Wiosna 2024, nr 1

Zamów

By powróciło życie. Pragnienia i depresja

Fot. Fahad Bin Kamal Anik / Unsplash

Początkiem wychodzenia z depresji jest zaufanie samemu sobie: zauważenie i zaakceptowanie, że znalazłem się w miejscu pełnym cierpienia.

Jakiś czas temu Filip Memches opublikował na łamach „Tygodnika TVP” komentarz w sprawie rezygnacji bp. Edwarda Dajczaka ze swojej funkcji. Powodem tej decyzji była zdiagnozowana u biskupa depresja. Memches nie podważa jej rozpoznania u hierarchy, wyraża jednak wątpliwości odnośnie do ogólnego traktowania depresji – choroby, której diagnoza jest, zdaniem publicysty, nadużywana. W jego ocenie depresja stanowi obecnie pewnego rodzaju cywilizacyjną modę czy fetysz ku finansowej uciesze terapeutów i koncernów farmaceutycznych.

Wesprzyj Więź.pl

Choć od publikacji minęło już sporo czasu, skłoniła mnie ona do wyrażenia paru myśli w związku z tym tematem – myśli, które mają charakter uniwersalny, podobnie jak powszechne zdają się obawy zgłaszane przez Memchesa. Nie mamy więc do czynienia z dezaktualizacją problemu.

Diagnozę pozostawmy specjalistom

Mimo że mój tekst zawiera fragment polemiczny, artykuł Filipa Memchesa traktuję wyłącznie jako punkt wyjścia do tego, by napisać o dwóch kwestiach, które chyba rzadziej (niż np. problem straty albo niskiego poczucia własnej wartości) omawiane są przy okazji dyskusji o depresji. Mam na myśli zagadnienie podejścia do własnych pragnień i do problemu rezygnacji.

Chcę też zaznaczyć, że mój tekst nie jest bezpośrednim komentarzem do sprawy bp. Dajczaka – choć jest jego historią inspirowany – ani też nie stanowi w całości dialogu z tym, co napisał publicysta „Tygodnika TVP”. Nie wyczerpuje również całości złożonego tematu depresji: wątków przytłaczającego smutku, fizycznego braku sił i zaburzeń somatycznych czy znaczenia farmakoterapii.

Zanim jednak przejdę do tematu pragnień i rezygnacji, chciałbym zatrzymać się na chwilę na kilku tezach zawartych w artykule Filipa Memchesa. Przyznaje on wprawdzie, że pomoc psychologiczna w wypadku depresji jest ważna, ale jednocześnie powołuje się na autorytet Tomasza Witkowskiego – doktora psychologii – który nazywa depresję nadrozpoznawaną „dojną krową” i przez to wykorzystywaną, by wyciągać z ludzi pieniądze. Felietonista „Tygodnika TVP” dorzuca też od siebie jeszcze parę słów o narcyzmie i fetyszyzacji emocji.

Nie chcę wchodzić zbyt głęboko w sprawy metodologicznych ocen, ale równocześnie nie rozumiem, dlaczego miałoby być wątpliwe, że na depresję choruje obecnie ogromna część ludzkiej populacji. Obserwujemy wprawdzie medykalizację podejścia do życia psychicznego, której efektem jest na przykład to, że próbuje się odgórnie określić, ile czasu człowiek ma prawo przeżywać żałobę, żeby nie była ona uznana za jednostkę chorobową.

Warto jednak zauważyć, że medykalizacja może mieć też inne oblicze: przejawiać się w dążeniu do sprowadzenia doświadczenia egzystencjalnego do zespołu objawów z listy ustalonej przez naukowe konsylia. Jednemu i drugiemu podejściu zdaje się, niestety, umykać to, co kluczowe: jednostkowość i wyjątkowość każdego ludzkiego cierpienia.

Krajobraz depresji

Wiele wskazuje na to, że żyjemy w epoce, w której psychiczny ból milionów ludzi ma formę chroniczną i tak trudną do udźwignięcia, że przyjmuje on rozmiary depresji, czyniąc z niej chorobę cywilizacyjną. I czyjaś, wypływająca ze zrozumiałej skądinąd potrzeby obiektywizacji, podejrzliwość nic w tej sprawie nie zmieni.

