Wiosna 2024, nr 1

Zamów

„Ta niesamowita Anna Kowalska”. Na 55. rocznicę śmierci pisarki

Anna Kowalska z Marią Dąbrowską i Anną Linke na Żoliborzu. Z archiwum Cezarego Gawrysia / FOTONOVA

Dawniej pesymizm Anny Kowalskiej budził mój sprzeciw. Dziś jej bezlitosne spojrzenie, ukazujące fałsz i okrucieństwo między ludźmi, ze współczuciem odnoszące się do słabych i przegranych, porusza mnie precyzyjnym realizmem.

Mija 55. rocznica śmierci Anny Kowalskiej (1903-1969), powieściopisarki i nowelistki pamiętanej dziś przez miłośników literatury głównie za sprawą jej znakomitych „Dzienników 1927-1969”, w wyborze Pawła Kądzieli, z przedmową Julii Hartwig (Iskry, 2008). Szerszej publiczności pisarka znana jest ewentualnie jako „Kowalska, ta od Dąbrowskiej”, dzięki przejmującej opowieści biograficznej pod takim właśnie tytułem, autorstwa Sylwii Chwedorczuk (Marginesy, 2020). Trwający długie lata związek obu pisarek – Anny Kowalskiej i Marii Dąbrowskiej – nie jest już dziś żadną tajemnicą ani sensacją.

Wkrótce jednak poznamy Kowalską od nieznanej dotąd strony – jako epistolografkę. Zapewne już za kilka miesięcy zaczną się pojawiać na rynku wydawniczym kolejne tomy edycji – zainicjowanej przez Ewę Głębicką z Instytutu Badań Literackich i pod jej redakcją naukową – ogromnej, trwającej 25 lat korespondencji między Anną Kowalską i Marią Dąbrowską. Całość tej korespondencji, zakończonej śmiercią Dąbrowskiej w maju 1965 r., liczy ponad 2300 listów i zamknie się zapewne w 10 tomach. Opracowanie tomu pierwszego, obejmującego listy z lat 1940-1945, powierzono Sylwii Chwedorczuk. Zdaniem wielu badaczy właśnie jako epistolografka, a nie tylko jako prozaiczka i diarystka, Anna Kowalska ujawnia swój niepospolity talent literacki.

Wesprzyj Więź.pl

Za życia, przez tych, którzy ją znali, była ceniona bardziej jako wybitna indywidualność i świetna rozmówczyni, mniej jako pisarka. Tymczasem Michał Głowiński właśnie ją wyróżnił w swoim wprowadzeniu do „Rachunku pamięci”, zbioru tekstów szesnastu polskich pisarzy przygotowanego pierwotnie do wydania w „Czytelniku” w roku 1957, na fali październikowej odwilży, wówczas wstrzymanego przez władze, a wydanego dopiero w roku 2012, staraniem Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską oraz Biblioteki „Więzi”.

Teksty takich autorów, jak Helena Boguszewska, Paweł Hertz, Mieczysław Jastrun, Hanna Malewska czy Artur Sandauer, miały charakter głównie refleksyjno-wspomnieniowy. „Przypowieścią jest – pisał Głowiński – znakomita, najkrótsza w tym tomie, bo zaledwie dwustronicowa, wypowiedź Anny Kowalskiej, ujmująca problematykę w sposób imponująco zwarty i syntetyczny”.

Znakomita też jest – moim zdaniem – przedmowa Anny Kowalskiej do „Przygód człowieka myślącego” Marii Dąbrowskiej, edycji przygotowanej z rękopisów przez Ewę Korzeniewską (Czytelnik, 1970). Tekst ten, zatytułowany „Czas oswojony”, kończą słowa: „Nieraz pytają mnie ludzie, czy «Przygody człowieka myślącego» to dobra książka. Odpowiadam: to nie książka. Dąbrowska chciała nam coś ważnego o Polsce powiedzieć, coś, co nie byłoby szyderstwem, a my to – jestem pewna – pojmiemy”. A Dorota Masłowska, zaraz po ukazaniu się „Dzienników 1927-1967” w roku 2008, w jednym z wywiadów wyraziła się: „Ta niesamowita Anna Kowalska”.

