Lato 2021, nr 2

Zamów

Nieuprzywilejowane

Fot. Marcos Paulo Prado / Unsplash

Coraz trudniej ocalić wiarę w to, że kultura, w której funkcjonujemy, pomaga kobiecie w budowaniu wiary we własne kompetencje.

Gdybym dostawała grosz za każdym razem, gdy powstrzymałam się od publicznego zabrania głosu, bo uważałam, że inni mają na pewno coś ciekawszego do powiedzenia, pisałabym te słowa, leżąc pod parasolem w mojej posiadłości na Bahamach. 

Oczywiście w części z tych sytuacji miałam rację – gdy pozostali rozmówcy byli niezrównanie bardziej fascynujący, zostawienie im przestrzeni było dowodem racjonalnej oceny sytuacji (zawsze warto mieć w tyle głowy wspaniałą frazę Tuwima: „Błogosławieni ci, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie oblekają tego faktu w słowa”). Natomiast na pewno nie było tak zawsze, a mechanizm psychologiczny, który odpowiada m.in. za to, że ktoś odmawia podjęcia jakiejś aktywności z powodu niewiary we własne kompetencje, nazywany jest „syndromem oszusta”.

Dla wielu kobiet pozwolenie sobie na słabość jest trudne. A może lepiej powiedzieć: pozwolenie sobie na naturalność i prawdziwość jest trudne

Ewa Buczek

Udostępnij cytat

Jeśli zdarzały się Wam na drodze zawodowej sytuacje, w których byliście przekonani, że nie zasłużyliście na swoją pozycję, a sukcesy zawdzięczacie głównie szczęściu i sprzyjającym okolicznościom, a co za tym idzie, stresuje Was, że lada moment ktoś to odkryje – witajcie w klubie. Badania dowodzą, że ok. 70 proc. światowej populacji doświadcza tego uczucia. 

Dlaczego nie wypada kląć przy kobietach

Jednak choć problem jest powszechny, to z wielu względów częściej i bardziej boleśnie dotyka on kobiety. Zresztą od kobiet właśnie wszystko się zaczęło. Dwie badaczki, Pauline Clance i Suzanne Imes, na początku lat 70. XX wieku dostrzegły, że wykształcone, mądre i dobrze zarabiające kobiety mają skłonność do pomniejszania swoich osiągnięć i bagatelizowania własnych umiejętności. Pomimo wypracowanego uczciwie sporego dorobku i wielu dowodów swoich kompetencji owe kobiety obawiały się, że za ich sukcesem stoi przypadek, co prędzej czy później zostanie niechybnie odkryte, doprowadzi do wielkiego blamażu i odbierze im szacunek ze strony otoczenia.

Warto podkreślić, że syndrom oszusta nie jest chorobą psychiczną ani zaburzeniem, jednak nie jest to również przelotne wrażenie, które można lekceważyć. W skrajnych przypadkach prowadzi do bezsenności czy nerwic, a wiele osób zmaga się z nim latami. Istnieje wszakże zagrożenie mniej spektakularne, a również warte odnotowanie – utrwalenie wewnętrznego przekonania, które i tak zbyt często wiele kobiet sobie silnie zinterioryzowało: nie jestem wystarczająca.

Dlaczego ten problem dotyczy głównie kobiet? Przyczyn jest wiele, ale wśród nich niebagatelne znaczenie ma sposób, w jaki wychowywane były (są?) dziewczynki – w dużym stopniu oparty na uczeniu zachowań reaktywnych, będących odpowiedzią na społeczne oczekiwania, a nie na budowaniu poczucia własnej siły i wartości. A te oczekiwania dość często oscylują wokół postaw pasywnych – dziewczynki mają być miłe, grzeczne, delikatne.

Spójrzmy na pierwszy z brzegu przykład –  czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego właściwie nie wypada kląć akurat przy kobietach? Albo czemu to kobietom kląć nie przystoi? Dlaczego sam akt wulgaryzmu jest waloryzowany odmiennie w zależności od płci osoby, która go podejmuje? Czy nie byłoby o wiele prostsze uznanie, że jest to akt obiektywnie zły lub dobry, zatem dla obu płci równie szkodliwy lub pożyteczny? 

