Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Chłopscy podburzyciele

Chłop podolski w polu przy robocie (1867). Rys. Kazimierz Konstanty Przyszychowski

Chłopi brali udział w demonstracjach patriotycznych podczas powstania styczniowego. Ale – w swej masie – powstania nie poparli. Nawet współczując i popłakując, pozostawali bierni. Fragment książki byłego redaktora naczelnego „Więzi”.

Tekst pierwszego rozdziału książki „Życiorysy pokornych” Wojciecha Wieczorka. Oryginalny tytuł: „Przed świtem”. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Wesprzyj Więź.pl

W przedmowie autor książki pisał: „Nie bę­dę ukrywał, że źródłem inspiracji były »Rodowody niepokornych« Boh­dana Cywińskiego. Wrażenie, jakie pozostawiała opowieść o chlubnych dziejach niepodległościowych elit polskiej inteligencji, sprowokowało zarazem pytanie, jak się do tego miały zachowania i postawy »pro­stego ludu«, czyli przede wszystkim chłopów – etnicznej podstawy narodu. […] Stąd tytuł – pomyślany nie w opozycji do ideału »Rodowodów« Cywińskiego, lecz jako kontrapunkt w spojrzeniu na narodowe losy, w których ci »pokorni« nie zawsze bywali tacy pokorni.

Dzięki pomocy ludzi życzliwych dotarła do moich rąk przepisana z rękopisu, znajdującego się na plebanii w Wilkołazie, relacja do­tycząca udziału ludności Wilkołaza i okolicy w powstaniu stycznio­wym. Jest ona wystarczająco interesująca, by ją zacytować w całości.

„Na I-szej części była »komenda«, jakoś tak powiem, bo jak się właściwie to kierownictwo nazywało, nie wiem. Ta »komenda« składała się z członków czynnych i biernych, tak należy przypuszczać. Czynni członkowie byli w oddziałach, które brały bezpośredni udział w walkach. Dwóch z nich znalem osobiście. Oni opowiadali o powstaniu i ja kil­ka ich opowieści słyszałem bezpośrednio. Nazywali się Antoni Kuśmierz i Szymon Szymański. Obydwaj chłopi światlejsi, zam. w Wilkołazie cz. I-sza. Po upadku powstania zostali aresztowani i osadzeni w więzieniu w Zamościu. Po więzieniu wrócili do Wilkołaza i dożyli późnej starości. Zwłoki ich spoczywają na cmentarzu nowym, na tym, co jest ka­plica.

Pamiętam, jak Szymański opowiadał o bitwie z Moskalami, w której brał udział jakiś oddział z Galicji (dawny zabór austriacki). Pamiętam, że zginęło w niej dużo Moskali [chodzi zapewne o stoczoną w tych stronach bitwę pod Chruśliną – właściwie dwa starcia w maju i sierpniu 1863 roku – w których brały udział powstańcze »partie« Lelewela-Borelowskiego i Heidenreicha-Kruka – przyp. W.W.]. Antoni Kuśmierz kiedyś opowiadał o ucieczce chłopów przed powstańcami. Było to w pewnej wsi. Wieczorem w karczmie było dużo chłopów, przybyli tu powstańcy i uda­li się do karczmy. Chłopi na widok powstańców uciekali oknami w wielkim popłochu. Nie zdążyli nawet pootwierać okien, tylko głowami roz­bijali szyby, a powyrywane ramy z okien ponieśli na barkach.

Nieco o tych, których nie pamiętam, a jedynie słyszałem. Gdyby coś w roli komendanta był Jan Bartnik. Łącznikiem był Kasper Chmie­lik (?). Jan Kuśmierz przechowywał większą ilość pieniędzy (kasę) i był zaprzysiężony celem dotrzymania tajemnicy schowanych pieniędzy. Takich członków »popierających« było wielu. »Placówki« wysuwały lu­dzi do oddziałów, szerzyły propagandę, dostarczały żywności itd. Cen­trum tego był Wilkołaz cz. I, ale należeli tu też chłopi innych części Wilkołaza i okolicy. Około roku [data zniekształcona zupełnie – przyp. W.W.] zmarł ostatni powstaniec zam. w Rudniku Szlacheckim. ­Nazwiska jego nie pamiętam.

