Lato 2024, nr 2

Zamów

Jak biskupi zareagowali na „talerz skrzywdzonych”?

„Talerz skrzywdzonych”. Projekt: Tomasz Biłka OP. Wykonanie: Anna Bogdanowicz, Zuzanna Surma (pracownia „Bosu”). Ceramika szkliwiona, średnica 22,5 cm, 2023 r.

Wysłanie do episkopatu „talerza skrzywdzonych” zaowocowało spotkaniami i korespondencją z niektórymi biskupami. Oto moje podsumowanie Akcji Talerz.

Kiedy w ramach – jak czasem żartuję – „katopartyzantki” pracowaliśmy z Moniką Białkowską i Tomkiem Biłką OP nad talerzem skrzywdzonych i listem do episkopatu, nie miałam zbyt dużej wiary w to, że ktokolwiek na ów list odpisze. Okazuje się, że byłam w błędzie.

W efekcie miałam najdziwniejszy styczeń w całym moim życiu. Był to czas na tyle nienormalny, że przywiódł mi na myśl biblijną historię Habakuka (nie tego od Księgi Habakuka, a tego od zupy; por. Dn 14,33-39). Zdarzyło się bowiem pewnego dnia, że Daniel ze względu na swoją wierność Bogu został wtrącony do jaskini lwów. W takiej jaskini, jak wiadomo, bywa się głodnym. Na jego szczęście na drugim końcu świata Habakuk kończył właśnie gotować zupę. Bóg wysłał więc swojego anioła, który chwycił Habakuka za włosy i razem z garnkiem polewki przeniósł do Danielowej jaskini. Kiedy więzień najadł się do syta, mój ukochany prorok został przez anioła (razem z garnkiem) odłożony na miejsce.

Wesprzyj Więź.pl

Pytałam biskupów, do czyich obowiązków należy upomnienie braterskie, kiedy w sąsiedniej diecezji skrzywdzeni są wtórnie traumatyzowani

Tośka Szewczyk

Udostępnij tekst

Trochę to czuję w sobie. Mimo że brałam udział w tych wszystkich wydarzeniach, a nawet przecież sama do nich doprowadziłam, mam poczucie wrzucenia przez Boga w rzeczy większe ode mnie samej. Moje zasoby psychiczne i duchowe wydają mi się wobec tego wszystkiego tak marne, jak ten kociołek z obiadem. A jednak, mimo wszystko, okazał się on do czegoś potrzebny.

A jednak odpowiadali

Na mój list odpowiedziało – zaproszeniem do spotkania – dziewięciu biskupów. Zaproszenia oczywiście przyjęłam. Poza tym dostałam również kilka maili od hierarchów, kanclerzy i sekretarzy, bardziej lub mniej zgadzających się z treścią listu, bądź też po prostu kurtuazyjnie potwierdzających jego otrzymanie.

Żeby więc uniknąć fałszywego wrażenia, jakoby cały episkopat zlekceważył „Akcję Talerz”, chcę krótko podsumować styczniowe spotkania. Ponieważ odbyły się one w atmosferze obustronnego zaufania, nie napiszę rzecz jasna ani o szczegółach naszych rozmów, ani nawet o własnych przemyśleniach, których bym podczas tych rozmów nie zwerbalizowała.

Nie wymienię również, z kim się spotkałam – myślę, że sympatyzowanie z Tośką Szewczyk jest mimo wszystko w niektórych środowiskach Kościoła niemile widziane. Spróbuję jednak opowiedzieć o tym, o czym mogę i potrafię.

„Jeszcze nie teraz”

Nie ma wśród tych spotkań takiego, za które nie byłabym wdzięczna. Uczę się, że słuchanie – a ono najpierw, przed mówieniem, było moim celem – ma moc poszerzania serca. Moje chyba jest po tym miesiącu odrobinę większe.

