Wakacyjna promocja Wydawnictwa Więź

Lato 2021, nr 2

Zamów

Dominikańska recydywa

Dominikanie, Kraków 2009. Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta

W latach 2011 i 2018 ojciec Paweł M. wykorzystał seksualnie siostrę zakonną. Nie doszłoby do tych nowych krzywd, gdyby dominikanie prawidłowo zareagowali na wcześniejsze zgłoszenia. – Jestem gotowy ponieść konsekwencje – mówi prowincjał o. Paweł Kozacki.

Polska prowincja dominikanów przechodzi właśnie swoje katharsis. Zakonnicy przyznają, że niewystarczająco wsparli osoby skrzywdzone w latach 1996-2000 we wrocławskim duszpasterstwie akademickim. Chcą wyjaśnienia sprawy do końca. „W sposób jak najbardziej jawny i możliwie szybki” – jak oświadczył prowincjał Paweł Kozacki OP.

Przejrzystość wymaga jednak stanięcia w pełnej prawdzie i uczynienia tego z własnej woli. Nie dzieje się ani jedno, ani drugie. Władze prowincji polskiej nie mówią wszystkiego, co już wiedzą. A cień na deklaracjach o samooczyszczeniu kładzie chronologia.

Okazuje się, że 2 marca br., pięć dni przed publiczną deklaracją ojców dominikanów o chęci wyjaśnienia sprawy ojca Pawła M., do prokuratury trafiła nowa – nieprzedawniona – sprawa kobiety skrzywdzonej przez tego zakonnika. Do czynów doszło wedle identycznego schematu przemocy duchowo-seksualnej, jak przed laty we Wrocławiu. Tym razem osobą skrzywdzoną jest siostra zakonna. 

Przełomowe, ale spóźnione

Ta historia wymaga tyle samo dokładności, co delikatności. Zawiera świadectwa skrzywdzonych kobiet, w które trudno uwierzyć – okrutnych i wymyślnych zbrodni fizycznych i psychicznych. Wydaje się nieprawdopodobne, że ich sprawca wciąż jest duchownym. Diabelska analogia między czynami dokonanymi przez o. Pawła M. 20 lat temu (które opinia publiczna poznała w ostatnich dniach), a tymi całkiem niedawnymi, które ujawniamy poniżej, pozwala na spięcie tej historii w jedną całość.

W sprawie s. Małgorzaty nie może być mowy o przedawnieniu karalności czynów – działo się to przed kilku laty. Natomiast sprawa Weroniki i innych kobiet, choć przedawniona, uwiarygadnia historię zakonnicy

Paulina Guzik

Udostępnij cytat

Ważną rolę odgrywa w tej historii ojciec Leopold (imię zmienione, zakonnik z innego zgromadzenia niż dominikanie). To do niego zgłosiła się zakonnica molestowana przez o. Pawła M. w ostatniej dekadzie. Ojciec Leopold znał wcześniej sprawę Weroniki (imię zmienione), wielokrotnie zgwałconej przez o. Pawła M. przed laty we Wrocławiu. – Choć są to sprawy z dwóch różnych okresów i dwóch różnych przestrzeni, doświadczenia obu kobiet z dominikaninem są całkowicie spójne – mówi mi o. Leopold. On sam chce pozostać anonimowy ze względu na zaufanie, jakim obdarzyła go siostra Małgorzata (imię zmienione), i ze względu na fakt, że miejsce jego zamieszkania zdradziłoby miejsce pobytu skrzywdzonej zakonnicy. 

Obie kobiety zeznawały już w tej sprawie w prokuraturze w Katowicach. Zeznawał tam również dominikanin o. Marcin Mogielski, który jako pierwszy poznał sprawę o. Pawła M., odkąd w 2000 roku przejął wrocławskie duszpasterstwo po krzywdzicielu.

Ważne będzie także spojrzenie (w dalszej części tekstu) na wieloletnie zajmowanie się sprawą przez samych braci dominikanów. Niewątpliwie przyszło im mierzyć się z tą niewyobrażalną krzywdą jeszcze w czasach, gdy uniwersalnych procedur działania w takich sytuacjach nie było. Wszystko zaczęło się, zanim wybuchły wielkie skandale w Stanach Zjednoczonych, Irlandii, Francji czy Niemczech. Sprawa jednak ciągnęła się latami, atmosfera w Kościele w tym czasie się zmieniała, a ofiary o. Pawła M. wciąż wołały o zrozumienie. Przez 21 lat dominikanie nie wszczęli ani procesu kanonicznego, ani karnego – choć były podstawy do stawiania zarzutów o popełnienie poważnych przestępstw. 