Z depresji nie wychodzimy wyłącznie o własnych siłach. Koło życia zaczyna się obracać napędzane tym, co dobrego przychodzi z zewnątrz. Żeby się to jednak stało, trzeba odzyskać miejsce na to, co rzeczywiście „nasze”, mówiąc „nie” temu, co już nam nie służy

Maciej Papierski

Udostępnij tekst

Może za to – i to główna przyczyna mojej polemiki z Filipem Memchesem – zmienić bardzo wiele w losie konkretnych osób, które potrzebują pomocy psychiatrów i terapeutów, ale po nią nie sięgną, ponieważ nie potraktują poważnie swoich dolegliwości. Podważanie zaufania do ludzi niosących pomoc psychologiczną, tworzenie klimatu podejrzeń i przestrzeganie przed podstępnym wyzyskiem, przy jednoczesnym wzbudzaniu wątpliwości co do choroby u tych, u których depresję już zdiagnozowano, to – delikatnie mówiąc – brawurowa lekkomyślność. Na szali spoczywają ludzkie zdrowie i życie.

O tym, czy ktoś ma depresję, czy jej nie ma; czy potrzebuje leczenia czy nie, pozwólmy więc decydować wykwalifikowanym diagnostom, zamiast czynić z niej temat demaskatorskiej publicystyki pisanej byle „pod prąd”.

Filip Memches z dość dużą swobodą wiąże też depresję z fetyszyzacją emocji i narcyzmem. Depresja rzeczywiście w niektórych przypadkach potrafi współwystępować z narcyzmem, istnieją też ludzie, którzy używają swojego nieszczęścia, by manipulować innymi. Ale nawet to nie znaczy, że taka depresja nie jest prawdziwa, że nie jest to temat dla psychoterapeuty czy psychiatry.

Wciąż jest przecież w tym człowieku jakaś część wymagająca leczenia, często znacznie głębszego niż „czysta” depresja, bo dotykającego struktur osobowości. Nade wszystko jednak ani narcyzm, ani „fetyszyzacja” emocji nie odmalowują w całości krajobrazu depresji. Może mieć ona różne formy i nasilenie, towarzyszyć innym problemom psychicznym i zaburzeniom osobowości czy np. biologicznym chorobom mającym złe rokowania albo tym nieuleczalnym. Depresja jest zresztą schorzeniem najczęściej pojawiającym się wraz z innymi chorobami.

Wreszcie, brak depresji w klinicznym rozumieniu (czyli spełniającej kryteria rozpoznania według klasyfikacji chorób i zaburzeń ICD czy DSM) nie podważa zasadności korzystania z pomocy psychologicznej w okresach obniżonego nastroju, gdy nasze funkcjonowanie ulega dezorganizacji. Przede wszystkim zaś na pewno potrzeba specjalistycznej wiedzy, by to wszystko rozróżnić i ocenić – chodzi o coś dalece bardziej skomplikowanego niż to, czy ktoś jest smutny naprawdę, czy na niby.

Stąd moja prośba, by nie powierzać swojego zdrowia psychicznego publicystom. Jeśli podejrzewamy u siebie depresję, oddajmy problem w ręce specjalistów, w osobistym kontakcie. Nie robiąc tego, nie tyle dajemy wiarę cudzym podejrzeniom, ile przeczymy samym sobie: cierpieniu, którego doświadczamy. A lekceważenie go może je tylko pogłębić.

Wypychać ku odnajdywaniu sensu

Początkiem wychodzenia z depresji jest zaufanie samemu sobie: zauważenie i zaakceptowanie, że z moim życiem stało się coś, co spowodowało, że znalazłem się w miejscu pełnym cierpienia. Można by więc – pewnie ku oburzeniu niektórych metodologów – powiedzieć, że jeśli ktoś czuje, że ma depresję, to zapewne ją ma.

W sensie egzystencjalnym, depresja jest stanem, w którym straciliśmy energię witalną. Mówiąc bardzo prosto, przestaliśmy lubić własne życie (przynajmniej w wymiarze emocjonalnym). To, czy tak rzeczywiście jest, wie główny zainteresowany. Utrata radości istnienia wiąże się zwykle z poczuciem, że coś straciliśmy, że zanikły więzi z tym, co nas niosło, dawało powód, by być.

Życie, które w depresji niejako ustaje, przychodzi do nas przez zewnętrzne obiekty, do których mamy osobisty stosunek. Dlatego też istotnym elementem profilaktyki przeciw temu schorzeniu jest, jakkolwiek banalnie może to brzmieć, dbanie o to, by pielęgnować bliskie relacje, otaczać się tym, co lubimy. Jeśli w moim życiu tego zabraknie, to będę już tylko je wytrzymywał, wejdę w tryb przetrwania.

