Jacek Hajduk, Józef Witlin w Ameryce, Wydawnictwo Więź

Zima 2023, nr 4

Zamów

Komiks: bękart sztuki czy nowa łacina przyszłego świata?

Rysunek mangowej postaci o imieniu Mahuri, który łączy elementy projektu Andou Mahoro z „Mahoromatic” i Suzumiya Haruhi z „Suzumiya Haruhi no Yūutsu”. Fot. Niabot / Wikimedia Commons

Amerykańskie komiksy odchodzą do lamusa, zaś stery globalnej popkultury, także w Stanach Zjednoczonych, przejmują japońskie mangi oraz tamtejsze anime. Skąd wzięła się ich popularność? I co z niej wynika?

W filmie „Strumień świadomości Alana Moore’a” tytułowy scenarzysta, uznawany za Szekspira sztuki komiksowej, zakłada nadejście nieuniknionej apokalipsy. Nie będzie ona jednak oznaczać ogromnych wybuchów ani epickiej walki między aniołami a szatanem. Koniec świata w jego mniemaniu to kres pewnej epoki, kiedy człowiek zostaje niejako zmuszony wejść na wyższy poziom egzystencji, by móc dalej funkcjonować. Świat, jaki znamy, odejdzie, a my staniemy przed prostym wyborem – ewolucja albo śmierć. Żadnej innej alternatywy.

Apokalipsa kulturowa niewątpliwie będzie związana z coraz większą rolą internetu w naszym życiu. Widać to na przykładzie mainstreamowych mediów, które zostały zdziesiątkowane przez rzeczywistość, w której wszystko lub prawie wszystko ma być za darmo – książki, filmy, płyty. W kolejne stadium przemian wejdą lub już wchodzą kina, odnotowujące coraz mniejsze zainteresowanie (ludzie obsługujący multipleksy narzekają po pandemii na małe obroty). W międzyczasie zaś będą rozwijać się inne przekazy komunikacji. Nie dlatego, że ktoś wpompuje w nie pieniądze; wystarczą popyt i zainteresowanie wynikające ze słupków oglądalności.

W Japonii animacja i komiks mieszczą w sobie pełen przekrój treści: od komedii romantycznych do epickich przygód w świecie fantasy lub science fiction. Dopiero niedawno zachodni twórcy też zaczęli celować do tak szerokiego grona odbiorców

Michał Chudoliński

Udostępnij tekst

Widzę tu wielką szansę dla komiksu – w końcu symbole i obrazy przeniknęły do naszych relacji podtrzymywanych przez komunikatory. W dodatku w komiksie ukazującym się na tabletach i telefonach komórkowych koszt koloru na stronicach przestaje być aż tak wysoki. Warto się tym zainteresować zawczasu, kiedy przemiany cywilizacyjne dopiero zachodzą, zaś wynikające z nich wykluczenie społeczne nie jest jeszcze tak dojmujące.

Wielce prawdopodobne, że komiks z bękarta sztuki przerodzi się w nową łacinę przyszłego świata.

Medium przemiany

Jest on dziś nie tyle atrakcyjną formą przekazu, co edukacyjnym narzędziem. Uczy bowiem odczytywania znaczeń ukrytych w warstwie wizualnej, ćwiczy nas w rozumieniu przestrzeni odchodzącej od tradycyjnej kultury tekstu. Stanowi doskonałe remedium na rzeczywistość naznaczoną manipulacją i propagandą. Dzięki komiksom możemy lepiej uodpornić się na zwodniczy charakter mediów wizualnych, które potrafią wmówić nam dowolne kłamstwo albo celowo wprowadzić w błąd.

