Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Kula wystrzelona w Zachęcie zabiła nie tylko Gabriela Narutowicza, roztrzaskała też „szklane domy”

Gabriel Narutowicz podczas rozmowy z Józefem Piłsudskim w Belwederze. Warszawa, 10 grudnia 1922. Fot. Instytut Józefa Piłsudskiego / NAC

Niewiadomski spełniał wolę tych, którzy wciąż zadawali sobie pytanie „czyja jest Polska”, bo nie wystarczało im, że po prostu jest.

Trudno nam, współczesnym, doświadczyć entuzjazmu jesieni 1918 r., chwili, gdy „Polska wybuchła”. To jeden z tych dziejowych epizodów, które zrozumieć może tylko ten, kto był jego świadkiem i uczestnikiem.

Jak pisze w swych wspomnieniach Jędrzej Moraczewski, premier z przełomu 1918 i 1919 r.: „Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po 120 latach prysły kordony! Nie ma „ich”! Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic! Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, będziemy sami sobą rządzili. W ciągu dwóch dni nie było śladu po symbolach panowania Austriaków. Kto tych krótkich dni nie przeżył, kto nie szalał z radości w tym czasie wraz z całym narodem, ten nie doznał w swym życiu najwyższej radości. Cztery pokolenia nadaremno na tę chwilę czekało, piąte doczekało. Od rana do wieczora gromadziły się tłumy na rynkach miast; robotnik, urzędnik porzucał pracę, chłop porzucał rolę i leciał do miasta, na rynek dowiedzieć się, przekonać się, zobaczyć wojsko polskie, polskie napisy, orły na urzędach, rozczulano się na widok kolejarzy, ba – na widok polskich policjantów i żandarmów”.

Wesprzyj Więź.pl

Narutowicz zaskoczony wyborem nosił się z myślą o jego nieprzyjęciu, gdy jednak zrozumiał, że byłaby to kapitulacja przed sfanatyzowaną, tłuszczą postanowił złożyć przysięgę

Paweł Stachowiak

Udostępnij tekst

Jesień 1918 r. i następne miesiące, mimo niepewności, zagrożeń, jak w 1920 r., nie podawały w wątpliwość wiary, że nowa Polska będzie wcieleniem szlachetnych nadziei narodu. „Szklane domy”, utopijna wizja Seweryna Baryki, którą żywił nadzieję swoją i swego syna, podczas podróży przez piekło bolszewickiej Rosji, wyrażała wiarę w nową Polskę, która będzie się rozwijać bez interwencji „ich”, „obcych”, winna stać się zatem wcieleniem idei szlachetnych, bezinteresownych, wyzbytych społecznej i narodowej niesprawiedliwości.

Entuzjazm bywa chwilowy, przemija skonfrontowany ze skrzeczącą rzeczywistością, o którą rozbijają się naiwne wyobrażenia. Nie inaczej było przed stu laty. Wszystko będzie dobrze, ufano. Moment radości, nadziei i wiary nie mógł trwać wiecznie. Prędzej czy później utopia szklanych domów musiała się skonfrontować z realiami. Polska nie znała królobójstwa – to jeden z tych szlachetnych mitów, na których chcieliśmy budować nasze państwo. Pragnęliśmy wierzyć, że agresja posunięta do mordu, nie jest elementem naszej tradycji, wszak: „Nasz naród scen okropnych, gwałtownych nie lubi; (…) Sławianie, my lubim sielanki”, ironicznie pisał Adam Mickiewicz.

Starcie emocjonalne

Na takim micie założycielskim budowaliśmy nasze szklane domy, naszą odrodzoną państwowość, wierzyliśmy, że będzie inna, nowa, sprawiedliwa i szlachetna. Cóż, taki szlachetny mit musiał prędzej, czy później, roztrzaskać się o rafę rzeczywistości. W Polsce ta katastrofa przyszła przed stu laty, w grudniu 1922 r., gdy kula zamachowcy ugodziła Gabriela Narutowicza – pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej.

Jesień 1922 r. musiała wielu pozbawić złudzeń. Poziom agresji podczas ówczesnej kampanii przed wyborami do parlamentu pierwszej kadencji, udowadniał, że Polska nie jest wolna od żadnych schorzeń systemu demokratycznego. „Judzi, zohydza, ze czci odziera. Język propagandy politycznej w prasie 1919 – 1923”, tak brzmi tytuł książki opublikowanej przez Irenę Kamińską-Szmaj.