Przygnębiające wrażenie przełamane

Z twórczością Anny Kowalskiej zetknąłem się po raz pierwszy w roku 1964. Należałem wtedy do paczki przyjaciół jej córki Marii (Tuli), studentki romanistyki, która później została moją żoną. Sam byłem wówczas 17-letnim studentem Uniwersytetu Warszawskiego, na pierwszym roku filozofii.

Pamiętam, jak udałem się do żoliborskiej księgarni im. Stefana Żeromskiego przy placu Wilsona (obecnie jest tam niestety siedziba banku) i poprosiłem o dostępne w sprzedaży książki Anny Kowalskiej. Księgarz bez namysłu udał się na zaplecze i po chwili położył przede mną na ladzie stosik książek tej autorki. Były wśród nich „Opowiadania greckie”, za które Kowalska dostała w 1959 roku Nagrodę im. Hemingwaya, była oprawiona w płótno gruba powieść „Gąszcz”, napisana jeszcze przed wojną wspólnie z Jerzym Kowalskim (rodzaj antypowieści avant la lettre, z łatwym do rozszyfrowania zjadliwym portretem Jana Parandowskiego), z kolei wielobarwna autobiograficzna opowieść o dzieciństwie i młodości we Lwowie „Na rogatce” (rzecz doceniona nawet przez raczej krytycznie nastawioną do twórczości przyjaciółki Marię Dąbrowską), wreszcie obszerny wybór opowiadań „Bejdula i paradnice”, zawierający m.in. świetne „Notatki wrocławskie”, miniaturowe sceny z życia w powojennym, zrujnowanym Wrocławiu.

W następnych latach ukazywały się kolejne szczupłe tomiki opowiadań współczesnych, w których Kowalska niewątpliwie była najlepsza: „Ołtarze”, „Ptasznik”, „Wieża”. W tym ostatnim (1995) mój emocjonalny opór wzbudził skrajny pesymizm autorki w widzeniu świata.

Właśnie jako epistolografka, a nie tylko jako prozaiczka i diarystka, Anna Kowalska ujawnia swój niepospolity talent literacki

Cezary Gawryś

Udostępnij tekst

Przygnębiające wrażenie wywarło na mnie zwłaszcza ostatnie opowiadanie pt. „Mroczne południe”. Poprzez urywane dialogi pisarka kreśli tu scenę – dziś powiedzielibyśmy: mobbingu w korporacji. Odstająca od reszty Lucia, myląca się często, cierpiąca na depresję i lecząca się psychiatrycznie, jest obiektem docinków i szyderstw ze strony większości koleżanek i kolegów, przy obojętności kierowniczki biura. Rzecz kończy się tragicznie: Lucia odbiera sobie życie, wyskakując przez okno. Pozwoliłem sobie wtedy wyrazić w gronie przyjaciół efektowną, a niezbyt mądrą opinię: „«Wieża» jest okrutna, fałszywa, zła – i doskonale napisana”. Dotarło to przez córkę do pisarki, która tak skomentowała to w swoim dzienniku: „Grzeczny jedynak na utrzymaniu rodziców, cóż może wiedzieć o fałszu i okrucieństwie?”…

Dziś opowiadania Anny Kowalskiej czytam zupełnie inaczej: ukazujące w mikroskali właśnie fałsz i okrucieństwo w stosunkach między ludźmi, ze współczuciem odnoszące się do słabych i przegranych, poruszają mnie swoim precyzyjnym realizmem. Niektóre teksty gotów byłbym uznać za małe arcydzieła, na przykład utwór pod znamiennym tytułem „Wygnanie z raju”, z tomu „Kandelabr efeski” (1960).

Za życia Anna Kowalska nie miała szczęścia do krytyki. Myślę, że jej opowiadania czekają dopiero na swojego odkrywcę (a może odkrywczynię?).

List – nie-list

W tamtych latach, kiedy odwiedzałem Tulę, dane mi było odbyć kilka ważnych dla mnie, niezapomnianych rozmów z jej matką. Ostatnia miała miejsce w styczniu 1969 roku, na kilka tygodni przed śmiercią Kowalskiej (pisałem już o tym: „Na brzegu wielkiego Oceanu”, „Więź” nr 5-6/2009).

