Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Kardynał Ryś z dziwnej diecezji

Abp Grzegorz Ryś podczas ustanowienia nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej, maj 2023. Fot. Archidiecezja Łódzka

To, że abp Grzegorz Ryś został ogłoszony kardynałem, dziwne nie jest. Zaskakujące może być tylko to, że nowy kardynał przychodzi z jednej z najmniej pobożnych metropolii w Polsce, oraz fakt, że Łódź ma teraz aż dwóch kardynałów.

Statystyki są nieubłagane. W roku 2021 dominicantes (czyli procent uczestnictwa katolików w niedzielnych Mszach świętych) w archidiecezji łódzkiej wynosił zaledwie 17,2 proc.

Wesprzyj Więź.pl

Był to jedynie nieco lepszy wynik niż ten odnotowany w diecezji szczecińsko-kamieńskiej. Tę niską liczbę można oczywiście tłumaczyć pandemią i powolnym procesem wychodzenia z tego trudnego okresu, tyle że Łódź i diecezja łódzka od lat znajdują się w tyle kościelnych statystyk.

W 2018 r. procent ten wynosił 24,5. Drobnym pocieszeniem może być fakt, że tempo spadku jest niższe niż w innych diecezjach, choć może być to spowodowane tym, że przestrzeń spadku jest już mocno ograniczona.

Trudna i nie wyjątkowa

W przypadku Łodzi nie jest to proces, który możemy wiązać wyłącznie ze współczesnymi okolicznościami społeczno-kulturowo-politycznymi. Tu wskaźniki pobożności zawsze były niższe niż w innych częściach Polski i nawet górka lat 80., która miała swoją przyczynę we wzroście nastrojów religijnych wynikających z elekcji Karola Wojtyły na Tron Piotrowy, była mniej spektakularna niż w innych dużych miastach takich jak Kraków czy Warszawa.

Nie może więc dziwić, że w 2017 r. jedno z pierwszych pytań, które otrzymał abp Grzegorz Ryś tuż po ogłoszeniu, że ma stać się nowym metropolitą łódzkim, dotyczyło tego, czy nie boi się wyzwań stojących przed nim w tej „trudnej diecezji”. 

W Łodzi wskaźniki pobożności zawsze były niższe niż w innych częściach Polski. Nawet górka lat 80., która miała swoją przyczynę w wyborze Wojtyły na papieża, była mniej spektakularna niż w innych dużych miastach

Sebastian Adamkiewicz

Udostępnij tekst

Takich pytań musiał zresztą dostać niemało, skoro do odpowiedzi na nie wracał później kilkakrotnie, powtarzając, że każda diecezja ma swoje trudności, więc łódzka nie jest w tym wyjątkowa.

Być może była to kurtuazja, a może próba przełamania poczucia, że miejsce to należy spisać na straty. W 2017 r. Łódź mogła się zresztą poczuć jak ziemia misyjna. Kilka lat wcześniej z Krakowa przyjechał do niej popularny kaznodzieja dominikański o. Adam Szustak. Pięć lat później krakowski desant przywiódł inną gwiazdę polskiego Kościoła, bp. Grzegorza Rysia, który już wówczas znany był jako organizator wielkich wydarzeń ewangelizacyjnych, kojarzony z „Tygodnikiem Powszechnym” i krakowską gałęzią Kościoła otwartego. Takich duszpasterzy przysyła się na tereny, o których nawet diabeł zapomniał. Osobliwe, że decyzję o tamtej nominacji nuncjatura ogłosiła 14 września…w święto Podwyższenia Krzyża.

Tyle że Łódź była taka zawsze. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, że ze wszystkimi obecnymi problemami Kościoła w tym regionie mierzono się już dawno temu.

Miasto wyrosłe z niczego, na peryferiach trzech wielkich ziem historycznych – Wielkopolski, Mazowsza i Małopolski – będące zaprzeczeniem logiki dziejowej, było od momentu początków rozkwitu traktowane jako aberracja, obca narośl na zdrowej tkance narodowej.