Pozytywne nastawienie emocjonalne jest oczywiście tylko jedną ze składowych dobrego wyboru, ale jeśli czegoś nie lubię, to w istocie nie jest to do końca „moje”. W rezultacie życie – składające się z miejsc, zadań, rzeczy, wobec których nie mam dobrych uczuć, które emocjonalnie mnie odpychają – w pewnym sensie także przestaje należeć do mnie. Pozwalam zewnętrznym siłom wyobcować się z niego. Tymczasem emocje – od łac. emovere, „wprawiać w ruch, wypychać” – wyrywają nas ze stagnacji, pokazując, dokąd iść. Wskazują kierunek ku sensowi.

Kontakt z tym, czego naprawdę chcemy i czego nie chcemy, oraz realizacja osobistych pragnień, nie są narcystyczne. Są wręcz antynarcystyczne i stanowią warunek prawdziwej empatii

Maciej Papierski

Udostępnij tekst

Wydawałoby się, że to wszystko jest aż nazbyt oczywiste, a jednak warto zastanowić się na przykład nad tym, jak często unikamy mówienia wprost, że czegoś nie chcemy, podając za powód odmowy brak możliwości czy inne zobowiązania. Zamiast powiedzieć: „Przepraszam, nie przyjdę na twoje imieniny, bo nie lubię dużych imprez, wolę zostać w domu, a z tobą spotkać się kiedy indziej”. Powiemy raczej coś w stylu (i nie musi być to kłamstwo!): „Wiesz, mam tyle roboty, że chyba nie dam rady”.

Zamiast wypowiadać się z perspektywy osobistych przeżyć, często wolimy zasłonić się obiektywną koniecznością. Następuje przesunięcie perspektyw, które można by nazwać zrzeczeniem się prawa do własnego odczuwania. Może stać za tym przekonanie, że to, iż chcemy czegoś innego niż nasz rozmówca, jest raniące czy nieuprzejme, że w jakiś sposób wystawia relację na próbę. Sięga to na tyle głęboko, że nierzadko mamy wrażenie, iż czegoś zrobić nie możemy, podczas gdy w rzeczywistości po prostu nie chcemy. Sami wobec siebie wybieramy narrację, która społecznie jest bardziej akceptowalna.

Takie myślenie nie bierze się zresztą znikąd: ile razy doświadczyliśmy tego, że ktoś potraktował nasze deklaracje odmiennych gustu czy woli jako atak ad personam? Mówi to coś o naturze chcenia: jest osobiste, własne. Dlatego tak często boli do żywego, kiedy ktoś krytykuje na przykład to, co wzrusza nas w sztuce czy nasz styl ubierania się.

Wydawałoby się, że to błahostki, ale ów ból pochodzi z miejsca, które jest wrażliwe: z miejsca osobistego przywiązania, z poczucia, że odmówiono wartości czemuś, co współokreśla mnie jako odrębną i inną od reszty jednostkę. Dlatego też mówienie o tym, czego się chce, jest znakiem dojrzałości osobowej. Odsłaniamy w ten sposób to, co osobiste, ryzykując, że nie zostaniemy przyjęci.

Zwykle znacznie łatwiej dzielić się tym, czego chcemy i co lubimy z osobą, z którą pozostajemy w bliskiej relacji. To mówi coś istotnego o podejściu społeczeństwa do problemu pragnień. Tak jakby potrzebny był dobry powód, żeby czegoś chcieć czy nie chcieć, jakby należało się z tego solidnie wytłumaczyć, by ktoś (kto?) przyznał nam do tego prawo i przystawił stempel, że nam wolno.

To, czego człowiek pragnie, wydaje się niejako moralnie mniej wartościowe i w ogóle fakultatywne. Traktowane jest jako coś – w najlepszym razie – wynikającego z przywileju (!) wyboru, a nader często jako egoistyczny kaprys. A jednak upodobania i pragnienia tworzą nas na równi z naszymi zobowiązaniami i wartościami. Zaryzykować można by stwierdzenie, że pod pewnymi względami nawet bardziej, ponieważ kruszą pancerz racjonalizacji i kwestionują – często niezgodny z rzeczywistością – obraz ego, i przez prawdę uczuć podłączając nas do świata. Oprócz upodobań istnieją jeszcze obiektywne możliwości, prawa czy wartości, ale lekceważenie chcenia oznacza zburzenie jednego z filarów podtrzymujących spełnione życie.