Byłem wówczas – po nawróceniu przeżytym w wieku osiemnastu lat – gorliwym neofitą, rozczytującym się w literaturze mistycznej. W maju 1967 roku zdobyłem się na czyn dość zuchwały: wysłałem do pisarki, przebywającej wtedy na wypoczynku w Sopocie, list, w którym po prostu przepisałem obszerny fragment z pism Simone Weil, opowiadający o jej tajemniczym spotkaniu z Nieznajomym. Na zakończenie dodałem od siebie kilka słów, brzmiących mniej więcej tak: „Niedaleko miejsca, gdzie Pani zatrzymała się teraz w Sopocie, przy tej samej topolowej alei idącej wzdłuż morza, jest niewielki, brzydki, murowany kościółek. To tam kiedyś spotkałem Nieznajomego”.

Jakoś po tygodniu otrzymałem w niebieskiej kopercie list z Sopotu. „Drogi Panie Czarku, dziękuję za list, właśnie taki list – nie-list. Kiedyś może odpowiem na to, co chciał Pan mi przekazać. Oto kończy się mój pobyt, wyjątkowo udany. Wrócę olśniona wiosną, taką jaką najbardziej lubię – świeżą, intensywną w kolorach, słoneczną i chłodną. Wiosna taka zaprzecza przemijaniu. Można się nasycić powolnym rozwojem i długim trwaniem kwiatów, liści. Wstępuję do kościółka pod topolami. Widzę ludzi, którzy zachodzą, jedni się modlą, inni zwyczajnie odpoczywają, jakaś dziewczyna w upalny dzień – uczyła się. Była biednie ubrana, zzuła pantofle. Może nie miała spokoju w domu, a nie umie się uczyć na wolnym powietrzu. Szukała po prostu azylu. Serdecznie Pana pozdrawiam”.

Do tamtego mojego listu-nielistu wysłanego do Sopotu nawiązała potem Anna Kowalska w naszej ostatniej rozmowie. Była po kolejnym pobycie w szpitalu onkologicznym. Stan chorej był już bardzo ciężki, leżała unieruchomiona na tapczanie w swoim pokoju. Oto co zanotowałem z pamięci.

„Przeszłam przez piekło. Nigdy jeszcze nie byłam tak nisko, tak niziutko. Ledwo mnie muska fala, jakbym leżała na brzegu jakiegoś wielkiego Oceanu.

Podczas ostatniego pobytu w szpitalu spotkały mnie wielkie rzeczy. Na mojej sali leżały kobiety z Kurpiów. Potem przyjaciele interweniowali i przeniesiono mnie do izolatki, ale tam nie było mi dobrze. W tych starszych kobietach spotkałam prawdziwych ludzi – i Polskę. Utajone życie narodu. Jak potężna, odwieczna jest wiara tych prostych ludzi!

Nasze życie, mieszkańców miasta, wydaje mi się takie sztuczne… Czułam się tam, w szpitalu, jakbym po wieloletnim pobycie w domu wczasowym znalazła się nagle pośród dzikiej przyrody. Cóż za siła, wielkość, godność – i piękno! Tego nie dostrzega się na powierzchni, ale pod zniszczoną skórą wieśniaczek kryją się rysy szlachetne, dumne i piękne. I ten ich obyczaj. Wszystkie chore miały ze sobą czyste, białe chustki, a także inne, kolorowe. Na dzień zakładały kolorowe chustki, a na noc – białe. Kiedy spojrzałam po sali, widziałam białogłowy, odwieczne białogłowy.

Całe moje życie przeżyłam w środowisku artystów, ludzi nastawionych na ciągłe powiększanie siebie, pragnących nieustannie czynić z siebie centrum świata. Tam, w szpitalu, zrozumiałam, jakie to śmieszne i niepotrzebne. Zrozumiałam, że każdy z tych prostych ludzi stanowi centrum świata.