Nie oznacza to, rzecz jasna, że wszystkie z tych rozmów były dla mnie łatwe. Po kilku spotkaniach moje myśli krążyły wokół smutnego obrazu. Spotkałam bowiem kilku młodych stażem biskupów, którzy na różne sposoby mówili mi o tym, że nie mają żadnej mocy sprawczej. Pomimo sił i chęci działania, uwarunkowania „polityczne” w diecezjach i KEP prowadzą ich raczej w kierunku bezsilności.

Tym, co – w ich mniemaniu – mogli zrobić w stosunku do mnie, był pewien rodzaj biernego zrozumienia i współczucia. W kilku spotkaniach jak refren powtarzało się zdanie: „Jeszcze nie teraz”. Biskupi wyrażali nadzieję na zmiany, które dokonać się mają jednak w formie długo trwającej ewolucji. To budziło sprzeciw w moim, wciąż jeszcze młodym, skorym do rewolucji sercu.

Zmęczeni

Po drugiej stronie „barykady” spotkałam biskupów starszych, bardziej doświadczonych, mających znacznie więcej do powiedzenia w polskim Kościele, którzy… byli potwornie zmęczeni. Zmęczenie to, jak się spodziewam, wynikało zarówno z ciągłego zaangażowania w działania we własnych diecezjach, jak i z podejmowanych wielokrotnie prób boksowania się o sprawy ważne w episkopacie (oraz otrzymywania z tego powodu sporej liczby ciosów). Widziałam półki pełne leków i twarze, na których odmalował się fizyczny ból.

W wyniku tych kilku spotkań zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy sytuacja w naszym Kościele nie jest przypadkiem beznadziejnie patowa. Czyżby było tak, że ci, którzy mają jeszcze siłę, nie mają żadnej realnej władzy, podczas gdy ci, którzy mają już więcej władzy, stracili zdrowie i siły? Nie mam odpowiedzi na to pytanie.

Spotkałam też jednak trzecią grupę biskupów, którzy – w reakcji na to, o czym mówiłam – odpowiedzieli nie tyle biernym zrozumieniem, ile sprawczą złością. Którzy jeszcze przy mnie zaczęli myśleć o konkretnych krokach, jakie mogą podjąć w celu zmiany sytuacji osób skrzywdzonych w Kościele. Te rozmowy były dla mnie z pewnością najbardziej nadziejne.

Nieistniejące biskupie upomnienie braterskie

Z niektórymi z rozmówców rozmijałam się w kwestii rozumienia odpowiedzialności za Kościół. Biskupi pokazywali mi bowiem dobro (niekwestionowalne), które dzieje się w stosunku do osób skrzywdzonych w ich diecezjach, mówiąc, że to właśnie diecezja jest miejscem, za które są odpowiedzialni. Trudno z tym polemizować.

Czyżby było tak, że ci biskupi, którzy mają jeszcze siłę, nie mają żadnej realnej władzy, podczas gdy ci, którzy mają już więcej władzy, stracili zdrowie i siły?

Tośka Szewczyk

Udostępnij tekst

Pytałam też jednak w takich sytuacjach, do czyich obowiązków należy upomnienie braterskie, gdy w sąsiedniej diecezji skrzywdzeni są wtórnie traumatyzowani. Nie jest to, rzecz jasna, w żaden sposób prawnie usankcjonowane. Żaden z biskupów nie sprawuje nadzoru nad innym. Czy to jednak zwalnia ich od braterskiej odpowiedzialności za siebie nawzajem?

Nie wiem tego. Nie chciałabym jednak, żeby fakt, że „w mojej diecezji wszystko działa”, stał się pretekstem do myślenia, że wszystko jest w porządku, a więcej zrobić nie mogę. Dopóki bowiem istnieje choć jedna diecezja, w której poszkodowanym dzieje się krzywda, w porządku nie będzie.