Narcyzm czy egocentryzm?

Chciałbym tu jeszcze wprowadzić poboczną uwagę na temat problemu narcyzmu, który zresztą przywołuje Filip Memches. To, czy rozumiemy narcyzm w sensie potocznym czy w klinicznym (a rozumienia te pokrywają się tylko w pewnej mierze), jest zagadnieniem na tyle złożonym, że na poziomie krótkiego tekstu można jedynie zauważyć, że często mamy do czynienia z szafowaniem tym pojęciem.

Należy więc podkreślić, że kontakt z tym, czego naprawdę chcemy i czego nie chcemy, oraz realizacja osobistych pragnień, nie są narcystyczne. Są wręcz antynarcystyczne i stanowią warunek prawdziwej empatii. Bo w praktyce właśnie tylko tak rozumiemy i odczuwamy – przez własne doświadczenie – co to znaczy, że drugi też ma swoje potrzeby, uczucia i cele.

Narcyzm jest więc w istocie „zaprzeczeniem prawdziwemu ja” – jak mówił znany amerykański psychiatra i psychoterapeuta Alexander Lowen. Jest radykalnym porzuceniem kontaktu z rzeczywistymi emocjami i pragnieniami na rzecz karmienia fasady, nieumocowanego w faktach obrazu ego. Narcyz ma za nic uczucia innych ludzi, ponieważ nie docierają do niego własne, dawno stłumione.

Mówienie o tym, czego się chce, jest znakiem dojrzałości osobowej. Odsłaniamy w ten sposób to, co osobiste, ryzykując, że nie zostaniemy przyjęci

Maciej Papierski

Udostępnij tekst

Współczesna kultura masowa jest zaś narcystyczna w tym sensie, że wymaga od ludzi realizacji sztucznych (fasadowych) wzorców dobrego życia bez względu na to, kim naprawdę są, dając im w zamian złudną obietnicę wpływu i wielkości. Natomiast świadome spełnianie siebie jako jednostki poprzez racjonalne słuchanie wskazań emocji (co nie oznacza hołdowania doraźnym afektom) nie ma nic wspólnego z narcyzmem w sensie klinicznym – może tylko tyle, że jest jego zupełną odwrotnością.

Notabene, nie sposób zostać narcyzem przez naśladowanie trendów z kont influencerów. Narcyzm w rozumieniu psychologicznym to efekt długotrwałego i skomplikowanego procesu, w którym w wyniku trudnych doświadczeń nieprawidłowo kształtuje się osobowość. Proponowałbym więc zastępować to słowo terminem „egocentryzm”.

Z depresji nie wychodzimy wyłącznie o własnych siłach, koło życia zaczyna się obracać napędzane tym, co dobrego przychodzi z zewnątrz. Żeby się to jednak stało, trzeba odzyskać miejsce na to, co rzeczywiście „nasze”, mówiąc „nie” temu, co już nam nie służy.

Programowe odrzucanie pragnień jako czegoś, co w egzystencjalnej hierarchii stoi niżej niż społeczne oczekiwania czy nawet normy moralne, wiedzie do depresji. Potrzebujemy ciepła płynącego z bliskich relacji, z radości czerpanej z lubianej przez siebie pracy, z kontaktu ze zwierzętami i roślinami, z ruchu i rozrywki, z piękna wzruszającej nas muzyki. To ciepło jest właśnie tym, co możemy nazwać energią życiową.

Uwolnić własne życie

Pojęcie rezygnacji ma konotacje, które powodują, że niektórym z nas trudno wycofać się z tego, co niesatysfakcjonujące. Brniemy w ślepą uliczkę, by wreszcie dojść do punktu, w którym odwrót ma już dotkliwe skutki. Rezygnacja kojarzy się z przegraną, tchórzostwem, słabością. Trudno więc mówić o niej dobrze tak, by nie spotkać się z zarzutem propagowania egzystencjalnego pójścia na łatwiznę.

Chciałbym więc zaznaczyć, że rezygnacja, o której tu mowa, nie polega na zakpieniu z wartości; na dewaluacji tego, co wcześniej uważaliśmy za istotne. Nie jest to postawa ucieczkowa czy wygodna. Polega na świadomej ocenie dotychczasowego kierunku działań i przyznaniu samemu przed sobą, że popełniło się błąd – to znów pojęcie wrażliwe, jakby popełnienie błędu zawsze było winą, czymś wstydliwym.