Szpital onkologiczny jest jednym z paru zaledwie w Warszawie szpitali, w których pozostawiono kaplicę. Trudno sobie wyobrazić, czym jest kaplica dla chorych. Przychodzi tam dwóch księży. Jeden z nich – młody i ładny. Pomyślałam sobie najpierw, jak to się mówi: księżulo. Potem poznałam z bliska tego człowieka. Ludzie nie wiedzą, jak ciężka jest praca kapłana. On nie może mieć swoich złych dni. I jak niesłychanie jest potrzebny. A ile w tej pracy jest szarości – myślę o księżach z małych prowincjonalnych kościółków. Domyślam się jedynie, że spotykają co jakiś czas światło, które starcza im na długie tygodnie…

Wyspowiadałam się po czterdziestu dwu latach. Początkowo pomyślałam sobie: nie wraca się wtedy, kiedy się jest pokonanym. Przypomniałam sobie wówczas list pewnej młodej dziewczyny, Niemki, z więzienia Moabitu, która parę dni później została ścięta (walczyła w podziemiu przeciwko Hitlerowi). Pisała w tym liście do swojej matki, że przed samą śmiercią nie ugnie się przed Bogiem. Z perspektywy mego czasu ta jej ludzka pycha wydała mi się tak mało ważna.

Kiedy wracam pamięcią do czasu dzieciństwa i młodości, to zadaję sobie pytanie, czy konieczna była tak długa, długa droga. Nie mogę tego wiedzieć. Teraz kto inny to osądzi. Zastanawiam się tylko, czy nie lepiej było przeżyć życie najzwyczajniej i po prostu – w ładzie katolickim?

Kiedyś przysłał mi pan list, do Sopotu. To dzisiaj ma pan odpowiedź”.

Pożegnalny utwór

Ostatnią rzeczą opublikowaną przez pisarkę za życia była „Szczelina”, wydana w „Czytelniku” w roku 1967. Okładkę projektował mistrz Andrzej Heidrich. Szczupła książeczka, zaledwie 112 stron małego formatu. Raczej opowiadanie niż powieść. Pisane w trzeciej osobie, ale nikt, kto choć trochę znał twórczość i osobę autorki, nie mógł mieć wątpliwości, że bohater opowiadania, Antoni, to ona sama. Przygotowująca się na śmierć. Robiąca bilans swego życia, trzeźwa, sarkastyczna i zdystansowana, wciąż z uwagą i współczuciem przyglądająca się zwykłym ludziom spotykanym na ulicy, w parku, w restauracji.

„Szczelina” była jej ostatnim utworem – kiedy ją pisała, była już sama, po śmierci Marii Dąbrowskiej, która zmarła w maju 1965 roku, i wiedziała, że jest chora na raka. Jesienią 1967 roku wyruszyła samotnie w ostatnią, nostalgiczną podróż – najpierw do Szwajcarii, gdzie przed wojną kilka miesięcy przebywała z mężem, profesorem filologii klasycznej Jerzym Kowalskim, który studiował w bibliotece rękopisy „Wykładów lozańskich” Mickiewicza.

Słuchaj też na SoundcloudYoutube i w popularnych aplikacjach podcastowych

Tym razem zatrzymała się w Bernie w gościnnym domu państwa Tzaut, by odwiedzić ich rezydenta, zaprzyjaźnionego z nią i z Marią Dąbrowską, bardzo już schorowanego Jerzego Stempowskiego. Potem udała się do ukochanego Paryża. Zamieszkała w jakimś skromnym hoteliku. Chodziła samotnie po mieście, oglądała wystawy, wstępowała do parków. Spotkała się raz z Marią Winowską, znajomą jeszcze z czasów lwowskich, współpracownicą ks. Władysława Korniłowicza, założycielką czasopisma „Verbum” – i wielokrotnie z Józefem Czapskim, u niego, na pięterku w Maisons-Laffitte. To wtedy Czapski podarował jej na pożegnanie kilka swoich rysunków, a także akwarelę przedstawiającą anemony, z podpisem: „Annie, ci świadkowie naszych niezapomnianych rozmów. J.”