W istocie po części takie rzeczywiście było. Choć w tym roku obchodzić będzie 600 lat istnienia jako miasto, to aż do 1823 r. pozostawało niewielką mieściną bardziej przypominającą wieś. O miejskości decydował wyłącznie ziemny rynek i prawa miejskie nadane przez Władysława Jagiełłę.

Na początku XIX w., dzięki decyzji o budowie osady przemysłowej i rozkwicie produkcji tkanin bawełnianych, z miasteczka, którego mieszkańcy mogliby się zmieścić w jednym bloku mieszkalnym, w ciągu życia jednego długowiecznego Łodzianina, rozrosło się do jednej z największych polskich metropolii. Jeszcze na początku XIX stulecia zamieszkiwało tu około 300 mieszkańców, a na początku XX w. było ich już… 350 tys.

Historyczne zaszłości

Miasto nie nadążało za przyrostem ludności. Brakowało mieszkań, zaplecza administracyjnego, szkół, szpitali, a także świątyń. W nadmiarze był zaś wielokulturowości, którą gmatwały dodatkowo podziały klasowe i rosnące konflikty społeczne.

Mieszanka kultur była czymś pięknym i destrukcyjnym zarazem. Dawała asumpt do tego, by katolik stawiał synagogę, Żyd kościół katolicki, wspólnie łożyli na niemiecką szkołę, a jednocześnie ta wielokulturowość rodziła też spory.

To w Łodzi właśnie były parafie, w których katolicy stanowili mniejszość. A funkcjonowania Kościołowi katolickiemu nie ułatwiały władze rosyjskie, które blokowały możliwość rozbudowy sieci parafii, która jeszcze na początku XX w. bardziej odpowiadała małemu miasteczku niż potężnemu miastu. Dość powiedzieć, że na jednego łódzkiego księdza przypadało niekiedy….30 tys. wiernych.

Duchowni – przybywający często z terenów wiejskich, gdzie przyzwyczaili się do tego, że są traktowani jak alternatywna władza, a większość wierzących jest im doskonale znana – nagle trafiali do kotła kultur i anonimowości.

Na dodatek miastem wstrząsały patologie związane z alkoholizmem, handlem ludźmi czy ogromną przestępczością. Jednym słowem – działo się wszystko to, co stać się musiało w mieście wilczego kapitalizmu i wielkich dysproporcji społecznych.

Kompleks Łodzi ma się dobrze, bo czystym „skandalem” jest to, żeby taka diecezja miała swojego kardynała, zwłaszcza kiedy arcybiskup Krakowa nie może się tego wyróżnienia doczekać

Sebastian Adamkiewicz

Udostępnij tekst

Kościół poruszał się w tej rzeczywistości niekiedy jak słoń w składzie porcelany. Szczególnie negatywną rolę odegrał w trakcie wydarzeń rewolucji 1905 r., kiedy kierując się dystansem do środowisk lewicowych, słusznie oskarżony został o sprzyjanie Rosji, sojusz z fabrykantami i brak empatii wobec problemów robotników.

Skorzystały na tym tworzące się wspólnoty mariawickie, które dzięki szeroko zakrojonej działalności społecznej zbudowały w regionie łódzkim jedną z największych i do dzisiaj istniejącą grupę wyznawców.

Z tych powodów pierwszy łódzki biskup – Wincenty Tymieniecki – starał się swój pontyfikat wypełnić działalnością dobroczynną. Popadał zresztą z tego powodu w częste spory z magistratem łódzkim opanowanym przez socjalistów. Przykładem takiego konfliktu był program budowy osiedla robotniczego.

Kiedy miasto budowało bloki mieszkalne na osiedlu Montwiłła-Mireckiego, biskup realizował podobny program na łódzkim Karolewie. Historia spłatała jednej i drugiej inicjatywie niemałego figla. Kryzys ekonomiczny spowodował, że zamiast robotników obydwa miejsca zasiedlili głównie przedstawiciele zamożnej inteligencji.

