o Jana Pawła II jako szansa
Tomasz Terlikowski: Uznanie, że wszyscy tak robili, nie oznacza uleczenia ran
Ks. Rafał Dudała: Czas na akt odwagi i pokory, do którego wzywał Jan Paweł II

Zranieni w Kościele

Podziel się

8
5
Wiadomość

Czyli będzie tak: biskupia “komisja” stwierdzi, że nic nie wiedział, a do tego był święty. PAN stwierdzi: wiedział, a czy był święty, to nas nie obchodzi. A wtedy biskupi, pełni rozwagi i eklezjalnej mądrości, stwierdzą: “ok, macie rację, popełniliśmy błąd, przepraszamy”

Nie po to Czarnek tworzył swoją Akademię Kopernikańską by PAN chciał się teraz wychylać i wkładać palce w drzwi. Nikt chyba nie wątpliwości jak taka inicjatywa PAN zostałaby odebrana.

Czarnek jest praktykującym katolikiem. Wie, że “prawda wyzwala”. Dlaczego miałby się bać takich badań? Przecież TVP, kierowana również przez praktykującego katolika, jednoznacznie poparła starania o spokojne zbadanie zarzutów i nie eskalowała niepotrzebnych napięć społecznych. Nie mówię już o katolikach na Twitterze, ich wpisy zawsze są dla mnie zapowiedzią tego, czym będzie ostateczna, niebieska wspólnota zbawionych.

Wszystko co Pan napisał jest słuszne, godne pochwały, ale …kompletnie niemożliwe.

“potrzebne jest po pierwsze uczciwe otwarcie archiwów i udostępnienie ich do badań historycznych bez jakichkolwiek warunków wstępnych. Uczciwość ich otwarcia zakłada brak uprzedniej manipulacji tak ich zawartością, jak zakresem udostępnianych materiałów.”
KK musiałby upaść na głowę, żeby coś takiego zrobić. A co, jak co, instynkt samozachowawczy jest tam dosyć mocno rozwinięty. Po co im to? A jak , a nuż, cokolwiek niewygodnego tam się znajdzie, to będą pismaki walić jak w bęben? A fe.
Dowolny zakres badań? No, to dopiero tam bomby eksplodować mogą. Wymienię tylko trzy, pierwsze z brzegu: antysemityzm, pazerność finansowa, uwikłanie w PRL. Ukrywanie pedofilii to przy tym może być niewinna drobnostka…
No i dalej: nie da się nakreślić pełnego obrazu naszego papieża, nie idąc także do archiwów watykańskich, a tam, to dopiero smaczki muszą być…
Znamy przecież przedziwne decyzje personalne JPII, liczne skandale finansowe za jego kadencji, dziwne ruchy Dziwisza, mam pisać dalej?

Cała historia KK polega na NIEPRZEJRZYSTOŚCI i podwójnych standardach. I teraz, w tak drobnej (z perspektywy 2 tysięcy lat tej organizacji) sprawie mieliby zaprzeć się swoich korzeni egzystencjalnych? Swojego credo?
Mieliby przyjąć jakieś lewackie wynalazki: transparentność, otwartość, przejrzystość? Postępować FAKTYCZNIE zgodnie ze Słowem Bożym, a nie tylko na pokaz? Może jeszcze wyrzec się zagrabionego majątku, złotych sygnetów i limuzyn? Apage!
Kościół zatem może stracić wiele, jak nie wszystko, a co w zamian zyska? Dobre imię? A po co mu to? Ma i tak monopol na życie wieczne, to kto mu podskoczy?
A ten promil inteligenciaków, co to się wiecznie czegoś czepia może sobie skoczyć… Najwyżej powiemy, że to anty-polacy z TVNu. To zawsze działa. 😉

“czy można z perspektywy 50 czy 60 lat oceniać wydarzenia bez uwzględnienia, że działy się one w innych uwarunkowaniach społecznych, kulturowych, ustrojowych i prawnych, w innym stanie wiedzy, w tym wypadku psychologicznej czy medycznej?”

