rE-medium | Tygodnik Powszechny

Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Zaufanie jest ryzykiem. Moje posłowie do „Bielma”

Zdjęcie wykonane podczas kanonizacji Jana XXIII i Jana Pawła II 27 kwietnia 2014 w Watykanie. Fot. Mazur / catholicnews.org.uk

Bez swojej ufności do ludzi Jan Paweł II byłby może skuteczniejszą głową państwa i szefem instytucji, ale nie byłby świętym, który kocha człowieka i na niego stawia.

Książka i film „Bielmo” Marcina Gutowskiego wzbudziły gorące dyskusje i polemiki. Przez niektórych zostały uznane za atak na pamięć o św. Janie Pawle II i na Kościół w ogólności.

Pojawiło się też kilka ważnych komentarzy, w tym o. Adama Żaka SJ, który kompetentnie wyszczególnił działania Kościoła, w tym samego Jana Pawła II, w sprawie pedofilii. Nie wiem, w jakiej mierze fakty te były znane red. Gutowskiemu. Z pewnością w jego „Bielmie” zabrakło niektórych szczegółów ukazujących czujność Jana Pawła na zagrożenia pedofilią.

Kościół jako instytucja typu monarchicznego źle się odnajduje w świecie, w którym kontrola społeczna jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania jakichkolwiek rządów

Karol Tarnowski

Udostępnij tekst

Co jest tu „obiektywne” i „sprawiedliwe”?

O. Żak słusznie nawołuje do obiektywizmu i powściągania emocji. Ale przecież z drugiej strony „poetyka” dziennikarstwa jest inna niż poetyka historyka.

Nie mogło i nie powinno było w książce Gutowskiego zabraknąć emocji – ponieważ przekazywał on punkt widzenia ofiar, a nie sprawców. Nie można zaś oddać sprawiedliwości zbrodni pedofilii, nie uwzględniając uczuć tych, którzy zostali pokrzywdzeni, a później oczekiwali, że zostaną przynajmniej aktywnie wysłuchani.

Dla wielu osób rażąco może brzmieć deklaracja jednego z pokrzywdzonych wygłoszona do kamery Gutowskiego. Ów człowiek miał możność spotkać się z Janem Pawłem II, który nie zareagował „dialogicznie” na jego wyznania. Dziś mężczyzna mówi, że będzie się modlić nawet za sprawcę, ale już nie za papieża, ponieważ właśnie on mógł zrobić coś więcej niż położyć rękę na głowie i wręczyć różaniec. Z pewnością nie jest to postawa „obiektywna” i „sprawiedliwa”, ale człowiek cierpiący ma do niej prawo, a dziennikarz też ma prawo, żeby o tym napisać.

Nie sposób zatem w tej materii o sądy w pełni wyważone. Na przykład: w jakiej mierze papież jest faktycznie odpowiedzialny za wszystkie dziejące się za jego pontyfikatu „świństwa”? Czym innym jest oczywiście jego odpowiedzialność formalna jako głowy Kościoła, a czym innym odpowiedzialność faktyczna, która zależy od różnych czynników, np. stopnia jego poinformowania, jego faktycznej niezależności od szefów dykasterii, które walczyły ze sobą, choćby w sprawie Maciela Degollado. Zależy to także od jego predyspozycji biograficznych i psychologicznych, a przede wszystkim od jego wizji Kościoła i stopnia jej związku ze stanem świadomości Kościoła na danym etapie.

Sakralizacja Kościoła

Nie ulega wątpliwości, że dla Jana Pawła Kościół był czymś więcej niż instytucją: był czymś świętym, „świątynią Boga” Powiedzmy otwarcie: papież sakralizował Kościół jako taki, to znaczy także jego instytucje, jego wyrastające z tradycji struktury, w których główną – by nie rzec: wyłączną – rolę odgrywa kler.

