Wiosna 2024, nr 1

Zamów

75. urodziny płyty długogrającej. O szukaniu tej najpierwszej

Płyta winylowa. Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl

W czerwcu 1948 roku Columbia Records zorganizowała konferencję w nowojorskim hotelu Waldorf-Astoria. Dziennikarzom zaprezentowano 101 płyt, mogących grać znacznie dłużej niż kilka minut. Była to prawdziwa rewolucja.

Nie da się ukryć: wypadające właśnie 75. urodziny longplay’a traktuję jak sprawę osobistą.

Wesprzyj Więź.pl

40 lat temu zadałem sobie pytanie o pierwszą płytę długogrającą. Wtedy, w połowie lat 80., „The Guiness Book Of Recorded Sound” pozostawała najlepszym źródłem informacji (internetu przecież jeszcze nie było). Z tej swoistej księgi Guinessa autorstwa Roberta Dearlinga dowiedziałem się, że pierwsze winylowe krążki przedstawiła światu firma Columbia Records w czerwcu 1948 roku, w nowojorskim hotelu Waldorf-Astoria. Zaproszonym dziennikarzom zaprezentowano wtedy od razu 101 nowych płyt, mogących grać znacznie dłużej niż kilka minut.

Tylko że ja szukałem tej jednej, najpierwszej.

Prywatne śledztwo

Napisałem do Dearlinga, prosząc o więcej szczegółów. Odpowiedział… i niezbyt poważnie mnie potraktował. Ale dzisiaj rozumiem go lepiej. Nie przypuszczał po prostu, że „Jerzy zza żelaznej kurtyny” może być dla niego poważnym partnerem.

Byłem jednak uparty. Napisałem do Columbii i Waldorf-Astorii, do Nowojorskiej Orkiestry Symfonicznej, do kilku amerykańskich archiwów, a nawet do Biblioteki Kongresu w Waszyngtonie. O dziwo, w zasadzie wszyscy odpowiedzieli! Niechlubnym wyjątkiem była Columbia, ale to działo się krótko po jej przejęciu przez Sony, więc mieli pewnie na głowie inne sprawy. Nowojorska Orkiestra przysłała katalog swoich nagrań, a z hotelu Waldorf-Astoria otrzymałem pękatą kopertę pełną materiałów.

Longplay znakomicie przysłużył się muzyce popularnej. Stał się inspiracja dla artystów rockowych i jazzowych do tworzenia większych utworów oraz konceptualnego myślenia o albumach

Jerzy Dziuba

Udostępnij tekst

Wszystkich przebiła Biblioteka Kongresu. Mój list trafił do Samuela Brylawskiego, który wykonał dla mnie niesamowitą kwerendę i przesłał mi kopie dostępnych dokumentów, związanych z pierwszymi winylami Columbii. W taki sposób stałem się światowym ekspertem w dziedzinie winyli z Waldorf-Astorii (choć oczywiście świat pozostaje do dziś w błogiej nieświadomości tego faktu). W moim prywatnym archiwum mam m.in. kopie kilku najwcześniejszych katalogów Columbii, w tym ulotki towarzyszącej prezentacji w Waldorf-Astorii, a także regularnego wydawnictwa „Columbia’s Disc Digest” z lipca 1948 (zapytałem zresztą Samuela Brylawskiego o jego polsko brzmiące nazwisko. Okazało się, że ma przodków, którzy wyemigrowali z okolic Inowrocławia do Ameryki w drugiej połowie XIX wieku).

Na wspomnianej ulotce Columbii jest pieczątka informująca, że to dar Jima Walsha dla Biblioteki Kongresu. Walsh to dziennikarz muzyczny, uczestniczący w konferencji w Waldorf-Astorii. Napisałem zatem do „American Record Guide”, jego macierzystej redakcji, ale byłem niestety spóźniony. Jim Walsh przebywał w domu opieki i nie było z nim kontaktu.

Uzbrojony w dokumenty z Biblioteki Kongresu napisałem jeszcze raz do Dearlinga. Opowiedział, w jaki sposób powstał rozdział, poświęcony płycie długogrającej. Otóż Columbia mu nie pomogła bezpośrednio, ale jednak dała namiar na swojego emerytowanego pracownika, który przeprowadził się do Anglii. I to na podstawie jego notatek i pamięci odtworzone zostały okoliczności narodzin longplay’a.