Tym bardziej szkoda, że ani ludziom odpowiadających za stosunek pracy w tej branży, ani osobom zarządzających mediami, nie zależy na pielęgnowaniu takiej świadomości. Walutą współczesnego świata wizualnego są emocje. Im mocniej będzie się bić w emocjonalny bęben, tym więcej czasu odbiorcy spędzą przed ekranem. To, że ten bęben może się w pewnym momencie przebić, nikogo szczególnie nie obchodzi. Liczy się polaryzacja społeczna i mniejsza samoświadomość odbiorców…

W powszechnym mniemaniu przyjęło się w Polsce kojarzyć komiks ze sztuką skierowaną do dzieci, skupioną na mitologiach superbohaterskich eksploatowanych teraz przez kino i streaming. Mało się jednak mówi o tym, że epoka bogów w rajtuzach, tak jak niegdyś westerny, odchodzi powoli do lamusa, zaś stery globalnej popkultury przejmują japońskie mangi oraz tamtejsze rozumienie animacji – anime.

W niektórych kioskach i księgarniach pojawiły się całe półki dedykowane zeszytom z kraju kwitnącej wiśni. To pokłosie wielkiego triumfu tejże sztuki w dobie koronawirusa.

Izolacja w obrazkach

Na rynku amerykańskim tylko w 2021 roku sprzedaż japońskich komiksów wzrosła o 160 proc. i popularnością wyprzedziła rodzime komiksy superbohaterskie.

A jak anime? Stowarzyszenie Japońskich Animacji podaje, że w okresie od 2009 do 2019 roku wartość japońskiego przemysłu anime podwoiła się, osiągając pułap 22,1 miliarda dolarów. Ma to źródło przede wszystkim w pandemii. Wzrost dostępności serwisów streamingowych w połączeniu z większą liczbą osób zamkniętych w domach sprawił, że wiele odbiorców zaczęło oglądać anime i czytać mangi, a dotychczasowi fani robili to jeszcze częściej. Według firmy konsultingowej Parrot Analytics, globalny popyt na treści anime wzrósł o 118 proc. w ciągu ostatnich dwóch lat, co czyni je jednym z najszybciej rozwijających się gatunków.

Netflix twierdzi, że ponad 100 milionów gospodarstw domowych na całym świecie obejrzało co najmniej jeden tytuł anime w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2020 roku. To wzrost o 50 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim.

Covidowa izolacja nie jest jedynym czynnikiem przyczyniającym się do wzrostu popularności mangi. Szacuje się, że w Japonii pracuje tylko około 5 tys. artystów i twórców anime. W Stanach Zjednoczonych jest ich wielokrotnie więcej. Sam disneyowski Pixar – zaledwie jeden z wielu hollywoodzkich gigantów animacji – zatrudnia ponad 1,2 tys. artystów. Ta dysproporcja paradoksalnie uwidacznia, z jaką siłą do zachodniej popkultury przebijają się dzieła japońskich twórców.

Produkt konsumpcji

Shiro Yoshioka, wykładowca japonistyki na Uniwersytecie Newcastle, twierdzi, że serwisy streamingowe „znacznie obniżyły barierę ekskluzywności dla fanów anime i przyczyniły się do zjawiska, w którym stało się ono bardziej mainstreamowe niż kiedyś”.

Rozwój streamingu i gier wideo doprowadził do zwiększenia liczby fanów, którzy czują się komfortowo i są zainteresowani animowanym dramatem dla dorosłych. Ma to swoje odbicie w działaniach korporacji Disneya, która w sposób znaczący zwiększa liczbę licencjonowanych i oryginalnych tytułów anime, chociażby w Disney+.

Mimo że wspomniany Netflix ogranicza ostatnio wydatki, by spłacać ogromne kredyty na swą działalność, i tak prawdopodobnie wyda więcej na anime. Platforma ujawniła, że tylko w 2023 roku wprowadzi na rynek 40 nowych tytułów anime, obejmujących coraz szerszy zakres gatunków. Przybyło jej zresztą 1,1 mln abonentów z Azji. Japonia, jako trzecia co do wielkości gospodarka świata, jest szczególnie ważnym obszarem wzrostu.

Co więcej: anime stało się pełnoprawnym stylem filmowego opowiadania, konkurującym nierzadko o główne laury prestiżowych nagród festiwalowych. Również powieści graficzne zyskały na popularności, choć nie w takim stopniu.