Papież był przeświadczony, że święcenia kapłańskie czy zakonne dokonują w człowieku swego rodzaju ontologicznej przemiany, to znaczy dają uczestnictwo w świętości Boga poprzez sprawowanie sakramentów, zarządzanie i nauczanie o różnym stopniu nieomylności. W swoim porządku Kościół jest eksterytorialny, to znaczy społeczeństwo świeckie nie ma tu wiele do powiedzenia i nie powinno – poza oczywistymi wyjątkami – go kontrolować.

Był też chyba przekonany, że relacje posłuszeństwa decydują w dużej mierze o dobru i złu księży czy zakonników. Bardzo nie lubił, jak ktoś z zewnątrz krytykował Kościół, rozumiany zgodnie z dotychczasowa tradycją jako instytucje z papieżem jako jego głową. Soborowa wizja Kościoła właśnie się wykluwała, a w niej świeccy mieli de iure status – na równi z duchowieństwem – ludu Bożego. Ale wizja ta z wielkim trudem torowała sobie i toruje drogę do dziejowej świadomości Kościoła hierarchicznego.

Kościół bowiem – to stwierdzenie banalne – jest instytucją typu monarchicznego, zhierarchizowaną, z siecią wewnętrznych powiązań, zależności i zapewne interesów. Instytucja tak skonstruowana źle się odnajduje w świecie, w którym kontrola społeczna jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania jakichkolwiek rządów. Jan Paweł II zatem – podobnie jak reszta Kościoła hierarchicznego – nie mógł być wystarczająco przygotowany do tej nowej wizji Kościoła, chociaż ją profetycznie antycypował, czemu dał wyraz jako arcybiskup w synodzie archidiecezji krakowskiej, w którym świeccy mieli podstawowy i twórczy udział.

Ufność: zaleta czy wada?

Lecz jest jeszcze jeden ważny aspekt, oprócz tej wizji Kościoła. Jan Paweł II był człowiekiem ufności, którą pokładał zarówno w swoich współbraciach, jak w przyjaciołach świeckich. Miał wyjątkowo dużo przyjaciół – a nawet mistrzów – świeckich, z którymi prowadził ważne dialogi. Nie miał nawet cienia maniery klerykalnej w obcowaniu ze świeckimi – był na to zbyt „ludzki”, wszechstronny i cywilizowany.

A jednak jego naturalnym środowiskiem było duchowieństwo, z którym był zżyty i które widział poprzez swoją wzniosłą wizję świętego Kościoła. Wydaje się zatem, że jego wyobraźnia nie mogła objąć głębi zła, które zalęgło się w Kościele i jego instytucjach. Zła pochodzącego nie tylko z tzw. ludzkiej słabości, ale z całej struktury Kościoła, jego klerykalnej autoidolatrii i płynącego z niej zakłamania, hipokryzji i fałszywej wewnątrzkościelnej solidarności, dla której świecki był w sposób naturalny kimś niższym.

To zło, ta „grzeszność”, było głęboko zakorzenione w tradycji sakralizowania Kościoła. A Kościół był też ogromną polityczną siłą, co jest z definicji dwuznaczne. Ten splot czynników sprawił, że nadużycia seksualne tak długo były kamuflowane i że tak powoli dochodziło do ich odsłaniania i upubliczniania. Dlatego stan świadomości Kościoła i faktycznej wiedzy długo nie pozwalał na oddanie sprawiedliwości rozmiarowi tego zbrodniczego procederu.

Jan Paweł II był z konieczności do pewnego stopnia ofiarą tego stanu świadomości – z tak zdumiewającą łatwością lekceważącej odczucia ofiar wykorzystywania seksualnego. Prawdopodobnie ma to jakiś związek z niefrasobliwością i zarazem obsesyjnością Kościoła w odniesieniu do sfery seksualnej, poddanej dla duchownych obowiązkowi celibatu, traktowanemu z niemal równą powagą jak dogmaty wiary.

