Targi

Wiosna 2024, nr 1

Zamów

„Literatura jest kobietą”? Jak to więc możliwe, że pisarze wciąż zarabiają więcej niż pisarki?

Inga Iwasiów, kwiecień 2021. Fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Wyborcza.pl

Analiza przyczyn nierówności płacowych nie jest łatwa, wymaga uwzględnienia wielu zmiennych i zrozumienia, jak głęboko tkwi w nas patriarchat: założenie, że kobiety pracują dla przyjemności, albo że ich wytwory z natury są mniej wartościowe.

Unia Literacka, najmłodsze, zarejestrowane w 2019 roku stowarzyszenie osób wykonujących zawód pisarski, opublikowała właśnie raport Katarzyny Boni „Analiza zarobków pisarskich w latach 2017-2021”. Ujęte w nim dane pozwalają skonkretyzować pytanie o równe traktowanie kobiet i mężczyzn w obszarze literatury.

Wesprzyj Więź.pl

Od kilkunastu lat, pod wpływem środowiskowych dyskusji, wiele zmienia się w nagrodach, festiwalach, redakcjach czasopism. Hasło „literatura jest kobietą” dobrze przystaje i do raportów czytelnictwa, i do list bestsellerów. Wystarczy wejść do dużej księgarni lub przewertować katalogi wypożyczeń bibliotecznych, by się o tym przekonać. Statystyczny czytelnik to kobieta; największą popularnością cieszą się dziś autorki uprawiające gatunki young adult i new adult (nawiasem mówiąc formalnie niewyszukane, za to niosące rewolucję społeczną przez prezentowanie zróżnicowanych tożsamości i postaw jako równoprawnych i zwyczajnych).

Mężczyzn prezentuje się najczęściej jako mądrych komentatorów i spadkobierców wielkich tradycji, kobiety zaś w przegródce treści mniej doniosłych. Są wyjątki, jak zawsze, ale zarobki Noblistek a codzienność poetek mają mało linii stycznych

Inga Iwasiów

Udostępnij tekst

Jeśli więc kobiety piszące zarabiają w Polsce mniej niż mężczyźni, jakieś korelaty ulegają po drodze zakłóceniu. Jak to bowiem możliwe, że wyraźny trend rynkowy i moda odbiorcza nie wyrównują poziomu zarobków? Kapitalizm nie działa?

Można i trzeba zauważyć, że raport Boni daje pojęcie o funkcjonowaniu niszy, jaką stała się literatura dawniej nazywana głównonurtową, a wcześniej wysoką. Kupowane bowiem (i wypożyczane) są książki, których, cóż, nie piszą członkinie i członkowie Unii Literackiej. Przełamania trendu spadkowego w czytelnictwie nie przyniosły bogate, ambitne programy festiwali, lecz aktywność influencerska, wyśmiewane na salonach fotografowanie książek z filiżankami na miękkim tle.

To temat na inny tekst i dużą dyskusję, tu wypada tylko zaznaczyć, że mówimy o aktywności pisarskiej, której w Polsce nie traktuje się jako oczywistego, pełnoprawnego zawodu. Unia Literacka z założenia chce prowadzić działalność zbliżoną do takiej, którą podejmują związki zawodowe – a więc dbać o kwestie ekonomiczne.

Dziwaczny, przechodni status literata, kogoś kto żyć powinien prestiżem, ale nie może liczyć na sensownie zbieraną emeryturę, pokazywano w publikacji „Literatura polska po 1989 roku w świetle teorii Pierre’a Bourdieu. Raport z badań”. Twórcy tej pierwszej powojennej, szerokiej analizy (korporacja Ha’art, Piotr Marecki, Grzegorz Jankowicz, Alicja Palęcka, Jan Sowa i Tomasz Warczok) brali pod uwagę kryterium płci, jednak nie doprowadziło to do sformułowania twardych wniosków. Tym razem jest inaczej – choć sama próba była mniejsza, objęła mniej respondentek/respondentów, wykazane zostało dobitnie, że płeć determinuje wysokość zaliczek i dalsze losy publikacji.