Przełomowy charakter miało oświadczenie wrocławskiego klasztoru dominikańskiego z 7 marca. Ujawnia ono fakty, zawiera prośbę do osób skrzywdzonych o dokonywanie zgłoszeń, zapewnia o bliskości z nimi. Użytego w nim, przepełnionego wrażliwością, języka mogłyby uczyć się wszystkie instytucje kościelne. Wciąż jednak – czego dowodzą poniższe rozmowy i kolejne potworne zranienia – jest to oświadczenie bardzo spóźnione. 

Mechanizmy działające w dominikańskich strukturach władzy umożliwiły „morderstwo duszy” kolejnej niewinnej osoby (określenie o. Hansa Zollnera). Nie doszłoby do tych nowych krzywd, gdyby wcześniej dominikanie zareagowali prawidłowo. Powinni byli to uczynić i w 2000 roku, i w ostatnich latach.

Skrzywdzonej Weroniki i o. Leopolda wysłuchałam osobiście. Relację s. Małgorzaty poznałam telefonicznie od niej samej.

Przemoc psychiczna, duchowa, fizyczna i seksualna

Duszpasterstwo Akademickie „Dominik” we Wrocławiu powstało w 1971 roku. Obchodzi właśnie jubileusz 50-lecia istnienia. W 1996 roku jego prowadzenie w powierzono o. Pawłowi M. – charyzmatycznemu kapłanowi o wielkiej sile przyciągania. Na jego msze przychodziły tysiące młodych. Nie każdy jednak mógł wejść do grona najbardziej zaufanych.

– Wybierał osoby, które nie miały gdzie wrócić, dziewczyny, które potrzebowały pomocy – mówi Weronika. – Z każdej strony jesteś otoczona miłością i akceptacją, której w domu nie dostawałaś – dodaje. To było typowe działanie dla sekty, choć to właśnie o. Paweł prowadził równocześnie wrocławski dominikański ośrodek informacyjny o sektach. Do jego grupy należały w większości kobiety. I to one były fizycznie krzywdzone. Manipulacja psychiczna dotyczyła natomiast zarówno kobiet, jak i mężczyzn.

– Tłukł mnie do nieprzytomności, a potem gwałcił. Pamiętam, jak raz uciekłam. Dogonił mnie swoim busem i zaciągnął za włosy do środka. Tłumaczył, że jeśli nie wypełnię we wspólnocie woli Bożej, diabeł zdobędzie cały świat – mówi Weronika.

Po latach okazało się, że nie tylko Weronika doświadczyła przemocy psychicznej, duchowej, fizycznej i seksualnej. Kobiety, będąc w latach 1996-2000 w jednej wspólnocie, nie wiedziały o pozostałych skrzywdzonych. Cała grupa wierzyła bezgranicznie, że musi trwać przy duszpasterzu, jakby świat miał zawalić się bez nich. Oprawca zasłaniał się duchowością i teologią, tłumacząc, że ten, kto jest przeciwko niemu, jest przeciwko Duchowi Świętemu.

– Życie polegało na notorycznej modlitwie, w dzień i w nocy, jakbyśmy byli specgrupą, która uratuje cały Kościół. W czasie modlitwy kazał prorokować, udowadniać, że ktoś coś nieczystego trzyma w sobie, że nie przyjmuje charyzmatów. I nagle miał światło od Pana Boga – zaczynał bić innych, bo tylko w ten sposób był w stanie wydobyć odpowiedź na Boże wezwanie – opowiada Weronika. Normą były dziewięciodniowe nowenny w zamknięciu, posty bez jedzenia i picia albo nakaz odmawiania różańca przez całą noc.

Ojciec Paweł spędzał z dziewczynami długie godziny w konfesjonale. – Akty seksualne były tylko moim grzechem, dla niego było to jedynie rozeznawanie nieczystości – wspomina Weronika. – Rozeznawanie, posłuszeństwo i wina to były jego słowa klucze. Często straszył, że jeśli czegoś nie zrobisz, ucierpi ktoś z twojej rodziny.

Dziewczyny zawalały kolejne egzaminy na studiach. – Nie było kiedy chodzić na uczelnię. Jeśli dostawałyśmy rano informację, że mamy odmówić dziesięć razy cały różaniec, to już nie było czasu na zajęcia. Sama wyparłam to z pamięci, ale koleżanka mi przypomniała, że raz pożyczyła mi buty, abym mogła iść na egzamin. Paweł rozeznał, że trzeba mi je zabrać – opowiada skrzywdzona kobieta.

Do pierwszego gwałtu doszło podczas jednego z wyjazdów, nazwanego „ewangelizacyjnym”. Weronika: – Obudziłam się w nocy, dusił mnie ręką i syczał do ucha, że jak zacznę krzyczeć, to znaczy, że jestem niewierna Bogu i komuś bliskiemu stanie się krzywda. W tym samym czasie już ściągał mi bieliznę. Kiedy po wszystkim poszłam się umyć, wpadł do łazienki, docisnął mi głowę do szyby i zrobił to jeszcze raz.