Tak, można. A to dlatego, że nie było wówczas uwarunkowań, które pozwalałyby hierarsze na tuszowanie przestępstwa pedofilii. Odnoszę wrażenie, że właśnie tworzony jest kolejny mit, który po upadku wcześniejszego “reagował stanowczo” zmienił się na “nie wiedział”, a teraz przybiera formę “to były inne czasy”. A nawet jeśli ktoś nie miał zwyklej przyzwoitości, by wiedzieć, że krzywda dziecka jest złem, to miał kodeks prawa kanonicznego, powstały niemal pół wieku wcześniej, gdzie czarno na białym, bez zbędnych interpretacji podana była procedura co z takim księdzem należy zrobić.

Jeżeli grzechy są historyczne to ciekawe jakie czyny uważane za grzeszne 50 lat temu dzisiaj Kościół traktuje jako przynajmniej moralnie obojętne (jak chciał klasyk), a może nawet cnotliwe? W końcu historyczność powinna działać w obu kierunkach?

Może nie 50, ale ciut więcej, choć żyją jeszcze ludzie pamiętający te czasy.
Takim klasycznym przykładem będzie pojęcie wolności religijnej. Od czasów Dignitatis Humanae wolność religijna stała się fundamentalną wartością, wypływającą z samej godności człowieka, jako osoby. Przed tym dokumentem Kościół głosił przez wieki, że propagowanie wolności religijnej jednostki jest herezją, uderzającą bezpośrednio w fundamenty społeczeństwa.

Innym przykładem zwrotu w nauczaniu, choć dużo wcześniejszym jest kwestia aborcji. Przez wieki nie była nawet traktowana jako osobny grzech, jej potępienie wynikało z faktu, że była sposobem ukrycia niewierności małżeńskiej, a nie osobnym zjawiskiem. Całkowity zakaz aborcji wprowadził dopiero Sykstus V. Jego zakaz nie trwał długo, Grzegorz XIV zniósł ten zakaz po trzech latach. Dopiero Pius IX znów zakazał, i to z całą stanowczością.

Mniejszych przykładów można znaleźć więcej, wystarczy sięgnąć do podręczników teologii moralnej sprzed pół wieku. Był przecież okres, gdy moralistyka katolicka zakazywała tańczenia tanga, sluchania jazzu, noszenia spodni kobietom i tym podobnych.

@Marek2 sporo tego jest, np. stosunek do samobójstwa, pożycia intymnego, innowierców.

@Wotek ciekawie odpowiadasz na ten argument. Mamy dwie kwestie. Czy postawę należy oceniać z uwzględnieniem okoliczności społ.-historycznych, wiedzy itd. czy na sposób absolutystyczny (nie ma znaczenia co uważano, to było zło)? Druga postawa zawsze będzie naznaczona współczesnym przeświadczeniem, czyli rewizjonizm zamiast idealizmu. A jednak określanie wartości ma sens. Druga kwestia dotyczy pierwszej opcji. Jeśli uwzględniamy okoliczności to musimy je zbadać. I tu jest słuszna Twoja uwaga, że pewne rzeczy zakłada się z góry. Wszystkim się wydaje, a jak faktycznie było?
Z pewnością wiedza psychologiczna była na niższym poziomie, ale myślę, że nie to decydowało, a, poza oczywistym u niektórych celowym zatajaniem, chęć „bycia dla grzesznika”, która przeważa racjonalną ocenę. Coś podobnego dzieje się z Franciszkiem w kwestii Ukrainy.
Pasterz zostawia owce, idzie szukać zagubionej. W tym czasie inne mogą się pogubić, albo zostać zaatakowane. Co z tymi, które właśnie wtedy go potrzebują. Ten fragment zawsze budził mój sprzeciw. Tak po ludzku.

„Bycie dla grzesznika” niesie w sobie także ogromną pokusę zobaczenia własnej wielkości, miłosierdzia itd. Wielka w tym ułuda. Nigdy bycie dla grzesznika nie może oznaczać niebycia z jego ofiarami. Nie może też oznaczać przebaczania za nich.