Choć dzisiaj nie ma już łódzkich socjalistów, mit czerwonej Łodzi jest tylko legendą, a z wielkiego przemysłu włókienniczego zostało niewiele, podobnie jak z wielokulturowości zdławionej przez wydarzenia II wojny światowej, to jednak pewne zaszłości pozostały.

Jedną z nich są właśnie słabe statystyki pobożnościowe i opinia trudnej diecezji, zasadniczo innej od pozostałych. Wiele z tych przekonań jest oczywiście gębą dorabianą Łodzi, ale faktycznie jest to Kościół o nieugruntowanych jeszcze tradycjach, bez wielkich gwiazd ewangelizacji, czy nawet bez miejsc, które cieszyłyby się ogólnopolską rozpoznawalnością i kultem.

Choć na terenie diecezji mieszkali przez pewien czas i św. Maksymilian Kolbe (w podłódzkich Pabianicach), i św. Faustyna Kowalska (urodzona w Świnicach Warckich i mieszkająca w Łodzi, gdzie w tutejszym kościele św. Stanisława Kostki, dzisiejszej archikatedrze, ukazać miał się jej Chrystus), to niewielu wierzących kojarzy te dwie postacie z diecezją.

Próba uczynienia z Pabianic miejsca kultu Maksymiliana, jaką podjęto zanim jeszcze abp Ryś został metropolitą, spaliła na panewce. Nie pomaga nawet fakt, że z tej diecezji wyrusza prawdopodobnie jedna z najstarszych pielgrzymek na Jasną Górę. Ze wspomnianych Pabianic w tym roku wyjdzie po raz 555.

W takiej diecezji – z nierozwiązanymi problemami potransformacyjnymi, z dużymi przestrzeniami biedy i wykluczenia, ranami zostawionymi przez przeszłość, gdzie nie można zasłonić się wielowiekową tradycją, manifestacyjną pobożnością, czy autorytetem wypływającym z historii – liczy się wyłącznie to, co mówisz, a następnie robisz.

Awanse i spadki

Do takiej „trędowatej” diecezji trafił zatem w 2017 r. abp Ryś, co już wówczas potraktowano jako duże zaskoczenie. Wielu spodziewało się przecież, że raczej obejmie – jako wybitny intelektualista – stolicę w Krakowie, kontynuując dobre tradycje swoich poprzedników i mistrzów, w tym kardynała Macharskiego, którego krzyż pektoralny dumnie nosi.

Tymczasem doszło do zaskakującej wymiany. Następcą kardynała Dziwisza został metropolita łódzki abp Marek Jędraszewski, a z Krakowa do Łodzi przyjechał bp Grzegorz Ryś. Łodzianie przypomnieć mogli sobie postać bp. Józefa Rozwadowskiego, który w 1968 r. przybył z Krakowa, aby objąć katedrę przy ul. Piotrkowskiej.

Jeśli nic się nie zmieni, to w najbliższym konklawe Łódź może mieć aż dwa głosy, co jest absolutnym wywróceniem hierarchii, które zdawały się regulować życie Kościoła w Polsce

Sebastian Adamkiewicz

Udostępnij tekst

Dobra pamięć, jaka została po tym „żelaznym biskupie” – jak zwykło się go nazywać – pozwalała mieć nadzieje, że Łódź gorszy „towar” eksportuje, a importuje wyłącznie ten wysokiej jakości.

Inaczej odbierano to w komentarzach publicystycznych. Przeniesienie abp. Jędraszewskiego na Franciszkańską 3 interpretowano jako pewien rodzaj awansu, ustawienie na autostradzie do kardynalskiej purpury, jako – zaskakujące nieco – wyróżnienie biskupa, który już wówczas kojarzył się z politycznymi wypowiedziami sprzyjającymi Prawu i Sprawiedliwości.

