Wiosna 2021, nr 1

Zamów

O. Tarsycjusz Krasucki: Ten kryzys jest nam potrzebny

Ojciec Tarsycjusz Krasucki. Warszawa, marzec 2021. Fot. Katarzyna Halcewicz-Pleskaczewska / Więź

Nie da się budować dalej Kościoła na krzywdzie niewinnych, na nieprawdzie, na klerykalizmie. Pewne rzeczy muszą w sposób bolesny legnąć w gruzach, aby mogła się odrodzić wiara żywa – mówi franciszkanin o. Tarsycjusz Krasucki.

Losy ojca Tarsycjusza opisał jako pierwszy Zbigniew Nosowski w drugim odcinku cyklu „Przeczekamy i prosimy o przeczekanie”

Paulina Guzik: Zacznę od pytania, które zadaje sobie wiele osób, poznając ojca historię życiową. Jak to możliwe, że – mimo wykorzystania seksualnego przez duchownego, a później, delikatnie rzecz ujmując, osamotnienia w swoim bólu – jest ojciec w zakonie?

Tarsycjusz Krasucki OFM: Gdybym nie czuł, że Pan Bóg jest ze mną, to bym to wszystko rzucił i założył rodzinę. Ale ja po prostu rzeczywiście usłyszałem wołanie Jezusa. To głos, którego nie da się zapomnieć. Było to było podczas modlitwy. Usłyszałem wtedy wyrazisty głos wzywający mnie konkretnie do zakonu franciszkańskiego, o którym wcześniej niewiele wiedziałem.

W połowie lat 90. pomagałem w sprzedaży książek pod kościołem w Szczecinie. Mężczyzna, który prowadził ten punkt, podarował mi w pewnym momencie książkę „Reguła i pisma św. Franciszka” (bo nikt już nie chciał jej kupić…). Przeczytałem ją i poczułem głęboką jedność z tym, co było tam napisane. Zaczęło się od fascynacji ubóstwem, bo sam praktycznie nic nie miałem, spałem na karimacie w salce przy parafii. Wtedy, niemal fizycznie, poczułem, że tą właśnie drogą muszę iść. I tak idę od 1995 roku.

To było już po tym, jak został ojciec wyrzucony z Ogniska św. Brata Alberta, po wyznaniu, że dyrektor Ogniska, ks. Andrzej Dymer, wykorzystał ojca seksualnie?

– Z ogniska zostałem wyrzucony w 1993 roku. Przygarnęła mnie wtedy siostra Miriam do prowadzonej przez siebie świetlicy przy szczecińskim sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej. Chodziłem wciąż do technikum ogrodniczego. Byłem wtedy zbuntowany wobec Kościoła, na jakiś czas związałem się z ruchem Hare Kryszna. Choć nie byłem do tego do końca przekonany, całe dnie miałem wypełnione mantrowaniem.

Straciłem całkowicie zaufanie do kleru jako instytucji. Widzę mocne struktury zła w naszych szeregach. Ale umiem oddzielić w Kościele to, co jest Boskie, od tego, co ludzkie

Tarsycjusz Krasucki OFM

Udostępnij cytat

Siostra Miriam bardzo się za mnie modliła, kaplica św. Kazimierza była otwarta dzień i noc, a ja spałem w salce katechetycznej pod wezwaniem św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Stopniowo przestawałem jeździć na spotkania Hare Kryszna. Potem przyszła modlitwa, pierwsza spowiedź po latach. Później pojechałem na Jasną Górę, trzy dni żyłem o chlebie i wodzie. Tam miała miejsce gruntowna spowiedź z wyznaniem wiary, bo wcześniej dokonałem apostazji. A następnie pojawiło się powołanie do zakonu.

Jest ojciec dzisiaj zły na Kościół?