»Czerwonych« w Wilkołazie prawdopodobnie coś było, na II części Wilkołaza, ale kto i ilu było, trudno ustalić. Zwalczania się Bia­łych z Czerwonymi nie było. Nie byli sobie wrogami, obydwie »grupy« dążyły do jednego celu, tylko nieco innymi drogami.

Chłopi ciemniejsi nie należeli, uchylali się od udziału w powsta­niu, gdyż nie rozumieli celu powstania. Takich chłopów w Wilkołazie było wielu.

Kto organizował ten odruch? Należy przypuszczać, że duchowieństwo i szlachta ogólnie, a w Wilkołazie nie wiadomo”.

Chłopi i powstańcy

Relację podpisał Franciszek Nagajek, za co mu chwała. Wynika z niej, że w Wilkołazie znajdowało się ogniwo ruchu powstańczego, z którym współpracowali „światlejsi” chłopi, i że było ich „wielu”. Ale „wielu” było również takich, którzy nie chcieli mieć z tym ru­chem nic wspólnego. Jakie były proporcje? Tego w relacji nie ma. Z aż do bólu szczerej wzmianki o panicznej ucieczce chłopów przed powstańcami przez okna karczmy można jedynie wnioskować, że bywało różnie.

Rozejrzyjmy się jeszcze po tej okolicy. Z innej relacji, sporządzonej przez jednego z mieszkańców Wronowa pod Chodlem (podpis nies­tety nieczytelny), można się dowiedzieć, że w pobliżu, we wsi Kraczewice, znajduje się zbiorowa mogiła powstańców, poległych w boju w kazimierskich górach. Niedobitki oddziału miały się wycofywać w kie­runku Chodla, docierając do wsi Kożuchówka. W tychże Kraczewicach miał być też punkt kontaktowy, kierowany przez właściciela majątku Jakuba Gierlicza i jednego z miejscowych chłopów.

Chłopski węch wykrywał „pa­na” także pod sukmaną czy złachmanioną szatą

Wojciech Wieczorek

Udostępnij tekst

Autor tej relacji napisał m.in., że idąc do Chodla, powstańcy „ciągnęli do naszego wodza ks. Ściegiennego”. To oczywista pomyłka. „Wikary z Wilkołaza”, który przez blisko rok pełnił posługę w Chodlu, przebywał jeszcze wtedy na syberyjskim zesłaniu. Ciekawa jest jednak ta zbitka myślowa, w której zasłyszane, a znaczące w tradycji regionu wydarzenia splotły się tak osobliwie. Z drugiej strony tłumaczy to zapewne, dlaczego w samym Wilkołazie udział chłopów w powstaniu wygląda na stosunkowo znaczny.

Na jeszcze jedno ogniwo ruchu powstańczego natrafiamy także w sa­mym Chodlu. Ściślej mówiąc – na plebanii. Jej proboszcz, ks. Piotr Frankiewicz, był niewątpliwie osobą wtajemniczoną. Miał świadczyć różnego rodzaju pomoc, m.in. finansową, powstańczej partii Józefa Jankowskiego i utrzymywać kontakt z powstańczą „żandarmerią naro­dową”. Zapłacił za to dwunastoma latami ciężkich robót na Sybirze.