Wyjść na terytoria nieznane

Z kilkoma moimi rozmówcami inaczej rozumiemy też duszpasterstwo. Z tego, co usłyszałam, są oni rzeczywiście głęboko zaangażowani w życie swoich diecezji (włączając w to zaangażowanie trudne i bolesne). Decydują się w tej pracy na towarzyszenie głównie osobom, które zdecydują się do nich przyjść. Jest to więc węższa od mojej wizja duszpasterstwa.

W moim, Tośkowym, rozumowaniu, wspaniale jest (oczywiście!), kiedy biskup głosi odważne kazania w katedrze. Kłopot polega jednak na tym, że wielu osób, dla których dane kazanie mogłoby być ważne, już od dawna w katedrze nie ma. Żeby realnie ich spotkać, trzeba wyjść na terytoria zupełnie nieznane, często głosząc Ewangelię w sposób na tyle odważny, że będzie powodował bunt wielu spośród „swoich”, w tym przełożonych (na przykład biskupa diecezjalnego).

Tego rodzaju konsekwencje bywają naprawdę wysoką ceną. Z butów Tośki Szewczyk mogę rzecz jasna mówić, że jest to cena, którą warto zapłacić. Biorę jednak poprawkę na to, że tak jak ja nie zgadzam się na to, żeby ktoś inny wkładał mi krzyż na barki i kazał go nosić, tak samo ja nie mogę kazać nikomu płacić ceny za ewangeliczną radykalność.

Co się da zrobić?

Wszystkie spotkania, w których uczestniczyłam, cechował duży poziom szczerości i zaufania. Żadne z nich nie było pompatyczne. Nie miałam wrażenia skośności naszych relacji – bardziej wyczuwałam w tych rozmowach perspektywę braci i siostry, a nie pasterzy i owieczki. Zresztą, chyba nie pozwoliłabym sobie na wejście w rolę bezbronnej i zagubionej małej dziewczynki.

Kilka spotkań zakończyło się konkretem. Pierwsza dziedzina, w której udało się zaplanować konkretne działania, to poprawa pozycji skrzywdzonych w obszarze wymagających zmiany kwestii prawnych – dziś bowiem nie są stronami w postępowaniach kanonicznych, istnieje dowolność interpretacji konkretnych przepisów prawnych przez ordynariuszy, a delegaci przeprowadzający dochodzenia wstępne nie mogą brać udziału w procesach kanonicznych (swoją drogą, absurdalne jest to, że niedługo od tłumaczenia tych zawiłości sama chyba będę się mogła doktoryzować z prawa kanonicznego…).

Rozmawialiśmy również o możliwościach podjęcia wspólnych inicjatyw duszpasterskich, które z mojej perspektywy wyglądają obiecująco. Próbowałam też pokazać możliwie najkonkretniej, jaka jest rola relacji biskupów z osobami skrzywdzonymi – relacje te są pomocne nie tylko dla nieumarłych, lecz także dla pasterzy; mogą budować wrażliwość, a przez to zmieniać sposoby postępowania, język, sposób sprawowania władzy.

Przy próbie szerszego spojrzenia na styczniowe rozmowy wyłania się we mnie pytanie o Jezusowość polityki episkopalnej. Czy rzeczywiście rozgrywka, która prowadzona jest w Kościele, jest ewangeliczna? I czy wejście w struktury władzy w Kościele implikuje konieczność brania udziału w tej grze? Czy system hierarchiczny jest tak silny, że wsysa nawet tych, którzy nie chcą w nią grać? A może da się jednak zafunkcjonować w nim inaczej? Nie mam na te pytania łatwych odpowiedzi.

Rozszerzanie serca

Poza warstwą merytoryczną naszych spotkań, a także postawami i emocjami moich rozmówców, wiele wydarzało się także we mnie samej. Ten kawałek rozszerzania serca zaczął się właściwie chwilę przed powstaniem ostatniej wersji listu do episkopatu. Podczas modlitwy Bóg wyraźnie pokazał mi, że mam prawo napisać te kilka stron tylko i wyłącznie wtedy, kiedy zdecyduję, że chcę kochać ludzi, do których piszę.