Później gwałty były regularne: – Gwałcił nie tylko kilka razy w tygodniu, czasem kilka razy dziennie. Dopiero po latach dowiedziałyśmy się, że urządzał wycieczki od pokoju do pokoju.

Jak w klasycznej sekcie – wykorzystywał też młodych finansowo. Wymuszał przekazywanie książeczek mieszkaniowych, oszczędności, prace na rzecz wspólnego lokum: – Gdyby nam kazał za sobą skoczyć w ogień, to byśmy to zrobili. I nikt by o tym nie wiedział. Paweł miał obsesję trzymania wszystkiego w tajemnicy.

Kara – nie kara?

W roku 2000 o. Paweł M. zostaje przeniesiony z Wrocławia. Opiekę nad duszpasterstwem przejmuje o. Marcin Mogielski. To jego rodzony brat Marek, wychowawca Ogniska św. Brata Alberta w Szczecinie, odbijał się od kurialnych drzwi, gdy z innymi wychowawcami próbowali zgłosić krzywdy wyrządzone wychowankom przez ks. Andrzeja Dymera. Trzy lata później sam Marcin Mogielski zbierze świadectwa osób wykorzystanych w jego rodzinnym Szczecinie, wciągnie do walki o sprawiedliwość swoich prowincjałów Macieja Ziębę i Krzysztofa Popławskiego, a w efekcie będzie przez lata oczerniany przez szczecińskich hierarchów (więcej na ten temat w reportażu „Przeczekamy i prosimy o przeczekanie”). 

Marcin Mogielski tak mówi o przejęciu Duszpasterstwa „Dominik” od o. Pawła M. w rozmowie Artura Nowaka w „Gazecie Wyborczej” z 20 marca: „Na początku zobaczyłem zbuntowane, totalnie zamknięte i wściekłe na mnie osoby. Zakończyłem więc szybko spotkanie i powiedziałem: «Dziękuję bardzo, ja się nie będę z wami spotykał. Nie będę się kopał z koniem»”. 

Ojciec Maciej Zięba
Ojciec Maciej Zięba. Fot. Adam Walanus / adamwalanus.pl

Grupa była tak przywiązana do o. Pawła, że nie chciała słyszeć o nikim innym. O. Mogielski szybko jednak, chcąc rozbić sekciarską grupową lojalność, zaczął spotykać się z młodymi indywidualnie. Wtedy, jak mówi w „Wyborczej”, „mury zaczęły jednak pękać” – młodzi zaczęli otwierać się przed nowym duszpasterzem, opowiadając o doznanych krzywdach. 

– Od samego początku uwierzyłem dziewczynom – mówi mi o. Mogielski – bo wcześniej miałem z o. Pawłem M. przykre doświadczenia w sferze duchowej. Gdy w 1995 roku byłem klerykiem dominikańskim w Krakowie, Paweł M. przyjechał z Wrocławia i zrobił nam dziwne spotkanie modlitewne. Już wtedy ta formuła wydawała się niepokojąca – nie można było na przykład iść dalej z modlitwą, bo ktoś jest zablokowany i coś kryje – a jeśli skończymy, to szatan zrobi nam krzywdę.

O. Mogielski nie tylko uwierzył pokrzywdzonym kobietom, ale też spisał ich relacje i przekazał je ówczesnemu prowincjałowi – o. Maciejowi Ziębie. Ten, na co wszystko wskazuje, nie przeprowadził jednak formalnego procesu kanonicznego, lecz administracyjnym dekretem z czerwca 2000 roku nałożył na krzywdziciela roczny zakaz sprawowania sakramentów oraz nakazy miesięcznego zamknięcia u kamedułów i rocznej pracy w dziecięcym hospicjum.

Osadźmy te decyzje w historycznym kontekście. Kościelnych wzorców postępowania w takich sytuacjach nie było. Jest rok 2000 – dopiero za dwa lata w Stanach Zjednoczonych wybuchnie skandal znany z filmu „Spotlight”. Jeszcze rok pozostaje do opublikowania pierwszego potężnego papieskiego dokumentu („Sacramentorum sanctitatis tutela”), który nakazuje kierować „najcięższe przestępstwa” przeciwko małoletnim do Kongregacji Nauki Wiary. Tu jednak chodzi o osoby dorosłe…

Ale i na to znajdziemy wtedy kościelne przepisy. Obowiązuje przecież Kodeks prawa kanonicznego z 1983 roku, który w kanonie 1395 par. 2 formułuje jasną normę: „Duchowny, który w inny sposób wykroczył przeciwko szóstemu przykazaniu Dekalogu, jeśli jest to połączone z użyciem przymusu lub gróźb (…) powinien być ukarany sprawiedliwymi karami, nie wyłączając w razie potrzeby wydalenia ze stanu duchownego”. W opisywanych sytuacjach stosowanie przymusu i gróźb wydaje się poza dyskusją.