Na kartach „Szczeliny” występuje łatwa do rozszyfrowania postać – aktorka Mura, wielka miłość Antoniego. Co znamienne jednak, to nie ona – niegdyś kochana, choć niełatwa we współżyciu, spragniona nieustannej adoracji, egocentryczna – jest najważniejszą postacią, lecz niejaki Kacperski, starszy mężczyzna przypadkowo spotkany przez Antoniego podczas chaotycznej wędrówki po ulicach miasta. Łatwo tu rozpoznać warszawską dzielnicę Mokotów, okolice alei Niepodległości i Rakowieckiej, gdzie mieszkały Dąbrowska i Kowalska. Notabene takiego rozpoznania i identyfikacji konkretnych miejsc dokonał Paweł Dunin-Wąsowicz w swoim ciekawym „Mokotowskim przewodniku literackim” (2022). A ja pamiętam, jak na spotkaniu autorskim, gdy czytany był fragment „Szczeliny”, ktoś z sali zapytał pisarkę, jaka to dzielnica. „Syntetyczna” – odpowiedziała sarkastycznie.

Otóż Kacperski, handlujący na targu jabłkami, zabiera Antoniego, który zasłabł, na herbatę do swojego domu na przedmieściu. Wdają się w rozmowę, wspominają okupację i Powstanie. „Panie – mówi Kacperski – wożę te jabłka, noszę, sprzedaję i niby wszystko ma sens, ale przecież wiem i kości moje wiedzą, że to nie dlatego, nie przez to żyję. I tak jak parę razy byłem tak głodny, że kradłem chleb, tak i teraz czuję coś jakby straszny głód i pragnienie i rzuciłbym wszystko i poszedł na niebezpieczną kradzież, żeby to nasyciło mi serce, ale nie wiem gdzie ani po co. Nie jestem kształcony. A pan? – spuścił głowę, jakby z góry wiedział, jaką otrzyma odpowiedź. – Pan nie wie? – Nie wiem – mówi Antoni…”.

Marmur nie krwawi

Moim ulubionym opowiadaniem jest „Ptasznik” – otwiera ono tomik pod tym samym tytułem wydany w roku 1964. Akcja opowiadania pisanego w formie zapisków dziennika rozgrywa się na malowniczej górzystej wyspie gdzieś „na Morzu Śródziemnym”.

Bohater jest samotnym starszym człowiekiem, mieszka w pensjonacie wraz z innymi gośćmi z różnych stron świata, chodzi na spacery, obserwuje, rozmyśla. Na wzgóreczku między dwiema zatoczkami stoi klasztor z szesnastego wieku. „Kampanila jest bez krzyża. Piorun uderzył w krzyż. Zakonnicy nie mają pieniędzy, aby krzyż nowy postawić. Tak tu mówią, jeśli mówią”. Z zapisków pisarki można się dowiedzieć, że w opowiadaniu tym oddane są realia pewnej wysepki na Adriatyku, gdzie Kowalska razem z Dąbrowską przebywały jakiś czas podczas swej podróży do Jugosławii w roku 1960 (były nawet w Belgradzie przyjęte na audiencji przez samego Titę). 

To dość istotna wiadomość, bo pozwala zrozumieć, dlaczego klasztor jest wymierający, a na nabożeństwa nikt z mieszkańców wyspy tu nie przychodzi. Jugosławia była krajem komunistycznym i wprawdzie Tito postawił się Stalinowi i flirtował z Zachodem, ale mentalnie pozostał ortodoksyjnym komunistą i walczył z religią, narzucając ateizację tak prawosławnym Serbom, jak i katolickim Chorwatom. Jak wiadomo, laicyzacja mimo upadku i kompromitacji komunizmu robi szybkie postępy w całej Europie i realia przedstawione w opowiadaniu mogłyby dzisiaj równie dobrze pasować do południowych Włoch czy Hiszpanii. Dzięki kamuflującemu zabiegowi Kowalskiej, która zapewne na wszelki wypadek dla uniknięcia kłopotów z cenzurą nie wymienia nazwy kraju, gdzie toczy się akcja opowiadania, a o Adriatyku mówi „Morze Śródziemne”, możemy dzisiaj, ponad trzydzieści lat po upadku komunizmu, odczytać przesłanie utworu jeszcze głębiej, bardziej uniwersalnie.