Superbohaterka na co dzień

Te podwójne standardy wynikają z przywiązania do modelu kulturowego, w którym wzorcowa dziewczynka powinna być „cicha i piękna jak wiosna”, że pozwolę sobie zacytować znaną i lubianą piosenkę religijną, w której co prawda słowa te odnoszą się do Matki Boskiej, ale przecież Maryja w kulturze również funkcjonowała raczej jako słodkie dziewczę nad żłobkiem skłonione, a nie silna partnerka Bożego przymierza.

Można oczywiście – nie bez racji – zaraz zauważyć, że to stereotypowe myślenie odchodzi już do słusznie minionej przeszłości. Owszem, ale ten proces jest ciągle w toku i nic nie wskazuje na to, by miał się wkrótce zakończyć. Europejski Sondaż Społeczny z lat 2018–2019 w badaniu analizującym przywiązanie do wartości wskazuje, że dla kobiet nadal istotniejsze niż dla mężczyzn jest „bycie skromnym/skromną i nieprzyciąganie uwagi” oraz „zachowywanie się w sposób właściwy”.

Dane wskazują też na to, że sytuacja kobiet jest nadal daleka od ideału, skoro na samym szczycie najważniejszych dla kobiet wartości znajduje się „życie w bezpiecznym środowisku”, a niewiele dalej „równość traktowania różnych osób” (więcej o tym raporcie można przeczytać w analizie Jaremy Piekutowskiego „Mapa polskich różnic” dla Projektu Oczyszczalnia).

Funkcjonowanie w bezpiecznym środowisku przywołuję tutaj jeszcze z jednego powodu. Uwarunkowania historyczne sprawiły, że wiele kobiet w naszym kraju było owego poczucia bezpieczeństwa pozbawione. Życie kolejnych pokoleń Polek da się opisać frazą: jak nie zabory, wojny i powstania, to plaga alkoholizmu i przemocy domowej. Każdy z tych faktorów sprawiał, że polskie kobiety musiały być niezmordowane, zawsze gotowe do walki o byt, niezłomne. Ich partnerzy byli nieobecni fizycznie lub psychicznie, a one – w samotności – dźwigały ciężar utrzymania domu i wychowania dzieci. Często swoje córki wychowywały na siłaczki. 

Nestorka polskiej psychiatrii, prof. Irena Namysłowska – której mama straciła w czasie wojny bliskich, a niedługo po narodzinach dziecka również męża, zatem musiała być kolejną polską heroską – w rozmowie z Katarzyną Jabłońską i Cezarym Gawrysiem opowiada: „Z powodu nierozwiązanej żałoby powstał w mojej rodzinie – a także w rodzinie mojej córki – transgeneracyjny przekaz, w którym właśnie tragiczna śmierć tych wszystkich bliskich miała olbrzymie znaczenie. Ten przekaz nadaje szczególną wartość niezależności. W ustach mojej mamy brzmiał on mniej więcej tak: «Musisz być niezależna, bo musisz zawsze pamiętać, że wszystkich, na których ci zależy i których kochasz, w każdej chwili możesz stracić». Upływ czasu przyćmił dramatyzm tamtej historii, ale wciąż żył w mojej rodzinie ważny przekaz o niezależności – ja odziedziczyłam go po matce i przekazałam z kolei swoim dzieciom, a one przekazały go swoim”. 

Ciągła czujność, gotowość do dalszych starań, oczekiwanie na cios – to też są czynniki, które mogą przyczyniać się do rozbudzenia w kobietach syndromu oszusta. Zdaniem Marzeny Jankowskiej, wykładowczyni w Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach, u kobiet cierpiących na ten syndrom bywa on przejawem zarówno perfekcjonizmu, który zmusza do stawiania sobie nierealistycznych oczekiwań, jak i konieczności bycia superwomen, czyli dawania sobie ze wszystkim rady samodzielnie.

Niewątpliwie w sytuacjach nadzwyczajnych tryb superbohaterki może być uzasadniony, ale czy do wyobrażenia jest funkcjonowanie w nim na co dzień? Bez prawa do słabości, bez proszenia o pomoc, bez pozwolenia sobie na… bycie po prostu człowiekiem? Bez powiedzenia sobie: nie musisz być idealna, żeby być wystarczająca?