Dla abp Rysia miał być to szczebelek w karierze. Do Łodzi wpaść miał na chwilę i za moment uciec, w domyśle na bardziej godną diecezję. Ale 2023 r., gdy z okna papieskiego odczytano jego imię i nazwisko, Franciszek dodał także godność „arcybiskup Łodzi”.

Jedna Łódź, dwóch kardynałów

Nie był to jednak pierwszy duchowny, który otrzymał godność kardynała, będąc jednocześnie związany z łódzką diecezją. W 2018 r., po objęciu metropolii przez abp. Rysia, kardynalskie kolory otrzymał jego przyjaciel Konrad Krajewski. Jałmużnik papieski nie tylko urodził się w Łodzi, ale tu także skończył seminarium i przyjął święcenia. A swoje związki z łódzką wspólnotą chętnie podkreśla.

Jeśli się zatem nic nie zmieni, to w najbliższym konklawe Łódź może mieć aż dwa głosy, co jest absolutnym wywróceniem hierarchii, które zdawały się regulować życie Kościoła w Polsce. Oto nie Kraków stał się przepustką do najwyższych godności kościelnych, ale mało prestiżowa, trudna Łódź.

Paradoksalnie, wybór ten wśród łódzkich wiernych znowu wzbudził obawy, że długo nie będą się cieszyć swoim kardynałem, że jest to forma transakcji łączonej, i za kardynalską czerwienią pójdzie również jakaś bardziej wzniosła stolica, np. powrót do Krakowa po przyszłorocznym przejściu na emeryturę abp. Jędraszewskiego.

Pojawia się też teoria, że może zostać następcą kardynała Nycza i zamieszkać w warszawskim Pałacu Biskupim. Kompleks Łodzi ma się dobrze, bo czystym „skandalem” jest to, żeby taka diecezja miała swojego kardynała, zwłaszcza kiedy arcybiskup Krakowa nie może się tego wyróżnienia doczekać.

Ciekawym kontekstem tej decyzji jest Ewangelia, która wybrzmiała na ingresie abp. Rysia w łódzkiej katedrze. Czytano wówczas słynną przypowieść o miejscach przy stole. Hierarcha w kazaniu mówił, że każdy w Kościele ma swoje miejsce, swoją misję.

Po latach Słowo wypełniło się w inny nieoczekiwany sposób. Oto arcybiskup, obejmując diecezję trudną, ze statystykami na dole tabel, usiadł na ostatnim miejscu i z niego został wywołany na miejsce bliższe gospodarzowi. W tym sensie jest to niezwykle ewangeliczna decyzja. Szkoda tylko, że jeśli miałyby spełnić się obawy Łodzian, mogą to być ostatnie miesiące abp. Rysia w tym mieście.

Jakim biskupem jest Ryś?

Jakim abp Ryś jest metropolitą? Okoliczności nakazują oczywiście mówić wyłącznie o pozytywach. Tych faktycznie jest sporo. Wielkie inicjatywy charytatywne na czele z Orszakiem Trzech Króli, spotkania ewangelizacyjne dla młodzieży (spotykające się z krytyką konserwatywnej części Kościoła, zwłaszcza z powodu dość swobodnego podejścia do zasad liturgicznych), reformy organizacyjne w tym powołanie diakonów stałych i nadzwyczajnych szafarzy, relacje z innymi wyznaniami i religiami, rozwój seminarium duchownego (włącznie ze sprowadzeniem z Krakowa seminarium dla dojrzałych kandydatów), czy wreszcie pobudzenie intelektualnej refleksji nad Słowem.

Ab Ryś zawiódł tych, którzy oczekiwali od niego, że będzie głosem tzw. Kościoła otwartego. Dla wielu problem jest także to, że stosuje metodę niedyskutowania na forum publicznym z innymi biskupami. Stara się nie komentować i nie podważać ich słów

Sebastian Adamkiewicz

Udostępnij tekst

Nad tym ostatnim niektórzy duchowni pokątnie ubolewają, twierdząc, że przy arcybiskupie jeszcze silniej widać ich braki. Cóż, trudno z tym polemizować, ale nie sposób też zapominać, że umiejętności kaznodziejskie abp. Rysia są ogromne.