Warto, aby zajrzeli do niej wszyscy, którzy sądzą, że mamy dziś do czynienia z jakimś szczególnym i bezprecedensowym nasileniem agresji w debacie publicznej. Nihil novi. Niewiele pozostało ze szlachetnych złudzeń ledwie cztery lata po „wybuchu” Polski. Wrogość, nienawiść, zapiekłość, osiągnęły poziom, który kojarzy się z ostrzeżeniem św. Pawła: „A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli” (Ga 5.15). Gdy zabrakło wspólnego wroga, na pierwszy plan wyszły wzajemne animozje, dla wielu ważniejsze niż dobro wspólnej ojczyzny.

Wybory do sejmu i senatu pierwszej kadencji, które odbyły się w listopadzie 1922 r. według nowej, proporcjonalnej, ordynacji, wyzwoliły wybujałe namiętności targające podówczas polskim społeczeństwem. Kampania była brutalna, szczególnie w wymiarze narodowym i społecznym. Obywatele polscy, niepolskiej narodowości, których było wówczas ok. 30 proc., zjednoczyli się w Bloku Mniejszości Narodowych, rozbudziło to drzemiące polskie nastroje nacjonalistyczne i przeobraziło listopadowe wybory w 1922 r. w niezwykle emocjonalne starcie „swoich” i „obcych”. 

Niewybieralny vs niespodziewany

Wybory wygrała prawica: endecja i chadecja skupione w bloku Chrześcijański Związek Jedności Narodowej (tzw. Chjena). Nie była to jednak wygrana umożliwiająca samodzielne tworzenie rządu, a o partnera do koalicji było niezwykle trudno. Jedynym wyobrażalnym było PSL „Piast” Wincentego Witosa, któremu jednak nie spieszyło się do takiego aliansu.

Wszystkie problemy ujawniły się podczas pierwszego aktu nowo wybranego parlamentu, wyboru prezydenta, który powinien zostać, zgodnie z uchwaloną w 1921 r. konstytucją marcową, wyłoniony w głosowaniu Zgromadzenia Narodowego (połączonych izb sejmu i senatu). Posłowie i senatorowie w ogromnej większości pozbawieni parlamentarnego doświadczenia, stanęli wtedy wobec klasycznego dylematu, między tym, co słuszne i godne, a tym co możliwe.

„Chjena” wystawiła kandydata godnego, ale niestety niewybieralnego: hrabiego Maurycego Zamoyskiego, człowieka szlachetnego, zasłużonego, o nieposzlakowanej opinii. Cóż, w ówczesnym układzie sił, aby mógł zostać wybrany, nie wystarczyły głosy posłów i senatorów „Chjeny”, trzeba było jeszcze chłopów z „Piasta”. Tymczasem pan hrabia miał nieszczęście być największym wtedy w Polsce posiadaczem ziemskim, „obszarnikiem”. Oczekiwać, że głos na niego odda stronnictwo chłopskie było, delikatnie mówiąc, naiwnością.

Większość parlamentarna wystawiła zatem kandydata godnego, ale niewybieralnego i gdy przegrał nie potrafiła tego zaakceptować. Procedury wyborcze wyłoniły Gabriela Narutowicza, czego nikt, także on sam, się nie spodziewał. W ostatniej turze wyborów stanęli przeciw sobie Zamoyski i Narutowicz. Na tego pierwszego zagłosowała „Chjena”, na drugiego wszystkie pozostałe ugrupowania, także posłowie i senatorowie mniejszości narodowych. Za Narutowiczem nie stała zatem żadna programowa koalicja, raczej przypadkowy blok: „wszyscy przeciw liderowi”. Tak czy inaczej, Gabriel Narutowicz został wybrany zgodnie z konstytucją i nie było żadnych prawnych podstaw, aby ów wybór podważać.

Przysięga czy kapitulacja?