Prawo zakonne jest jeszcze mocniejsze, gdyż według kan. 695 „członek [zgromadzenia] powinien zostać wydalony z powodu przestępstw, o których w kan. (…) 1395”. Zakonnicy składają wszak śluby czystości. Od normy można jednak odstąpić, jeśli „przełożony uważa, że wydalenie nie jest bezwzględnie koniecznie”. 

„Nigdy nie powróci do duszpasterstwa” 

Wszystko wskazuje na to, że ówczesnemu prowincjałowi dominikanów zabrakło wystarczającej wrażliwości na krzywdę osób dorosłych – duchowo jednak zależnych od zakonnika i dlatego bezbronnych. Zgodził się jednak na pokrycie kosztów terapii dla osób skrzywdzonych. Weronika skorzystała z niej dwa razy i – jak sama mówi – nie kontynuowała, bo „procedura proszenia o podpis dominikanów na każdym rachunku z poradni była upokarzająca”. Potwierdza też, że inne kobiety z niej korzystały.

Kobieta przywołuje, że o. Zięba miał ją zapewnić, iż krzywdziciel „nigdy nie powróci do pełnienia funkcji duszpasterskich, nie będzie publicznie odprawiał Mszy świętych ani spowiadał”. Słowa te – według wiedzy, którą mamy dzisiaj – nie znalazły odzwierciedlenia w długofalowych decyzjach. W wywiadzie dla Onetu dwie inne skrzywdzone kobiety wspominają, że gdy z grupą dziewcząt pojechały z Wrocławia do Warszawy, by osobiście porozmawiać z o. Ziębą, ten miał je zbyć i powiedzieć, że „jeżeli planujemy jakąś akcję prasową lub sądową, to on jest na to przygotowany”.

Akty seksualne były tylko moim grzechem, dla niego było to jedynie rozeznawanie nieczystości

Weronika

Udostępnij cytat

Oprócz decyzji, o których pisałam wyżej, o. Zięba zabronił także Pawłowi M. prowadzenia grup duszpasterskich poza kościołem (według mojej wiedzy bez ograniczeń czasowych). Zlecił też specjalistom analizę psychologiczną sprawcy, co uważano wówczas (i, jak się okazuje, także całkiem niedawno, o czym piszę dalej), za wystarczającą procedurę w Kościele. Przeprowadził także konfrontację zakonnika z współbraćmi, zmuszając go do samodzielnego przyznania się do winy, choć według moich informacji, o. Paweł M. przyznał się publicznie jedynie do psychomanipulacji, nie do gwałtów.

W 2006 roku prowincjałem zostaje o. Krzysztof Popławski. 

Dwa lata później, w sierpniu 2008 r., o. Paweł M. obchodzi 25-lecie ślubów zakonnych. Na jednym z portali społecznościowych pisze: „Po 25 latach życia w zakonie czuję się bardzo obdarowany i szczęśliwy. Cieszę się, że tego szczęścia nie zniszczyło żadne zło, ani to we mnie, ani to wokół mnie. (…) Dziękuję wszystkim, którzy mnie w tym wsparli modlitwą, dobrym słowem i miłością. Przepraszam tych, których w jakikolwiek sposób zawiodłem lub zraniłem. Jubileusz jest więc dla mnie okazją, aby na nowo publicznie wyznać, że pomimo wszystkich moich upadków, słabości i błędów, kocham mojego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa”.

Oprócz świętowania jubileuszu kapłaństwa zakonnik chwali się w mediach społecznościowych doktoratem, napisanym pod okiem o. prof. Jacka Salija na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego: „Ostatnie lata były dla mnie czasem życia ukrytego. Jednym z owoców tego czasu jest praca doktorska: «Maryja w teologii mistycznej M.D. Philippe’a OP». (…) W twórczości teologicznej Marie-Dominique Philippe’a znalazłem prawdy, które karmiły moje życie wiary i pomagały zrozumieć moje doświadczenia”. 

Ten wątek historii o. Pawła wymaga oddzielnego zbadania. Przypomnijmy bowiem, że w 2019 r. wyszło na jaw, iż zmarły w 2006 roku założyciel Wspólnoty św. Jana francuski dominikanin – bohater doktoratu polskiego zakonnika – wykorzystał seksualnie co najmniej 15 kobiet. W większości przypadków jego czyny poprzedzone były nadużyciami władzy i sumienia, w powiązaniu z kierownictwem duchowym. Doktorat został obroniony w roku 2008. Nie wiadomo, czy o. Paweł M. miał jakieś kontakty z M.-D. Philippem i jego mistyczno-erotyczną pseudoteologią już w latach 90. XX wieku, gdy sam dopuszczał się podobnych czynów we Wrocławiu. 

