Więź, lato 2022

Lato 2022, nr 2

Zamów

Wydawało mi się, że duszpasterstwo musi dokonywać się przez ciskanie kamieniami zasad

Tomasz Terlikowski, wrzesień 2019. Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl

To zmieniało się powoli, przez spotkania, rozmowy, doświadczenie bólu odrzucenia, ale też spotkania z osobami zranionymi w Kościele.

Był październik 2021 roku. W Gdyni, podczas festiwalu filmowego, uczestniczyłem w spotkaniu poświęconym relacjom między państwem a Kościołem. To była niezwykle interesująca intelektualnie debata. Kilku niezwykle elokwentnych, świetnie przygotowanych do dyskusji i znakomitych erudycyjnie naukowców i publicystów rozmawiało o relacjach między Kościołem a polityką. 

Ton był zdecydowanie konserwatywny, i to tak bardzo, że na tym tle wyglądałem na człowieka o poglądach raczej lewicowych. I w pewnym momencie padło – skierowane do mnie – pytanie: Skąd się biorą tak mocne ataki na nas, na Kościół, na wierzących? To pytanie zaskoczyło mnie, bo… choć sam je kiedyś zadawałem, od jakiegoś czasu mam wrażenie, że żyjemy (przynajmniej w Polsce, bo oczywiście są miejsca, gdzie Kościół jest realnie prześladowany, a bycie chrześcijaninem wiąże się z męczeństwem) w dość komfortowych warunkach.

Mam poczucie, że niektóre z moich słów, sposób ich formułowania czy kompletny brak empatii wobec osób homo- czy transseksualnych mogły je ranić, a może trzeba powiedzieć: ranił je

Tomasz Terlikowski

Udostępnij cytat

Bez pytań, bez odpowiedzi

Nasz antyklerykalizm, nawet jeśli jest czasem ostry retorycznie, w istocie jest niezwykle ostrożny i umiarkowany, nie doświadczyliśmy religijnych wojen domowych, a obecnie największym atakiem na katolików wydaje się być mało roztropne, ale niezawierające realnej agresji sformułowanie Sławomira Nitrasa o opiłowywaniu katolików z pewnych przywilejów.

Diagnoza mówiąca o nieustannym ataku na Kościół w Polsce nie tylko jest błędna, ale też uniemożliwia skupienie się na prawdziwym wyzwaniu, które leży zupełnie gdzie indziej. Dlaczego tak uważam? Gdy zajmujemy się domniemanym atakiem, to nasza uwaga skupia się na jego źródłach, na siłach, które za nim stoją, a nie na realnym problemie, jaki mamy. Nie jest nim bowiem atak czy to, że jesteśmy ofiarami. W kraju, gdzie rządzi prawica, która nieustannie odwołuje się do katolicyzmu, a media publiczne nie informują zazwyczaj nawet o karach nakładanych na biskupów przez Stolicę Apostolską, trudno mówić o prześladowaniu czy byciu ofiarą. 

Naszym problemem jest kompletna obojętność na przekaz Ewangelii, jaki ma do głoszenia Kościół. Współczesna kultura globalna oraz styl myślenia ogromnej większości ludzi sprawiają, że choć chrześcijaństwo ma spójne, logiczne, intelektualnie inspirujące odpowiedzi na ogromną większość pytań, jakie zadawała ludzkość, to pytania owe nie są już zadawane. To zaś oznacza, że nikt nie oczekuje odpowiedzi. Właśnie obojętność – i to postępująca – jest największym naszym problemem. 

Z przemocą, agresją, walką umiemy sobie radzić. […] Wyzwaniem jest dla nas sytuacja, gdy w miejsce agresji pojawia się całkowita obojętność na przekaz, jaki posiadamy. Protesty pod znakiem błyskawicy wypaliły się w ciągu kilku miesięcy, mazanie po murach kościołów czy próby przerywania Mszy, spacyfikowane przez media i uczestników, zlikwidowano jeszcze szybciej. Ale to w niczym nie zmieniło faktu, że młodsze pokolenie jest już w większości zsekularyzowane.

W liceach, w wielkich miastach, na Mszę niedzielną chodzą jednostki, a młodzież z Podkarpacia czy Podlasia, gdy wyjeżdża na studia, także traci więź z Kościołem. Starsi, moje pokolenie, także opowiadają o poczuciu wypalania się więzi z nim. „Chodziłem, ale jakoś przestałem. Złościł mnie ksiądz, niewyjaśnione afery, i przestałem czuć potrzebę” – mówił mi ostatnio jeden ze znajomych. 

