Jesień 2021, nr 3

Zamów

Jak daleko posunie się władza w egzekwowaniu cnót?

Debata z okazji Dnia Praw Rodziny z udziałem Ministra Edukacji i Nauki Przemysława Czarnka 20 października. Fot. Ministerstwo Edukacji i Nauki

O sposobach kształcenia dzieci powinna decydować wspólnota podzielająca podobną wizję świata i to ona powinna nadawać charakter szkole. Taką wspólnotą nigdy nie będzie państwo narodowe. Państwo, które przekracza swoją służebną rolę w kwestiach wychowania, staje się państwem edukacyjnie totalitarnym. 

Doniesienia medialne o wprowadzaniu do szkół przez partię rządzącą nowego przedmiotu „historia i teraźniejszość” oraz o tzw. ugruntowywaniu u dziewcząt cnót niewieścich zachęciły mnie do krótkiej refleksji na temat niezależności procesu uczenia się i nauczania od wpływów partii politycznych, szczególnie tych partii, które mają możliwość i przez to niepohamowaną pokusę narzucenia szkole jedynego właściwego programu kształcenia i wychowania.

Podstawowe pytania, jakie warto sobie zadać, umykają często pedagogom pod stertami wymaganych dokumentacji, a nawarstwiające się procedury, regulaminy i instrukcje zniechęcają do tego, by spojrzeć na edukację inaczej, niż patrzono na nią w ludowej ojczyźnie. A mianowicie, kto w wolnej Polsce powinien decydować o tym, co znajdzie się na liście lektur szkolnych, jak nauczyciel będzie interpretował wydarzenia historyczne i zjawiska społeczne? Jaki moralny autorytet, bo nie mamy ich wiele, powinien ustalać, jakie wartości mają być przekazywane nowemu pokoleniu? Czy należałoby kłaść większy nacisk na „cnoty niewieście”, czy na poszanowanie osób o odmiennej kulturze? Kto i w jaki sposób powinien przybliżać dzieciom znaczenie patriotyzmu? Jak mówić o wielokulturowości i tradycji? Czy należy to do partii rządzącej? A może do naukowców, rodziców czy liderów religijnych?

Gdy rząd jakiegoś kraju powołuje instytucję do krzewienia cnót, niekoniecznie tych promowanych przez Komitet Krzewienia Cnót i Zapobiegania Złu w Arabii Saudyjskiej (taki oczywiście istnieje), zaczynamy się zastanawiać, jak daleko się posunie w egzekwowaniu tych cnót. Czy skończy na zakazie noszenia przez uczniów torebek w tęczowych kolorach i koszulek na ramiączkach, czy też zacznie karać ludzi dorosłych za brak „cnót” w życiu społecznym. 

Załóżmy jednak, że to rodzice, a nie władcy państw, decydują, o czym powinny myśleć ich dzieci i co uważać za cnotę. Oczywiście w granicach prawa gwarantującego poszanowanie każdego człowieka i pokojowe współistnienie. Jaki może być tego rezultat? 

Jeśli jest trochę prawdy w powiedzeniu „tyle poglądów, ilu ludzi”, to obawiam się, że dziecko będzie musiało chodzić do dwóch szkół: jednej założonej przez matkę, a drugiej przez ojca. Nie zdziwiłbym się, gdyby było w tej szkole samo. 

Z problemem programów nauczania zmagają się ostatnio politycy w Stanach Zjednoczonych i biorą na warsztat treści programowe w szkołach publicznych. Patrick Buchanan na łamach Daily Press pisze dwa dni temu o negatywnym wpływie rodziców na to, czego uczą się dzieci w szkole. Ich podejście do wartości rozmija się często z tym, co główny nurt, a nawet państwowe prawo „podaje do wierzenia”. Autor artykułu zadaje czytelnikom pytanie, czyje poglądy powinny obowiązywać w programach nauczania – władz oświatowych, dyrektora szkoły, nauczycieli, czy rodziców? Wielu uważa, że nauczyciele nie są w stanie zachować neutralności i że w ogóle neutralność poglądowa jest niemożliwa. Jeśli jednak szkoły publiczne są opłacane z podatków rodziców uczniów, to czy nie oni powinni decydować o wartościach promowanych przez szkołę? Jak mieliby w tej kwestii dojść do konsensusu? Debata potrwa w Stanach Zjednoczonych zapewne do przyszłorocznych wyborów.