Skąd ta fascynacja japońską popkulturą? Manga pojawiła się na Zachodzie w latach 50. XX wieku jako produkt konsumpcji kulturalnej. Japońska gospodarka była wciąż w rozsypce po kapitulacji w II wojnie światowej. Intencją przewodnią historii obrazkowych stało się zaproponowanie czytelnikom taniej rozrywki (podobnie jak komiksu superbohaterskiego po Wielkim Kryzysie w dwudziestoleciu międzywojennym).

Natomiast anime zaczęło być stale obecne w mediach w Stanach i Europie, nawet w PRL-owskiej rzeczywistości, już od lat osiemdziesiątych. Wypełniało ono niezagospodarowaną niszę.

Różne źródła

Wbrew pozorom mangi są bardzo pojemne gatunkowo. Można w nich odnaleźć nie tylko komiksy dla dzieci, młodzieży, dla dziewcząt i chłopców, ale także dla dorosłych. Ma to swoje odzwierciedlenie historyczne.

Na Zachodzie przyjęło się uznawać za genezę komiksu naskalne malunki z jaskiń okresu prehistorycznego, ukazujące polowania ludów pierwotnych oraz mamuty. Myślenie obrazem potem przewijało się w różnych sztukach przez kolejne okresy, swoistą reprezentacje komiksu dostrzegamy chociażby na słynnych drzwiach gnieźnieńskich.

Dzięki komiksom możemy lepiej uodpornić się na zwodniczy charakter mediów wizualnych, które potrafią wmówić nam dowolne kłamstwo albo celowo wprowadzić w błąd

Michał Chudoliński

Udostępnij tekst

Z kolei początki mangi to wiek XII wieku. Pierwszą japońską sztuką sekwencyjną były drzeworyty. Opowiadane na nich historie przedstawiały zantropomorfizowane postacie. Nie miały co prawda tekstu, ale wykorzystywały mechanizmy charakterystyczne dla znanych dzisiaj komiksów niemych, czyli historii wizualnych pozbawionych tekstów oraz monologów wewnętrznych.

Japończycy pod koniec XVIII wieku wydawali tzw. kusashi, które według wielu ekspertów uznawane są za pierwsze komiksy. Wskazują na to elementy narracyjne, cykliczność i – co ciekawe – podział historii pod kątem wieku odbiorcy. Niektóre kusashi, ze względu na treści polityczne i światopoglądowe, były skierowane wyłącznie do dojrzałego czytelnika. Na tym fundamencie w następnym wieku Hokusai mógł stworzyć swoją „Mangę”.

Na rynku amerykańskim pod koniec XIX wieku komiks wciąż pozostawał rozrywką dla mass. Takie myślenie utrwaliły pulpowe historyjki z wielką przygodą, eskapizmem w tle lub superherosem w roli głównej. Tyle że dzisiaj popyt na nie jest znacznie mniejszy. Przyczyna? Brak rozwoju tych opowieści.

A gdzie płaca?

W polskich mediach nie mówi się o tym, że artyści komiksowi zza Oceanu od miesięcy nie otrzymują regularnego wynagrodzenia za swoją pracę. Aby nie stracić kontaktów i reputacji, długo nie opowiadali głośno o tym, co się dzieje. Dopiero w 2022 roku głos zabrali pierwsi profesjonaliści, nie mający już nic do stracenia. Okazuje się, że problem jest systemowy i dotyczy dosłownie każdego wydawcy amerykańskiego, nawet Marvela i DC. Wydawcy Indie są ponadto na skraju przepaści.

Doszliśmy do momentu, gdy w Ameryce realizacja projektów w serwisach crwofundingowych jest bardziej stabilnym i bezpiecznym zajęciem niż tworzenie dla korporacji wydawniczych. Dla tych drugich ważniejsze od angażujących historii stało się wprowadzanie między wiersze progresywnej agendy.

Współcześni mistrzowie narracji komiksowych w komiksie amerykańskim pokroju Joe Madruiery, pomimo miłości do tego medium, przenieśli się z powodu pragmatyzmu i realizmu do branży gamedevu. Komiks jest dla nich obecnie jedynie hobby.