Odpływ odbywa się po cichu, bez fajerwerków, bez spektakularnych apostazji… Z dnia na dzień więcej ludzi traci relację i więź z Kościołem, a także – co trzeba osobno odnotować – z Bogiem. 

Bóg, czyli przypowieść o słoniu i ślepcu

Skąd ten brak potrzeb religijnych? Ze zmian kulturowych i cywilizacyjnych, które zastępują fundamentalne dla każdej religii pytanie o sens cierpienia kwestią czysto techniczną dotyczącą tego, jak je zlikwidować, oraz z głębokiego zerwania więzi, które charakteryzuje nasz, zdominowany przez media społecznościowe, sposób życia. Wirtualne plemiona dają poczucie przynależności, ale nie budują więzi, a właśnie więź jest fundamentem religii. Brak nam wreszcie zakorzenienia, a to właśnie korzenie często utrzymują wiarę.

Choć chrześcijaństwo ma spójne, intelektualnie inspirujące odpowiedzi na ogromną większość pytań, jakie zadawała ludzkość, to pytania owe nie są już zadawane. To zaś oznacza, że nikt nie oczekuje odpowiedzi

Tomasz Terlikowski

Udostępnij cytat

Współczesne rozumienie wolności, ale także prawdy, sprawia – o czym w niezwykle mocny sposób pisał Joseph Ratzinger w książce „Prawda i wolność. Rozważania o współczesności” – że coraz trudniej nam przyjąć, że prawda może trwać w jednej wspólnocie, a nawet, że w ogóle może być osiągnięta…

„Na początku trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwo zamiast swego pierwotnego rozprzestrzenienia w Europie znajduje się w głębokim kryzysie, który polega na zapaści chrześcijańskiego roszczenia do prawdy. Kryzys ten ma podwójny wymiar. Na początku pojawia się zawsze pytanie, czy pojęcie prawdy w ogóle może być sensowne na gruncie religii; innymi słowy, czy dane jest człowiekowi poznać właściwą prawdę o Bogu i o rzeczach Boskich. Dzisiejszy człowiek odnajduje się o wiele bardziej w buddyjskiej przypowieści o słoniu i ślepcu. Głosi ona, że król panujący w północnych Indiach zebrał kiedyś w jednym miejscu wszystkich ślepców z miasta. Potem rozkazał im dotykać słonia. Jednym kazał dotknąć głowy, przy czym powiedział: to jest słoń. Inni mogli dotknąć ucha albo kła, trąby, tułowia, stopy, zadu, sierści na ogonie. Potem król zapytał każdego: Jaki jest słoń? Odpowiedzi były różne w zależności od tego, jakiej części dotykali: Słoń jest jak uwity kosz……… jak magazyn… jak słup… jak moździerz… jak miotła. Potem, jak głosi przypowieść, zaczęli się kłócić i wrzeszcząc «słoń jest taki a taki», rzucili się na siebie i okładali pięściami ku uciesze króla. Dzisiejszy spór o religię przypomina ludziom taką kłótnię ślepców, ponieważ – jak się wydaje – wobec tajemnic Boga również urodziliśmy się ślepi. W świetle współczesnego myślenia chrześcijaństwo nie znajduje się bynajmniej w pomyślnej perspektywie – wręcz przeciwnie. Poprzez swoje roszczenia do prawdy wydaje się szczególnie ślepe wobec granic naszego poznania tego, co Boskie; naznaczone szczególnie głupim rodzajem fanatyzmu, który ten kawałek ledwie dotknięty doświadczeniem uznaje za całość” – wskazywał Ratzinger.

Relatywizm poznawczy stał się postawą codzienności, której wcale nie przezwycięża fundamentalizm, on sam bowiem dowodzi przede wszystkim niewiarę w symfoniczność Prawdy i jest próbą dostosowania jej do ludzkich rozmiarów.

Ciskanie kamieniami zasad czy redukcja duszpasterska?

Jaka powinna być nasza odpowiedź na to zjawisko? Jak się z nim zmierzyć? Odpowiedzią musi być uważne wsłuchanie się w świat. Na czym ma ona polegać? Tu z pomocą przychodzi nam (a przynajmniej mnie) filozofia. Jakiś czas temu wróciłem do znakomitej książki Edmunda Husserla „Idea fenomenologii” z 1905 roku. Ta niewielka pozycja zawiera pięć wykładów, w których niemiecki filozof próbuje przezwyciężyć swój kryzys filozofowania, jaki go ogarnął i znaleźć sposób dotarcia do „rzeczy samej”. 