Informa­cje uzyskane w tej parafii zdają się również pokrywać z relacją streszczoną powyżej. Powtórzyła się bowiem opowieść o powstańcach ukrywających się w bagnach i trzcinach rzeczki Chodelki w pobliżu Kożuchówki. Wyławianych z ukrycia oczekiwała doraźna egzekucja przy nieist­niejącej już w miasteczku drewnianej karczmie. Byli to więc ci sami nieszczęśnicy. Najprawdopodobniej w związku z tymi wydarzeniami w marcu 1864 roku aresztowany został burmistrz Chodla Ksawery Annusiewicz. Krew popłynęła tu jeszcze później: 20 czerwca 1865 roku, gdy powstanie właściwie wygasło, zginął zastrzelony jeden z ostatnich jego uczestników, właściciel Borowa Dionizy Trz­ciński.

Bardziej zagadkowa jest inna sprawa. W korespondencji dotyczącej kościoła w Ratoszynie – zapamiętajmy nazwę tej wsi – z dnia 23 lip­ca 1864 roku, a przechowywanej w Archiwum Diecezjalnym w Lublinie, ­znajduje się wzmianka o aresztowaniu ks. Boguckiego. Kościół rato­szyński był wówczas kościołem filialnym parafii chodelskiej, zaś ks. Bogucki jednym z jego kolejnych księży-kommendarzy. Ze wzmiankowanej korespondencji nie wynika jasno, co spowodowało interwencję ­policji.

Ponadto zbija trochę z tropu fakt, że sam ks. Bogucki we wcześniejszym, datowanym w kwietniu tego roku liście, występuje do Chodla – gdzie ks. Frankiewicza chyba już nie ma, bo znajduje się zapewne w więzieniu – o należną mu kwotę 300 złotych. Nie jest jednak wykluczone, że między obu tymi aresztowaniami istniał jakiś związek wynikający z ówczesnych wyda­rzeń politycznych. Tym bardziej że prezesem dozoru kościelnego w Chodlu był wtedy Jakub Gierlicz, właściciel Wronowa, o którego konspiracyjnym zaangażowaniu dopiero co wspomniano. Do tej sprawy przyjdzie jeszcze wrócić w następnym rozdziale.

Będzie ziemia na własność?

Ubóstwo lokalnych źródeł, dotyczących czasu powstania, zmusza zresztą do poszukiwań i w innych zasobach archiwalnych. W lubelskim Archiwum Wojewódzkim odnalazłem dwa zespoły przechowywanych tam do­kumentów, z których jeden nosi tytuł „Raporty o nastrojach wśród społeczeństwa i urzędników. 1861-1863”, a drugi – „Dziennik sekretny. 1863-1864”. Poszerzają one perspektywę o lata przedpowstaniowe­ i są zarazem zapisem ówczesnej rzeczywistości postrzeganej przez gubernialną władzę.

Na tę rzeczywistość składały się najpierw prowincjonalne reperkusje manifestacji religijno-patriotycznych w Warsza­wie. Znajdowały one wyraz w nabożeństwach i manifestacjach ku czci ­poległych na jej ulicach, które organizowane były także po wsiach, gdzie przybierały postać uroczystej procesji połączonej ze stawia­niem pamiątkowego krzyża z cierniową koroną. Na prowincji wprowadzano też w czyn wychodzące z kancelarii margrabiego Wielopolskiego zarządzenia. Nie tylko te powszechnie znane, jak listy proskrypcyjne imiennej branki czy zakaz żałoby narodowej, ale i mniej znane, na przykład zakaz noszenia stroju narodowego czy obowiązek poruszania się na ulicy z la­tarką w godzinach nocnych.

Trudno by też dać wiarę, że zabrakło „przecieków” na temat bardziej poufnych poczynań władz: kontroli lojalności urzędników, połączonych niekiedy z nakładanymi na nich kontrybucjami oraz zwolnieniami z pracy, przeprowadzanych rewizji, przesłuchań, aresztowań itp. W tropieniu podejrzanych władze te napotykały na trudności. Jeden z anonimowych autorów policyjnych raportów skarżył się na przykład, że „obywatele, wójci i officyaliści sami ukrywają rze­czonych ludzi”.