Elekt był daleki od wyobrażeń narodowej prawicy. Polak od lat zamieszkały w Szwajcarii, profesor politechniki w Zurychu, pionier elektryfikacji Szwajcarii, który kierował budową wielu hydroelektrowni w Europie Zachodniej. Gdy odrodziła się niepodległa Rzeczpospolita wrócił do kraju i sprawował wiele ważnych funkcji m.in. ministra robót publicznych i ministra spraw zagranicznych. Nie był szeroko znany ani popularny. Do wyborów prezydenckich nominowała go partia PSL „Wyzwolenie”, której nie był członkiem, miał to być raczej akt politycznego wsparcia dla tego środowiska, nikt nie liczył się z jego wyborem.

Jednak 9 grudnia 1922 r. o godzinie 19:15 w piątym i decydującym głosowaniu Gabriel Narutowicz uzyskał więcej głosów niż Maurycy Zamoyski i został pierwszym prezydentem odrodzonej Rzeczypospolitej. W zasadzie powinno to być wielkie narodowe święto, symbolizujące zakończenie czasu tworzenia suwerennego państwa. Ustalone były granice, uchwalona konstytucja, teraz zaś wybrana pierwsza głowa państwa. „Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze!”, ten entuzjazm listopada 1918 r. zdawał się zyskiwać chwalebny finał. 

Wtedy przyszedł hejt. To współczesne słowo najlepiej ilustruje atmosferę tamtych grudniowych dni. Niech za jej symbol posłużą słowa ks. Kazimierza Lutosławskiego, posła endeckiego ugrupowania Związek Ludowo-Narodowy: „Jak śmieli Żydzi narzucić Polsce swojego prezydenta? (…) wpuszczenie Żyda do rodziny, do towarzystwa, do spółki, do interesu, do stowarzyszenia, do korpusu oficerskiego, do urzędu, do grona nauczycielskiego, do szkoły, do klubu, do jakiegokolwiek przejawu życia polskiego jest rodzajem zdrady stanu”.

W wyniku takiego szczucia elekt jadący na zaprzysiężenie w otwartym lando, obrzucony został brudnym śniegiem, lżyły go tłumy zgromadzone wzdłuż Alei Ujazdowskich. Mason, ateista, żydowski sługus, krzyczała ulica, „zawada” na drodze do prawdziwie narodowej Polski, pisał czołowy endecki publicysta Stanisław Stroński. Nie wystarczyło rzucać śnieżkami, aby tę „zawadę” usunąć, trzeba było strzelać. Narutowicz zaskoczony wyborem nosił się z myślą o jego nieprzyjęciu, gdy jednak zrozumiał, że byłaby to kapitulacja przed sfanatyzowaną, tłuszczą postanowił złożyć przysięgę.

Wiatr agresji

Dlaczego narodowa prawica nie była w stanie zaakceptować jego wyboru, pomimo, że był zgodny z wymogami konstytucji, którą sama współtworzyła i zaakceptowała? Otóż jej priorytetem były nie normy konstytucyjne, ale narodowy charakter państwa. Polska, wspólnota polityczna etnicznych Polaków, jej racja stanu – tożsama z interesem narodowym dominującego etnosu. Zaprzeczenie idei Rzeczypospolitej wielu narodów, wspólnego dobra wszystkich obywateli, bez względu na ich przynależność etniczną.

Narutowicz został wybrany większością, której częścią byli posłowie i senatorowie reprezentujący Blok Mniejszości Narodowych – Żydzi, Ukraińcy, Białorusini i Niemcy, Mieli oni, jako obywatele państwa polskiego, dokładnie takie same prawa jak etniczni Polacy, głos posła i senatora Ukraińca, Żyda, Białorusina i Niemca miał zatem dokładnie taką samą wartość jak ich polskiego kolegi.

Wybór Gabriela Narutowicza wywołał bunt przeciw tej fundamentalnej, konstytucyjnej zasadzie – równości obywateli wobec prawa. W imię nacjonalistycznych idei supremacji narodu zakwestionowana została prawomocność jego wyboru, który – nawet jeśli zgodny z konstytucją – był sprzeczny z endeckim rozumieniem państwa narodowego. Jeśli Polska miała być państwem Polaków, to prezydent musiał być wyłoniony przez „większość polską”. Udział przedstawicieli mniejszości w jego elekcji odbierała mu prawomocność, bo przecież: „nad prawem jest dobro narodu”, jak niemal sto lat później powiedział Kornel Morawiecki. Nie może być głową państwa polskiego ten, do którego wyboru przyczynili się nie Polacy, nawet jeśli byli obywatelami polskimi.