Takie wyniki, choć nielogiczne wobec popularności pisarek z jednej, gęstej dyskusji o równości w środowiskach artystycznych z drugiej strony – nie zaskakują. Wystarczy przejrzeć aktualizowany corocznie raport Komisji Europejskiej „She figures”, by się przekonać, że w karierach kobiet coś się zacina na progu wyższej uczelni. Więcej nas studiuje niż wkracza na ścieżki karier prowadzących na szczyty. Co ciekawe, pandemia to zjawisko wyostrzyła. Można postawić tezę, iż obowiązki opiekuńcze zawróciły wiele z nas drogi nie tylko na szczyty, lecz i do po wyższe wypłaty.

„She figures” bada kariery akademickie, ale można uznać istnienie analogii między pracą naukową a literacką. Oba zawody – naukowca, pisarki – są uznawane za prestiżowe, a zarazem wolne. O obu myśli się potocznie jako o wymagających talentu i powtarza: „decydować powinny zdolności, żaden inny czynnik”. Parytety? W żadnym razie, słyszę często. To już było, punkty za pochodzenie, pisarze-robotnicy.

Sztuka, literatura zawsze były matecznikami kobiet utalentowanych. Zwłaszcza pisarstwo, nie wymagające wkraczania na przykład do strzeżonych zakazami moralnymi pracowni malarskich. Wiemy dziś, dzięki badaniom historycznoliterackim, że polskie autorki potrafiły się targować o tantiemy – robiła to Orzeszkowa, robiła Nałkowska.

Ale „targować się” potrafiły niektóre. Z raportu Boni wynika, że pisarkom współczesnym stawianie wymagań nie przychodzi łatwo. Wydawnictwa zaś dokonują „wyceny” propozycji tylko pozornie na podstawie zakładanego efektu ekonomicznego. Na efekt ten złożą się bowiem działania marketingowe i czynniki, których sobie w pełni nie uświadamiamy. Na przykład lepsze pozycjonowanie pisarzy w kanonie szkolnym oraz w mediach.

Właśnie, czy sama nie wpadam w pułapkę sprzeczności? Skoro na wstępie twierdziłam, że kobiety są bardziej popularne od mężczyzn w polu literackim, jakim cudem teraz mężczyzn się „lepiej pozycjonuje”? To ewidentne zakrzywienie czasoprzestrzeni, a jednak tak działa. Mężczyzn prezentuje się najczęściej jako mądrych komentatorów i spadkobierców wielkich tradycji, kobiety zaś nadal w przegródce treści mniej doniosłych. Szef lub szefowa oficyny wiedzą (choć nie wiadomo skąd), że sprzedaż sprzedażą, pisarz musi być potraktowany lepiej. Tym samym nakręcają sprzedaż, bo prezentują swoich pisarzy z atencją. Są wyjątki, jak zawsze, ale zarobki noblistek a codzienność poetek mają mało linii stycznych.

Wesprzyj Więź

Analiza przyczyn nierówności płacowych nie jest łatwa, wymaga uwzględnienia bardzo wielu zmiennych i zrozumienia tego, jak głęboko tkwi w nas patriarchat: założenie, że kobiety pracują dla przyjemności, albo że ich wytwory z natury są mniej wartościowe. Tak zwana „gender gap”, wywoływana płcią różnica, w tym przypadku płacowa, jest ewidentna.

Gdyby ujawnić zarobki tam, gdzie w tej chwili są chronione przepisami RODO, zrobiłoby się ciekawie, ponieważ nie dałoby się twierdzić, że feministki wymyślają nierówność w jakichś niecnych celach.

Przeczytaj też: Nagrody literackie. Naprawdę trzeba być mężczyzną, by dostać je w Polsce?

Podziel się

5
Wiadomość