„Po sjeście poobiedniej poszedłem powolnym krokiem w stronę klasztoru. Kapliczki drogi krzyżowej wzdłuż gościńca są puste. Podobno zaraz po wojnie wyrąbano płaskorzeźby, poobtłukiwano młotami, wrzucono do morza. (…) Myśli się o oczodołach, z których wyłupiono oczy. W kronikach średniowiecznych wciąż czyta się o tym zabiegu zabezpieczenia władców przed braćmi. Marmur nie krwawi, a jednak myśli się o okaleczeniu patrząc na ten kamienny mord. Kapliczki są obszerne. Służą przechodniom za miejsce wypoczynku”.

Narrator podczas swoich codziennych spacerów po wyspie odwiedza klasztor, w którym żyje trzech starców po osiemdziesiątce. Opowiadanie kończy się rozmową z ojcem Andrzejem, gwardianem.

„ – Pięknie tu, prawda? – szepnął do mnie. Chciałem powiedzieć, że przyszedłem się pożegnać, że wyjeżdżam, ale zdobyłem się tylko na powtórzenie za ojcem gwardianem: – Pięknie.

Położył mi rękę na ramieniu. – Bóg cię zesłał – powiedział cicho. – Widziałeś? Trawą zarosły stopnie prowadzące do kościoła. Przez pierwsze lata wychodziłem o zmroku i nożem wydrapywałem trawę. Ale nie daję rady. W niedzielę trochę starych bab przyjdzie, to wszystko. Najpierw ludzie się bali, a teraz… nie wiem, może się odzwyczaili. Czasem budzę się ze snu przerażony. Ecclesia depopulata. Zdaje mi się, że zostałem sam jeden w klasztorze. Wiesz, że największym grzechem jest rozpacz. Aż przyszedłeś, zacząłeś przychodzić. O, nic nie mów. Ja na ciebie nie zastawiam sideł… Co ci? Zimno? Wszyscy o tobie mówimy. Bóg pozwolił mi zrozumieć, że nasze czekanie miało sens, że możemy być potrzebni. Przepraszam, że ci to mówię. Chodźmy, mam dużo roboty. – Uklęknął, pochylił się nisko i wstał ruchem lekkim, zgrabnym i szedł czujny, uważny jak łowca.

Co mi odebrało siły, wolę? Litość? To chyba nie była litość. Miłość? Czy może istnieć miłość bezosobista? Co to jest? Jak to nazwać? Kogo oszukuję? W ciszy usłyszałem gwizd ptaka. Przymknąłem oczy i skuliłem ramiona”.

***

„Anna Kowalska była świetną pisarką, której przytrafił się żywot w cieniu dwóch autorytetów i osobowości twórczych: najpierw męża, Jerzego Kowalskiego, a następnie wielce celebrowanej mistrzyni prozy polskiej, Marii Dąbrowskiej” – pisała kilka lat temu Ewa Kraskowska („Wspólnoty kobiet w pisarstwie i życiu Anny Kowalskiej”, „Wielogłos. Pismo Wydziału Polonistyki UJ” 2020, nr 2).

Zbliżająca się publikacja ogromnego bloku rewelacyjnych pod wieloma względami listów Anny Kowalskiej i Marii Dąbrowskiej zapewne zapisze nazwiska obu pisarek – już jako nierozłączne – w historii polskiej, a może i światowej literatury.

Wesprzyj Więź

W moim najgłębszym przekonaniu w literaturze, tak jak w życiu, chodzi jednak o coś więcej niż o sławę, która prędzej czy później blaknie i przemija. Dlatego wciąż powracać będę do niesamowicie szczerych i prawdziwych „Dzienników” Anny Kowalskiej, autentycznego świadectwa jej zmagań z życiem i historią. A także do jej opowiadań, by delektować się ich ascetyczną, piękną polszczyzną, gorzką mądrością życiową autorki, a nade wszystko – jej pełnym uwagi i czułości podejściem do człowieka.

Rozszerzona wersja tekstu opublikowanego na portalu Więź.pl w 2019 r. pt. „Każdy człowiek stanowi centrum świata. Pamięci Anny Kowalskiej”

Przeczytaj też: Kowalska wciąż cierpi

Podziel się

3
1
Wiadomość

5 stycznia 2024 r. wyłączyliśmy sekcję Komentarze pod tekstami portalu Więź.pl. Zapraszamy do dyskusji w naszych mediach społecznościowych.