Zima 2020, nr 4

Zamów

Ks. Andrzej Dymer: wyrok trzeciej instancji

Ks. Andrzej Dymer. Szczecin, 2015. Fot. Łukasz Węgrzyn / Agencja Gazeta

Jeśli sprawiedliwość ma być sprawiedliwością, śmierć Andrzeja Dymera nie może oznaczać końca jego sprawy.

Zmarł Andrzej Dymer. Zmarł jako ksiądz. Zmarł bez wyroku. A nie powinien umrzeć bez wyroku. I nie powinien umrzeć jako duchowny. Ale tak długo władze kościelne przeczekiwały, że skutecznie przeczekały. I już Gdański Trybunał Metropolitalny wyroku w drugiej instancji nie wyda – bo oskarżony nie żyje.

Jest tu też perspektywa eschatologiczna. Pisząc cykl „Przeczekamy i prosimy o przeczekanie”, zorientowałem się, że choroba nowotworowa antybohatera tych reportaży pogłębia się. Rozmawialiśmy wtedy z franciszkaninem, o. Tarsycjuszem Krasuckim (molestowanym przed laty przez Dymera, a półtora roku temu oskarżonym przez niego o… zniesławienie), czy ten fakt coś powinien zmienić w mojej publikacji. Zgodnie uznaliśmy, że skoro jesteśmy ludźmi wierzącymi, to traktujemy ujawnianie prawdy nie jako gwóźdź do trumny, lecz jako ostatnią deskę ratunku dla ks. Dymera.

Nic jednak nie wskazuje na to, żeby przed śmiercią szczeciński biznesmen-krzywdziciel w sutannie dokonał krytycznej autorefleksji, żeby kogokolwiek przeprosił, żeby żałował, pokutował czy zadośćuczynił. Może coś napisał uczciwie w testamencie, ale wątpię… Nie wiem, czy on w Boga wierzył, czy tylko wykonywał zawód księdza. Czy myślał o tym, że po tamtej stronie już niczego nie da się ukryć?

Zapadł zatem wyrok trzeciej instancji – powiedział mi o. Marcin Mogielski, dominikanin, człowiek najbardziej zasłużony w wieloletnich zmaganiach o akt kościelnej sprawiedliwości w tej sprawie.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Ale przecież przed nami wciąż swoisty wyrok instancji czwartej: rozliczenie wszystkich (żyjących i nieżyjących) wspólników Dymera. Tych, którzy go kryli, obdarzali kościelnymi honorami, wspierali hojnymi dotacjami, udawali własną niewiedzę. Którzy lekceważyli pokrzywdzonych, zarzucali najgorsze intencje poszukiwaczom sprawiedliwości, oskarżali zajmujących się tematem dziennikarzy.

Teraz czas na powołanie komisji historycznej i otwarcie archiwów (kurialnych, prokuratorskich, sądowych i nie tylko). Jeśli sprawiedliwość ma być sprawiedliwością, śmierć Andrzeja Dymera nie może oznaczać końca jego sprawy.

Przeczytaj także: Gdyby abp. Dzięga poczuwał się do odpowiedzialności…

Podziel się

19
4
Wiadomość

Komentarze (12)

Biskup miał refleks. Zdążył odwołać go przed śmiercią. I teraz może spokojnie mówić o sobie jako o bojowniku Dobra walczącym z przestępstwami. Przecież ukarał…. Więc o co pretensje?
A obrońcy mogą uznać ks. Dymera za niewinnego a jego oskarżycieli za gołosłownych plotkarzy. Przecież żaden sąd go nie skazał i nie skaże.

W świetle kolejnego pedofila unikającego kary, czy dalej mamy wierzyć w dobre intencje KK? Wczoraj pisałam o abpie, powątpiewając w jego uczciwe zamiary. Niestety, miałam rację.

Dajmy już spokój ks.Dymerowi, jak Zagłoba dał spokój hetmanowi Radziwiłłowi po jego śmierci. Rozliczajmy arcybiskupa z tuszowania sprawy tak, by jak najmniej wciągać w to zmarłego.

W pełni się z Panem zgadzam. Nieco upraszczając: Gdyby nie ,,Dzięgi i Głodzie” nie byłoby ,,Dymerów”.

Uszanujmy śmierć,
nie gódźmy się na wieczny spokój/odpoczynek, jak chca czy będą chcieli niektórzy

@Robert.
„Czym tak się ekscytować!”

Nie zadośćuczynioną krzywdą dzieci, wyobraź sobie pan !
Nie ukaranymi protektorami degenerata, który zamiast po pierwszy zgłoszeniu pójść do więzienia mógł sobie gwałcić dalej !

Mam nadzieję, że to jasne teraz.

Nikomu dotąd Bóg nie oddał sprawiedliwości. Nie wiem dlaczego ufasz, że tym razem tak będzie. Chyba przeceniasz swojego Boga.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.