Ten pogląd, łamiący podstawowe zasady konstytucyjne, całą konstrukcję państwa jako dobra wspólnego wszystkich obywateli, wyznawała w 1922 r. partia, która uzyskała większość głosów wyborach parlamentarnych, była większością, nie marginesem. Konstytucja i mniemane „dobro Narodu”, definiowane przez jedną partię, obie te wartości stanęły w opozycji podczas dramatycznych dni grudnia 1922 r.  

Narutowicz mimo protestów ulicy, hejtu prasy i niejasnego stanowiska opinii publicznej przyjął wybór, kierując się dobrem konstytucyjnego porządku Rzeczypospolitej. Posiany wiatr agresji przywiał jednak burzę zbrodni. Ledwie kilka dni po objęciu urzędu, 16 grudnia 1922 r., prezydent, podczas zwiedzania wystawy w salach warszawskiej Zachęty, poniósł śmierć, zastrzelony przez Eligiusza Niewiadomskiego – fanatycznego nacjonalistę, który uznał jego osobę za ową „zawadę”, na drodze ku „prawdziwej, narodowej Polsce”.

Cień

Wróćmy jeszcze raz do słów Jędrzeja Moraczewskiego: „Nie ma »ich«! Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! (…) Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, będziemy sami sobą rządzili”. To przecież nie jeden z „nich” zabił prezydenta, to jak najbardziej jeden z „nas”, „arcypolak”, można by rzec. Dokonał tej zbrodni w imię swoiście rozumianego dobra Polski: „Musiałem uderzyć gromem, aby zbudzić tych co mniemają, że Polska już się ciałem stała, że minął czas wysiłków i ofiar i że broń można już złożyć. Tak nie jest! (…) To jest dopiero Polska Piłsudskiego, Judeo-Polska. Naród polski do władzy w niej jeszcze nie doszedł. Polskę prawdziwą trzeba dopiero zdobyć i zbudować”.

Niech ta młodopolska retoryczna przesada nie przesłoni zasadniczej prawdy. Niewiadomski spełniał wolę tych, którzy wciąż zadawali sobie pytanie „czyja jest Polska”, bo nie wystarczało im, że po prostu jest. Dla nich akceptowalny był tylko taki kształt państwa, który całkowicie spełniał ich idee. Polska narodowa, Polska etnicznych Polaków, Polska odwrócona od swej wielonarodowej tradycji, Polska, która zaprzecza równości obywateli wobec prawa. Dopiero państwo budowane wedle tych zasad mogliby uznać za prawdziwie suwerenne.

Wesprzyj Więź

Ale nawet i dla tej części obywateli, którzy szczerze ubolewali nad tym aktem politycznej zbrodni, potępiali ją i jej inspiratorów, była ona mentalnym przewrotem, to wtedy opadły z oczu łuski naiwnego, choć pięknego entuzjazmu. „Zamordowanie Prezydenta Narutowicza przez nacjonalistę polskiego za to i dlatego, że został na ten najwyższy urząd wybrany głosami także mniejszości narodowych, położyło się ponurym cieniem na całym polskim międzywojennym dwudziestoleciu”, napisał pięćdziesiąt lat później Adam Ciołkosz. Kula wystrzelona w Zachęcie zabiła nie tylko Gabriela Narutowicza, ona roztrzaskała też „szklane domy”.  

Rozszerzona wersja tekstu opublikowanego na łamach „Przewodnika Katolickiego”

Przeczytaj także: Tragedia Gabriela Narutowicza

Podziel się

4
1
Wiadomość

To wszystko prawda, ale nie pełna. Zamordowanie Prezydenta jest zakorzenione w rewolucji 1905 roku, gdy uzbrojone formacje socjalistów i enedeków strzelały do siebie. Lewica miała równie nieczyste sumienie, jak endecja. G.Narutowicz został prezydentem także w wyniku najgorszego sortu partyjniactwa ze strony lewicowej partii chłopskiej Wyzwolenie, która wystawiła własnego kandydata bez nadziei na wygraną, ale by utopić chłopskiego konkurenta W.Witosa, rozbijając w efekcie stworzenie większego obozu razem z PPS i inną, lewicową drobnicą w parlamencie. Wydarzenia w grudniu 1922 to gorączka wczesnej demokracji, przez którą przechodziły prawie wszystkie demokracje, z mordami polityków włącznie. Polska nie jest tu wyjątkiem. Raz mordowała lewica, raz prawica. Tak, część prawicy polskiej (ale nie PiS) usprawiedliwia lub bagatelizuje morderstwo. A druga strona instrumentalizuje tą zbrodnię do bieżącej walki politycznej (no właśnie, ale “piłsudczykowski” w swoim głównym nurcie PiS trudno pod to podciągnąć bez “lewicowo-liberalnej” polityki historycznej, której prowadzenia te środowiska się wypierają oskarżając o to tylko PiS. Ten artykuł traktuję jako element takiej polityki, ale przyznam, bez przekraczania cienkiej, czerwonej linii.