Tomasz P. Terlikowski, „Koniec Kościoła jaki znacie”
Tomasz P. Terlikowski, „Koniec Kościoła jaki znacie”, Wydawnictwo Nowej Konfederacji, Warszawa 2022

Jego – wprowadzoną wówczas w tę myśl, a później rozwijaną – drogą ku „rzeczy samej” jest redukcja fenomenologiczna, czyli wzięcie w nawias wszystkiego, co uważamy, że wiemy o poznaniu, o rzeczywistości, a nawet kwestii samego jej istnienia. Na pierwszy rzut oka zasada ta niewiele musi mieć wspólnego z Kościołem, ale wydaje się, że do zmierzenia się z rzeczywistością, jaka nas otacza, konieczny jest… właśnie powrót do „rzeczy samej”, do „Ewangelii samej”. 

Pierwszym zaś krokiem powinna się stać „redukcja duszpasterska”, wzięcie w nawias wszystkich naszych założeń, naszych przekonań, opinii o innych, o rzeczywistości, o zadawanych przez nich pytaniach, o tym, jacy być powinni – i uważne wsłuchanie się w rytm świata, obserwowanie fenomenu rzeczywistości (laicyzacji, sekularyzacji, obojętności, niekiedy wrogości i wielu, wielu innych). Bez oceniania, bez wprowadzania ich w schematy naszego ukształtowanego przez filozofię i teologię myślenia, a nawet bez schematyzowania. Trzeba zacząć od przyjęcia fenomenów, ich opisania, spotkania z rzeczywistością, a przede wszystkim z ludźmi, takimi jacy są.

O tym, jak się zdaje, mówił też na samym początku Synodu papież Franciszek. „W tych dniach Jezus wzywa nas, tak jak to uczynił z bogatym człowiekiem w Ewangelii, do ogołocenia się, do pozbycia się tego, co światowe, a także naszych zamknięć i powtarzających się wzorców duszpasterskich; do postawienia sobie pytania, co Bóg chce nam powiedzieć w tym czasie i w jakim kierunku chce nas poprowadzić” – przekonywał.

Droga, o jakiej mówię, wymaga zawieszenia przedwczesnych sądów, rezygnacji z odpowiedzi, które już mamy, a które wydają nam się niepodważalne. Nie jest to droga prosta, wiąże się ona z ryzykiem wywrócenia do góry nogami wszystkich naszych osobistych poglądów i przekonań i nieczęsto wchodzi się na nią z własnej woli. Niekiedy trzeba się wycofać ze swoich tez, przeprosić za użyte sformułowania lub zrezygnować z wygodnego zakorzenienia w ideologicznych schematach. Jak to bywa niewygodne, przekonałem się, gdy kilka miesięcy temu do swojego programu zaprosił mnie Piotr Jacoń. Mieliśmy rozmawiać o raporcie dominikańskiej komisji o skrzywdzonych przez nadużycia seksualne, o Kościele. W pewnym momencie jednak rozmowa zeszła na pierwszą moją książkę, na zawarte w tytule słowa.

Jacoń, ojciec transpłciowej córki, zaczął pytać, czy nie żałuję pewnych sformułowań. To było celne pytanie, bo po latach – w innym kontekście, z innym rodzajem wiedzy i doświadczenia – mam poczucie, że niektóre z moich słów, sposób ich formułowania czy kompletny brak empatii wobec osób homo- czy transseksualnych mogły je ranić, a może trzeba powiedzieć: ranił je.

Intencje, przekonania, uznanie, że w ten sposób mówi się im trudną, ale przecież – jak wierzyłem – konieczną prawdę, niczego w tym nie zmieniają. Odpowiedź była więc oczywista: żałuję.

Więź, lato 2022

Za tamte słowa, za przeprosiny wypowiedziane w czasie programu, posypały się na moją głowę gromy z medialno-ideowej strony, do której – jak wciąż sądzę – należę. Miałem wyrzekać się wiary, prawdy o homoseksualizmie i przechodzić na drugą stronę w walce z „ideologią LGBTQ+”.

Rozumiem, aż za dobrze, intencje wielu moich (czasem niestety mam wrażenie, że już byłych, odwróconych ode mnie w przekonaniu, że jestem Judaszem) przyjaciół. Sam tak myślałem, wydawało mi się, że duszpasterstwo musi dokonywać się przez nieustanne przypominanie stanowiska Kościoła, rzucanie cytatami biblijnymi, ciskanie – by posłużyć się metaforą Franciszka – kamieniami zasad, bez brania pod uwagę ich kontekstu, i przywoływanie do porządku tych, którzy próbowali szukać innych dróg. To zmieniało się powoli, przez spotkania, rozmowy, doświadczenie bólu odrzucenia, ale też spotkania z osobami zranionymi w Kościele.