Wspomniany już ówczesny prowincjał dominikanów o. Krzysztof Popławski przyznaje w rozmowie ze mną, że gdy został prowincjałem w 2006 roku, otrzymał niepokojące sygnały o o. Pawle: – Rozmawiałem z jednym z naszych prawników i on powiedział, że nie można karać dwa razy za to samo. Dla mnie to, co zrobił Maciej jako prowincjał, to wziął całą sprawę na siebie i ukarał Pawła suspensą.

W 2010 roku o. Popławski otrzymał list od jednej ze skrzywdzonych przez Pawła M. kobiet. W konsekwencji od 1 lipca 2010 roku na nowo nałożył na zakonnika ograniczenia w pełnieniu funkcji kapłańskich. Skrzywdzone kobiety chwalą zresztą teraz publicznie o. Popławskiego, że zareagował na ich list konkretnymi decyzjami (Paweł M. odwołał się od nich do generała zakonu, jednak bezskutecznie).

Przyznaje też w rozmowie ze mną: – Byłem przekonany, że Paweł został przez Macieja Ziębę ukarany i że jest pod kontrolą. To są dwa moje przekonania z tego czasu. Błędne było moje przekonanie, że on jest pod kontrolą.

Posiadając teraz wiedzę o skrzywdzonej w 2011 roku siostrze zakonnej, o. Popławski dodaje w naszej rozmowie: – To jest także moja odpowiedzialność.

Liczy na wyjaśnienia niezależnej komisji, której powołanie zapowiedzieli dominikanie: – Mam nadzieję i liczę na to, że ta komisja rozwiąże wszelkie wątpliwości mając dostęp do wszystkich dokumentów i będzie potrafiła całą sprawę wyjaśnić do końca.

Jak krater wulkanu

Gdy w 2014 roku prowincjałem dominikanów zostaje o. Paweł Kozacki, zakazy wobec Pawła M. pozostają te same, co za o. Popławskiego: zakaz spowiadania, rozmów indywidualnych, poradnictwa duchowego oraz prowadzenia jakichkolwiek grup duszpasterskich. 

Atmosfera wokół wykorzystywania seksualnego w Kościele jest już jednak wtedy zupełnie inna niż w roku 2000, gdy sprawa pierwszy raz ujrzała światło dzienne, a nawet w 2005 roku, gdy papieżem został Benedykt XVI.

Przypomnijmy papieskie słowa z wywiadu rzeki Petera Seewalda „Światłość świata”. Obecny emerytowany biskup Rzymu mówi w nim, że choć już od dawna istniało kościelne prawo karne, to jednak często nie było stosowane z powodu naiwnego przekonania, że „Kościół nie może być już Kościołem prawa, ale Kościołem miłości; nie powinien więc karać”. Papież mówił w 2011 roku, że kryzys ten jest „jak krater wulkanu, z którego nagle wydobywają się ogromne chmury pyłu, wszystko zaciemniającego i zabrudzającego. Kapłaństwo okazało się nagle miejscem hańby”. 

W liście do Irlandczyków gromił biskupów i przełożonych zakonnych: „Nie można zaprzeczyć, że niektórzy z was i z waszych poprzedników dopuścili się poważnych niekiedy zaniedbań, nie stosując przewidzianych od dawna przepisów prawa kanonicznego dotyczących przestępstwa, jakim jest molestowanie dzieci. Popełniono poważne błędy w podejściu do oskarżeń”. 

W 2011 roku Benedykt XVI zlecił opracowanie przez krajowe konferencje biskupów własnych zasad i wskazówek, które uwzględniłyby specyfikę danego państwa i społeczeństwa. Dwie pierwsze zasady postępowania, które okólnik papieża stawia w centrum rozważań, to: 1. gotowość wysłuchania i pomocy dla ofiar przestępstw seksualnych oraz 2. zapewnienie ochrony dzieci i młodzieży. Tym samym pomoc skrzywdzonym i ochrona małoletnich stają się kluczowymi postawami zarówno w podejściu duszpasterskim Kościoła, jak i w stosowaniu norm prawa kanonicznego.

W 2013 roku papieżem zostaje Franciszek, który trzy lata później dokumentem „Come una madre amorevole” wprowadza odpowiedzialność przełożonych: biskupi reagujący opieszale na poważne przestępstwa duchownych mogą być usuwani z urzędu. 

W lutym 2019 roku odbywa się szczyt, podczas którego Franciszek wraz z biskupami wysłuchują skrzywdzonych. Papież apeluje o to, by „krzyk maluczkich” został usłyszany. Rozlega się potężny apel o Kościół wiarygodny, rozliczalny i przejrzysty. 

1 czerwca 2019 roku wchodzi zaś w życie motu proprio „Vos estis lux mundi”. Papież Franciszek dodaje w nim do czynów przestępnych – obok przemocy lub groźby – także „nadużycie władzy” w celu osiągania korzyści seksualnych. Nakazuje surowe ściganie takich przestępstw oraz przełożonych kościelnych, którzy je bagatelizują. 