Nie jest dobrze, gdy mężczyźni objaśniają nam świat

Nadal dla wielu kobiet pozwolenie sobie na słabość jest trudne. A może lepiej powiedzieć: pozwolenie sobie na naturalność i prawdziwość jest trudne. Również w wymiarze fizycznym, bo kobiety przecież podlegają gigantycznej presji estetycznej, która z jednej strony wyśrubowała w kosmos oczekiwania wobec ich ciał, a z drugiej skorelowała „ładną buzię” z niskim ilorazem inteligencji.

Zatem od kobiet wymaga się, aby były coraz piękniejsze, choć oznacza to, że w odbiorze społecznym będą coraz głupsze. Brzmi absurdalnie? Stereotyp głupiej blondynki uznano za tak silny, że stał się przedmiotem badań w Center for Human Resource Research na Uniwersytecie Ohio. Na próbie 10 tys. Amerykanów udowodniono coś, co w ogóle nie powinno budzić wątpliwości – kolor włosów nie ma żadnego związku z poziomem IQ.

Wygląd zewnętrzny ma jednak – czy nam się to podoba, czy nie – duży wpływ na proces zatrudniania i awansu społecznego. Choć ludzie atrakcyjni są zatrudniani chętniej, to w przypadku młodych kobiet często idzie za tym podważanie ich kompetencji, dzięki którym zdobyły dane stanowisko. Zatem kobiety w pracy często muszą starać się bardziej, aby udowodnić, że zapracowały na własne osiągnięcia, zawłaszcza wtedy gdy już znajdują się na wysokich stanowiskach.

Z pracy amerykańskiej badaczki prof. Stefanie K. Johnson opublikowanej w „Journal of Social Psychology” wynika, że gdy grupę testową poproszono o połączenie 110 zdjęć ludzi z konkretnymi zawodami, rzadko zdarzało się, aby atrakcyjne kobiety były dopasowywane do stanowisk kierowniczych czy zawodów postrzeganych jako męskie. Coraz trudniej zatem ocalić wiarę w to, że kultura, w której funkcjonujemy, pomaga kobiecie w budowaniu wiary we własne kompetencje.

I wreszcie jeszcze jeden czynnik, o którym warto wspomnieć, bo w pewien sposób tłumaczy statystycznie rzadszą możliwość wysłuchania kobiet w debacie publicznej. Otóż kobiety niezbyt często należą do tej przyjemnie uprzywilejowanej grupy, która ma posłuch niejako z automatu, zatem nie musi się zastanawiać nad swoimi predyspozycjami do zabierania głosu. Grupę ową tworzą zazwyczaj mężczyźni na szczycie hierarchii władzy, którzy są zawodowymi „gadaczami”. To, czy mają w danej chwili coś do powiedzenia, jest drugorzędne, bo ich głosu się oczekuje i ich głos zawsze ktoś oklaskuje (nie sposób uciec od wrażenia, że zdecydowanie za rzadko przypomina się im przywoływaną na początku tego testu frazę z Tuwima).

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

I doprawdy nie ma znaczenia, czy to zasłużeni profesorowie na macierzystej uczelni, biskupi z zamiłowaniem komentujący bieżące wydarzenia społeczno-polityczne, czy prezesi na firmowych zebraniach – przywilej stępia pokusę autokrytyki. 

Niewiara wielu kobiet w siłę własnego głosu jest jednym z czynników, które sprawiają, że pejzaż polskiej debaty publicznej jest dość monotonny – zaludniają go w przeważającej większości mężczyźni. Tak jest, ale tak być nie musi i na pewno nie powinno. Nie tylko dlatego, że nie jest dobrze, gdy mężczyźni objaśniają nam świat (jak to wspaniale ujęła jedna z czołowych obecnie pisarek feministycznych, Rebecca Solnit, wykuwając osobny termin „mansplaining” na sytuację, gdy mężczyzna narzuca kobiecie własną narrację bez względu na to, które z nich ma większą wiedzę w danym zakresie), ale również dlatego, że świat opowiedziany z wielu perspektyw jest ciekawszy, prawdziwszy i bardziej wrażliwy na Drugiego. Jest po prostu lepszym światem.