Tym bardziej nie ulega wątpliwości, że takie spektakularne akty, jak wprowadzenie stanu wojennego, „zakaz zbiegowisk” czy ogłaszanie listów gończych (m.in. za zbiegłymi z Kijowa polski­mi studentami Uniwersytetu św. Włodzimierza, którym zarzucano „rozpowszechnianie pism podburzających i udział w antyrządowej demonstra­cji”) docierały z mocy samego urzędowego rozporządzenia do najbardziej zapadłych zakątków guberni.

Ale żeby tylko takie wieści, gorzej lub lepiej pojmowane, obijały się o chłopskie uszy! Właściwie od początku politycznego kryzysu coraz bardziej musiał docierać do jego świadomości fakt, że to on sam jest w nim jedną z centralnych figur, że całe to wzburzenie kręci się jakoś również wokół niego. Przecież już od maja 1861 roku ogłaszano po majątkach zasady obowiązkowego oczynszowania gospodarstw chłopskich. A czyniono to w sposób publiczny i uroczysty: wygalono­wany urzędnik, w pirogu i przy szpadzie, odczytywał zebranym na maj­danie pańszczyźnianym chłopom brzmienie dekretu.

W ślad za tym szła „szeptanka” szlacheckich spiskowców, głównie „czerwonej” młodzieży, że w wolnej ojczyźnie, którą tylko trzeba właśnie wyzwolić, dostaną oni swą ziemię na własność. Więc chłop nie tylko nasłuchiwał, nie tylko dowiadywał się o celach powstania, ale i tu i ówdzie zaczął burzyć się. Z przywołanych dokumentów lubelskiego archiwum można się na przykład dowiedzieć, że już w kwietniu 1861 roku w dobrach Staw w powiecie krasnystawskim ktoś „podmawia chłopów do nieodrabiania pańszczyzny”. Inny zaś referent zwraca uwagę na niezdrowe nastroje w rejonie hrubieszowskim. Mowa jest także o „wzburzeniu włościan w powiecie Kraśnik” itp.

Również we wspomnianym już Ratoszynie – jak wynika z urzędowego pisma skierowanego poprzez naczelnika powiatu lubelskiego do „Gubernatora Cywilnego Guberni Lubelskiej” z dnia 12/24 VII 1861 roku – pojawił się „podburzyciel”, który „ośmielił się używać wyrazów podburzających włościan przeciwko obywatelom w kraju…” i który mówił, że „…niedługo będą wieszać panów”.

Chłopi odmówili wyjścia do pracy na „pańskim”

Ciekawych rzeczy dotyczących społecznej atmosfery i kolorytu okresu przedpowstaniowego – trochę już wykorzystanych w poprzednich a­kapitach – można się wreszcie doczytać w „Pamiętnikach” Henryka Wiercieńskiego, wydanych w 1977 roku staraniem Wydawnictwa Lubelskiego. Wybór tego pomocniczego źródła nie jest całkiem dowolny. „Pamiętniki” zawierają kopalnię informacji o stosunkach wiejskich na Lubelszczyźnie w połowie XIX stulecia, a osoba autora – miejscowego ziemianina, zasłużonego działacza społecznego i uczestnika powstania styczniowego zesłanego po wzięciu do niewoli na Sybir – stanowi zachęcającą rekomendację. Z tego źródła, podmalowującego szersze tło zdarzeń, będę jeszcze czerpał.