Tymczasem intencji różnych hierarchów do końca nie poznamy, znamy natomiast efekt wyborów i możemy jasno powiedzieć: z jakiegokolwiek powodu zdecydowali, decyzja była zła, a jej efekt niszczący.

Basia, nie rozumiem, bo nie będę ściemniać że rozumiem różnicę
‘rewizjonizm’ vs. ‘idealizm’. Możesz mi to rozjaśnić?

“Czy postawę należy oceniać z uwzględnieniem okoliczności społ.-historycznych, wiedzy itd. czy na sposób absolutystyczny (nie ma znaczenia co uważano, to było zło)? Druga postawa zawsze będzie naznaczona współczesnym przeświadczeniem, czyli rewizjonizm zamiast idealizmu. A jednak określanie wartości ma sens.”

Basia, zagadnienie nie jest proste, ani zero-jedynkowe. Osobiście z góry odrzucam “kościelną” wizję obiektywnego zła, nie podlegającego żadnym relatywizmom, a na dodatek możliwym do rozróżnienia zawsze i wszędzie dzięki “prawu naturalnemu”, ponoć wspólnemu wszystkim ludziom. To jest mrzonka, która w dodatku prowadzi do takich zarzutów, jak oskarżanie Boga o pedofilię, bo Matka Boska miała 12 lat. Z drugiej strony, uznanie “takie były czasy, więc nie było to zło” jest równie błędne. To, że prawo kanoniczne dopuszczało kiedyś współżycie z dwunastolatką nie oznacza, że była to kwestia dobra, czy moralnie obojętna. Były dziewczęta dojrzałe, gotowe do małżeństwa, a były liczne przykłady znane z historii, gdy kilkudziesięcioletni władca brał za żonę nastolatkę, usiłował za wszelką cenę spłodzić potomka, a potem odsyłał żonę, by dalej mogła bawić się lalkami.

Przepraszam Cię bardzo Wojtek, ale Królowa Jadwiga, ogłoszona święta zresztą pewno nieomylnie choć nie wiem czemu, będąca nastoletnią żoną Jagiełły nie została odesłana do zabawy lalkami tylko wezwana (imperatywem wewnętrznym) do oddania swoich klejnotów na Akademię Krakowską.

Anna, z Jadwigą było tak, że była ponoć wystarczająco dojrzała, by jej prawowity mąż, Wilhelm dostał od biskupa dyspensę na współżycie przed ukończeniem przez nią 12 roku życia. Więc bywało i tak.

Bój się Boga Wojtek z opowiadaniem o rzekomym prawowitym związku małżeńskim 8mio letniego Wilhelma Habsburga z Jadwigą Andegaweńską. Jak czytam w wikipedii to panowie krawkowscy, a nie Pan Jezus tym razem, mieli względem niej zupełnie inne plany.

Ale teraz to ja mam plany żeby zająć się czytaniem poważniejszej lektury, niż rozpraszanie się na te brednie jakie tu wypisujemy. Tak może uściśle, że to określenie ‘brednie’ to pod Twoim i moim adresem (moim to tylko czasami). Żeby nikt nie poczuł się urażony.

@Anna zrobiłam taką aluzję, może nie do końca czytelną. Osoby przekonane o tym, że wartości są niezmienne oraz powinny być oceniane w oderwaniu od czasów, okoliczności itd. czasem nie zauważają jak same osądzają przeszłość wedle okoliczności, które ich ukształtowały. Nie chcę wchodzić bardziej w ten temat, żeby nie wypełniać forum dygresjami, bo na pewno sporo osób miało by tu mądrzej do powiedzenia.

Do warunków uczciwej debaty dorzucę porzucenie maccartyzmu, że skoro zasada ogólna jest prawdziwa, wszystkie poszczególne przypadki nadużyć seksualnych i ich tuszowania są prawdziwe, a przynajmniej tymi fałszywymi się nie interesujemy. Skoro nawet Więź ma z tym kłopoty, taka debata jest mrzonką.