Fragment książki Tomasza P. Terlikowskiego „Koniec Kościoła jaki znacie” 

Podziel się

85
21
Wiadomość

Komentarze (24)

Ogromnie bliska jest mi ta postawa red. Terlikowskiego. Nasze zycie jest procesem. Czasem trudno jest nam sie do tego przyznac, ale z czasem rozwijamy sie wewnetrznie i (jesli starczy nam do tego odwagi) opuszczamy nasze wygodne banki egzystencjalne. Ale do tego trzeba miec naprawde mezne serce…

Dobrze napisane, człowiek z wiekiem człowieczeje, jest bardziej wyrozumiały i nie zwraca, aż tak uwagi na nieistotne szczegóły. Szkoda tylko, że niektórym z nas nie będzie dane tego wyartykułować, bo tak wcześnie odchodzimy. Inni, nie dostrzegają lub nie widzą tych szczegółów i dalej tkwią w swoich przekonaniach.
Przypomnę, że każda wypowiedź, napisana, wyatutowana, nagrana na YT, Tik-Tik, czy innym nośniku jest manipulacją – to tak dla niektórych do wiadomości (mój komentarz też temu podlega).
Władza uczy pokory, ale tylko inteligentnych ludzi, niektórych spośród nas władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie.

Ciskanie kamieniami zasad- doskonała metafora. Brakowało mi nazwy dla zjawiska które wygania mnie z kościoła. Nie w ogóle z KK, ale z mojej wlasnej parafii. Najgorsze są rekolekcje. Pewnie że można chodzić do innego, i wielu znajomych tak robi, już nie widuję ich w niedziele, szkoda. Ja też dam sobie radę. Na razie myślę sobie „niedoczekanie wasze, to moja parafia i nie dam się wygryźć”, czasem jadę gdzieś gdzie można uczestniczyć w mszy bez bojowego nastawienia i zaciskania zębów

Pan Tomasz Terlikowski dużo już zmienił w swojej narracji. To też świadczy o głębokiej pokorze
i umiejętności przyznania się do dawnych błędnych sądów. Uczymy się całe życie.
Potrzeby duchowe młodzież ma – ale nie chce pić zatrutego źródła – wiem, bo rozmawiam i znam młodych ludzi – uczę. Oni zwracają Kościołowi bilet.
Swoją drogą chciałabym zobaczyć jak się instytucja „ogołaca”.

A my wierni starsi 40/50 – bez głosu dziennikarskiego – piszemy komentarze. Jak mamy siłę.
Zaciskamy zęby, znosimy upokorzenia, pocieszamy się.
Oburzamy, płaczemy, wołamy ?

A księża i niektórzy wierni dalej swoje – atak na Kościół, zły świat nas nie rozumie, ojoj,
ale to my biedni jesteśmy … ech … co za hipokryzja.

To Bóg wie, gdzie jest Jego wspólnota. Możemy się bardzo zdziwić.
Nie mówię, że ja wiem i nie chcę, by zaraz podniosły się głosy, że Mistyczne Ciało,
że bramy piekielne go nie przemogą. Że jak mi się nie podoba nauczanie Kościoła to fora ze dwora.
Otóż nauczanie Kościoła jest ważne – ale struktura KK może ulec zmianie.
Naprawdę warto się zastanowić czego czasem niektórzy w ramach przynależności do KK bronią.

I tu panu Nosowskiemu odpisuję. Dziękuję ponownie. Pod innym artykułem Pan zamieścił linki.
Dziękuję za polinkowanie i debaty i artykułu. Polecam innym.

https://wiez.pl/2020/12/28/czy-kosciol-to-nie-pomylka-rzecz-o-rozpuszczaniu-pewnej-skorupy/
https://wiez.pl/2021/09/20/koscielne-nieposluszenstwo-obywatelskie/

Znam je od ponad roku. Pomogły wiele zrozumieć.
To dobre miejsce do czytania i myślenia – ta Więź.
Artykuł pan Marka Kity uważam za ogromnie ważny. Jeden z najważniejszych jakie czytałam. Moje intuicje. Państwa debatę – słuchałam kilka razy. Trafne słowa w niej padały.
Coś tam nawet komentowałam 🙂 pod jednym i pod drugim.

I była też inna debata – również polecam.
https://wiez.pl/2020/10/17/nie-damy-sie-wyrzucic-z-kosciola-dyskusja-wiezi/

Ksiądz Strzelczyk. Te słowa. Dla mnie sedno.