Nie wszystko się tam zgadzało. Robert Dearling uszanował wyniki mojego prywatnego śledztwa i napisał do tego pana jeszcze dwa listy. Znowu byłem spóźniony. Okazało się, że ten ostatni być może naoczny świadek wydarzeń z czerwca 1948 roku już nie żyje.

Oprócz daty

Można księgę Roberta Dearlinga kojarzyć z 40. urodzinami longplay’a. Na rynku była już wtedy płyta kompaktowa CD. Wydawało się, że koniec winylowych krążków zbliża się nieuchronnie.

Kiedy więc w 1998 roku, na 50. urodziny LP, Dennis D. Rooney dotarł do archiwów Columbii, prawdopodobnie miał to być rodzaj pożegnania. Jego artykuł w ICRC, zatytułowany „How the LP was born”, zawiera pełno nieznanych do tej pory szczegółów dotyczących przygotowań Columbii, uwieńczonych prezentacją w Waldorf-Astorii. Wszystko w tym artykule jest świetne – oprócz daty. Otóż wydarzenie odbyło się w upalne piątkowe popołudnie. Rooney twierdzi, że 21 czerwca. Tyle że w ten czerwcowy weekend 1948 roku piątek wypadał 18 czerwca…

Dwie dekady później, w kwietniu 2019 roku, sporo zamieszania narobiła Amanda Jenkins, stażystka w Bibliotece Kongresu. Odnalazła dokumenty świadczące o tym, że longplay o numerze ML 4001 był pierwszym winylem w historii. Rzeczywiście, ML 4001 z bachowskim koncertem skrzypcowym w wykonaniu Tibora Vargi na stronie A, i koncertem Mendelssohna w wykonaniu Natana Milsteina na stronie B, miał faktycznie otwierać listę płyt z Waldorf-Astorii. Ale coś z tym Vargą okazało się w ostatniej chwili nie tak… Nagranie nie mogło się ukazać, więc ML 4001 z Mendelssohnem wylądował gdzieś w środku listy, pod M. Bo Columbia swoją pierwszą listę longplay’ów ułożyła według alfabetycznej kolejności kompozytorów.

Paradoksalnie przez te 75 lat większość istotnych szczegółów związanych z prezentacją w Waldorf-Astorii było dostępnych w porządnych muzycznych archiwach na Zachodzie, a od jakiegoś czasu także w internecie. Mam na myśli dwa numery tygodnika „The Billboard” z 26 czerwca 1948 oraz 3 lipca tamtego roku.

Czemu 101 płyt?

Jak wyglądała prezentacja? Columbia Records przedstawiła dziennikarzom 101 nowych drobnorowkowych płyt długogrających. Były to krążki winylowe, o średnicy 12 i 10 cali, obracające się z prędkością 33 1/3 obrotów na minutę. Te duże 12-calowe płyty zapewniały czas odtwarzania muzyki do 45 minut. Winylowe – czyli niełamliwe, lekkie, zajmujące mniej miejsca. Ustawiono je na stosie o wysokości ok. 40 cm. Obok stanął stos standardowych wtedy płyt szelakowych 78 obrotów na minutę o wysokości ok. 2,5 m (miały w końcu krótszy czas odtwarzania, no i były grubsze), z identyczną zawartością muzyczną.

Columbia zaprezentowała też gramofon f-my Philco do odtwarzania nowych płyt. 12-calowe krążki kosztowały 4,85 dolarów, 10-calowe – 3,85, 10-calowe z muzyką popularną – 2,85, a gramofon – 29,95 dolarów.

Czemu było tam aż 101 płyt? Włodarze Columbii odrobili lekcję z katastrofalnej próby RCA z 1931 roku, z całkiem podobną płytą (materiał, średnica, wielkość rowka, szybkość obracania). Oferta RCA upadła wtedy z wielu przyczyn, głównie technicznych. Płyty zużywały się tak szybko, że ilość reklamacji zachwiała potężną wytwórnią. Ale też fani Beethovena czy Bacha nie otrzymali wówczas swoich ulubionych dzieł na nowych płytach. Ten sam człowiek, który pracował w 1931 roku w RCA, czyli Edward Wallerstein, siedemnaście lat później był już dyrektorem Columbii. Zaproponował melomanom większość ulubionych dzieł muzyki klasycznej.