Twierdzi się, że pedofilia jest funkcją niedojrzałości – ale jakże kleryk czy ksiądz może dojrzewać w sferze dotyczącej seksualności, skoro jest od niej od początku odcięty? Owszem, zdarzają się wyjątki i Karol Wojtyła był właśnie jednym z tych niezwykłych duchownych, którzy mieli pełną osobową dojrzałość. Niekoniecznie oznacza to, że jego teologia miłości oblubieńczej jest w pełni trafna. Ale jego praktyka duszpasterska była w stosunku do młodych ludzi mądra i skuteczna – mogę sam o tym zaświadczyć.

Jak już powiedziałem, papież był człowiekiem, który drugiemu człowiekowi – w tym swoim najbliższym współpracownikom – ufał. A zaufanie jest ryzykiem, jest pewnym naddatkiem w stosunku do tego, co da się sprawdzić; jest kredytem, który może nie zostać spłacony. Człowiek ufający jest zawsze do pewnego stopnia „ranliwy”, może zawsze zostać zawiedziony, jest w tym sensie bezbronny.

W perspektywie ostatnich wydarzeń w Kościele można więc zasadnie zapytać, czy ufność Jana Pawła – może czasem naiwna – była zaletą czy wadą. W moim przekonaniu bez tej ufności byłby on może skuteczniejszą głową państwa i szefem instytucji, ale nie byłby świętym, który kocha człowieka i na niego stawia.

Niestety organizm Kościoła, na którego czele stał Jan Paweł II, jest głęboko skorumpowany i przeżarty złem nie mniejszym, a chyba większym niż organizm żydowskiego faryzeizmu, przed którym nie przestawał przestrzegać Jezus w ewangeliach. Zawsze na pierwszym miejscu tkwi tam „oblężona twierdza” układów i fałszywej sakralizacji, która zło tuszuje „z czystym sumieniem”. W tej atmosferze prawdziwa świętość ma wyjątkowo trudne zadanie skutecznej walki ze złem i zwyciężania go dobrem, które świeci pośrodku ciemności.

Jestem Kościołem?

Na marginesie chciałbym się jeszcze odnieść do słów red. Pauliny Guzik. W dyskusji „Katolicyzm po rozpadzie” zorganizowanej przez „Więź” autorka ta – którą cenię za jej komentarze w telewizyjnym programie „Między ziemią a niebem” – poczuła się zraniona moimi słowami na temat stanu Kościoła.

W odpowiedzi przypomniała soborową lekcję o powszechnej kościelności wszystkich wiernych: „to my jesteśmy Kościolem” („Bardzo mnie uwiera cytat z Karola Tarnowskiego w «Bielmie» Marcina Gutowskiego. Bo na pytanie jak widzi obecnie Kościół, Karol Tarnowski odpowiadał: Kościoł to jest właściwie dno. Załamałam się, gdy to usłyszałam. Dlatego, że ja też jestem tym Kościołem”).

Muszę Pani przyznać w pełni rację: w świetle nauczania Soboru Kościołem jest cały lud Boży, a nie jedynie kler i jego zhierarchizowana władza. Popełniłem więc faux pas i przykro mi z tego powodu. Ale w odpowiedzi chciałbym dokonać osobistego wyznania, z którym może Pani się nie zgadzać.

Po pierwsze, jestem nieufny wobec substancjalizowania jakiegokolwiek „ciała zbiorowego”, nawet Ciała Mistycznego Kościoła; pod tym względem bliskie mi są poglądy Simone Weil. Ja nie jestem Kościołem, lecz jestem wewnątrz niego, jestem w Kościele, jestem (ewentualnie) jego elementem, ale nie nim samym.

Wprawdzie pamiętam o słowach św. Pawła dotyczących metafory organizmu, w którym wszystkie członki są niezastąpione, ponieważ każdy pełni jakąś w nim funkcję, a więc jest tym organizmem. Wydaje mi się jednak, że ta metafora mogła być zrozumiała w pierwotnym Kościele, a później w średniowiecznym społeczeństwie stanowym, ale jest o wiele mniej zrozumiała w dzisiejszym pluralistycznym, „nominalistycznym” świecie.

Nie jestem też Polską, tylko Polakiem. Nie jestem narodem, lecz jego elementem. Jestem tylko sobą, poszczególną jednostką.