„Gotowy przeprosić”

Kluczowe znaczenie dla „współczesnej odpowiedzialności” w sprawie dominikanów ma jesień 2019 roku.

18 grudnia Weronika pisze list do prowincjała o. Kozackiego. Skłoniło ją do tego dramatyczne dla niej wydarzenie – nie dość, że zobaczyła swego krzywdziciela przechadzającego się po ulicy, to jeszcze miał on głosić rekolekcje, oficjalnie zapowiedziane na stronie jednej z parafii.

W liście do prowincjała wyraziła swój żal i ból. Spytała o. Kozackiego, dlaczego krzywdzący ją i inne dziewczęta przez tyle lat człowiek mógł wrócić do działalności duszpasterskiej. Poznałam treść odpowiedzi na ten list.

Prowincjał odpowiada Weronice najpierw na zarzut przywrócenia o. Pawła M. do działalności duszpasterskiej jeszcze za działalności prowincjalnej o. Zięby: „Nie wiem, jakie motywy kierowały ojcem Maciejem przywracającym Pawła do posługi duszpasterskiej w Kościele, ale w dokumentach znalazłem dwie niezależne opinie psychologów, którzy po przebadaniu Ojca Pawła wyrażają pozytywną opinię na temat jego zdolności do pracy duszpasterskiej. One pewnie zaważyły na decyzjach ówczesnego prowincjała”.

O. Kozacki pisze dalej, że sam o takie – nowe – opinie zwrócił się po otrzymaniu prośby od o. Pawła M. o przywrócenie go do działalności duszpasterskiej: „Skierowałem go w 2016 roku na badania psychologiczno-psychiatryczne do doświadczonego zespołu psychologów i psychiatrów, zawodowo zajmujących się ocenianiem kryminalistów, którzy popełnili przestępstwa na tle seksualnym. (…) Zespół ten, po zapoznaniu się z wynikiem wcześniejszych ekspertyz oraz po przeprowadzeniu kilkudniowych badań nie stwierdził objawów ani zaburzeń, które mogłyby stanowić argument przeciwko wykonywaniu przez O. Pawła posługi kapłańskiej”.

„Na tej podstawie zgodziłem się – pisze o. Kozacki – w 2018 roku na odprawianie przez ojca Pawła pojedynczych mszy związanych z uroczystościami jego rodziny oraz na pojedyncze serie rekolekcji, na które każdorazowo musi on ode mnie otrzymać pisemną zgodę”.

Prowincjał dodaje, że utrzymane są pozostałe zakazy nałożone przez poprzednika – o. Popławskiego, w tym zakaz spowiadania, rozmów indywidualnych, poradnictwa duchowego oraz prowadzenia jakichkolwiek grup duszpasterskich. 

Na pytanie osoby skrzywdzonej – „Jak ten człowiek może głosić słowo Boże, skoro nie dokonała się nawet elementarna sprawiedliwość?” – prowincjał odpowiada: „Paweł od 20 lat ponosi konsekwencje czynów, których dokonał. Zdaję sobie sprawę, że biorąc pod uwagę wyrządzone przez niego zło, żadna zastosowana pokuta nie naprawiła wyrządzonej krzywdy”. Prowincjał deklaruje także możliwość publicznego potępienia czynów o. Pawła i przeproszenia. Deklaruje, że także o. Paweł M. jest gotowy „przeprosić i prosić o wybaczenie”. 

„Jeśli Pani lub ktokolwiek inny będzie potrzebował innej formy wsparcia lub pomocy – w miarę swoich możliwości jestem gotowy go udzielić” – dodaje o. Kozacki. List datowany jest na 9 stycznia 2020 roku, pół roku po wejściu w życie papieskiego motu proprio „Vos estis lux mundi”, które – jak już pisałam – wzmocniło ochronę osób dorosłych, zależnych do duszpasterzy, przed wykorzystywaniem autorytetu duchowego w celach wykorzystania seksualnego.

W liście prowincjała padają jeszcze ważne słowa – ważne z perspektywy kolejnej części tego tekstu: „To, czym kieruję się dziś przy swoich decyzjach, jest troska, by nikt więcej nie został skrzywdzony (…) Stale monitoruję jego poczynania i dbam o to, by nie powstało zagrożenie dla jakiejkolwiek osoby, a głównym jego zadaniem jest opieka nad naszymi seniorami. Zgadzając się czasami na głoszenie przez o. Pawła pojedynczych rekolekcji, uznałem, że nawet największy winowajca ma prawo do poprawy i zmiany swojego postępowania. Nie banalizowałem i nie banalizuję jego winy, nie lekceważę tego, co się stało i staram się zachować jak najdalej idącą ostrożność”.

Czy rzeczywiście tak było?

