Jesień 2022, nr 3

Zamów

Mateusz Szczurek: Sankcje na Rosję nie są za darmo

Mateusz Szczurek, 2015. Fot. Simone D. McCourtie / World Bank

Ta wojna wymaga podobnej europejskiej reakcji, jak pandemia – mówi wicedyrektor Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju.

Bartosz Bartosik: Czy sankcje, które kraje zachodnie wprowadziły na rosyjską gospodarkę w związku z agresją Rosji na Ukrainę, faktycznie są „opcją atomową”, którą zapowiadali politycy i komentatorzy?

Mateusz Szczurek: Uważałbym z „opcjami atomowymi” wobec gróźb rosyjskich. Język ma znaczenie i eskalacja słowna – zwłaszcza w kontekście atomu – może być niebezpieczna.

Ale sankcje na taką skalę to sensacyjna, radykalna i zdecydowana reakcja na rosyjską agresję. Ich siła oddziaływania jest podobna do ograniczeń nałożonych na Iran i Koreę Północną. Wyraźną różnicą jest jednak tempo wprowadzania restrykcji. W przypadku Rosji nałożono je w przeciągu kilkudziesięciu godzin, gdy w innych przypadkach trwało to miesiącami, a nawet latami. Dodatkowo mowa o kraju, który był znacznie bliżej połączony gospodarczo ze światem zachodnim. Tak szybkie i radykalne zerwanie tych więzów to prawdziwa terapia szokowa.

Najbardziej ożywiona dyskusja toczyła się wokół odcięcia Rosji od systemu SWIFT. Na czym to polega i czy odcięcie od tego systemu będzie wielkim ciosem dla Kremla?

– SWIFT to system ułatwiający przeprowadzanie transakcji międzybankowych. Jest on na tyle szybki, skuteczny i niezawodny, że stał się podstawową formą rozliczeń bankowych. Póki co kraje Zachodu ogłosiły odcięcie Rosji od SWIFT, ale to proces, który trwa i nie jest jeszcze w pełni wdrożony, choć teraz już bardzo utrudnia bieżące funkcjonowanie systemu bankowego. Decyzja o odcięciu oznacza, że Rosja nie będzie w stanie na normalne sposoby przesyłać pieniędzy. Utrudni to przepływ kapitału i towaru, bo nie będzie jak za nie zapłacić.

Rosjanie będą mieli pieniądze, ale nie będą mieli towarów, na które mogliby je wydać. Chętnie pozbyliby się rubli, kupili za nie co się tylko da, ale będzie to niemożliwe. To doprowadzi do dalszego osłabienia rubla i inflacji

Mateusz Szczurek

Udostępnij cytat

Ale moim zdaniem to nie odcięcie od SWIFT przyniesie największe problemy gospodarce naszego północnego sąsiada.

A co?

– Odcięcie operacyjnego dostępu od rezerw walutowych Rosyjskiego Banku Centralnego. Mowa o setkach miliardów euro, jakie RBC trzyma w różnych obcych walutach w formie depozytów i instrumentów finansowych w krajach spoza Federacji Rosyjskiej. To oznacza, że bank centralny nie będzie w stanie interweniować na rzecz wzmocnienia rubla przez wyprzedaż posiadanych przez siebie depozytów. A rosyjska waluta już przed wojną była wyjątkowo słaba, teraz jej kryzys tylko się pogłębia.

Czyli Rosję czekają utrudnienia w handlu, kryzys systemu bankowego i osłabienie rubla. Co dalej?

– Nastąpi wstrząs o charakterze podażowym. Nagle będzie mało towarów w Rosji, bo nikt nie chce z nią handlować. Samoloty tam nie latają, statki nie dopływają, więc nie ma skąd wziąć produktów. Rosjanie będą mieli pieniądze, ale nie będą mieli towarów, na które mogliby je wydać. Chętnie pozbyliby się rubli, kupili za nie co się tylko da, ale będzie to niemożliwe. To doprowadzi do dalszego osłabienia rubla i inflacji.

Jaka będzie skala tego wstrząsu?