Naturalnie w tym miejscu wybucha z całą siłą problem odpowiedzialności za grzechy – ale i cnoty – tej wspólnoty, w której tkwię. Myślę, że to jest podstawowy problem dla tych, którzy dokonują apostazji i nie chcą się utożsamiać z resztą wspólnoty kościelnej ani za nią odpowiadać.

Jak daleko powinna sięgać solidarność grupowa? Ten problem dotknął w całej rozległości naród niemiecki po Holokauście, ale dotyka także nas Polaków w obliczu współwiny za Holokaust dokonywany rękami Polaków. Nie można tego poczucia współwiny na nikim wymusić, ale głęboko go rozumiem – tak jak rozumiem dumę z wygranego przez Polskę meczu.

Wesprzyj Więź

Po drugie, w jaki sposób człowiek świecki może się czuć Kościołem, skoro panuje tak wyraźna asymetria w traktowaniu przez Kościół nauczający – wciąż miarodajny – kleru i świeckich, zwłaszcza kobiet? Niestety idea Kościoła, którym rzekomo jesteśmy, ma się nijak do rzeczywistości tegoż Kościoła.

W tym aspekcie wolę metaforę wędrującego ludu Bożego, która jest wzięta z Biblii i tam w pełni zrozumiała, ale którą można traktować jako pars pro toto,  czyli ważną także dla religii niechrześcijańskich. Gdyż wszyscy przecież wędrujemy, jesteśmy w drodze i z trudem rozpoznajemy cel naszej wędrówki – a nawet to, kim wszyscy jesteśmy i w jakiej mierze różnimy się od tych, którzy nie wiedzą, ze są ludem Bożym.

Przeczytaj także inne teksty na ten temat:

Anna Karoń-Ostrowska: Oddzielne zamknięte światy Jana Pawła II
Henryk Woźniakowski: Jan Paweł II, czyli świętość niedoskonała
Robert Fidura: Dlaczego Jan Paweł II nam nie dowierzał?
Marcin Gutowski: „Bielmo”. Nie znaliśmy Jana Pawła II jako „szefa”
Ks. Alfred Wierzbicki: Nie lękajcie się… prawdy o Janie Pawle II
Rafał Majda: Na wskroś autentyczny klerykalizm Karola Wojtyły
O. Adam Żak SJ: „Bielmo”? Czytelnik może czuć się zmanipulowany
Ks. Andrzej Szostek: Tajemnica sumienia Jana Pawła II
Jacek Moskwa: Ideologia „sekretu papieskiego” pozostaje w mocy
Tomasz Polak: Abp Paetz, papież Jan Paweł II i odpowiedzialność
Tomasz Krzyżak: Dlaczego Wanda Półtawska przemycała list do papieża pod bluzką?
Michnik, Nosowski, ks. Szostek: I wielki, i omylny. Jakim przywódcą był Jan Paweł II?

Podziel się

12
2
Wiadomość

Tyle, że ta ufność w stosunku do “swoich”, połączona z nieufnością do ofiar nijak ma się do świętości “stawiającej na człowieka”. Podejście korporacyjne nie jest żadną oznaką świętości. Zaufanie wyłącznie dla swoich nie jest ryzykiem, tylko przejawem wygodnictwa.

Pisze Pan, Panie Profesorze, ze “Papież był przeświadczony, że święcenia kapłańskie czy zakonne dokonują w człowieku swego rodzaju ontologicznej przemiany”. Znam ludzi, ktorzy sa przeswiadczenni, ze jak sobie owina leb folia aluminiowa, to ona uchroni ich nie tylko przed marsjanami, ale i przed covidem. Jak bylem dzieckiem, to u nas na wsi na widok bociana wsadzalismy sobie glowe w kopke siana, bo bylismy przeswiadczeni, ze on nam mozg wydziobie. We wszystkich tych przypadkach odnajduje wspolny mianownik – ontologiczne oderwanie od rzeczywistosci!

