Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Smutku mój, ty zawsze przy mnie stój

Kadr z filmu „Blade Runner 2049”, reż. Denis Villeneuve, USA 2017. Fot. Materiały prasowe

A gdyby tak powiedzieć ludziom: pozwólcie sobie na smutek, dopuście go do siebie, jeśli trzeba – popłaczcie, bo może dzięki temu pryśnie iluzyjne przekonanie o waszej wszechmocy, a wzmocni się wzajemna, międzyludzka bliskość?

Przed laty byłem mimowolnym świadkiem pewnej sceny. Śnieg, zimno, starówka sporego miasta. Chłopak wręcza przechodzącej dziewczynie czerwoną różę. Dziewczyna uśmiecha się, dziękuje i idzie dalej. A chłopak spogląda gdzieś przed siebie i pociąga nosem. Wtedy, w dzieciństwie, niezbyt rozumiałem smutek tej sytuacji, zakładałem chyba, że to taka uliczna akcja, w końcu – ważny szczegół – tego dnia były Walentynki. Dopiero długo później do mnie dotarło: przecież róża nie była dla osoby, która finalnie ją otrzymała, chłopak spotkał się z zawodem, jego wybranka – jak długo jej szukał?; czy zbierał się na odwagę, by się odezwać? – nie przyszła lub odrzuciła jego uczucie. Stąd spontaniczne pozbycie się kwiatka i niezdarnie, ze wstydem wycierane łzy…

Wesprzyj Więź.pl

Gdybyśmy dziś się znali, podesłałbym pewnie bohaterowi tej sceny kilka piosenek. Na przykład Piotra Szczepanika, nucącego „Gdy ktoś wartość uczuć zna, tak jak ja – woli być sam”. Mildred Bailey, śpiewającą „Ja i mój smutek spędzamy razem mnóstwo czasu, / Podróżujemy drogą, która prowadzi donikąd”. Klasykę, czyli „Mr. Lonely” Bobby’ego Vintona, „Love of my life” Queen, „Bell bottom blues” Claptona, albo całą płytę „Blue” Joni Mitchell. Tylko czy smutne piosenki mogą kogokolwiek pocieszyć?

Idealna w tej sytuacji byłaby „You can’t always get what you want”, jedna z najwybitniejszych kompozycji Stonesów, utwór ostatecznie opowiadający o czymś więcej niż zawód miłosny. Nie, czasem naprawdę nie możesz dostać tego, czego chcesz (nieważne, że Jagger doda wspierające: „Ale jeśli się postarasz, zdobędziesz, czego potrzebujesz”). Osoba, w której się zakochasz, niestety nie będzie czuła tego samego. Los zmusi cię do wykonywania pracy, która wcale nie przynosi satysfakcji, odbierze twoje atuty, rozdzieli z bliskimi, sprawi, że będziesz powtarzał pod nosem, jak Adaś Miauczyński: „Nie udało mi się życie”, albo jak detektyw Monk: „To nie jest egzystencja, którą sobie wymarzyłem, bywa nie do zniesienia…”.

Nie istnieje automat, który sprawia, że nasze sny stają się rzeczywistością, a plany realizują. Mądry Kohelet pisał, że „wszystko ma swój czas”, jest „czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów”. Skąd zatem niemal powszechne dzisiaj przekonanie, że trwać musi ciągły karnawał? Że będziemy bez przeszkód odhaczali kolejne cele i pokonywali wyzwania. Może właśnie cały problem polega na zapomnieniu o prostej zasadzie: życie to nie koncert życzeń?

Ciemność jest cichą towarzyszką każdego losu. Nierzadko chciałoby się powiedzieć za bohaterką „Zwycięstwa” Conrada: nie dam im wszystkim rady… Jasne, że smutek, jeśli zamienia się w rozpacz, potrafi być destrukcyjny, ciągnie człowieka w przepaść, ale też ten codzienny, drobny i trudno uchwytny pozostaje czymś nieodzownym naszej kondycji.

Nie zawsze jest niedziela, nie co dzień świeci słońce. Nie wszystko staje się nauczką. Zresztą nie z każdych oczu można wypędzić żal, bo jego źródło okazuje się znacznie głębsze niż się postronnym obserwatorom wydaje. Czasem – by posłużyć się tytułem powieści Filipa Zawady – zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna. Często się śmieję, ale ogólnie jestem smutnym człowiekiem; smutek, paradoksalnie, jakoś mnie lubi; zdarza się, że jedno moje oko się śmieje, a drugie płacze – ilu z nas zna ten stan? Ptaki smutku, jak śpiewała Magda Umer, wciąż krążą nam nad głową. Sztuka polega tylko na tym, by nie pozwolić, żeby uwiły sobie gniazdo w naszych włosach…

Wesprzyj Więź

Może więc nie warto uciekać przed tym, co nieuchronne – przed bólem rozstania (istnienia też!), poczuciem straty, bezradnością? A gdyby tak powiedzieć ludziom: pozwólcie sobie na smutek, dopuście go do siebie, jeśli trzeba – popłaczcie, bo dzięki temu pryśnie iluzyjne przekonanie o waszej wszechmocy, a wzmocni się wzajemna, międzyludzka bliskość? Czy zamiast „zdobywcy” nie lepiej stawać się po prostu istotą współczującą? Patrzeć na bliźnich nie jak na pionki do rozstawienia na własnej szachownicy, a współtowarzyszy niełatwej wędrówki, sporadycznie silnych, częściej zmęczonych trudami wyprawy.

W końcu nie jesteśmy maszynami zaprogramowanymi na efekt, na zysk, na kolekcjonowanie jedynie „pozytywnych” wrażeń. Ponosimy klęski, rezygnujemy, tracimy. I to w porządku. Dzięki temu możemy, za Miłoszem, powiedzieć komuś, kto łka: „Ja też tak samo płakałem nad sobą”.

Przeczytaj również: Jestem sobie, i to wystarczy

Podziel się

11
Wiadomość