„Tak samo ją załatwił”

Mija rok od otrzymania przez Weronikę powyższej odpowiedzi. Po jej rozpaczliwym liście z 2019 roku sprawa stoi w miejscu. Nie zostaje wszczęte postępowanie kanoniczne (dlaczego powinno – o tym w ostatniej części tekstu). Na prokuratorskie postępowanie, wydawałoby się, nie ma szans, bo sprawy są już od lat przedawnione. 

Ale oto w styczniu 2021 roku do jednego z klasztorów męskich w Polsce przychodzi siostra Małgorzata. Wyznaje zaufanemu zakonnikowi, co ją spotkało. Jedni zobaczą w tym zrządzenie losu, inni wyraźną rękę Boga – faktem jest jednak, że siostra Małgorzata trafia akurat do o. Leopolda, który w 2019 r. pomagał Weronice pisać list do prowincjała dominikanów. W szczegółach zna on historię krzywdy kobiet z Wrocławia. O. Leopold mówi mi: – Pomyślałem sobie: to musi być on. To samo mówił siostrze Małgorzacie, co Weronice. Tak samo ją załatwił”.

Jak to przebiegało? S. Małgorzata poznała o. Pawła w swoim klasztorze w 2010 roku. – Pamiętam aurę czegoś świętego, charyzmatycznego. Miałam poczucie: wow, co za człowiek! – mówi mi dzisiaj zakonnica. To on poprosił o pierwszą rozmowę. Nie pamięta, co mu wtedy powiedziała, ale z jakiegoś powodu zostawił swój numer telefonu.

Na początku 2011 roku siostra przechodzi kryzys wiary. Dzwoni do o. Pawła, bo właśnie u niego chce się wyspowiadać. Odpowiada jej wtedy, że wyspowiadać jej nie może. Przed spotkaniem jednak oporów nie ma – odbywa się ono w styczniu 2011 roku na Freta w Warszawie. Od stycznia do maja trwają wielogodzinne, codzienne seanse „modlitewne” przez telefon, gdy siostra jest u siebie.

W kwietniu 2011 roku znów się spotykają. Dochodzi do pierwszej próby skrzywdzenia – oboje w pozycji leżącej, ojciec Paweł M. każe modlić się razem wiele godzin. Granica jednak nie zostaje przekroczona. 

Pojawia się już agresja słowna – na jakiekolwiek próby buntu dominikanin „krzyczał, że jestem nieposłuszna, niewierna, że od początku już wszystko psuję” – wyznaje s. Małgorzata. Scenariusz jest dokładnie taki sam, jak we Wrocławiu: wszystkie krzywdy były rozeznawaniem, a wszelki bunt – działaniem przeciwko Bogu, niewiernością i nieposłuszeństwem.

W maju 2011 roku s. Małgorzata słyszy, „że rozeznanie jest takie, że będzie mnie uzdrawiał i że trzeba zrobić kilka rzeczy”. Wtedy pierwszy raz ją wykorzystał seksualnie. Tłumaczył, że „Pan Jezus tego chce”.

– W lipcu 2011 roku o. Paweł mówi mi, że prowincjał Popławski przykręcił mu śrubę i że nie może odbywać rozmów duchowych, egzystencjalnych, teologicznych i filozoficznych – wspomina zakonnica. Nie przeszkadza mu to jednak od sierpnia 2011 roku dzwonić do siostry codziennie i mówić: „Ja nie mogę się z tobą modlić, ale mogę modlić się sam, a ty słuchaj”.

Rozmowy ponownie odbywają się każdej doby, trwają po kilka godzin, szczególnie długie są w nocy. S. Małgorzata: – Za wszystko trzeba było się modlić, żeby uratować świat, za prowincjała, żeby tak nie karał.

„To jest wola Boża”

W styczniu 2012 roku na pytanie s. Małgorzaty, jak to, co się wydarzyło w roku ubiegłym, ma się do ślubów czystości, o. Paweł odpowiada: „Pan Bóg otwiera furtki dobre dla człowieka, aby go uzdrowić, ale tobie pozwala na to tylko ze mną”.

Gdy wyznała mu raz: „Nie wiem, czy Pan Jezus chce, żebyś mnie tak traktował”, odpowiedział: „To jest wola Boża, przestań mnie ustawiać”. Kazał wyjawiać sobie wszystkie tajemnice – ale tylko jemu – jak na spowiedzi: – To była spowiedź bez rozgrzeszenia.

Nikt o niczym nie wie, siostra ucina, jeden po drugim, kontakty z przyjaciółmi i najbliższymi. „Każdy był wrogiem”. Przez dalsze pięć lat trwają codzienne rozmowy s. Małgorzaty z o. Pawłem, nocne seanse.

W 2017 roku siostra przełożona zaprasza o. Pawła M. na rekolekcje w ich klasztorze. Przyjeżdża raz w miesiącu. Regularnie przez cały 2018 rok.