„Na każdym poziomie życia kościelnego musimy się pytać, na ile nasz sposób funkcjonowania i struktury, które tworzymy, odzwierciedlają Ewangelię. Jeśli nie odzwierciedlają, to mogą mieć fasady, herby, pieczątki, ale nie będą Kościołem”.

„Gdzie dwóch lub trzech gromadzi się w Moje imię tam jestem pośród nich.”
Nie w imię pieniędzy, władzy, kariery i wygodnego życia.
Więc może idąc za myślą pana Marka Kity nie wiadomo, czy ci, którzy z Kościoła odchodzą naprawdę porzucają Kościół …

@J.Krzeczkowska:” nie wiadomo, czy ci, którzy z Kościoła odchodzą naprawdę porzucają Kościół …” No właśnie, nie wiadomo. Nie bardzo jest z czego. Jakoś świadectw napełnienia wiarą, nadzieją i miłością mało, maleńko w przeciwieństwie do przykładów napełniania się oskarżeniem, krytyką i sprzeciw wobec Kościoła albo jego nauki., czyli relacji z historii pod tytułem ” Jak obrałem najlepszą cząstkę tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wieczne zło czyni” – trawestując klasyka. Wierzę, ze dobrej woli nie brakuje, by cudownie z pustego nalać do pełna.

Oczywiście, że przechodząc do kościoła EA nie porzucam Kościoła, tylko pewną instytucję, która jest zmurszała od dołu do góry i na boki. Dziękuję za uwagę

Pewna bliska mi osoba zaproponowała kiedyś wspólnocie protestanckiej, by ta przyjęła ją na swe forum i wygłosiła ustami ochotników świadectwo nawrócenia na protestantyzm, w odpowiedzi mój znajomy miał powiedzieć na forum swoje świadectwo nawrócenia do Kościoła katolickiego – wierzył, że jeśli pomysł jego jest dobry, to Duch Święty mu pomoże w wygłoszeniu i wysłucha modlitwy osoby, którą miał wziąć w tym celu do towarzystwa. Protestanci nie potraktowali jednak tej propozycji jako wyzwania i odrzucili ją. Pastor odmowę uzasadnił tym, że wspólnotę tworzyli ekskatolicy (z pastorem włącznie), którzy mieli swe rany i konflikty związane z Kościołem, więc taka konfrontacja mogła obudzić bolesną przeszłość zamiast wywołać coś aktualnego . Podaję tę historię jako argument, że protestantyzm to tylko zakamuflowany sposób na ucieczkę od prawdy o sobie i braku wiary. […]

Szanowny Panie,
Chciałbym tu publicznie Pana ostrzec, że otrzymuje Pan żółtą kartkę. Powyższy komentarz powinien zostać skasowany za wyższościowy i obraźliwy ton, w jakim zwrócił się Pan do swej interlokutorki: „Jako kobieta znajdzie Pani nowe owcze ciepło i wspólnotę poglądów…”
Takich zachowań nie tolerujemy. Komentarz właściwie powinien być skasowany, ale wolę wprost Pana ostrzec, że jeśli sam Pan tego nie usunie lub jeśli to się jeszcze raz powtórzy – straci Pan możliwość dyskusji na tym forum.

Cieszę się, że od nowego roku Tygodnik Powszechny zrezygnował z komentarzy.
Pana dyskusje z eddiepolo …
Cóż też dziękuję za uwagę, oddaję głos do studia.

Nie. To ważna praca. Trudna. Moderowanie komentarzy. I dziękuję za odpowiedź.
Chodziło mi o aspekt informacyjno-publicystyczny w moim komentarzu. Tym poniżej.
Z duchowym sobie poradzę.

Uważam, że nie wszystko się publikuje i nie każdy temat porusza – bo pozwy dla gazety czy kwartalnika kosztują i trudno jest udowodnić pewne związki oraz pogłoski, a w KK jak się niestety przez ten rok zorientowałam – nieźle się plotkuje i dzieje.
Dlatego coraz mi dalej do tej instytucji … wszyscy szemrzą, czasem ktoś wrzaśnie, a w zasadzie mówi i pisze, a czasem się milczy jednak … bo … jak w Rzeczpospolitej za czasów Dymera.
Nie szkodźmy KK. Albo – bo są inni.
„- Pracowałem wówczas w „Rzeczpospolitej”, to było krótko po ujawnieniu dokumentów na temat arcybiskupa Stanisława Wielgusa i po tym, jak ten sam dziennik opublikował materiały na temat nadużyć seksualnych w diecezji płockiej. To wtedy rozmawiałem z o. Marcinem Mogielskim. A potem – z informacją w ręku – poszedłem do swojego naczelnego. Paweł Lisicki, który miał wówczas informacje na ten temat od innego dziennikarza, który napisał bardzo dobry tekst na ten temat, ale – jako naczelny – zdecydował o tym, by nie publikować go – pisze Terlikowski.”