Krucjaty

W Polsce czasem słyszymy, jak ekspert telewizyjny albo polityk opisuje dane zjawisko jako „komiksowe”, czyli niedorzeczne, wręcz żenujące. Takie podejście to efekt krucjaty wymierzonej lata temu przeciwko komiksom w Ameryce i Europie, mającej, w założeniu, „troskę o najmłodszych”.

Warto wiedzieć, że psychiatra doktor Fredrich Wertham, uznając w latach 50. komiksy superbohaterskie i horrory obrazkowe za przyczynę degeneracji młodzieży, opierał się na nierzetelnie przeprowadzonych badaniach. Jego próbę badawczą stanowili nowojorscy nastolatkowie z trudnych środowisk, cierpiący na zaburzenia osobowości, czy dzieci z zaburzeniami z kliniki Lafargue, Bellevue Hospital Center, Kings County Hospital Center lub Queens General Hospital. Wysiłki Werthama wspierał m.in. „New York Times”, nie zważając na kontrowersje badawcze. Jego wojna nie tylko spłaszczyła rynek komiksowy w Stanach na wiele dekad, ale też stworzyła stereotypowe i nieuczciwe spojrzenie na medium komiksowe jako takie.

Wertham nie był jedynym. Brytyjski nauczyciel Peter Mauger w latach 40. wypowiedział wojnę komiksom za ich – jego zdaniem – wulgarny, patologiczny wydźwięk. Jak się potem okazało, Mauger był członkiem partii komunistycznej, a jego działalność miała w założeniach zohydzić kulturę amerykańską, uderzającą w tzw. narodowe bogactwo kulturowe. ZSRR motywowało takimi praktykami lokalnych działaczy w krajach europejskich do denuncjowania kapitalistycznej popkultury, uderzając w tony ksenofobiczne. Ostatecznie, z racji silnego sojuszu brytyjsko-amerykańskiego doby zimnej wojny, cała ta kampania spaliła na panewce.

Tego typu kontrowersje w Azji nie istnieją, postrzegane byłyby wręcz jako niedorzeczne. W Japonii animacja i komiks mieszczą w sobie pełen przekrój treści: od komedii romantycznych i opowieści obyczajowych do epickich przygód w świecie fantasy lub science fiction. Dopiero od niedawna amerykańscy i europejscy twórcy zaczęli celować również do tak szerokiego grona, kierując swoją ofertę na przykład do młodych dorosłych albo bezpośrednio do kobiecego audytorium czytelniczego.

Istotnym czynnikiem decydującym o popkulturowej ekspansji sztuki z japońskich wysp są otaku – zatwardziali fani mangi i anime, stereotypowo postrzegani jako outsiderzy i odmieńcy, zbyt zaabsorbowani własnymi fantazjami, aby egzystować w „normalności”. Chociaż, przyznajmy, stanowią oni mimo wszystko skrajność i mniejszość. Niegdyś spotykano ich wyłącznie na konwentach fantastyki, tam zarażali swoją pasją do popkultury japońskiej. Dzisiaj głównym kanałem komunikacji jest YouTube i specjalistyczne kanały. Natomiast fakt, że wiele mang jest przenoszonych na kanwę animacji i tam zyskują miano kultowych na streamingach, pozwala im wyjść poza bańkę zatwardziałych fanów gatunku.

Ponadto zaobserwowano wzrost liczby studentów piszących prace dyplomowe na temat anime, co samo w sobie dowodzi docenienia tej sztuki zarówno jako kulturowego przekazu, jak i źródła wiedzy o kulturze. Wiele popularnych anime pokazuje japońskie środowisko miejskie, japońskie jedzenie i inne elementy codzienności, które mogą być nowe i atrakcyjne dla widzów z innego kodu kulturowego, zwłaszcza zachodniego, przyzwyczajonych do odmiennej architektury, rytmu dnia i stylu życia.

Dochodzi do tego coraz częstsze pojawianie się prac dyplomowych na zachodnich uniwersytetach w formie komiksu. Jedna z nich ukazała się na polskim rynku – to „Odpłaszczenie” Nicka Sousanisa, omawiające w kontekście kognitywistyki aspekty otaczającej nas rzeczywistości znaczeń i symboli.