A przecież, jak mówi Szymborska w jednym ze swoich najbardziej znanych wierszy, „zrodziliśmy się bez wprawy i pomrzemy bez rutyny”. I choć to banał, że częścią ludzkiej kondycji jest nieustanne uczenie się na błędach, to jak trudno jednak o tego banału praktyczną realizację (Hannah Arendt, która przez swoją filozofię rozpropagowała termin „kondycji ludzkiej”, mawiała, że mądrość nigdy nie zatriumfuje, bo wtedy ludzkość wymarłaby z nudów).

Rezygnacja jako decyzja wypływająca z głębi osobowego doświadczenia jest więc aktem odwagi i pokory, próbą odzyskania życia, krokiem w tył, gdy utknęło w martwym punkcie. Sytuacja, w której wiążą nas przysięgi, poprzedzone długim okresem prób i namysłu, jest oczywiście inna, ale nawet w takich okolicznościach człowiek nie traci swojej praktycznej (nie teoretycznej!) wolności.

To, w jakim stopniu w takich przypadkach rezygnacji pojawia się odpowiedzialność moralna, jest sprawą złożoną. A ze względu na liczbę zmiennych i tajemnicę ludzkiego serca oceny zazwyczaj nie mogą tu dokonać zewnętrzni obserwatorzy (czasami nawet ci bezpośrednio zaangażowani w sytuację, nie mówiąc już o prasowych komentatorach odnoszących się do swoich projekcji, a nie do znajomości z żywym człowiekiem).

Czasami myślimy o sobie tak, jakby po podjęciu decyzji coś nam z tej wolności ubywało, a to przecież nieprawda. Utrzymuję swoją decyzję dlatego, że wciąż jest moja, że to mój wybór, który, nawet jeśli przynosi pewne trudne, a niekiedy wręcz bolesne konsekwencje, służy mi z określonych powodów – choćby takich, że pozwala mi żyć zgodnie z moimi wartościami.

Gdy tę świadomość oddaję na rzecz automatycznych rozstrzygnięć, zaczynam żyć nie swoim życiem. „Pożyczam je” moralnym kodeksom i abstrakcyjnym ideom. Jeśli więc zaczniemy traktować przysięgę jako deklarację już na zawsze wiążącą zewnętrznym obowiązkiem, a jej przedmiot jako życiowy pewnik, pozwalając przy tym na to, by żywa, osobista perspektywa wyboru pustoszała, poskutkuje to bez wątpienia kryzysem.

Nie ma jednak takich pewników, bo człowiek jest wolny i może w każdej chwili wybrać inaczej – co z kolei powoduje, że najważniejsze dobra w życiu są kruche i wymagają ciągłej troski. Można przywołać „Jeźdźca” Lieberta: „Uczyniwszy na wieki wybór, / W każdej chwili wybierać muszę”. Gdy zatem dbam o określone dobra, w każdej chwili mówię, że jednocześnie nadal ich chcę. Jeśli jest inaczej, obumiera zaangażowanie emocjonalne, a w konsekwencji, w domenie międzyludzkiej, bliskość. Brak poruszenia emocjonalnego i bliskości to zaś pożywka dla depresji.

Norma i relacje

Jak mówił psychoterapeuta ks. Krzysztof Grzywocz w rozmowie ze Zbigniewem Nosowskim: „Myślenie normatywne szuka prostych rozwiązań, jest czarno-białe, jest proste, ale niszczy relacje”. Perspektywa normatywna (praw, zasad, obowiązków) jest ważna, ale problem w tym, że jeśli pozostaje tylko ona, zabija to relację. A czasem nawet trzeba tę perspektywę na rzecz relacji – na rzecz miłości (nie tylko do drugiego człowieka, ale też do siebie, do tego, co w życiu robię, do Boga…) – wziąć w nawias.

I nie ma to nic wspólnego z relatywizmem moralnym: raczej z empatią, zdolnością perspektywicznego spojrzenia na całość sytuacji oraz zrozumieniem niewystarczalności własnego umysłu wobec tej sytuacji złożoności, czego naturalną konsekwencją staje się wyrozumiałość.