– Umiem oddzielić w Kościele to, co jest Boskie, od tego, co ludzkie. Widzę mocne struktury zła w naszych szeregach, uwikłanie w złym, uzależnienie od pieniędzy i wpływów. Oceniam niektóre sytuacje wręcz jako szatańskie opętanie. W nich nie ma miejsca dla Boga, to miejsce wypełnił demon – w sprawie szczecińskiej widać to bardzo wyraźnie. O tym szatańskim wymiarze czasem się zapomina w Kościele. A on ma w tym wszystkim swój głęboki diabelski interes: wywołanie zła w szeregach kapłanów, kompromitacja struktur kościelnych, zgorszenie tysięcy ludzi, a w efekcie – niesamowita szkoda duchowa dla wielu osób.

Przez te lata straciłem całkowicie zaufanie do kleru jako instytucji. To efekt wieloletniego nadużywania tego zaufania. Gdziekolwiek i kiedykolwiek zaufałem, zostało to wykorzystane przeciwko mnie. To dla mnie ciężkie doświadczenie, że będąc duchownym, mam tak ograniczone zaufanie do księży. Sam przecież spowiadam innych, wiem, że są bardzo dobrzy duszpasterze, mam swojego księdza powiernika i wiem, że on modli się za mnie. Ale wiem też, że takich naprawdę ze świecą trzeba szukać.

Chyba szczególnie bolesna w tym wszystkim była rola biskupów?

– Czasem się zastanawiam, jak ci hierarchowie, którzy przenosili księży krzywdzicieli i tuszowali przestępstwa, staną przed Bogiem. W Ewangelii są mocne słowa o kamieniu młyńskim dla gorszycieli za spowodowanie krzywd. A tu przecież są setki ludzi bezpośrednio zranionych przez krzywdzicieli oraz tysiące zgorszonych przez postawę przełożonych. A jeszcze czasem pojawia się wtórna wiktymizacja przy spowiedzi…

Wydaje mi się, że biskupi ciągle żyją w jakiejś fikcji – w innym świecie, odrealnionym. Klasztory też kształtują ludzi odrealnionych, oderwanych od przeciętnych ludzi. Mnie zawsze ciągnęło do bezdomnych, do więźniów. Oni wiedzą, ile kosztuje chleb, ile trudu trzeba, żeby na niego zarobić, żeby zdobyć pieniądze na utrzymanie – w przypadku biskupów tak zdecydowanie nie jest.

Jak to jest mówić publicznie o krzywdzie doznanej z rąk księdza, gdy samemu jest się duchownym?

– Nie mam wątpliwości, że zrobiłem dobrze, mówiąc o swoich doświadczeniach. I jestem przekonany – już są na to dowody – że to pomaga innym.

Wiele osób w Kościele wciąż myśli, że wykorzystywanie seksualne to zjawisko marginalne. Ale przecież nawet gdyby był to los jednej osoby, to powinien być ważny dla Kościoła. Teraz okazuje się, że wśród moich znajomych są ludzie, którzy byli kiedyś wykorzystywani przez księży, nigdy wcześniej o tym nie mówili, a teraz się ośmielili. Chociaż przyznaję, że moja decyzja, aby udzielić wywiadu dla TVN24 była bardzo źle postrzegana w zakonie – to właśnie ten brak zrozumienia.

Co, zdaniem Ojca, mówi nam ten kryzysowy czas Kościoła?

– Ten kryzys jest nam potrzebny. Nie da się budować dalej Kościoła na krzywdzie niewinnych, na nieprawdzie, na klerykalizmie. Pewne rzeczy muszą w sposób bolesny legnąć w gruzach, aby mogła się odrodzić wiara żywa. Wtedy można być prawdziwym świadkiem Chrystusa.

Bez takiej przemiany młodzi ludzie nie uwierzą Kościołowi. W ich oczach autorytet Kościoła upadł, a odbudowywanie go wymaga niezbędnie rozwiązywania trudnych problemów i chęci oczyszczenia. Niestety, wciąż brakuje nam w Kościele krytycznej autorefleksji – nawet teraz dominują zagrywki skierowane na popularność.

Co ojca pociąga w Kościele?