„Natomiast powiedziałem wówczas Tomaszowi Terlikowskiemu, że „Rzeczpospolita” nie może być jedyną gazetą, zajmującą się pedofilią w Kościele, są też inne media, które mogą się tym zająć – mówi Paweł Lisicki.”

A moje pytanie a dlaczego inne ? Jak ktoś wie, to wie, nie kalkuluje czy może powiedzieć.
Przecież w końcu należy rozprawić się ze złem systemu konkretnie. Raz a dobrze. I to polega na dociśnięciu KK.
Iz zupełnie innej strony. Nie tylko Benedykt XVI.
Jakieś raporty w Argentynie? Przecież i kardynałowi ówczesnemu Bergoglio też ludzie zarzucają podobną obojętność wobec księży pedofilów. Wystarczy poczytać na hiszpańskich stronach.
Czyli o raporcie o pedofilii w Argentynie za czasów Franciszka możemy tylko pomarzyć?

Szanowny Panie Redaktorze,
skoro otrzymałem żółty kartonik, to bardzo proszę dla jasności o zachowanie mojego komentarza, którego w całości byłoby mi szkoda poświęcić dla dwóch kontrowersyjnych słów. Ale gdyby była systemowa możliwość edycji(to dodatkowy koszt dla Was?), to bez problemu przystałbym na przeformułowanie myśli.

https://www.facebook.com/wiez.info/videos/24530253703218

Rozmowa była ważna, skoro pojawiła się w kwartalniku – a minął rok.
Może czas na nową rozmowę. Tyle się wydarzyło.
Warto posłuchać tej dawnej i warto porozmawiać na nowo. W tym samym gronie.

Dymer. o. Tarsycjusz. Raport dominikanów. Raport z Koloni. Rezygnacja kard. Marxa ( nieprzyjęta).
„Kary” dla naszych bp i abp. Sołtys. Aupetit. Ad limina. Granica. Raport z Monachium.
Abp Gądecki skarżąc y się w Watykanie na „kary” dla abp i bp.
Co dalej z abp Dzięgą – i dlaczego nie możemy usłyszeć wyroku drugiej instancji w sprawie Dymera.
Pytanie czy dziecko zgwałcone przez księdza odczuwa może jednak przyjemność.
Zakaz wydawania dokumentów.
To nie koniec. To tylko wycinek, o którym wiemy. A co Państwo wiedzą i nie publikują – oto jest pytanie.

Ile razy jak nam plują w twarz powiemy, że deszczyk pada?
Dużo się zmieniło przez ten rok.

O ile dobrze rozumiem, pyta Pani o refleksję nie tyle informacyjno-publicystyczną, ile bardziej duchową. Szukamy tu nowych form. Wkrótce startujemy z podkastami. Mam zamiar prowadzić „Pół-przewodnik po nocy ciemnej Kościoła”. Może to będzie przydatne?

Ksiądz Halik niejeden raz mówił, że nie żadnego automatyzmu w „wypisaniu” się ze struktur Kościoła, a faktycznym porzuceniem wiary, co więcej niektórzy odchodzą z Kościoła, by uratować swoją wiarę. Jeżeli to jest szczere i zgodne z sumieniem, to znaczy, że diabeł zamieszkał w Kościele. On, diabeł oczywiście nie jest Kościołem, on tylko jest wymagającym lokatorem i swoje prawa lokatora konsekwentnie realizuje. A pan Terlikowski faktycznie zasługuje na szacunek.