A jaki był ten pierwszy winyl? Prawda jest taka, że było 101 chronologicznie pierwszych winyli. Sercem listy pozostawało 70 płyt z muzyką klasyczną – od Bacha do Wieniawskiego. Honorowe pierwszeństwo należy przyznać krążkowi otwierającemu listę, o numerze ML 4002, z dwoma koncertami skrzypcowymi Bacha w interpretacji Adolfa Buscha, Frances Magnes i The Busch Chamber Players (czytelników zainteresowanych szczegółową listą 101 winyli z Waldorf-Astorii zapraszam na moją stronę www.historyoflongplay.com. Można tam znaleźć m.in. kompletne, alfabetyczne listy kompozytorów i artystów z płyt z 1948).

Polskie wątki

Co ciekawe, na szesnastu spośród 101 płyt grali Polacy. Prawdziwym rekordzistą okazał się zresztą dyrygent Artur Rodzinski. Znalazł się na piętnastu longplay’ach, prowadząc Philharmonic-Symphony Orchestra of New York i Cleveland Orchestra. Czy ktoś o tym w Polsce słyszał? A Rodzinski w swojej karierze dyrygował też orkiestrami z Los Angeles i Chicago. I był dość intrygującym ekscentrykiem.

Na 10-calowym krążku ML 2004 „Piano music of Chopin” grała Maryla Jonas. I ona, i Rodzinski, byli w połowie lat 40. prawdziwymi gwiazdami Columbii.

Jonas to zresztą osobna historia. Była Polką i Żydówką. Gestapowcy, którzy zatrzymali ją w czasie wojny, okazali się melomanami. Pamiętając jej koncerty w Berlinie sprzed wojny, chcieli jej pomóc. Jeden zaproponował powrót do Berlina, żeby tam koncertowała. Odmówiła. Drugi poradził, żeby się dostała do ambasady Brazylii w Berlinie, która wystawi fałszywe dokumenty. Maryla Jonas pokonała jakoś ten ogromny dystans pomiędzy Warszawą i stolicą Niemiec – w czasie wojny, głównie na nogach! Ambasada Brazylii faktycznie wyposażyła ją w podrabiane dokumenty, dzięki którym dotarła najpierw do Lizbony, a potem statkiem do Brazylii.

Po tak silnych przeżyciach nie była w stanie grać. Ale Artur Rubinstein przygotował w Rio pewną prowokację. Poprosił ją, żeby dla sprawdzenia akustyki sali usiadła za fortepianem i uderzyła w klawisze. Grała przez kilka godzin, nieprzerwanie. Już po wojnie, w 1946 roku, pojawiła się w Carnegie Hall w Nowym Jorku. Na pierwszym koncercie, praktycznie bez publiczności, obecny był korespondent lokalnej gazety… i się zachwycił. Drugi koncert był już triumfem Jonas.

Tak się złożyło, że wytwórnia Columbia pracowała wtedy nad projektem pt. płyta długograjaca. Resztę historii znamy….

Kultura i popkultura

Główną motywacją Columbii było możliwość zarejestrowania na płycie długogrającej wspomnianych 45 minut muzyki. Chodziło o muzykę klasyczną. Z dzisiejszej perspektywy widać, że LP przysłużył się też znakomicie muzyce popularnej. Stał się inspiracja dla artystów rockowych i jazzowych do tworzenia większych utworów oraz konceptualnego myślenia o albumach.

Dla płyt singlowych miliony sprzedanych kopii są najlepszym policzalnym kryterium sukcesu. Natomiast longplay to nośnik długodystansowy. Od połowy lat 50. XX wieku powstawały w Stanach i Wielkiej Brytanii albumowe listy przebojów. Warto na nie od czasu do czasu zerknąć.

Co ciekawe, wśród tamtych 101 płyt było jedenaście 10-calowych krążków z muzyką popularną. Wśród nich winyl o numerze CL 6001 „The Voice of FRANK SINATRA” – pierwszy z muzyką popularną.

Wesprzyj Więź

Aktualna lista artystów albumowych wszechczasów prezentuje się tak: The Beatles przed Elvisem Presley’em, Queen, Michaelem Jacksonem, Fleetwood Mac, Eltonem Johnem, Eminemem i… Sinatrą!

A jak będzie wyglądała na 80. urodziny longplay’a? Zobaczymy.

Przeczytaj też: Chet Baker. Nikt tak pięknie nie potrafił płakać muzyką

Podziel się

19
12
Wiadomość

Świetny artykuł.
W sumie, to zabawne: podobno gilharmonicy protestowali, bo się bali, że ludzie będą kupować płyty, zamiast chodzić na koncerty. Dzisiaj na pen-drivie mieści się setki/tysiące godzin muzyki i nikogo to nie dziwi.
Pozdrawiam.