Mocno powiedziane. No i tu mam (a może “mamy wszyscy” (?) problem 🙂 ).
No bo jest prawdziwe twierdzenie / obserwacja, że prawdziwi święci – MISTYCY byli zarazem (mocnymi !) REALISTAMI. Jako jeden z przykładów : św. Teresa z Avilla, mistyczka, ale i dr Kościoła.
No to jaki był ten “mistycyzm” JPII, skoro można teraz mieć wątpliwości do jego “realnego oglądu rzeczywistości” ? Może ktoś coś dopowie czy skomentuje, proszę …

Z wieloma tezami artykułu się zgadzam.

“Ten splot czynników sprawił, że nadużycia seksualne tak długo były kamuflowane i że tak powoli dochodziło do ich odsłaniania i upubliczniania. Dlatego stan świadomości Kościoła i faktycznej wiedzy długo nie pozwalał na oddanie sprawiedliwości rozmiarowi tego zbrodniczego procederu.”

Ale z tym bym polemizował a raczej doprecyzował:
Nie, ” tak długo były kamuflowane” tylko Nadal Są Kamuflowane,
Nie ” długo nie pozwalał na oddanie sprawiedliwości rozmiarowi tego zbrodniczego procederu” tylko Nadal Nie Pozwala na Oddanie Sprawiedliwości.

Nihil novi sub sole.

“Ja nie jestem Kościołem, lecz jestem wewnątrz niego, jestem w Kościele, jestem (ewentualnie) jego elementem, ale nie nim samym.”

Z tym jak najbardziej się zgadzam. Mnie zawsze uwiera to określenie “jestem Kościołem”, nie, zdecydowanie nie, jestem częścią Kościoła, członkiem Kościoła, jestem w Kościele ale nie jestem jako tako sam Kościołem.

Zresztą to co dalej pan pisze jak najbardziej to potwierdza: my świeccy (kobiety jeszcze mniej niż mężczyźni!) jesteśmy “Kościołem” wtedy kiedy im to wygodne bo tak na co dzień to kler jest Kościołem stąd te dziwolągi językowe “Kościół hierarchiczny” ! Jaki !? czyli o kogo chodzi ? Ano o… kler !

” W moim przekonaniu bez tej ufności byłby on może skuteczniejszą głową państwa i szefem instytucji, ale nie byłby świętym, który kocha człowieka i na niego stawia.”

Jestem dokładnie tego samego zdania co @Wojtek:
“Tyle, że ta ufność w stosunku do “swoich”, połączona z nieufnością do ofiar nijak ma się do świętości “stawiającej na człowieka”. Podejście korporacyjne nie jest żadną oznaką świętości.”

To jak to teraz rozumieć ? “Świętość” jednego człowieka była ważniejsza niż… bezpieczeństwo seksualne innych ?
Czyli jego “świętość” została okupiona cierpieniem setek jeśli nie tysięcy dzieci, kleryków, zakonnic etc. ?

Gdyby to było zaufanie wobec wszystkich tak w ciemno (takie naiwne jak pan pisze) to jeszcze byłoby OK ale to “zaufanie” dotyczyło tylko swoich !

Wielu teraz pisze o “przyjaźni” z JPII. Co to jest przyjaźń ? Jak ktoś mnie zaprosi 2 – 3 razy do roku na obiad albo wyśle kartkę na Święta to już jest przyjaźń ? A jak mu mówię, że coś źle robi a ten udaje, że nie słyszy i woli wersję kumpli to nadal jest przyjaźń ?
Przyjaźń to możliwość także (jeśli nie przede wszystkim) powiedzenia przyjacielowi, że coś nie gra i ten się nie obrazi, przemyśli, wyciągnie wnioski. A nie udawanie, że się nie słyszy.

Dla mnie w ogóle przyjaźń to ogromne słowo.
Z relacji osób, które uważały się za przyjaciół JPII nie wynika wg mojego skromnego zdania żadna przyjaźń a ot po prostu znajomość, szukanie kontaktu ze świeckimi jako listek figowy bo wiadomo, że o rodzinę można zapytać, coś razem powspominać ale świeccy… nigdy nie mają racji jeśli chodzi o Kościół bo są “niekonsekrowani”.
Ich zdanie nie miało żadnego znaczenia no chyba, że było dokładnie takie samo jak zdanie JPII w danym temacie. O krytyce zapomnij.