A z czego Pan wnioskuje, że “Więź” ma z tym kłopot???
Pisał Pan tu już o tym swoim zarzucie wielokrotnie. My za każdym razem cierpliwie Panu odpowiadamy, że to nieprawda, nawet podajemy przykłady…
A Pan tego chyba w ogóle nie czyta (bo Pan na to nie odpowiada), tylko za paręnaście dni powtarza Pan ten sam zarzut.
Godna podziwu konsekwencja w poglądach! 🙂

“plasuję tę książkę nieco powyżej „Sodomy” Martela, która – będąc słabą źródłowo i dowodowo” – prosze to jest czysta manipulacja. W “Sodomie” autor oparl sie na setkach zrodel (jesli Pan ich nie widzial – one sa na koncu ksiazki, a nie pod biezacym tekstem).
Dla Pana ksiazka Overbeeka “także bazując na częściowo znanych już wcześniej okolicznościach, ciężko grzeszy jednostronnością źródeł, ich ograniczonością”. To kolejna manipulacja. Overbeek spotykal sie takze ze Skrzywdzonymi, w odroznieniu od calego KEP-u. Czy to sa dla Pana jednostronne zrodla?

Taka uwaga odnośnie ahistoryczności: zasadniczo coś w tym jest, ale w takim razie czy nie należałoby np. potraktować wielu wskazówek z Biblii jako przestarzałych? Czy ich utrzymywanie przez KK nie jest ahistoryczne? Chociażby potępienie przez KK aktów homoseksualnych wynika z Biblii. Czy nie należy tego nauczania odrzucić jako zgodnego z duchem czasów sprzed ponad 2000 lat, a niezgodnego z współczesną wiedzą dotyczącą seksualności człowieka?

Gesty są mało istotne, natomiast pytanie dotyczące treści artykułu: czy jesteś również za utrzymaniem tradycyjnego tuszowania zachowań pedofilskich księży przez struktury KK? Bo albo rozważamy wszystko w kontekście historycznym (czyli zarówno działania JP2, jak i moralność Biblijną), albo nie. A widzę trend wśród publicystów, aby działania JP2 oceniać na tle historycznym, chociaż od rozważanych czasów minęło ok. 50 lat. Ale wskazania Biblii oczywiście nadal są ważne, choć od ich zapisania minęło ponad 2000 lat…

Łukasz, oczywiście mój poprzedni wpis jest ironiczny.
Po piersze, słowo ‘Tradycja’ jest mało precyzyjne, po drugie bezsensowne trzymanie się zwyczajów lub zasad wyrwanych z kontekstu historycznego, może skończyć się nawet na… odsiadce w więzieniu. A gesty jakie mam na myśli, a nie znajdę cytatu, to już była mega perfidna ironia na kamuflowanie homoseksualnych związków wśród duchowieństwa.

Choć zdaje się “wkładanie ręki pod żebro” z homoseksualnymi
zachowaniami nic zupełnie wspólnego nie miało. Może znasz
jakiegoś bibliste, co jest w stanie nam tu pomóc z odpowiednim
cytatem lub skopiować z jakiejś strony wyjaśnienie?

Ja jednego takiego dręczyłam, dwa lata, ponad sto stron
luźnego tekstu korespondencji… Miał cierpliwość do mojej
determinacji w przedzieraniu się przez rejony zupełnie mi nie znane.
Fascynujęce to było.

I jeszcze te historyczne formy kultu wokół bóstw żeńskich
co ktoś tu na forum mi wyjaśnił, a wcześniej ktoś inny usilnie
mi wmawiał, że niczego takiego nie było wokół świątyni Jahwe
w Jerozolimie.

Ale ja nie wiem, czy przez Moderacje to pytanie przejdzie,
bo ostatnio jestem na minusie jeśli chodzi o kasowane posty.
W dyskusji z laokonem mnie poniosło – dziękuję za cenzurę
i przepraszam.