Filozofia w popkulturze?

Anime ma w sobie nieograniczone możliwości ukazywania świata oraz urealniania wyobraźni, umożliwiając ujrzenie na ekranie dosłownie wszystkiego, co tylko autor sobie wymarzy, bez większych ograniczeń, które stoją przed produkcjami aktorskimi.

Sukcesów azjatyckich na polu kultury będzie zresztą więcej z prostego powodu: to właśnie tamtejszy rynek coraz częściej dyktuje, czy dana zachodnia produkcja okazuje się sukcesem czy klapą. Wzrost znaczenia tego rynku odbija się też na samych filmach, czego najlepszym dowodem jest współpraca Disneya z Chińską Republiką Ludową, wprowadzającą do produkcji nierzadko cenzurę, zaś potencjalne cięcia scen obowiązują też w innych wersjach udostępnianych dla konkretnych regionów świata.

Oglądając anime da się zauważyć, że opowiada ono nieco inny rodzaj historii niż proponują to nasze zachodnie narracje. W tych drugich częściej znajdziemy wyraźny podział na dobro i zło oraz indywidualnego bohatera, który musi znaleźć w sobie siłę do pokonania zła. Tymczasem na Wschodzie protagonista naciskany jest przez okoliczności i musi wymyślić sposób na rozwiązanie problemu. Oczywiście oba typy opowieści znajdziemy po obu stronach globu, choć w różnym natężeniu.

Częściej też w tekstach popkultury japońskiej pod płaszczem rozrywki i eskapizmu możemy zauważyć poważne dysputy filozoficzne, odwołujące się nierzadko do wydarzeń na arenie międzynarodowej (jak posthumanistyczne refleksje związane z technologią w kontekście walki z terroryzmem w mandze „Pluto” Naoki Urasawy).

Między niszą a kasą

Wróćmy na koniec na polskie podwórko. U nas, co wielokrotnie podkreślał profesor Jerzy Szyłak, historie obrazkowe spychane są do niszy. Trudno, by komiks zdobywał nowych czytelników, skoro wydawcy ograniczają się do tysiąca-półtora egzemplarzy na tytuł w kilkudziesięciomilionowym państwie.

Mało tego, tworzą z komiksu towar ekskluzywny i kosztowny, skierowany do kurczącej się klasy średniej, co w sensie historycznym, o czym wspomniałem, stanowi istne kuriozum.

Wesprzyj Więź

Jest coś jeszcze, i to w skali globalnej. Wraz z chwilą, gdy wielkie koncerny komiksowe zostają przechwytywane przez popkulturowe molochy typu Warner Bros czy Disney, dochodzi nierzadko do spłaszczania obrazkowych historii. Gdy zeszyty komiksowe przestały się sprzedawać z powodu odgrzewania tych samych kotletów oraz zintensyfikowania piractwa, zepchnięto je do parteru franczyzn, w skład których wchodzą o wiele bardziej dochodowe i rozpoznawalne seriale, kreskówki, blockbustery.

Dochód na pewno jest większy. Tylko czy o to chodzi w komiksie?

Przeczytaj też:
Partytura słów. Rozmowa z Bereniką Kołomycką, Michałem Śledzińskim i Jackiem Świdzińskim
Galopem przez kadry. Krótka historia polskiego komiksu
Książka, ale nie literatura

Podziel się

2
Wiadomość

Ciekawe ujęcie, ale tezy nie do końca trafne. W Polsce hasło “komiks” ma w powszechnym odbiorze trzy oblicza. Jednym jest postrzeganie komiksu przez pryzmat Marvela i DC, czyli przysłowiowego Batmana i Spider-Mana. Przy czym daleko jest do pojmowania tego typu komiksów jako rozrywki dla dzieci, głównie dlatego, że komiksy w porównaniu z adaptacjami filmowymi są o wiele poważniejsze i mroczniejsze. Komiksy “dla dzieci” to bardziej Kaczor Donald. Choć znów będziemy tu mówić o dzieciach w cudzysłowie, od lat odbiorcami “Komiksu Giganta” są dorośli, kupujący wydania z sentymentu. Trzecie oblicze, to klasyka polskiego komiksu, jak Yans i Thorgal.