Wesprzyj Więź

Powściągliwość naszych ocen daje drugiemu szansę na uwolnienie własnego życia, które mogło lec pod ciężarem nie do uniesienia. Wytrzymywanie trudów dla wartości jest szlachetne, ale żeby było możliwe, potrzeba jakiegoś rodzaju wsparcia, ochrony i przestrzeni. Człowiek nie zawsze otrzymuje je od innych, a jego własne zasoby nie są przecież niewyczerpane – są ludzkie, nie boskie.

Rezygnacja z tego, co nas niszczy, jest nie tylko moralnie uzasadniona, ale wręcz może otwierać pole do spożytkowania w przyszłości energii na dobro większe niż walka o przetrwanie. Za prawdziwie osobistym „nie” zawsze stoi bowiem jakieś „tak” – wartość, którą chcemy ochronić.

Przeczytaj też: Ewa Woydyłło: Możemy się gniewać na pokolenie Z, że sprawia nam zawód, ale najpierw przyjrzyjmy się własnym domom

Podziel się

16
2
Wiadomość

Czy Autor sam … “doświadczał” ?
Czy … “towarzyszył” tym co doświadczają / li ?
Może mi umnknęło, ALE to JEST istotne – powiedziać o tym , gdy się “zabiera głos” w tej sorawie, tak myślę, mylę się ?
Przez ostatnich parę lat lubiłem się określać jako po-depresant po poprzednich – też paroletni okres – trochę dłuższy- STANÓW DEPRESTJNYCH.
Od sierpnia zeszłego roku znowu zapadam się w swój skrótowo nazwę stan b. niskiej energii i specyficznego odbioru świata swoim aparatem emocjonalnym (który zresztą dobrze mi się udało rozwinąć w okresie poprzedniego zdrowienia).
Mógłbym dorzucić dużo , wybieram 2 punkty :
A / Lepiej mówić o STANACH DEPRESYJNYCH ! Nie mamy do czynienia ze złamaną kością nogi, które to żłamanie pokazuje nam zdjęcie Rtg
B / są zmiany (w dużej części nieodrwacalne, co nawet nie do końca jest “złe”, a po części odbieram korzystnie) w myśleniu, w dostępności i korzystaniu z pamięci. O innym, utrudnionym korzystaniu z własnego aparatu emocjonalnego czy zasobów energetycznych (prawie żadnych) nawet nie wspomnę bo to … ABC tematu.
Pozdrawiam !

Ważny i potrzebny tekst. Gdybym przejmował się ludzką ignorancją, już dawno doprowadziłyby mnie do rozpaczy pobożnościowe głupoty wypisywane przez ludzi pokroju red. Memchesa. Jestem doświadczony w depresji i żyję tylko dzięki psycho- i farmakoterapii. Co więcej, jakość mojego życia jest zupełnie zadowalająca: mam dobrą pracę, udane życie rodzinne, cieszę się dorosłością swoich dzieci i pierwszymi wnukami. Tego wszystkiego nie byłoby jednak, gdybym w odpowiednim czasie nie sięgnął po fachową pomoc.

Ktoś, kto depresji nie przeżył, nigdy nie zrozumie, czym ona jest. Z niewiadomych do końca (w przypadku schorzenia autogennego) przyczyn, człowieka wszechogarnia rozpacz, odbierając jakąkolwiek nadzieję. Psychika podpowiada same czarne scenariusze, solennie zapewniając, że jest się absolutnie beznadziejnym i że będzie tylko gorzej. Ma to odzwierciedlenie w chemii i biologii mózgu: synapsy gorzej przewodzą sygnały, kurczą się neurony i cały hipokamp. I wobec takiej sytuacji, wszelkie dyrdymały o “modzie”, “narcyzmie” czy też porady jak wyjść z depresji dzięki sztuczkom życia duchowego, to szkodliwe i skrajnie nieodpowiedzialne wypociny z gatunku “nie znam się, no to się wypowiem”. 

W moim przypadku skuteczna i pomocna psychoterapia opierała się na przejściu z zakleszczającego się na szyi uścisku narzuconego przez “Powinienem” do pozwalającego na swobodny oddech “Chcę”. Była to długa droga.

Wszystkim zaś Memchesom i im podobnym, łatwo oceniającym z perspektywy własnej wyższości moralnej mówię: mam was w głębokim poważaniu. Jesteście ślepi i nieczuli, nie zdając sobie sprawy, że wasze surowe, nieempatyczne oceny mogą kogoś zabić. Niekiedy naprawdę zabijają.