Wydaje się zasadne, że o sposobach kształcenia dzieci powinna decydować wspólnota podzielająca podobną wizję świata i to ona powinna nadawać charakter szkole. Taką wspólnotą nigdy nie będzie państwo narodowe. Rządzący państwem powinni ograniczyć się do zapewnienia wszystkim rodzinom, a zatem środowiskom, z którymi się identyfikują, funduszy na kształcenie dzieci, a szkołom wykwalifikowanych pracowników. Na tym polega wolność edukacji. Państwo, które przekracza swoją służebną rolę w kwestiach wychowania, staje się państwem edukacyjnie totalitarnym. 

Przykłady takich państw znane są najnowszej historii i nie ograniczają się do systemu edukacji w Korei Północnej. Podobną indoktrynację, mającą na celu wtłoczenie w umysły dzieci właściwego i jedynie słusznego rozumienia wartości, obserwujemy w niektórych państwach Unii Europejskiej. Nierzadko dzieje się to poprzez manipulowanie językiem, tzw. poprawność językową; inną w szkołach we Francji i krajach Beneluksu, inną w Polsce. 

Polityczna poprawność nie pozwala mówić o istniejącej w tych szkołach politycznej cenzurze. Zakazuje się pewnych treści i wywierany jest nacisk na nauczycieli, aby sami cenzurowali swoje wypowiedzi. Choć nie przekłada się to jeszcze na składanie samokrytyki lub pisanie donosu na samego siebie, to jednak taka sytuacja musi niepokoić. 

Świąteczna promocja Wydawnictwa Więź

Kończąc tę refleksję, przypomnę prawdę: sztuką jest takie uczenie niezależnego myślenia i kreatywności, którego owocem są wolne i mądre decyzje wychowanka. Wszelka indoktrynacja, zarówno oparta na dobrych intencjach rodziców, jak i na niegodziwych kalkulacjach rządzących, zniewala człowieka i cofa rozwój społeczeństwa. 

Szkoła nie jest i nie może być instytucją demokratyczną, ale dyrektor, który nią zarządza wraz z radą pedagogiczną, powinien być niezależny od jakiejkolwiek opcji politycznej, która narzuca, kontroluje, inwigiluje. Dzieci potrzebują atmosfery wolności w myśleniu i zaufania ze strony nauczycieli, by zdrowo się rozwijać i uczyć się podejmowania mądrych decyzji.

Przeczytaj także: W czasach próby nie ma przestrzeni na normalność

Podziel się

5
2
Wiadomość

Komentarze (12)

Przede wszystkim powinniśmy skończyć z utopijnymi i fałszywie pielęgnowanymi „autorytetami moralnymi”? Niejeden ideał sięgnął bruku i bynajmniej nie był to fortepian Szopena. To jest karma dla nacjonalizmu, zafałszowywania historii, budowaniu żywych pomników a na końcu wtłaczania w kolejne pokolenia zero jedynkowego pojmowania rzeczywistości. Uważam, że obecne i przyszłe pokolenia chcą przede wszystkim prawdy a prawda jest zazwyczaj mocno skomplikowana i złożona z wielu odcieni szarości. Celem nie powinno być bazowaniu na autorytetach a budowanie i wskazywanie odpowiednich postaw u danych osób w danym czasie. Pora skończyć z mitologizowaniem a autorytety do tego prowadzą (każdy ma jakąś skazę). Będzie nam łatwiej ocenić naszą historię. Tymczasem dusimy się w zupie pełnej autorytetów. Nie okaleczajmy kolejnych pokoleń mrzonkami o ideałach, które nie istnieją. Już wynieśliśmy na panteon Piłsudskiego, Wałęsę i JP2. Wynosimy aktorów, celebrytów, hierarchów, piosenkarzy itd.

To co Ksiądz napisał kłoci się z modelem szkoły powszechnej: ona od swego założenia (Prusy XIX w.) była przekaźnikiem ideologii państwa narodowego. Ta ideologia się zmieniała, ale szkoła niezmiennie ją przekazuje. To dotyczy zresztą całej instytucji nowożytnej szkoły powszechnej: mamy o kilka rzędów większą wiedzę na temat psychologii i pedagogiki niż w XIX w., a szkoła instytucjonalnie tą wiedzę omija szerokim łukiem. Problem jest w tym, że nie ma komu tego zmienić: większość rodziców wychodzi z założenia, że „ja przeżyłem szkołę, ty dziecko też przeżyjesz”, nauczyciele, szczególnie słabo opłacani nie zmienią nic, bo im się to nie opłaci, podobnie politycy, którzy są jakoś zależni od tych 2 grup.