Na plus można też zapisać przebieg Synodu Diecezjalnego, który na pewnym etapie stał się częścią Powszechnego Synodu o Synodalności. Choć odbywał się on w atmosferze bojkotu ze strony części duchownych i najpewniej nie zawsze przebiegał tak, jak metropolita by sobie wyobrażał, to jednak był próbą ożywienia życia diecezji, pokazania, że można inaczej.

Osobliwością – jak na polski Kościół – było to, że postulaty obrad wygłaszano nie tylko z chłopskiego rozumu i mniemania, ale także na podstawie badań socjologicznych przeprowadzonych przez profesor Uniwersytetu Łódzkiego Kaję Kaźmierską, co w przypadku rodzimego Kościoła jest pewnym ewenementem. 

Nie jest oczywiście tak, że arcybiskup Ryś to chodzący ideał. Jego ogólnopolska popularność i aktywności odbijają się na obecności w diecezji. Nie w pełni wyjaśniona została kwestia wysokich opłat za cmentarz w Brzezinach, czy budowanej przez Kościół łódzki kopalni piasku w Porszewicach, przeciwko której protestują okoliczni mieszkańcy, a która przekazana została kurii w budzących kontrowersję okolicznościach.

Z krytyką abp Ryś spotkał się także, gdy okazało się, że upoważnił łódzkiego adwokata Marka Markiewicza do reprezentowania diecezji kaliskiej (której był administratorem po odwołaniu bp Edwarda Janiaka) w procesie o odszkodowanie, jakie diecezji wytoczył Jakub Pankowiak.

Mecenas w tej sprawie nie wykazywał się empatią, co odbiło się także na arcybiskupie, który obdarzył go zaufaniem. Obszernie w swoim tekście problem na tych łamach opisała Monika Białkowska.

W maju 2019 r. Oko.press oskarżyło arcybiskupa, że zignorował zgłoszenie o ukrywaniu przypadków pedofilii przez biskupa łowickiego (podlegającego metropolii łódzkiej) Andrzeja Dziubę. Abp Ryś obszernie wyjaśnił sprawę, twierdząc, że interwencję podjął, gdy tylko ofiara bezpośrednio zwróciła się do niego ze skargą. Przy okazji wyjaśnień ujawnił jednak dane molestowanego, za co później przepraszał.

Kogo zawiódł?

Abp Ryś przede wszystkim zawiódł jednak tych, którzy oczekiwali od niego, że będzie głosem tzw. Kościoła otwartego (jakkolwiek go zdefiniujemy). Symboliczne wydawało się, że to on zastępuje na metropolii łódzkiej abp. Marka Jędraszewskiego, kojarzonego z innym modelem obecności Kościoła w Polsce.

Media od początku stawiały nowego w kontrze wobec tego hierarchy. W przypadku Łodzi było to o tyle proste, że obecny metropolita krakowski wygasił w trakcie swojego łódzkiego pontyfikatu lokalną tradycję Ekumenicznych Dróg Krzyżowych.

Oczekiwano, że jedną z pierwszych decyzji nowego arcybiskupa będzie ich przywrócenie. A jednak tego nie zrobił. Na początku zaczął organizować Ekumeniczną Drogę Światła rozważającą tajemnicę Zmartwychwstania. Do Dróg Krzyżowych powrócił po latach, kiedy wszyscy zdążyli zapomnieć, że jego poprzednik je zlikwidował.

W ten sposób uniknął porównywania, konfliktowania, czy traktowania obrzędu religijnego jako manifestacji poglądów. Arcybiskup stosuje bowiem metodę niedyskutowania na oficjalnym forum z braćmi w biskupstwie. Stara się nie podważać ich słów, nie komentować.