W tym miejscu chodzi o incydent, jaki zdarzył się w interesującej nas okolicy. Otóż w rozciągających się wzdłuż prawego brzegu Wisły dobrach opolskich rozeszła się wiadomość o uchwale Towarzystwa Rol­niczego – będącego, jak wiadomo, domeną „białych” – postulującej zniesienie pańszczyzny. Wprawdzie uchwala ta została wkrótce anulowana, niemniej sama wieść – zawleczona w te strony prawdopodobnie przez wiślanych flisaków – wywołała niemałe wrażenie i… zamieszanie. Chłopi odmówili wyjścia do pracy na „pańskim”. Wobec takiego obrotu rzeczy właściciel dóbr i zarazem lokalny ziemski potentat (żeby już nie wymieniać za Wiercieńskim nazwiska) uznał się zmuszo­nym wezwać w sukurs kozaków, którzy nie bawiąc się w ceregiele pogonili opornych do roboty nahajkami.

Różnie więc bywało i na drugim biegunie społecznego podziału. Można sobie wyobrazić uczucia poturbowanych, którym solidarne współdziałanie władzy pańskiej i państwowej wypisało na grzbietach pro memoria za niewczesne ciągoty. Cóż z tego, że spiskujące koła szlacheckie, do żywego oburzone, spowodowały udzielenie surowej reprymendy sprawcy incydentu. To już nie było ta­kie wyraziste.

Nie można uogólniać tego przypadku. Stanowi on jednak jeden z przyczynków składających się na chłopski brak zaufania do szlachty. Sięgnijmy znowu do „Pamiętników”, do uwag na temat małej skutecznoś­ci kierowanej do chłopów propagandy patriotycznej. „Nawet przebieranie się w sukmany nie odnosiło skutku. Pod sukmaną chłopi poznawali człowieka z innej sfery; i jeśli nawet mówił im o sprawie narodowej, widzieli w nim agenta panów, bo panów tylko ta sprawa obchodzić mog­ła; jeśli zaś robił im jakieś obietnice zniesienia pańszczyzny – na­ wypadek urzeczywistnienia się pragnień narodowych – widzieli w nim awanturnika, który obiecuje gruszki na wierzbie – i to jeszcze na cudzej wierzbie…”.

A propos tego chłopskiego węchu, wyczuwającego „pana” nawet pod sukmaną. W „Raportach o nastrojach…” znalazłem także notatkę o in­cydencie pod Łuszczowem w pobliżu Lublina, mającym już wymowę na wpół anegdotyczną. Mianowicie na pewnego wieśniaka wracającego sobie spo­kojnie do domu dokonało napaści jakichś pięciu oberwańców, domagając się pieniędzy i chleba. Wystraszony chłopina błagał o litość, zacho­wał jednak na tyle przytomności umysłu, żeby – słysząc poprawną polszczyznę – zwracać się do nich per „jaśnie wielmożni panowie”. Uchodząc na przykład przed branką, włóczyli się wtedy tacy po lasach i wertepach, głodując i szargając ubrania. Jak widać, chłopski węch wykrywał „pana” także pod złachmanioną szatą. I czy można mieć pretensję do ofiary napaści, że wyrwawszy się z opresji, popędziła do cyrkułu, by użalić się na swoją krzywdę?

„Panienki ze dworu” i chłopskie dzieci

Istnienie mentalnej bariery braku zaufania, utrudniającej porozumienie się, musiało jednak dochodzić do świadomości patriotycznego odłamu szlachty. W latach przedpowstaniowego wrzenia wybucha moda na uczenie dziatwy wiejskiej czytania i pisania. Podjęły je – to znowu Wiercieński – liczne „panienki ze dworu” wbrew panującej szlagońskiej sentencji, że to nie ma sensu, „bo będzie potem pisał na ­mnie skargi”. Teraz trzeba było coś robić, żeby chłop rozumiał kierowane do niego także na piśmie apele.

Wyłoniły się wszakże nieocze­kiwane trudności. Na widok panienek wiejskie bachory czmychały między opłotki, trzeba je było przywabiać prośbami i podarunkami. Tak­że ich rodzice nie ukrywali niezadowolenia, bo nauka odrywała od pa­sienia gęsi czy bydła i byli na tym „stratni”. Słowem – rozbieżność interesów. Ale to były przecież drobiazgi. Rozbieżność naprawdę masywna kryła się w tym, co właśnie chciano przezwyciężyć. Bo głębokim cieniem kładła się tu wszędzie wiekowa pańszczyzna.