– Eucharystia, spotkanie z Chrystusem eucharystycznym. Nie mam syndromu sztokholmskiego. W Eucharystii spotykam Chrystusa cierpiącego z powodu krzywdy niewinnych. Kościół widzę jako mistyczne ciało Chrystusa, ciało umęczone, a biczowanie Pana Jezusa odbywa się rękami krzywdzących kapłanów. Tak tego doświadczam.

Jezus pragnie naszych serc – ale te serca są dalekie od Niego. Tę rzeczywistość tak przejmująco opisuje wizja św. Faustyny o ludziach, którzy niby mieszkają pobożnie w klasztorach, ale są w istocie egoistami, którzy żyją pozorami. Cytowałem tę wizję na końcu reportażu Zbigniewa Nosowskiego na Więź.pl i na początku reportażu telewizyjnego Sebastiana Wasilewskiego.

„Ta chwała rani Serce Moje, bo miłość jest wygnana z klasztorów. Dusze bez miłości i poświęcenia, dusze pełne egoizmu i samolubstwa, dusze pyszne i zarozumiałe, dusze pełne przewrotności i obłudy, dusze letnie, które mają zaledwie tyle ciepła, aby się same przy życiu utrzymać. Serce Moje znieść tego nie może. Wszystkie łaski Moje, które codziennie na nich zlewam, spływają jak po skale. Znieść ich nie mogę, bo są ani dobrzy, ani źli. Na to powołałem klasztory, aby przez nie uświęcać świat; z nich ma wybuchać silny płomień miłości i ofiary. A jeżeli się nie nawrócą i nie zapalą pierwotną miłością, podam ich w zagładę świata tego. Jakżeż zasiędą na przyobiecanej stolicy sądzenia świata, gdy winy ich cięższe są niżeli świata – ani pokuty, ani zadośćuczynienia…”.

Zastanawiam się, czego się dziś boimy w Kościele? Żeby nie mówić pod nazwiskiem o błędach Kościoła? Jeśli się tego boimy, to znaczy, że nasze serca nie są oddane Chrystusowi.

Czego oczekuje Ojciec od papieża Franciszka?

Dużo już zrobił – wydając istotne dokumenty, w oparciu o które teraz odbywają się dochodzenia sprawdzające postępowania biskupów; znosząc sekret papieski. To są kamienie milowe, które czynią łatwiejszą sytuację osób pokrzywdzonych.

Ale w swojej sprawie?

Tu główny problem polega na tym, że werdykt Gdańskiego Trybunału Metropolitalnego w sprawie ks. Dymera wciąż pozostaje tajny. A bezwzględnie powinien być ogłoszony. Tego wymaga elementarne poczucie sprawiedliwości. Powinny poznać ten wyrok przede wszystkim osoby pokrzywdzone. Nie powinno być nawet cienia wątpliwości, że one mają prawo usłyszeć ten wyrok.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Sam w tej sprawie otrzymałem już oficjalne odmowy z gdańskiego Trybunału, który podjął wyrok w drugiej instancji, i od metropolity szczecińsko-kamieńskiego, który wyrok otrzymał. Trybunał stwierdza, że o ujawnieniu wyroku musi zdecydować Kongregacja Nauki Wiary. Natomiast abp Andrzej Dzięga (skądinąd prawnik kanonista) pisze do mnie, że wyrok może ujawnić tylko Gdański Trybunał Metropolitalny lub Kongregacja Nauki Wiary.

Przygotowuję więc odpowiednie pismo do Watykanu. Zostanie ono wysłane za pośrednictwem generała mojego zakonu. To jest sytuacja absolutnie nie do przyjęcia – i rzecz jasna, nie chodzi tu tylko o mnie osobiście, lecz o zasady, jakimi powinien kierować się Kościół w procesach rzekomo nastawionych na przywracanie sprawiedliwości i zbawienie dusz.