Z jednej strony to ucieczka przed szufladą, w której łatwo byłoby go umieścić, z drugiej jednak strony pozostawienie pola do uzurpowania sobie głosu Kościoła przez ludzi, którzy takich skrupułów nie mają.

Oczywiście trudno zarzucić arcybiskupowi polityczność kazań. W przeciwieństwie do jego poprzednika na łódzkiej stolicy, nie wypycha on homilii świątecznych luźnymi rozważaniami o gender i neomarksizmie, które nijak mają się do wysłuchanego Słowa. Nie jest oczywiście też tak, że nie komentuje w nich rzeczywistości. Ale czyni to na tyle subtelnie, że z trudem da się jego wypowiedzi przedstawić w formie medialnej setki.

Wesprzyj Więź

Czy zatem nominacja abp. Rysia zmieni polski Kościół? Na to pytanie nie ma oczywistej odpowiedzi. Trudno bowiem pokładać nadzieje w ludziach. Należy tę nominację – moim zdaniem – traktować w sposób bardziej symboliczny i globalny.

Jeśli kardynałem zostać może biskup metropolii notującej słabe wyniki pobożnościowe to znaczy, że bezpieczne i zastane normy oraz przyzwyczajenia nie są stałe. Że Kościół to hierarchia odpowiedzialności, a niekoniecznie przywilejów i prestiżu.

Przeczytaj też: Papageno Team, pierwsze w Polsce duszpasterstwo osób w kryzysie samobójczym

Podziel się

46
36
Wiadomość

Dla mnie najslabszym wystapieniem kard. Rysia bylo spotkanie z mlodzieza licealna KLO w Lodzi: https://www.youtube.com/watch?v=QBHjRihCf8A Hierarcha nie popisal sie tam ani wiedza czy warsztatem historycznym (jako historyk), ani swiadomoscia stosunkow w kurii krakowskiej (jako byly krakowski bp pomocniczy) ani odwaga cywilna (jako nastepca apostolow). No, ale jeszcze wiele przed nim, nie jest taki stary…

Konrad było gorzej.
I tu mi pokazał jak nic abp i bp nie rozumieją z sytuacji osób wykorzystanych.
https://wiez.pl/2020/09/04/do-obowiazkow-ofiary-nie-nalezy-znajomosc-koscielnych-procedur/ Jedne z moich pierwszych komentarzy.
Ale, że mi się chciało sprawdzać tyle danych.

Tak. Powoli się uczą, ciekawe czy się nauczą do końca.
Zatem takie hasło dla abp i bp.
Dobrze się bawimy w swoim własnym gronie.
Może już przestańcie. Bo się źle bawicie.

„ I co abp Ryś nie rozmawia z abp Polakiem o procesie wcześniejszym i jego ustaleniach? Nie wie nic o ofiarach, nie zna ich tożsamości? Nie wie nic o Dziubie i tym jak przez 6 lat spowalniał śledztwo albo w zasadzie w ogóle nic nie robił? Naprawdę tego nie wie ? Nie może zadzwonić do Gniezna i poprosić o kontakt? Nie czuje, że powinien działać, wyciągnąć rękę bo sprawa nie jest nowa tylko przekazywana dalej dalej i dalej;) Nie dostrzega, że nie powinien już zwlekać i czekać aż osoba poszkodowana trzeci raz kolejnemu hierarsze ponownie zgłosi sprawę, której dochodzenie trwa już ponad 7 lat ? Nie rozumie, że poszkodowany ma już po prostu dość, że procedury procedurami ale jest jeszcze empatia i zrozumienie człowieka skrzywdzonego. Na każdym etapie wygląda to żałośnie po prostu.
Kościół nie zdaje egzaminu z miłości bliźniego.”
To była bezpośrednia sprawa. Nie historia tak lubiana.