@Jerzy2: Tez sie czesto zastanawialem nad tymi ludzmi, ktorzy sie tak dumnie obnosza z etykietka “przyjaciel JPII”. To smierdzi mi takim falszem, ze az glowa boli! W jednym z moich ulubionych filmow “Good Will Hunting” bohater grany przez Matta Damona odpowiada na pytanie zadane przez terapeute: “Moi przyjaciele to Kant, Nietsche, Proust”. A tamten spokojnie: “To nie sa prawdziwi przyjaciele. Prawdziwy przyjaciel to ktos, kto Ciebie potrafi zakwestionowac!” JPII nie mial prawdziwych przyjaciol, bo zaden z nich nie potrafil zakwestionowac jego blednych decyzji. I siedzi we mnie przypuszczenie, ze moze on i nie chcial miec prawdziwych przyjaciol…

“Jak już powiedziałem, papież był człowiekiem, który drugiemu człowiekowi – w tym swoim najbliższym współpracownikom – ufał. ”
Ładnie brzmi, ALE czy nie raczej tak, że miał silne przekonanie komu należy (z zasady) BARDZIEJ UFAĆ ? Czy np. wg “stanów” już wcześniej osądził / posegregował ludzi ? Idzie mi o wymiar praktyczny jego oglądu tlrzeczywistości i z niego wynikające działania bądź zaniechania … .
Pozdrawiam !

Zaufanie nie jest wytłumaczeniem. Nie może być.
Punt widzenia ofiary w przestępstwie jest kluczowy.
Przestępca będzie siebie wybielał. „Sama”.

Idealizowanie Kościoła, bo mi pomógł. Naiwne. Mafia też pomaga się wybić. I wybielić.
W jakiś sposób.

Zaufanie jest ryzykiem w małżeństwie. W przyjaźni. Tyle.
Znam ten argument z dawnych programów Moniki Białkowskiej.
Że w Kościele nie możemy aż tak patrzeć na ręce, bo tracimy zaufanie.
Możemy.
Nie przekonał mnie wtedy. Na poziomie decyzji personalnych w Kościele.
Na poziomie instytucji – powinny być procedury i patrzenie na ręce.

„W moim przekonaniu bez tej ufności byłby on może skuteczniejszą głową państwa i szefem instytucji, ale nie byłby świętym, który kocha człowieka i na niego stawia.”
NIE.

I cieszę się, że i pani Monika dojrzała do KDŚ – katolickiego dziennikarstwa śledczego.
Taki nowy gatunek. Jak oni się miłują. To hasło w tle.
Odzew.
Takiemu to niedobrze.
(za dużo wie).

Ja też 😉

A jeśli tak słabo rozpoznajemy. To nie pouczajmy.