Czy rozgrywka, która prowadzona jest w Kościele, jest ewangeliczna? Czy wejście w struktury władzy w Kościele implikuje konieczność brania udziału w tej grze? Czy system hierarchiczny jest tak silny, że wsysa nawet tych, którzy nie chcą w nią grać? A może da się jednak zafunkcjonować w nim inaczej?

Tośka Szewczyk

Udostępnij tekst

Dla mnie samej było to przedsięwzięcie Jonaszowe. W takiej perspektywie jedyne, na co miałam ochotę, to ewakuować się na drugi koniec świata, wsiąść na okręt płynący do Tarszisz i udawać, że nigdy nie słyszałam Jego głosu. Nic więc dziwnego, że – pozostając w metaforach Jonaszowych – mocowanie się w sobie o tę decyzję miłości sprawiło, że przez większość stycznia czułam się, jakby zwymiotował mnie wieloryb.

Patrzę na ten styczeń jak na próbę budowania mostów. Oprócz tego, że chciałam podzielić się bólem moim i znajomych mi nieumarłych, wynikającym z marnej jakości kontaktów z urzędnikami kościelnymi (pozdrawiam serdecznie moją diecezję, nadal czekając na jakiekolwiek informacje o przebiegu sprawy…), a także uzyskać odpowiedź na kilka konkretnych pytań, zależało mi bardzo na tym, żeby realnie usłyszeć tych, z którymi mogłam rozmawiać. Nawet jeśli się nie zgadzamy, chciałam zrozumieć, dlaczego myślą w taki, a nie inny sposób.

Jestem tylko sobą

Przeprowadzenie Akcji Talerz przy jednoczesnej próbie przyjęcia postaw, o których piszę, doprowadziło, rzecz jasna, do sporego wysypu niezadowolenia z każdej kościelnej strony. Dostawałam w tym czasie wiadomości od nieumarłych, którzy pisali mi, że działam zbyt łagodnie. Otrzymywałam maile od skrzywdzonych, którzy twierdzili, że to, co robię, jest zbyt radykalne, zupełnie nie w ich wrażliwości. Pisali do mnie ludzie – obserwatorzy tych wydarzeń – dla których byłam „zbyt” lub „za mało”.

To doprowadziło mnie do ważnej myśli: mogę być tylko i wyłącznie Tośką Szewczyk. Ważne jest więc dla mnie, żeby jeszcze raz podkreślić to, o czym pisałam w swojej książce „Nie umarłam. Od krzywdy do wolności” – nigdy nie pretendowałam do roli głosu wszystkich skrzywdzonych właśnie dlatego, że każdy z nas jest inny i każdy jest na innym etapie własnej historii. W związku z tym każdy ma też inne potrzeby, których ja – jedna – nie jestem w stanie spełnić.

Nie potrafię też pogodzić w sobie głosów, które mówią mi: „tak trzymaj!”, „rób więcej!” i „rób mniej”. Jestem w stanie mówić jedynie w imieniu własnym i tych, którzy mnie do tego upoważnili. Jeśli jakakolwiek osoba zraniona utożsamia się z moją wrażliwością i moimi sposobami działania, bardzo chętnie posłużę jej swoim głosem. Wszystkich, których oczekiwań nie spełniam, zachęcam do działań zgodnych z ich wrażliwością. Działaniom tym będę szczerze kibicować – uważam, że im więcej nas w Kościele na różne sposoby zabiera głos, tym głośniej i piękniej ma on szansę zabrzmieć. Ja, Bogu dzięki, pozostaję w tym wielogłosie tylko jedną Tośką.