Warszawska „Więź” ubolewa , że kardynał jest ze zlaicyzowanej i postrobotniczej Łodzi, a nie z warszawki lub krakówka. Straszne. Widać niezbyt dobrze wsłuchują się w słowa Ojca Świętego Franciszka , które wywracają dawne konwencje. Nominacje kardynalskie są tego dobrym przykładem. Dziwi mnie jednak postawa redaktorów Więzi, tytułu który , chce być głosem postępowych katolików.

A nas dziwi, że Pan pisze komentarz, nie czytając tekstu. Gdyby Pan przeczytał, to zauważyłby Pan, że autor artykułu:
– mieszka w Pabianicach
– kwestionuje ów stereotyp.
PS. Równie nieprawdziwe jest stwierdzenie, że “Więź” chce być głosem “postępowych” katolików.

A tak na poważnie – jak można innym mówić o Bogu, skoro tak podstawowej sprawy się nie umie zrozumieć. Posprzątać własne podwórka – a później iść nawracać innych.
Euforia nawracania nie wyda owoców, kiedy krucho z wiarygodnością 😉
Ale można stosować różne tricki. Ale uwaga mogą być tylko manipulacją.

@Joanna
“Posprzątać własne podwórka – a później iść nawracać innych”

Dokładnie. I na to czekam. Jak się doczekam to może powrócę na łono KK (o ile tego “łona” nie zmienię do tej pory całkowicie).

Mój początkowy entuzjazm wobec ks. Rysia, później biskupa, niestety minął, kiedy wysłuchałam kilku jego wypowiedzi, z których wynikało, że w wystąpieniach publicznych ważniejsze jest dla niego, by nie urazić kolegów w sakrze biskupiej, niż wczuć się w los tych najmniejszych w Kościele, skrzywdzonych, cierpiących i wciąż umniejszanych. Ogromnie mnie to zasmuciło, bo po tym, jak głosił, spodziewałam się, że będzie nieprzejednany w bronieniu najsłabszych. Wciąż nie wiem, czy ja w Ewangelii widzę co innego, niż hierarchowie… a może ja na serio biorę jakieś metafory, które wytrawni teologowie są w stanie na swój użytek wyłożyć inaczej.

@Małgorzata, podobnie to widzę. Kilka(naście) lat temu wydawało się, że kilku nowo wyświęconych biskupów dobrze rokuje (był w tym gronie m.in. bp Ryś, ale byli też inni). Na początku było całkiem dobrze, rozmowy, spotkania z wiernymi nie tylko przy okazji wizytacji kanonicznych, zainteresowanie itd. Aż przyszedł moment, że więzy z braćmi z KEP wzięły górę nad relacjami z “szeregowymi” wiernymi. Ci drudzy stawali się coraz mniej ważni, coraz bardziej odlegli (piszę w oparciu o znaną mi diecezję). Dziś po dobrze rokującym biskupie nie zostało już (prawie) nic…po prostu – jak to mówią znajomi – zbiskupiał. Korpo musi trzymać się razem; jak się wyłamiesz, to odpadasz. Dlaczego to mówię? Każdy początkowy zachwyt może się za chwilę okazać sporym rozczarowaniem. I jest to poparte faktami płynącymi z tego właśnie środowiska. I choć mamy nową sytuację, to można powiedzieć, że już to przerabialiśmy.
Nie wiem jak to będzie z obecnym kardynałem… Ale te wszystkie ochy i achy nad jego nominacją powodują, że od razu zapala mi się czerwona lampka i włącza niedowierzanie.

Słowa Joanny Krzeczkowskiej można odnieść historycznie do wielu hierarchów KK. Nawet przez nas umiłowany Jan Paweł II nie uniknął błędów wskazanych przez p. Joannę. Pierwszy raz podzielam głoszony przez nią pogląd. Cuda … !