Zgoda, że wielu katolików za atak uważa inny pogląd na Kościół, wiarę itp. Kiedyś z szacunku dla dokonań Kościoła wiele osób hamowało się z odmiennymi poglądami. Dziś powrót do normalności jest odbierany jako atak.
Jednakże, mam wrażenie, że Autor, który kiedyś co sam przyznaje zajmował jednostronne stanowisko, dziś prezentuje inne jednostronne stanowisko, a tymczasem w nich obydwu równocześnie było dużo prawdy. Np. Autor pisze, że „odpowiedzią musi być uważne wsłuchanie się w świat.” Owszem, wsłuchiwanie się, którego było za mało, ale nie uważne, a ostrożne, bo świat to kakafonia dobra i zła. Nieprawdą jest, że świat jest zły, nieprawdą jest, że świat jest dobry. Jest i taki, i taki. Ja odnoszę wrażenie (nie mam pewności, bo nie znam wszystkich wypowiedzi Autora), że kiedyś Autor mówił tylko jedno, a dziś też tylko jedno, tyle, że ze znakiem przeciwnym. Np. w dyskusji o stosunku do ideologii LGBT+ przywołanie przypadku osobistego spotkania ze zranionymi przez katolików osobami jest próbą brania nas na emocje. Ja sam miałem podobne przeżycie, gdy w wielodzietnej rodzinie katolickiej jeden z chłopców w wieku 12 lat zaczął się zachowywać jak dziewczynka i „trzymać się” z siostrami. Nie było ku temu żadnych racjonalnych powodów wymienianych jako przyczyny nienormalności przez konserwatywnych katolików. Moje proste, konserwatywne poglądy na te sprawy upadły, ale nie jest to żaden argument za zaprzeczaniem, że grupa aktywistów LGBT+ (może nie wszystkich, może tylko radykalnej mniejszości) za pośrednictwem mediów szerzy dewastację, nie powiem, że chrześcijaństwa, ale cywilizacji. Jednak Autor i wielu autorów Więzi pisząc prawdę o błędach tradycyjnych ocen, przemilcza tą niewygodną prawdę. Chciałbym się dowiedzieć, czy Autor uznał, że również to było błędem w jego wcześniejszych wypowiedziach? Wspomnieć o jednym i na tym skończyć nie jest budzącym zaufanie sposobem debaty. Daje też alibi adwersarzom, by przywołać jakiś eksces ideologa LGBT i też na tym kończyć opis poważnego problemu. Mam więc wątpliwości, czy krytyka tradycyjnego społeczeństwa, Kościoła nie jest obciążona uprzedzeniami. Książkę kupię i zobaczę, czy moje intuicje są prawdziwe. Myślę jednak, że nawet jeśli je potwierdzę, czasu nie zmarnuję. Mam nieśmiałą sugestię – może Autor i pan Marek Jurek spotkaliby się i nagadali książkę? Nie chodzi mi o wywiad-rzekę, tylko jako partnerskie sparowanie dwóch różnych perspektyw. Obydwaj panowie są wiarygodni, nie ma wątpliwości, że dla obydwóch prawda jest ważna. To byłoby inspirujące.
A co do tej historyjki ze słoniem, kwestionuję, że wszyscy dotykamy słonia. Niektórzy dotykają nie-słonia i kłócą się, że to słoń

Chrześcijaństwo jest samo w sobie tak niespójne, że w zasadzie samo przez się jest w swej istocie maksymalnie zrelatywizowane. Nie ma więc sensu tworzyć fraktali. Religia nie jest jedynym sposobem znalezienia „więzi”. Gdyby tak było to w tej części 60 procent ateistów-Czechów nie byłoby żadnych więzi. A są i to niejednokrotnie silniejsze niż w semi-chrześcijańskich rodzinach. Ateizm i zwrócenie się ku człowiekowi i naturze, ku ratio, ku prawom człowieka i prawom ludzkim jest aktem najwyższej odwagi i wiary w to co mamy tu na Ziemi. Samo to w istocie jest już kosmiczne. Nie potrzeba nieba i kosmosu, jeśli się o to walczy tu na Ziemi. Szacunek do drugiego człowieka, przyzwoitość i ciężka praca – tyle wystarczy, by wybudować najczystszą, najgłębszą i najprawdziwszą miłość do drugiej persony. Nic więcej. Kościół to tylko wyrosły wokół tego babiloński konglomerat złożony głównie z mężczyzn, którzy jedyne co potrafili przez wieki tworzyć to ofiary tegoż.

Jako katolicka żona zagorzałego ateisty potwierdzam, że samo skierowanie się ku naturze, ku rozumowi, ku uczuciom….szacunek, przyzwoitość i ciężka praca wystarcza, aby zbudować miłość do drugiego człowieka. Kiedy poznałam męża i jego rodzinę zobaczyłam, że świat jest inny niż mi się wydawało. Jest bardziej skomplikowany. Jak wewnętrznie mam zobaczyć to, czym można ubogacić społeczeństwo, relacje będąc osobą wierząca? Czy jest coś jakby zarezerwowane dla wierzących? Jeżeli tak to co? I nie chodzi mi o Zbawienie, w które wierzę. Pytam o życie w relacjach. Ja się uczę od męża ateisty i jego matki, a mojej teściowej. Czy jest coś, czego mogę ich ja nauczyć? Nie wiem.