W całym styczniowym przedsięwzięciu nieocenioną była dla mnie rola wspólnoty wiary – ludzi równie szalenie zdesperowanych, jak ja, którzy byli przy mnie przez cały ten czas. Dziękuję Bogu za wariactwo i dyspozycyjność Moniki Białkowskiej, szarlotkę i chęć słuchania Tomka Biłki, rozwagę i mądrość Zbyszka Nosowskiego, odwagę bp. Artura Ważnego, który dostarczył talerz skrzywdzonych na sesję plenarną KEP, o czym sam już mówił publicznie w Tarnowie podczas XIII Forum Formacyjnego „Oto Ciało Moje”.

Jestem też Bogu ogromnie wdzięczna za moich najbliższych, których nie mogę wymienić tu z imienia i nazwiska. To oni nieśli mnie na swoich barkach, gdy czułam się, jakby zwymiotował mnie wieloryb. I oni wzięli na siebie oblizanie prawie stu znaczków pocztowych.

Niecałe 10 procent

Zmierzając ku końcowi tego podsumowania (jesteście wciąż ze mną?), chcę zwerbalizować jeszcze kilka ostatnich, nieuczesanych myśli.

Cieszę się – bo miałam okazję nie tylko rozmawiać z biskupami, ale też się z nimi modlić. Wspólne bycie przed Bogiem zazwyczaj dobrze działa na ludzi.

Wzruszam się – bo padło obustronne „przepraszam”. Przeproszono mnie za to, że w Kościele musiałam stać się Tośką. Ja natomiast przeprosiłam za wszystkie ciosy, które w bezsilności zadaję na oślep, nie patrząc już na to, kogo biję.

Czekam – bo nie wiem, co będzie dalej. Styczeń jest dla mnie czasem siania. Nie mam pojęcia, czy za mojego życia przyjdzie mi oglądać wzrost tego, co sieję. Być może zmiany, o które walczę, nie wydarzą się w tym pokoleniu. To mnie przecież jednak nie zwalnia z obowiązku próbowania.

Zgadzam się – na to, że w sytuacjach, w których podczas naszych rozmów doszliśmy do ściany, potrzebujemy Zbawiciela. Mimo że bardzo nie lubię doświadczenia bezsilności, to ono jest dla mnie jednak zawsze błogosławionym objawieniem prawdy o tym, jak bardzo zależę od Boga.

Mam nadzieję – bo pośród biskupów, których spotkałam, nie ma takiego, z którym w walce o Kościół nie chciałabym stanąć ramię w ramię. Choć w większości byli to biskupi pomocniczy w swoich diecezjach, pewnie przyjdzie dzień, w którym będą mieć do powiedzenia więcej. To będzie ważny dzień.

Wesprzyj Więź

Stoję twardo na ziemi – mimo (tak mi się wydaje) pozytywnego wydźwięku tego podsumowania zdaję sobie sprawę, że rozmawiałam z niecałymi 10% episkopatu. Zastanawiam się, co dzieje się w sercach pozostałych. Nieco drżę przed marcowymi wyborami. Przed nami długa droga.

PS. Droga Katolicka Agencjo Informacyjna! Cieszę się, że napisaliście o spotkaniu biskupów z Rady KEP ds. Duszpasterstwa Młodzieży z Tośką Szewczyk. Ale błagam: nie piszcie, że jestem autorką „Talerza skrzywdzonych”. Przecież sami pisaliście wcześniej, iż zaprojektował go Tomasz Biłka OP, a wykonały Anna Bogdanowicz i Zuzanna Surma. Autorką, i owszem, jestem, ale książki. Podobno nawet niektórzy biskupi twierdzą, że całkiem sensownie się ją czyta. Może jednak warto byłoby przy takiej okazji o tej książce wspomnieć?

Przeczytaj także: O nas znowu bez nas. List skrzywdzonej do samej siebie

Zranieni w Kościele

Podziel się

16
3
Wiadomość

5 stycznia 2024 r. wyłączyliśmy sekcję Komentarze pod tekstami portalu Więź.pl. Zapraszamy do dyskusji w naszych mediach społecznościowych.