Cuda cuda ogłaszają. Ja może drugi raz się w pełni zgadzam ale nie mam tu tak długiego stażu jak Pani Joanna i nie jestem w stanie przebrąć przez wszystkie Jej komentarze. A tak na marginesie, Pani Joanno, może warto byłoby wrócić do stylu pisania sprzed 3 lat? Myślę że z korzyścią dla wszystkich bo już kilka osób miało podobną prośbę. Nic nie narzucam bo każdy ma swój bagaż doświadczeń i wolność słowa przy czujnym oku moderacji oczywiście.

Mój bagaż to faktycznie jest dobre pytanie. Jak i każdego tu komentującego.
Co do stylu, przez te trzy lata komentowania– ostatniego roku kolejny bagaż dołożony. Kto wie jaki, ten wie.
Dopasować doświadczenie do języka osób, do których się pisze, cenne.
Cały czas próbuję serio, Krzysiek. Co jeśli ono ledwo mieści się w słowach?

Zatem dziękuję za próby, ale jeśli wymagają nadmiernego wysiłku to gra nie jest warta świeczki. Doświadczenie nie mieści się w słowach, na to pytanie nie umiem odpowiedzieć. Każdy musi brać odpowiedzialność za słowo tu napisane, niemniej często trudno wyrazić to co ma się w sercu. Traktaty można byłoby pisać na ten temat

Czy “gra” jest czegoś warta mogę osądzić tylko ja.

Proponuję nasze komentarze, myśli wysłac do kurii abp. Rysia, moze je przeczyta i sie zastanowi co zrobić , jak zabrać głos aby poruszyć kolegów biskupów, ktorzy nas wszystkich mają gdzieś.

Kardynał Ryś jest z bardzo dobrej diecezji. W dziwnej jest tylko 6 lat.

Pisałam już kiedyś, że w Krakowie wyraźnie widać linię uczeń – mistrz.
Inspirację. Pietraszko-Tischner-Ryś.
Nie chcę, by ta linia się załamała. A właśnie na moich oczach się łamie. Chyba.
Pietraszko był bp.„Jako jeden z nielicznych w Episkopacie Polski przez długie lata łączył urząd biskupa z obowiązkami proboszcza.”
Tischner kiedyś powiedział ostre kazanie, Pietraszko mu się przysłuchiwał.
I skomentował tak: „ja też tak kiedyś w takim stylu mówiłem kazanie i zobaczyłem, jak w kącie kościoła podnosi się jeden człowiek i wychodzi. Nigdy go później w kościele nie zobaczyłem.”
Ponoć Tischner wziął to sobie do serca. Tischner nie chciał być bp.
Ryś został kardynałem…

I tak sobie wierzę, że damy radę to przetrwać. Ale nie być cicho.
Ian Brown. Polecam. F.E.A.R.
For Everything Are Reason. Czasem zadajemy pytania. Odpowiedzi są.
Każdy werset tej piosenki ma cztery słowa.
I każde słowo zaczyna się od liter w niezmiennej kolejności.
f,e,a,r.

https://www.youtube.com/watch?v=8f8wAXDZ9D0

https://wiez.pl/2020/06/16/szambo-wylalo-a-98-proc-biskupow-milczy/
Zacytuję teraz Tischnera – kiedy niby miał być nominowany bp i do niego z koniakiem szli,
a okazało się zły adres.
Tischner skomentował to słowami, kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada 🙂
Pewnie jakiś kollego dostał nominację.
Ale to jest śmieszne. Jak czasem w korporacji – TL i manager.
A nie tak miało być, między nami 🙂

Widzę i czuję, że ogłoszenie watykańskie i publikacja artykułu p Sebastiana przyjęta bez entuzjazmu komentujących. Usłyszeli, “ale się nie cieszyli” ! Zachowałem w pamięci czas po powołaniu na tron papieski kardynała Karola Wojtyły. Polscy komuniści tamtego czasu bez emocji, cieszyli się autentycznie. Cóż, dziwne te nasze dzisiejsze czasy. Czuję, że pomimo mojego krytycyzmu wobec KK nie jestem jedynym, który cieszy się z powodu tej dobrej nowiny.