Przeczytaj także list ojca Tarsycjusza do redaktora „Naszego Dziennika”: Rzeczywisty stan sprawy ks. Dymera

Podziel się

13
2
Wiadomość

Komentarze (18)

Nastawiałam się na rekolekcje z Księdzem. On-line. Ich początek przypadał na dzień 25 marca – Zwiastowanie. W trakcie mszy św. były czytane słowa z Ewangelii o Zwiastowaniu NMP. Opowieść o młodej kobiecie w sytuacji podbramkowej, której dano wybór, i która wybrała mądrze. Ksiądz za to mówił o poczętych dzieciach, o adopcji zarodków, o aborcji (módlmy się za osoby popierające aborcję, aby..(…)). Ani słowem nie powiedział Ksiądz o kobietach, które są w tych ciążach. Zupełnie jak na akcji billboardowej tych szemranych konserwatystów: płód jest przedstawiony w serduszku, kobiety w tym wszystkim brak, chyba, że dokonuje aborcji (ale jak, skoro płód jest w serduszku, a nie w kobiecie ?). Bardzo mnie zabolało, że znowu nie było mowy o wyborze Maryi, o Jej wolnej woli, o Jej decyzji. Dobrej decyzji. Było tradycyjnie: o Maryi Dziewicy, niechcianych dzieciach poczętych, które można sobie „duchowo” adoptować (tanio, bezproblemowo) i o aborcjonistach. Po tym wezwaniu o modlitwę za ludzi popierających aborcję wyłączyłam transmisję. Cóż mogę powiedzieć: że oczekiwałabym więcej empatii w podejściu do praw reprodukcyjnych kobiet ( a w praktyce wielu tragicznych sytuacji bez wyjścia i szans na realną pomoc od osoby, która wiele przeszła, ale ostatecznie miała wybór i wybrała ? Dodam, że doprawdy, nie o mnie chodzi, choć owszem, ja także żądam prawa do wyboru. Dodam, proszę Księdza, że ten dzień z Księdza rekolekcjami o duchowej adopcji płodów miał swój koniec: wieczorem wylądowałam z chorą bliską krewną na izbie przyjęć warszawskiego szpitala. W środku nocy z 25 na 26.03 przyszła dziewczyna w ciąży, szukając dla siebie (dziecka ?) któryś dzień z rzędu pilnej pomocy medycznej. W kolejnej placówce. W poradni nie dało rady: ani tu, ani tam, może więc przez izbę przyjęć, może przez SOR… Została odesłana. Chora kobieta w ciąży została odesłana kolejny raz w kolejnym miejscu. Jakiś kwadrans samochodem od kościoła, w którym Ksiądz tak pięknie mówił… Nie napiszę więcej, bo dzisiaj jest Księdza święto.

Jak Pani wie, nagrania z rekolekcji są dostępne online. Ale, rzecz jasna, jedynie zachęcamy. Nie ma ani obowiązku słuchania, ani zgadzania się we wszystkim z rekolekcjonistą.

Rozumiem Pani ból i trudne emocje, ale to nie jest wina ks. Tarsycjusza. Obrona dziecka nie jest atakiem na matkę, choć być może niektórzy z pro-choice tak to odbierają.
Rekolekcje były po mszy. I właśnie mistagogicznie o Chrystusie. I nawet zaskakująco, pomimo wielu własnych doświadczeń to nie było o ks. Tarsycjuszu, choć na pewno w życiu musiał wiele goryczy przetrawić, tylko o Nim. Tak po prostu. Bo krzywdy trzeba czasem wykrzyczeć i nie można milczeć, ale potem nadal pozostajemy tak jakoś poobijani emocjonalnie i duchowo. Ciężko się pozbierać i to jest moment gdy potrzeba Jego.