– Nie da się przewidzieć skali szoku podażowego. Tego rodzaju sytuacje mogą być bardzo gwałtowne, amplifikowane, czyli większe niż by się szacowało. Gdy pojawia się szok, rynki przereagowują, to znaczy reagują jeszcze mocniej niż wynikałoby to z obiektywnej skali zjawiska. Tutaj znów przydałaby się interwencja banku centralnego, ale jak jej dokonać, gdy nie ma się dostępu do rezerw walutowych? Utrata wartości rubla i wzrost stóp procentowych będzie coraz większy, co będzie miało katastrofalne skutki dla firm i obywateli, bo nikogo nie będzie stać na kredyty. A bez kredytów nie ma inwestycji, upadają firmy, a za nimi banki.

Jak na to zareagują obywatele?

– Ludzie mogą biec do banków wybierać pieniądze i depozyty. Będą chcieli kupować zagraniczne waluty, ponieważ są pewniejsze. Ale kupowanie walut oznacza dalsze osłabienie rubla, na co nie będzie chciał pozwolić Rosyjski Bank Centralny. Dodatkowo problem polega na tym, że w bankach i bankomatach nie ma wystarczająco pieniędzy, by wszyscy mogli je w jednym momencie wypłacić. Będzie trzeba ograniczyć dostęp do wypłat.

Czynnikiem stabilizującym rosyjskiej gospodarki będzie normalna wymiana handlowa. Rosja eksportuje do Europy drogie i strategicznie ważne surowce oraz ma naturalną nadwyżkę eksportu nad importem. I to jest dla niej stałym źródłem dopływu walut. Dlatego dopiero rezygnacja lub ograniczenie zakupu surowców od Rosjan przez kraje zachodnie rzeczywiście odetnie Kreml od walut. Pytanie, na ile możemy sobie pozwolić na rezygnację na przykład z rosyjskich źródeł energii.

Możemy?

– Wszystko wskazuje na to, że nie jesteśmy na to gotowi, ale przecież jest to wykonalne – przynajmniej do następnej zimy. Póki co, przepływ rosyjskiego gazu przez Ukrainę do Europy jest na rekordowych poziomach. Orlen kupuje olbrzymie zasoby ropy uralskiej. Ale my i tak jesteśmy w lepszej pozycji niż wiele innych krajów, bo nasze rafinerie są w stanie rafinować nierosyjską ropę. Tymczasem proces całkowitego uniezależniania się od rosyjskiego gazu będzie wymagał dwóch-trzech lat, gdyż związany jest z inwestycjami w gazociągi. Różne kraje są innym stopniu gotowe na jego rozpoczęcie.

Jak na obecną sytuację reagują władze rosyjskie? Prezeska Rosyjskiego Banku Centralnego na konferencji prasowej 1 marca ogłosiła, że sytuacja gospodarcza kraju „jest nadzwyczajna”.

– Rosjanie reagują zgodnie z powszechnie uznanymi kanonami. Wiedząc o fenomenie przestrzeliwania inwestorskiego, uznali, że lepiej nie otwierać giełdy. Podwyżka stóp procentowych z 9,5 proc. do 20 proc. była konieczna, by odpowiedzieć na osłabienie kursu rubla. Nie sądzę, by to wystarczyło. Przy czym pamiętajmy, że mówimy o nominalnych stopach procentowych, które nie biorą pod uwagę skali deprecjacji waluty i inflacji. Ze względu na inflację realne stopy procentowe są w Polsce ujemne, ale w Rosji 20 proc. tym bardziej może nie wystarczyć do rekompensaty wzrostu cen.

Ucieczką Rosji przed katastrofą gospodarczą może być zbliżenie z Chinami?

– Myślę, że Rosja nie ma wyboru. Została wepchnięta w objęcia chińskiego systemu finansowego – to ich brama na świat, gdy brakuje innych partnerów handlowych. Wojna i sankcje wzmacniają uzależnienie Rosji od Chin.

Czy to oznacza wasalizację?

– Wolałbym trzymać się języka ekonomicznego, a więc mówić o rosnącym uzależnieniu gospodarczym. Rosjanie na pewno będą się starali znaleźć własne odpowiedzi na izolację gospodarczą, bo życie nie znosi próżni. Kilka lat temu miałem okazję objechać na rowerze Iran. Widziałem, w jak wielu miejscach lokalne innowacje w obszarze telekomunikacji i inżynierii ułatwiają życie Irańczykom. Ale całościowo nie mają one szans w pełni zastąpić dostępu do międzynarodowych technologii. Izolacja nigdy nie służy rozwojowi.

A jak odczujemy konsekwencje sankcji na Rosję rykoszetem w Europie?

– Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że sankcje nie są za darmo. Skutkiem wojny będą wyższe ceny energii. Długofalowo proces uniezależniania się od energii rosyjskiej jest tego warty, ale obecnie odczujemy go po kieszeniach. Produkcja energii z atomu i odnawialnych źródeł będzie czystsza, stabilniejsza i bezpieczniejsza, ale też bardziej kosztowna, przynajmniej początkowo.

Odczujemy także zaburzenia w łańcuchach produkcji. Choć to Polski nie dotknie aż tak bardzo, jak państw bałtyckich czy krajów w większym stopniu zależnych od sektora samochodowego, ze względu na brak dostępu do rosyjskiego aluminium. Wzrosną też światowe ceny zbóż i żywności, zwłaszcza że Ukraina jest jednym z największych eksporterów zboża na świecie. To z kolei oznacza inflację.

A co z sytuacją na rynku pracy? Jednym ze skutków migracji jest spowolnienie tempa wzrostu płac.

– Owszem, chociaż sytuacja nie jest tak jednoznaczna. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że wchodzimy w ten kryzys z dobrą sytuacją na rynku pracy. Mamy bardzo niskie bezrobocie, rosnące zarobki i duże zapotrzebowanie na nowych pracowników. Ich napływ zrównoważy obecny kształt naszego rynku pracy. Gdybyśmy mieli kilkunastoprocentowe bezrobocie, rodziłoby to tarcia społeczne.

Jakie systemowe wyzwania gospodarcze czekają nas w kontekście napływu uchodźców wojennych?

– To wielkie pytanie, na które nie znamy jeszcze odpowiedzi. Wiele zależy od tego, jak długo potrwa wojna i ile osób będzie przed nią uciekać. Pół miliona i pięć milionów osób to duża różnica – jeśli ich liczba będzie wyższa, to prawdopodobnie dzielenie się własnymi mieszkaniami nie wystarczy i będziemy musieli zbudować miasteczka uchodźcze. Musimy też pomyśleć o rozbudowie systemu ochrony zdrowia, budowie nowych szkół, a także o tym, jak wykorzystywać umiejętności i doświadczenia uchodźców na rynku pracy. Myślę o nostryfikacji dyplomów, nauce języka i kursach, które pomogą uchodźcom odnaleźć się na innym rynku pracy. Pamiętajmy też o ich dzieciach – o tworzeniu nowych klas, grup zabawowych i placówek edukacyjnych. Już widać świetne inicjatywy oddolne, ale one muszą nabrać charakteru systemowego.

Entuzjazm pierwszych dni jest wspaniały, ale on w końcu ustąpi pola jak najlepszej organizacji na poziomie centralnym. Trzeba będzie wzmocnić finansowo samorządy, bo w dużej mierze na nich opiera się ciężar wsparcia uchodźców. Nie da się przyjąć pod swój dach dwóch rodzin bez pomocy finansowej państwa.

Możemy liczyć na pomoc Unii Europejskiej wobec tych wyzwań?

– Jak najbardziej. Ta wojna wymaga podobnej europejskiej reakcji, jak pandemia COVID-19. Nie pozwala na zwalanie odpowiedzialności na pojedyncze kraje Unii, co miało miejsce po kryzysie finansowym w 2009 r. w przypadku Grecji czy Włoch. Covid i rosyjska agresja przyszły niespodziewanie i doprowadziły do zbudowania nowej jedności i solidarności europejskiej. Podobnie jak wtedy,  różne kraje są różnie dotknięte.

Kwartalnik Więź

Nie ma też żadnych kontrowersji co do statusu uchodźczego osób, które do nas docierają. W takim wypadku przyjęcie uchodźców to obowiązek Polski i Europy. Myślę, że wspólne polityki i unijne wsparcie przyjdą szybko. Do nas będzie jednak należało ich jak najlepsze wdrożenie.

Mateusz Szczurek – wicedyrektor i ekonomista regionalny Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, członek Europejskiej Rady Fiskalnej, minister finansów w latach 2013-2015

Przeczytaj też: To może być znacznie więcej niż milion. Jesteśmy gotowi przyjąć Ukraińców

Podziel się

1
Wiadomość

Komentarze (2)

“Ich siła oddziaływania jest podobna do ograniczeń nałożonych na Iran i Koreę Południową.”

Naprawdę? Koreę Południową… Czytać się odechciewa!

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.