Przeczytaj także: Projektowanie, które wyklucza, czyli dlaczego damskich toalet jest za mało   

Podziel się

2
Wiadomość

Komentarze (2)

Pani Redaktor, bardzo dziękuję za artykuł. Jak widać po ilości komentarzy, kwestie równouprawnienia kobiet i mężczyzn wymagają w Polsce jeszcze dużo czasu i pracy 😉 chyba wszystkie kobiety spotkały się w życiu z dyskryminacją, w różnej formie, i wiemy, jak bardzo stygmatyzuje nas płeć; dlatego musimy uświadamiać młodzież o równych prawach obu płci, zachęcać dziewczęta do niezamykania się w tradycyjnej roli matki i opiekunki domowego ogniska, ale do dążenia do realizacji marzeń i planów; musimy też zwracać uwagę na wszelkie przypadki narzucania kobietom tradycyjnych ról; może podam przykład – na jednej z wyższych uczelni w Polsce panie profesorki zostały zmuszone do podawania posiłku męskim współpracownikom (od profesora po doktoranta) w czasie imprezy integracyjnej; w czasie egzaminów kobiety pełnią rolę sekretarza komisji, który ma mnóstwo obowiązków, a mężczyźni pełnią rolę członka komisji, który musi po prostu być obecny w czasie egzaminu. Dlaczego? „Bo to dużo pracy i kobiety ją wykonają sumiennie, a mężczyźni nie”. To może trzeba mężczyzn przyuczyć do pracy?
W Polsce pracę wykonają kobiety, mężczyźni za to zarabiają więcej, są chętniej zatrudniani, bo nie chodzą na urlopy macierzyńskie ani nie biorą chorobowego na dziecko. Taka prawda.

Nie spotkałam się z taką sytuacją pracując 8 lat na jednej z polskich uczelni, pamiętam jednak to, że to przeważnie ze strony innych kobiet doznawało się największych przykrości, a mężczyźni byli najlepszymi partnerami do dobrych rozmów. Czyżby kobieta kobiecie wilkiem była? Niestety takie mam doświadczenie z pracy wśród bardzo wykształconych kobiety. Po 8 latach pracy naukowo-dydaktycznej i po obronie doktoratu zdecydowałam się na pozostanie w domu z małymi dziećmi. Tutaj się wyciszyłam i znalazłam niesamowite spełnienie właśnie w tak bardzo dziś pogardzanej roli gospodyni domowej i pełnoetatowej mamy. Minęło przemęczenie pracą zawodową i równoczesną opieką nad dzieckiem, przemęczenie tzw. multitasking-iem. Po co? W imię czego? Przecież o naszej wartości nie świadczy to, czy osiągamy więcej niż mężczyźni, czy mamy więcej do powiedzenia niż oni, czy pracujemy zawodowo i pniemy się po szczeblach kariery, ile zarabiamy, tylko to, czy sercem czujemy, że jesteśmy w dobrym dla nas miejscu. Pozwólmy sobie jako kobiety ma dokonywanie takich, nawet niepopularnych wyborów. Spotkałam na swojej drodze tak wiele przemęczonych mam, które zaciskając zęby godzą pracę poza domem z posiadaniem dzieci „bo tak trzeba”, że zadaję sobie pytanie, dlaczego sobie to robimy? Kto nas do tego zmusza? Pozostanie w domu też jest formą kariery zawodowej. Dzielę się jako wykształcona mama z własnym dzieckiem swoją wiedzą i umiejętnościami. Inwestuję w realny kształt przyszłego pokolenia przekazując mu wartości, w które wierzę, tego nie da się zrobić „po godzinach” i cieszę się, że coraz więcej jest takich głosów, które odkrywają przed kobietami właśnie taką drogę. Nie jest to opisywana tutaj tradycyjna rola matki zamkniętej w domu ale świadomy wybór świadomej swoich możliwości kobiety, która chce nadać kształt przyszłym pokoleniom poprzez swoją obecność i służbę swoimi talentami tym którzy są najbliżej – mężowi i własnym dzieciom.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.