Nauczyciele działają na ile im skostniały zcentralizowany system i dyrektor pozwala. Żenująco niskie pensje w stosunku do poziomu odpowiedzialności nie mają tu nic do rzeczy. Moja ocena jest taka, że każdy kolejny minister edukacji jest tylko gorszy.

Niewątpliwie wyczyny obecnej władzy utrudniają argumentację, że państwo jest kompetentne w dziedzinie ustalania ramowego programu nauczania w edukacji objętej obowiązkiem szkolnym, ale z drugiej strony koncepcja, że państwo nie powinno się tym w ogóle zajmować, jest jednak brawurowa. Rozumiem, że zdaniem autora program powinna ustalać „wspólnota podzielająca podobną wizję świata” ale ciekawe jak to ma wyglądać w praktyce (wyjąwszy szkoły społeczne obsługujące zwarte środowiska)

Ksiądz Żmudziński dość łagodnie podsumował problemy szkoły pod przywództwem, bo przecież nie pod kierownictwem, Czarnka. Zastanawia mnie cisza episkopatu, który wbrew swoim zasadom, nie dba o interes materialny tegoż episkopatu. Przecież z nauczania religii w szkołach, biskupi mają swoją „wziątkę”, tymczasem działalność Czarnka, którego popierają ze wszystkich swoich sił spowoduje, już powoduje, radykalny odpływ chętnych do katechezy szkolnej, a tym samym zmniejszą się kochane pieniążki. Przy tej władzy jakoś przeżyją, ale potem może być bieda, to znaczy „oni się jakoś wyżywią”, gorzej z szeregowymi księżmi, nieraz bardzo przyzwoitymi, którym bieda faktycznie może zajrzeć do garnka.

No, z tą biedą zaglądającą w oczy księżom, to Pan jednak mocno przesadził. Proszę zastanowić się jak te nawet obniżone pobory duchownych mają się do dochodu rozporządzalnego per capita w przeciętnej rodzinie.

„Państwo edukacyjnie totalitarne” i dalej nie czytam. Mimo, że „kontrrewolucję” ministra Czarnka uważam bardziej za fajerwerk pod potrzeby wizerunkowo-wyborcze niż dotykanie istoty sprawy.

Nie można co dekadę zmieniać swoje pomysły na szkołę. Poprzednio robiono dużo by sfera publiczna była akjologiczną pustynią. Po 1989 to. szkoła miała kształcić a nie wychowywać. Później szkoła wkroczyła na wolny rynek i uczeń stał się klientem. Wychowawca miał być głównie sprawnym administratorem klasy (oddziału). Niestety kwalifikacje etyczne nauczycieli są coraz niższe a dyrektorzy często traktują szkołę jak prywatny folwark. Nauczyciel musi produkować masę dokumentów i uczestniczyć w mnóstwie szkoleń, które zazwyczaj służą głównie nabijaniu kabzy firm organizujących szkolenia. Polska szkoła to niedofinansowanie, marazm, dużo działań pozornych, sfrustrowana kadra i w tym chorym systemie nasze dzieci.

Moim zdaniem, jeśli jedynie słuszna partia wygra kolejne wybory, będziemy dostawać pensję wyłącznie po okazaniu pieczątki potwierdzającej obecność na mszy św. niedzielnej. I jeszcze będą nam potrącać na tacę z góry określoną – przez Kościół – kwotę.

Źle się dzieje gdy Nikodem Dyzma zostaje polikiem ale gdy zostaje Ministrem Edukacji to już tragedia wisi w powietrzu.

To nie jest kwestia jednego ministra, tylko chorego państwa, które nie potrafi określić i realizować jednej, spójnej polityki niezależnie od aktualnie rządzącej opcji opcji.

W ciągu czterdziestu lat pracy pedagogicznej widziałam usiłowania władzy, by przez oświatę lansować własne, jedynie słuszne idee. Były to zawsze usiłowania nieskuteczne. Tam na dole, w szkołach, nauczyciele na takie idee byli odporni i robili swoje

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.