Pani Matyldo, proszę się nie przejmować negatywnymi komentarzami. Zgadzam się z Panią w pełni: kobieta w naszej religii jest traktowana przedmiotowo, jakby nie miała umysłu i nie mogła sama decydować. Proszę zauważyć, że mężczyźni zawsze odbierają nam prawo do decyzji, bo w ten sposób mogą nas kontrolować. A Kościół instytucjonalny, zwłaszcza w Polsce, to mężczyźni, siostry zakonne wciąż są bardziej służącymi, które się wykorzystuje niż słucha. A wszelkie argumenty przeciw obecnemu status quo są zbijane rzekomą niechęcią do mężczyzn i ich prawem do decyzji o dziecku, etc. Tylko my, kobiety możemy zmienić to patriarchalne podejście, nie ustępujmy i walczmy o podmiotowość!

Pani Moniko! Zycie dzieci to nie wasza własność! Myslicie tak: seks tak ale owoc tego seksu a nie Miłości nalezy zabić! 5 NIE ZABIJAJ ! Ojcowie tez mają prawo glosu, ktore jest im odbierane! No własnie: pisze Pani tylko my kobiety! A ojcowi dzieci to juz nie mają prawa glosu? Jakim prawem? Gdzie jest takie zapisane prawo? Szokujaca wypowiedz!

„Duchowej adopcji płodów” Pani Matyldo! To jie płód a dziecko! My tez tacy bylismy! Pani zyje, my żyjemy! A im, tym niewinnym dzieciom nie pozwala sie życ! Jakim prawem? Kim my jestesmy? Nikim! Ludzie są gorsi niż zwierzęta! Wszystkim kobietom w ciazy nalezy sie pomoc, tak, bez dwoch zdań! Takze Tym, ktorych dzieci sa chore bedąc pod sercem swych mam i tym dzieciom tez pomoc sie nalezy! Tak wiele operacji tych malenkich dzieci przeprowadza sie w łonach mam! Są tez hospicja preinatalne aby te dzieci mogły odejść z godnoscią, aby tez zostały ochrzczone. Dziecko w serduszku to najpiek iejszy widok! Co Pani w tym widoku, obrazie przeszkadza? Mi przeszkadza dewastacja tych bilbordów! To jest zdziczenie , to są słudzy szatana!

Naprawdę nie rozumie Pan intencji zawartej w myśli p. Matyldy czy chce Pan krzykiem zagłuszyć wyrzuty sumienia?

Ja rozumiem- i nie zgadzam się na manipulowanie słoiwem „wybór” w kontekście zestawiania Maryi z „wyborem” aborcji i „prawami kobiet”. To, że jakaś prawda jest trudna i wymagająca, bolesna do przyjęcia nie znaczy że jest mniej prawdziwa. Z wieloma rzeczami musiałam się poukładać w życiu, a od Kościoła oczekuję wlaśnie gloszenia prawdy, nawet jesli ona czasem nie pasuje, jest trudna albo komuś trudno jest ją realizować. Mi też jest trudno z niektorymi rzeczami, dużo jest sytuacji trudnych w życiu, z których nie ma dobrego wyjścia. To nie znaczy że trzeba nazywać złe wyjście dobrym lub wręcz żądać od wszystkich uznania „prawa” do trgo złego wyjścia. Pomijam niezrozumiałe dla mnie obciążanie kosciola odpowiedzialnoscia za to ze szpital źle potraktował pacjentkè. Ten ciag myslowy jest dla mnie tajemnicą. Ja nie chcę „prawa” do zabicia moich własnych dzieci, to jest dla mnie potworny koncept. Nazywanie tego „wyborem” jest nieporozumieniem.

Jakie wyrzuty? Obrona zycia niewinnych dzieci to krzyk? Tak Wy własnie myslicie! A życie kazdego z nas jest darem! Pana tez!

Spokojnie.

Po pierwsze, jacy wy? Od razu tworzy sobie Pan wizję Ciemnej Wrogiej Masy? Hordy Wrogów Życia sterowanej przez Wiadomo Kogo? Nie. Ja i pani Matylda to nadal dwie jednostki a nie My/Wy Bardzo proszę pamiętać, że istnieje coś takiego jak personalizm katolicki. I warto go zastosować.