Zdaniem autora „Pamiętników”, w stronach, w których rejestrował swoje spostrzeżenia, nie było jeszcze najgorzej. „Niech Bóg pomaga tym, co chcą dobrze” – mawiali, indagowani podczas demonstracji patriotycznych. Owszem, brali w nich udział, bo to i ksiądz, i śpiewy religijne, i krzyż z cierniową koroną. Uderzeniowa dawka nastroju. Toteż nie dziwiło, że na odbywających się potem poczęstunkach we dworach „siedzący współbiesiadnicy mieli pole do rzucenia tu i ów­dzie jakiegoś słowa, które nie pozostało bez wpływu”. Ale – w swej masie – powstania nie poparli. Wprawdzie – jak pisze ten sam autor – tylko wyjątkowo demonstrowali wobec niego zdecydowanie wrogi stosunek. Niemniej, nawet współczując i popłakując, pozostawali bierni. Wiemy już, że bywało również inaczej.

Wesprzyj Więź

Toteż chyba nazbyt przepojone nieukrywaną goryczą i przez to nie­zbyt sprawiedliwe wydają się słowa Henryka Wiercieńskiego, gdy z właściwą sobie ostrością pisze: „Nieuświadomiony politycznie, nie bio­rący nigdy udziału w życiu politycznym, niepiśmienny zupełnie, a przeważnie i nieczytelny, nie znający ani dziejów narodowych, które były dla niego obce zarówno z powodu jego ciemnoty, jak i z powodu braku tradycji ustnej w jego otoczeniu, bynajmniej nie rozumiał, o co idzie: to bowiem, co się dookoła niego działo, nie rozwiązywało zadania: czy sól stanieje? – a to przecież zdawało się stanowić najgłówniejszą jego troskę życiową. Brak poczucia narodowego był u niego tak wielki, że przez miano »Polaka« rozumiał synonim »ślachcica«; on zaś do polskości się nie przyznawał. Był »chłopem i tyla«. W czasie powstania jeszcze odróżniał walczących nazwą: »polskie moskole« i »ruskie moskole«, pierwszym mianem nazywając powstańców, drugim wojska rosyjskie”.

Zabrakło pytania, skąd się wzięła ta ciemnota.

Przeczytaj również: Cezary Gawryś, Personalista i demokrata. Wojciech Wieczorek 1928–2012

Podziel się

1
1
Wiadomość

Jakże uroczy jest zwrot” co bardziej światli chłopi” Przypomnijmy sobie, to czasy gdy pańszczyźniany chłop ma status niewolnika tyle, że sam musi zadbać o swój brzuch i dach nad głową. Kim był więc ów światlejszy chłop? Idea państwa narodowego jeszcze nie została wynaleziona. Znaczy biorąc udział w powstaniu, walczyło się dla swojego pana, ten jednak u nas batożył dotkliwiej niż zaborca. Ciąg logiczny jakby wyjaśnia postawy ludu pracującego. Pan powstaniec zabrał na wojenkę kilku krzepkich poddanych, którzy raczej wyboru nie mieli. Wziął oczywiście takich co kulki mu przy okazji nie poślą, to może objaśniać zwrot bycia światłym. Opowieść o ucieczce przez okna ciurów przed powstańcami, pewnie ma znamiona anegdoty. Bo czy nawet dzisiaj takiego małorolnego stać na przesiadywanie w gospodzie? Ależ dlaczego nie, ktoś powie, dziś też tam przesiaduje co “światlejsze” pospólstwo. Z drugiej strony, przejeżdżałem przez Jastrzębią Górę, Karwię nad morzem, cieniutko, cieniutko.