Panie Terlikowski starzeje się pan i zaczynają prostować pana własne dzieci. Oczywiście to tylko takie moje spekulacje. Mój sąsiad, człowiek niezwykle religijny i udzielający się w Kościele rówieśnik, często krytykował mnie za niewłaściwe podejście do wychowywania dzieci. Byłem i jestem zwolennikiem uczenia samodzielności i odpowiedzialności za podejmowane decyzje. On wiedział zawsze lepiej, bo tak mówił Kościół i tradycja. Nasze dzieci szybko dorosły i poszły w świat, a on wraz z nimi zmienił się nie do poznania. Zaczął dostrzegać sprawy dla niego kiedyś nieistniejące. Jeśli chodzi o kościół instytucjonalny, jego problemem jest, zbytnia dbałość o dobra materialne. To przełożyło się na nasze oczekiwania względem niego. Płacimy i wymagamy, chcemy okazałych uroczystości, splendoru gdy zamawiamy usługi na okoliczność. Szacunku choćby klienckiego, płacę wymagam. Nawet w tej kwestii coś szwankuje, młodzi uciekają w alternatywne możliwości. Wyczerpał się mit autorytetu instytucji. Jak może prowadzić do królestwa niebieskiego ktoś kto sam nie potrafi oczyścić własnych szeregów z osób skompromitowanych i zwyczajnych przestępców. Rzucanie kamieniami zasad nic już tu nie zdziała.

Od dłuższego czasu moje doświadczenie Kościoła, zwłaszcza hierarchicznego, jest negatywne: albo ma pretensje i pohukuje (jeśli partner w dyskusji jest słaby, dotyczy to także tzw. parafian wobec proboszczów), albo ubolewa (wobec partnera silniejszego). Nie odnajduję się w relacji z hierarchią, nie wiem, dlaczego miałbym śledzić oficjalne nauczanie Kościoła, skoro nie wynoszę z tego wystarczającego pożytku. Szkoda mi czasu i nie chcę się już niepokoić (decyzja po lekturze instrumentum laboris i documento finale synodu amazońskiego).

Ale moje poznanie Kościoła płynie z osobistego spotkania z Jezusem. Im dłużej żyję, tym bardziej wiem, dlaczego tak to wygląda.

Moje marzenie (?) to Kościół 1) kochający, który rozeznaje drogę, którą powinien iść; 2) nie tyle Kościół słuchający swoich ziemskich pasterzy, bo to wg mnie przestało się sprawdzać, lecz celebrujący Jezusa; 3) Kościół niezwiązany ze świeckimi elitami, zwłaszcza politycznymi, ponieważ jego wezwanie jest skierowane do wszystkich (także do LGBT, i ci ludzie nie mogą bać się głoszonej Ewangelii); 4) Kościół ukazujący całą Ewangelię, czyli Jezusa miłosiernego i Jezusa zagniewanego, a jednocześnie realizujący (także sakramentalnie) nakaz Pana o przebaczaniu nawet 77 razy (przy uwzględnieniu np. prawnych konsekwencji pewnych win), a także pogłębiający życie duchowe, idąc także w kierunku mistycznym (od lat nie słyszałem o tym kazania; proszę zerknąć w papieskie intencje na miesiące roku, ile tam problemów tego świata…).

To moje podstawowe uwagi. Żal mi, że ostatnio nie mogę doczekać się ich urzeczywistnienia.

Kazdy kij ma 2 konce. Zapomniec nauczanie Kosciola, zapomniec Pismo Swiete lub uniewazniac je relatywizowaniem i „kontekstami” i zostaje nam na nic niepotrzebny anglikanizm, jak sol, ktora stracila swoj smak nadajaca sie tylko na podeptanie przez ludzi.

~ Adrian: No wie Pan, to stwierdzenie „na nic niepotrzebny anglikanizm” to jechanie po bandzie… Mam kilku znajomych mieszkajacych w Anglii i opowiadaja oni o kwitnacych parafiach anglikanskich, pomagajacych uchodzcom, pracujacych z dziecmi i mlodzieza i gloszacych po prostu Slowo Boze.

Panie Konradzie, jest pelno swieckich organizacji charytatywnych pomagajacym ludziom. I chwala im za to. Jednoczesnie te organizacje popieraja aborcje i adopcje dzieci przez pary gejowskie. Anglikanizm (w Stanach Kosciol Episkopalny) zostawil sobie skorupke chrzescijanska, ale w srodku to wlasciwie niewiele sie rozni od ONZ-u czy partii Demokratycznej. „Kosciol”anglikanski w Stanach oficjalnie popiera proaborcyjne organizacje, a jego „kaplani” udzielaja „slubow” parom gejowskim. Dziwne to „chrzescijanstwo”, ciezko to odniesc do tego co jest napisane w Biblii.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.