Po drugie proszę policzyć wykrzykniki i wielkie słowa w swoim i w moim tekście. Naprawdę Pan nie krzyczy?

Po trzecie zanim zacznie Pan krzyczeć dobrze byłoby najpierw pojąć o co chodziło przedmówczyni. No to wyjaśnię. Kobiety sa z Wenus i dlatego myślą trochę inaczej niż mężczyźni z Marsa. Dziecko dla kobiety to nie platońska idea Czystej Niewinnej Dzieckowatości ale szereg konkretnych obowiązków związanych z opieką, karmieniem, przewijaniem, przebieraniem, itp. To nieprzespane noce, to nie raz zawalone plany osobiste i zawodowe. Żeby zmniejszyć liczbę aborcji nie wystarczy wykrzykiwanie Wielkich Słów. Pani Matyldzie chodziło o to, że adopcja duchowa to za mało, od niej nie wypierze się ani jedna pełna kupy pielucha, nie kupi samo w sklepie ani jedno Bebiko. To bardzo prosty sposób uciszania sumień że nic się realnie nie pomogło, to sposób na puszenie się na rynku że tak bardzo walczę o życie nienarodzonych nie robiąc dla nich de facto nic poza publicznymi modłami.

Zamiast tego lepiej by takiej kobiecie obiecać (i dotrzymać potem słowa) konkretną pomoc w przypadku gdy jednak zdecyduje się ciążę utrzymać i urodzić. I zrobić to po cichu, w drzwi/drzwi z sąsiadką. Obiecać pomoc po porodzie, zakup tego, na co taka samotna często kobieta sobie nie może pozwolić, obiecać pomoc w opiece codziennej i praniu pieluch. To lepiej zadziała, to będzie miało większy wpływ na decyzję o narodzinach dziecka niż modlitwy czy Pańskie wykrzykniki. Po ich usłyszeniu żadna realna, konkretna kobieta w ciąży nie zachęci się do nie pójścia na aborcję.

Dobro czyni się w ciszy, bez krzyku i bez wymyślania Spisku Sił Potwornych.
Proszę zrozumieć. Chyba że jedno i drugie sprawia Panu przyjemność……

Pan Marek nic nie rozumie. To modlitwa ma najwiekszą wartość i ogromną moc , duzo wiekszą od pomocy materialnej, ktora tez jest potrzebna. W swym komentarzu
Pan ani słowa nie napisał o roli Ojców, a czy Ojcowie nie piorą pieluch, ubranek, nie karmią nie kąpią dzieci? Czemu o tej ro,i jaką oni tez wykonują niema w Pana komentarzu ani słowa? Znam takich ojców, onì są posród nas, i pieknie sie swymi dziecmi opiekują, dla samotnych Mam są do y samotnej Matki , dla Mam majacych trudnosci jest Fundacja Małych Stópek , jaka jest od lat w Szczecinie, ta fundacja pomaga własnie materialnie. Nikt nie ma prawa odbierać życie! Nikt! Pan nie zauwaza , ile po cichu dobrego dzieje sie wewnatrz Koscioła a to my jestesmy Kosciołem. Jesli jest Pan ochrzczony to tez i Pan tworzy Kosciół. I proszę zrozumieć ze modlitwa ma ogromną moc, a kazde życie, kazde , jest święte.

Są instytucje, są fundacje. I chwała im.
Ale to nie zwalnia każdego z nas od odpowiedzi: „Co ja bym zrobił. gdyby moja 14-letnia córka została zgwałcona i zaszła w ciąże?” Ja wiem, że w takiej sytuacji mojej córce doradzałbym, prosiłbym aby urodziła. Tłumaczyłbym, że choć między gwałtem a dzieckiem istnieje związek przyczynowy to jednak dziecko nie jest gwałtem. Ono się na świat nie prosiło.