Tekst, jakich wiele, w których autorzy oferują rozstrzygnięcie zmagań, jakie zafundował im (również mnie) święty Jan Paweł II. Tutejsze “bez tej ufności byłby on może skuteczniejszą głową państwa i szefem instytucji, ale nie byłby świętym, który kocha człowieka i na niego stawia” wydaje się zupełnie pozbawione głębi i jakiegokolwiek zniuansowania. Szkoda nawet komentować.
Osobiście uważam, że na Jana Pawła II lepiej patrzeć jak na człowieka w ludzkim wymiarze i ludzkich proporcjach niż jak na “wielkiego świętego”. Był to człowiek pod wieloma względami wybitny i jedyny w swoim rodzaju, mimo to był to człowiek a nie półbóg. Z pewnością szalenie trudno jest być papieżem. Zakres odpowiedzialności trudny do wyobrażenia, a do tego nie ma z kim usiąść raz w miesiącu i powymieniać się doświadczeniami. Do czasów Jana Pawła II nie było nawet eks-papieża. Celowo trochę trywializuję, ale czy taka ludzka perspektywa nie jest uprawniona? W firmach, zanim zaakceptuje się kandydata na stanowisko zarządcze, analizuje się jego tzw. “mindset”, czyli konstrukcję umysłu, sposób myślenia i podchodzenia do problemów. Każdy człowiek ma swój “mindset” i Jan Paweł II też miał. Dość dobrze już go chyba, także dzięki licznym publikacjom “Więzi”, poznaliśmy. Z kolei rola papieża stawia przed człowiekiem tyle wyzwań i zadań, ile pewnie nie potrafimy sobie – wszyscy razem wzięci, siedzący przy przeróżnych biurkach – do końca wyobrazić. Patrząc z tej perspektywy, wszelkie próby rozstrzygania “wiedział – nie wiedział – lepiej to, niż tamto” nie mają moim zdaniem większego sensu. Mówią dużo więcej o samych piszących niż o papieżu. A jego złoty pomnik w naszych umysłach, jeżeli był, to przestał być złoty. Jan Paweł II dotarł do domu Ojca i od Niego otrzymuje to, na co swym wielowymiarowym, pełnym trudu życiem zasłużył. My zaś, zważywszy na gęsty klimat panujący za spiżową bramą, prawdy nigdy pewnie nie poznamy.

Bez przesady. Robienie z urzędu papieskiego czegoś, co nie jest możliwe do ogarnięcia umysłem mocno rozmija się z realiami. Codzienna praca papieża praktycznie ogranicza się do trzech rzeczy – spotykania się z ludźmi w ranach oficjalnych wizyt, podpisywania dokumentów i pisania tekstów. Nie wymaga to ani jakiś ogromnych talentów, ani wysiłku, czy pogłębionej wiedzy.

Jeśli mówimy o zakresie wiedzy, to od czasów Jana XXIII każdy papież dostaje przygotowaną przez nuncjuszów z całego świata “prasówkę” zawierającą artykuły na temat Kościoła. Jan Paweł II, by nie wiedzieć o medialnych doniesieniach o pedofilii (a prasa pisała o tym od lat 80) musiałby uparcie przez prawie 20 lat unikać czytania dokumentów, które trafiały na biurko. Pamiętajmy, że w sprawach dotyczących szeregowych teologów papież działał natychmiastowo i niezwykle surowo. Podobnego zapału zabrakło w przypadku księży dopuszczających się nadużyć seksualnych.

@Wojtek
W pełni się z panem zgadzam.
Sugerowanie nawet tego to jak dla mnie sugerowanie że JPII był jakiś nieogarnięty.
A przecież był “największym” z Polaków podobno?

Co tam jakiś Kopernik, Skłodowska-Curie czy inni.

No dobrze. W takim razie należy przestać już wałkować ten temat w duchu ciąglego szukania usprawiedliwień, i przyznać, że nie tylko Jan Pawe II popełnił błąd polegający na pomyłce, ale sprawa jest większego kalibru. Tkwił uparcie w błędzie, bo nie potrafił przyznać się do tego, że się pomylił. Wskazuje to albo na złą wolę, albo na ograniczenie umysłu (mindset). Trzeciej możliwosci nie widzę.
Powyżej napisałem, i to podtrzymuję, aby przestać już podchodzić do papieża jak do “fenomenu” (to zostało dokładnie opisane), tylko spojrzeć na niego jak na człowieka i odważyć się na wnioski, jakie z tego wynikają.

Jeszcze w temacie tej ontycznej zmiany, jaka miała według Jana Pawła II dokonywać się w księżach. Wiadomo, że papież nie miał oporów, by bardzo surowo karać księży, którzy realizowali teologię nie pokrywającą się z jego myślą. Choćby teologów wyzwolenia, Künga, Schillebeeckxa czy Dupois. To kładzie na łopatki tezę o zaufaniu, “bo ksiądz”. Im potrafił nie ufać, ich potrafił ukarać. A przecież byli to księża, przemienieni święceniami.