1. Nie wiem, czy akurat w rewolucji 1905 r. Równie dobrze można przypomnieć, że ofiarami terrorystów i fanatyków padały w Europie (i w USA) jeszcze w XIX wieku liczne głowy państw, o pomniejszych politykach nie wspominając. I artykuł nigdzie nie sugeruje, że Polska była wtedy jakimś wyjątkiem, raczej jest tu napisane, że Polacy pielęgnowali przekonanie o własnej wyjątkowości i mit ten rzeczywistość zweryfikowała dokładnie sto lat temu.

2. Co ma “partyjniactwo lewicowej partii chłopskiej” do antysemickiej histerii, którą rozpętała endecja i poniektórzy duchowni, naprawdę nie rozumiem. Jakie to ma znaczenie? Że to niby PSL “Wyzwolenie” sprowokowało tłuszczę do burd, zaś endecką prasę do fabrykowania fake newsów nt. Narutowicza?

3. Naprawdę uważa Pan, że PiS nie bagatelizuje morderstwa (czy ściśle mówiąc, jego kontekstu)? Na stronie IPN czytamy:

“17 grudnia 1922 r. Stanisław Stroński, znany prawicowy dziennikarzy i publicysta, opublikował w „Rzeczpospolitej” artykuł pod wymownym tytułem „Ciszej nad tą trumną!”. Odpierał w nim ataki sugerujące jakoby polska prawica ponosiła odpowiedzialność za śmierć Gabriela Narutowicza. Ten zwrot pozostał z nami do dnia dzisiejszego i tonuje nastroje przy gorętszych sporach politycznych.”

Autor komentowanego przez nas artykułu wspomina o Strońskim i jego komentarzu prasowym “Zawada”, gdzie padają i takie słowa:
“Któż to na drogę wiodącą ku większości polskiej, ku odpowiedzialności, ku ludowi, ku uzdrowieniu, rzucił ten kloc nieczuły, ociężały, nieruchawy, tępy?”. Ale o tym IPN już nie wspomina. Tak samo w nowym paszporcie, gdzie jest portret Narutowicza i krótka notka biograficzna, czytamy: “zginął w zamachu w Zachęcie”. Kto go zabił? Komuniści? Ukraińscy nacjonaliści? Tajemnica.

4. “Piłsudczykowski” PiS? Może kiedy żył Lech Kaczyński i wokół niego działali Tomasz Merta czy Paweł Kowal. Na pewno nie teraz, kiedy PiS buduje kult żołnierzy wyklętych, sponsoruje Marsz Niepodległości, Instytut Paderewskiego i (sic!) Dmowskiego, zaś obecny Premier RP składał kwiaty na grobach żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej. Zresztą punkt trzeci też się pod to wpisuje.

Od Narutowicza, do Adamowicza w Polsce było trochę ponad 20 zamachów motywowanych politycznie. Tylko w dwóch przypadkach (nieudany zamach na Bieruta oraz atak na biuro poselskie PIS) nie były dziełem osób opowiadających się po prawej stronie. Tak więc nijak nie udowodnisz symetryzmu, z małymi wyjątkami, ale morderstwa polityczne to domena prawicy.

A PiS nie musi bagatelizować, czy usprawiedliwiać morderstwa Narutowicza, wystarczy, że robi to dziś, w bardziej aktualnych kwestiach.

Panie Piotrze! jasko osoba wychowana w piłsudczykowskiej rodzinie zapewniam Pana, ze PIS nie ma nic wspólnego z Piłsudskim, chociaż lubi się na niego powoływać. A o ile dobrze pamiętam, to Witos sam zrezygnował z kandydowania.