Łatwo recytować dobre rady, nakazy i zakazy dla wszystkich kobiet, gorzej gdy teoria zamieni się w koszmarną praktykę mojej rodziny. Nie raz ginekolodzy bąkali: „Zdziwiłby się pan gdybym powiedział kto przyprowadzał córki na aborcję. Zawsze była to sytuacja nadzwyczajna”. Zamiast zbawiać ludzkość zastanówmy się co byśmy zrobili w zaciszu swojego mieszkania gdy takie wydarzenie wywraca do góry nogami cały dotychczasowy ład, plany, marzenia, zmusza do poświęcenia dla niego wiele.

Jak bym zareagował gdyby okazało się że dziecko jest obciążone wadami kończącymi de facto córce całe jej samodzielne życie i przykuwające ją do łóżeczka? Nie wiem. Może bym zgodził się na aborcje? Może. Ale na pewno bym nie zmuszał innych do heroizmu, za który ja nie będę płacił ani pieniędzmi ani całym życiem. To łatwe, bardzo łatwe……

Panie Marku doceniam Pana troskę, ale proszę, aby się Pan nie wypowiadał w moim imieniu czym jest dla mnie dziecko. Myślę że chce Pan okazać troskę, ale niestety brzmi to jakby mi Pan sam tłumaczył co myślę i co czuję, niestety tak nie jest. Może wiec powiem jeśli mogę – dziecko jest dla mnie darem, odpowiedzialnością i niezasłużonym zaszczytem, zaskoczeniem i źródłem sensu, wzrostu i miłości w moim życiu. To o czym Pan pisze jest zaledwie przeszkodą i trudnością, która mnie buduje i wzmacnia. Więc uprzejmie proszę o nieredukowanie mnie i mojego myslenia do poziomu pieluch i mycia podłogi. „Daj jej bebiko to urodzi”
Myślę, że nie ma Pan racji i pokazuje to przykład krajów gdzie „prawa reprodukcyjne” są zapewnione w pełni. Ta wizja, że wystarczy kobiecie dać bebiko i prawo do aborcji i ona wtedy tego nie zrobi jest bardzo naiwne, nawet nie wiem czy potrzeba przytaczać chociażby wypowiedzi aktywistek feministycznych co do powodów popełniania przez nich aborcji. Kwestia polega na tym, czy rzeczywiście uznajemy, że kobieta w ciąży jest połączeniem dwóch odrębnych ludzi, czy też nie. Wiele osób twierdzi, że nie, że dziecko jest mniej ważne w jakiś sposób od kobiety, że jest intruzem, a zabicie go jest jej tak zwanym „prawem”. Gadanie o pieluchach i butelkach bebika może mieć uzasadnienie w czesci przypadkow, kobiet biednych ale moralnie uformowanych.
Tak, potrzebna jest pomoc kobietom, a nie „prawo do zabicia dziecka”.
Zarzuca Pan wrzucanie do wspolnego worka i wzywa do personalizmu – o kim Pan mowi konrektnie ze nie robi nic poza publicznymi modłami? Jak mniemam nic Pan nie wie o Panu Tomaszu, ani nawet o ksiedzu o ktorym mowa w artykule – wiele osob robi takie rzeczy – w ciszy i bez krzyku tak jak Pan napisal. Osobiscie lub wspierajac rozne chrzesnijanskie inicjatywy, domy samotnej matki, prowadzac rodziny zastepcze.

A czemu Pani wypowiada się w imieniu innych kobiet ? Kobieta w ciąży jest kobietą w ciąży,a nie dwiema istotami. Jest istotą żywą i narodzoną, zaś płód, który jest w niej to przyszłe potencjalne dziecko. Nie ma wątpliwości, że w razie konfliktu życie , zdrowie matki, życie zdrowie przyszłego dziecka prawo i medycyna, każdy, kto nie jest tą kobietą w ciąży musi dać pierwszeństwo życiu i zdrowiu kobiety w ciąży, a nie życiu i zdrowiu płodu kosztem matki. Odwrotną decyzję może podjąć tylko kobieta, i wtedy możecie mówić o heroiczności cnót tej kobiety, i rozważać jej świętość.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.