Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Tośka Szewczyk: Mówić o dobrym Bogu nawet w perspektywie krzywdy

Fot. Cherry Laithang / Unsplash

Marzę o Kościele, który pójdzie szukać mojego sprawcy i ogłosi mu Ewangelię – mówi „Tygodnikowi Powszechnemu” autorka książki „Nie umarłam”.

W „Tygodniku Powszechnym” ukazał się tekst Zuzanny Radzik o wydanej przez „Więź” książce „Nie umarłam. Od krzywdy do wolności” Tośki Szewczyk. Felietonistka krakowskiego pisma rozmawiała z zachowującą anonimowość autorką książki i obszernie cytuje jej wypowiedzi.

Wesprzyj Więź.pl

Autorka „Nie umarłam” przyznaje, że pisanie w książce o procesie kanonicznym było dla niej trudniejsze niż opowieść o krzywdzie: – Tamto mam jakoś poukładane. Natomiast o wiele bardziej i somatycznie przeżyłam pisanie, opisywanie procesu kanonicznego, które dzieje się tu i teraz i retraumatyzuje. To jest ciągle to samo doświadczenie, że ktoś mnie używa. Wtedy – żeby spełnić swoje potrzeby seksualne. Teraz – żeby zrobić porządek na swoim podwórku, może trochę, żeby zadbać o swój własny wizerunek. Bo można się pochwalić tym, jak się dba o skrzywdzonych. Nie jestem podmiotem, a przecież powinnam być podmiotowo traktowana.

Tośka zaznacza jednak: – Doświadczyłam w Kościele i jednego, i drugiego: skrzywdzenia i Ewangelii. To mi daje możliwość zabrania głosu z zupełnie niezwykłej pozycji i mówienia o dobrym Bogu nawet w perspektywie takiej krzywdy.

Zastanawia się też, co by było, gdyby choć jedna kobieta stanęła na jej drodze w czasie procesu kanonicznego. – Wiem, że już są w niektórych diecezjach delegatki, ale z tego, co rozumiem, procedur żadna kobieta nie układała ani nie rewidowała. Nie chodzi o to, że kobiece oko byłoby bardziej troskliwe. Po prostu przydałoby się, gdyby patrzono na procedury z różnych perspektyw – stwierdza.

I w książce, i w rozmowie z Radzik zauważa, że ma w sobie wiele złości. – Złoszczę się w każdej sytuacji, w której mówi się o nas, a nie do nas. Mam na myśli skrzywdzonych, ale to samo mogłabym powiedzieć o nas, kobietach. Pamiętam, jak mi się ­odpaliła złość w momencie afery z Janem Pawłem II. Miałam ogromny żal o to, że we wszystkich komunikatach biskupów jest informacja o ahistoryczności, atakach na świętość, na dziedzictwo, o tym, że są teraz tacy, którzy atakują. Ponieważ nie było ani słowa o ofiarach, to ofiary zostały włożone do tego samego worka z innymi atakującymi – mówi „Tygodnikowi”.

Autorka książki zwraca również uwagę, że w Kościele z krytykujących robi się wrogów. – Kurde, ja kocham Kościół! Nie róbcie mi z niego tego, co robicie! – podkreśla. Dodaje, że znajduje się dziś w przedsionku Kościoła, gdzie „siedzą skrzywdzeni, osoby homoseksualne, ale też dorośli w spektrum autyzmu, dla których nie ma dobrej przestrzeni. Siedzą tam osoby rozwiedzione w ponownych związkach, pewnie też katolickie feministki. Spotykam tam ludzi, którzy pomimo swoich ran kochają Jezusa”.

O jakim Kościele marzy Tośka Szewczyk? – O Kościele dojrzałych wiernych, w którym nie będziemy się zachowywać jak dzieci chodzące po omacku, potrzebujące przewodników, tylko korzystać z godności, którą mamy z chrztu świętego. […] Marzę o Kościele, który ma odwagę powiedzieć człowiekowi, który pieprzy, że pieprzy. I to zanim będzie za późno i powstanie kolejna sekta. Ale będzie umiał to zrobić z miłością. I w ogóle o takim Kościele, w którym nie będzie strach się nawracać. Czasem strach być grzesznikiem w Kościele – mówi.

– Marzę o Kościele – no to już będzie hardkor – który pójdzie szukać mojego sprawcy i mu ogłosi Ewangelię. I który go z powrotem przyprowadzi do wspólnoty. Bo to nie sztuka wykluczyć człowieka ze wspólnoty. Skazać na wieczne potępienie. Nie tego Chrystus uczył i nie za to umarł – kończy autorka książki „Nie umarłam”.

Wesprzyj Więź

W letnim numerze kwartalnika „Więź” Tośka Szewczyk rozmawia o przemocy duchowej w Kościele z niemiecką teolożką Doris Reisinger, byłą członkinią wspólnoty życia konsekrowanego Duchowa Rodzina Dzieło, którą opuściła po doświadczeniu przemocy duchowej, intelektualnej i seksualnej. Rozmowa jest częścią bloku „Bezbronni dorośli w Kościele”.

Zranieni w Kościele

Przeczytaj też: O nas znowu bez nas. List skrzywdzonej do samej siebie

DJ

Podziel się

1
Wiadomość

Wszyscy biskupi juz dawno nabrali wodę w usta. Tyle lat wiedzieli o księżach przestępcach w swych diecezjach i co? Czy choc raz próbowali zmienić ich zachowanie? Sprowadzić z powrotem? Nie! Przenosili z parafii do parafii i wysyłali za granicę. To tak jak z Dymerem i Uszkiewiczem! Jednego i drugiego Dzięga obarzał zaszczytami i pozwalał im wykorzystywać az do śmierci.