Co do półek pełnych mangi, to pandemia tylko przyspieszyła zjawisko, ale go nie wywołała. Całe piętra w Empikach poświęcone mandze są obecne w Polsce od dwóch dekad.
Natomiast jeśli chodzi o USA, to przewaga mangi nad komiksami o superbohaterach bardziej wynika ze słabości tych drugich, niż z ekspansji tych pierwszych. Odbiorcy chcą czegoś świeżego, gdy giganci amerykańskiego komiksu wciąż odgrzewają kotlety. Nie znaczy to, że zachodni komiks upada, bo sławę zyskują zachodnie dzieła po prostu inne, niż duet DC i Marvel. Weźmy choćby Ennisa z jego świetnymi komiksami, które doczekały się adaptacji serialowych. Ciekawy jest zwłaszcza przykład The Boys, produkcji na motywach komiksu, która prześcignęła popularnością wszystkie inne seriale superbohaterskie. Po prostu serial dawał coś innego, niż klasyczne adaptacje według utartego schematu.

W temacie Netflixa dodam, że popularyzuje on nie tylko japońskie produkcje. Ekranizacja Kajko i Kokosza była ukłonem w stronę naszego rodzimego komiksu.

Dużym uproszczeniem jest sprowadzanie zachodniego komiksu do wyraźnego podziału na dobro i zło, w opozycji do japońskich mang. W klasycznych komiksach rodem z USA podział na dobro i zło zatarł się dawno temu. I nie mówię nawet o typowo “złych” jak Lobo, czy praworządnie złych jak Punisher, bo przeciez i Batmana, czy Supermana dekonstruowano tyle razy, że “dobrymi” nazywają ich ci, co komiksów nie czytali.

I na koniec znów o Netflixie, który sporo robi dla popularyzacji mangi i anime. Choćby przez takie produkcje jak Alice in Borderland, czy Cowboy Bebop.

Mnie to ominęło, głównie dlatego, że sam uwielbiam mangę, zaś wszelkie sugestie odnośnie “zniewolenia” przez kreskówki, Harrego Pottera, kucyki Pony i Hello Kitty dusiłem w zarodku. Również z tego powodu nie zgodziłem się na zaproszenie księdza egzorcysty do prowadzenia rekolekcji wielkopostnych, powiedziałem, że nie puszczę moich klas na taką farsę.

A argumenty o tym jak to młodzież jest zniewalana przez gry, komiksy, czy telefony zbijałem zawsze moją ulubioną opowieścią, jak to w XVIII wieku popularyzacja literatury spowodowała, że młodzież nic tylko siedziała z nosem w książkach. W zanadrzu miałem też oryginalne kazania z XIX wieku, gdzie zagrożenie demoniczne widziano w jedzeniu ziemniaków. Serio. Ziemniaki uważano za “pokarm heretyków”, a kto je spożywa, tego Szatan nawróci na luteranizm.

Próby opisu fenomenu komiksowego na skalę światową, nie nawiązujące w żaden sposób szkole belgijskiej, a za nią francuskiej, są z założenia absurdalne, błędne, co najwyżej zabawne. To trochę jak rozmawiać o piwie, nie zauważając najlepszych na świecie – browarów belgijskich.

Muszę być znacznie starsza od Was, bo nie należę do pokolenia komiksowego może i wstyd lub raczej szkoda, ale faktycznie wśród młodych, także młodych i atrakcyjnych dam, temat jest wiodący, więc się nie dziwię Wojtek, że w tym temacie się też orientujesz, bo bez tego trudno o nić porozumienia z uczniami. Szkoda, że już nie uczysz. Można też z tego zrobić temat poważnych badań na doktorat jak dr Rafał Kołsut.

A Wojtek, co sądzisz o mangowych przewodnikach po nauce? Musisz się w tym orientować, dzieciaki coś z tego się uczą? Dawno temu pamiętam, ale nie wspomnę jak dawno były też takie wprowadzenia w teorię względności. Czytywałeś to? Ani autora, ani tytułu nie wspomnę.