– W 2018 roku zaczyna się pojawiać wątek czułości i przyjaźni – mówi s. Małgorzata. W maju, czerwcu, lipcu i sierpniu dochodzi do wykorzystania seksualnego, przedstawianego jako „uzdrowienie przez dotykanie”. – Ja miałam wyrzuty, że to wszystko przeze mnie. Teraz jednak chodziło już nie tylko o moje uzdrowienie, ale i jego, więc i jego trzeba było dotykać – wspomina zakonnica. Najgorsza krzywda wydarzyła się w czerwcu.

W styczniu 2019 roku nowa przełożona podejmuje decyzję o rezygnacji z przyjazdów dominikanina. Wizyty o. Pawła w klasztorze sióstr stają się sporadyczne. 

W styczniu 2020 roku s. Małgorzata idzie do spowiedzi – potem stara się trzymać już tego samego spowiednika. Zdradza o. Pawłowi, że myśli o terapii. W lipcu dzwoni do niej o. Paweł. – Krzyczał, że nadużyłam jego miłości, przyjaźni. A na pytanie, czy pomoże mi to rozeznać, odpowiedział: „ja nie będę ci już pomagał tego odkryć”.

Terapię stanowczo sugeruje jej spowiednik, zakonnica ma już objawy bulimii. Zaczyna terapię. Zrywa kontakt z o. Pawłem M. w październiku 2020 roku.

Opowiedzieć krzywdę

W styczniu 2021 roku, po miesiącach terapii, wyjawia swoją krzywdę terapeutce, choć wciąż myśli, że sama jest winna. Terapeutka reaguje natychmiast, sugerując zgłoszenie sprawy. 

Po tej sesji terapeutycznej zakonnica trafia do o. Leopolda. Mówi, co się stało i kto jest za to odpowiedzialny. – Poinformowałem s. Małgorzatę, że została skrzywdzona przez kogoś, kto jest recydywistą w działaniu, że to, co zrobił jej, zrobił wielu kobietom 20 lat wcześniej – mówi mi o. Leopold.

S. Małgorzata zgłasza krzywdę przełożonej. Ta natychmiast reaguje – traktuje swoją współsiostrę z najwyższą delikatnością, ale i stanowczością. „Mam obowiązek zgłosić tę sprawę” – powiedziała s. Małgorzacie.

Gdy zakonnica opowiedziała swoje krzywdy innym, była zaskoczona, że ludzie jej wierzą. – Pewnie gdybym nie trafiła akurat do tego zakonnika, to inny by mi nie uwierzył, ale ten znał historię Weroniki – wspomina dzisiaj. 

Za namową zakonnika s. Małgorzata kontaktuje się z Weroniką. 2 marca 2021 roku wspólnie składają zawiadomienie do prokuratury. Tego samego dnia Weronika – wdzięczna za pomoc, jakiej przez lata udzielał kobietom o. Marcin Mogielski – informuje także jego o złożeniu zawiadomienia w prokuraturze.

W sprawie s. Małgorzaty nie może być mowy o przedawnieniu karalności czynów – działo się to przed kilku laty. Sprawa Weroniki i innych kobiet natomiast, choć przedawniona, historię zakonnicy uwiarygadnia.

Po zgłoszeniu sprawy w prokuraturze 2 marca i złożeniu zeznań przed sądem, co odbyło się 8 marca, s. Małgorzata wysłała list do prowincjała dominikanów, zawiadamiający o tym, co się wydarzyło – z datą 9 marca. Prowincjał o. Paweł Kozacki w rozmowie ze mną potwierdził, że otrzymał ten list 10 marca. List został wysłany także do Nuncjatury Apostolskiej.

Jak się dziś czuje s. Małgorzata? – Teraz mam włączony tryb „przetrwanie”.

„Najpierw jest człowiekiem, potem księdzem, a potem dominikaninem” 

Teraz trzeba się cofnąć o kilka miesięcy. Jest jesień 2020 roku. Atmosfera ujawniania trudnych spraw i skandali w Kościele w Polsce narasta. Kolejne kwestie wychodzą na jaw. 4 listopada o. Mogielski spotyka się z jedną ze skrzywdzonych kobiet z Wrocławia. – Mówię jej, że coś i z tym trzeba zrobić. Jestem z wami. Na chwilę zapomnę, że jestem dominikaninem i księdzem, jestem z wami, i biorę na siebie konsekwencje.

Fakt tego spotkania potwierdzają skrzywdzone kobiety. Weronika na pytanie o znaczenie pomocy o. Marcina odpowiada: – Dziękuję mu za to, że najpierw jest człowiekiem, potem księdzem, a potem dominikaninem. Bo jeśli się poprzestawia ten szyk, to mamy taki Kościół, jaki mamy.

Na początku 2021 roku o. Mogielski pyta skrzywdzone kobiety: „Czego potrzebujecie, żeby ta sprawa była domknięta?”. Obiecuje im, że zrobi wszystko, aby tak się stało. – W końcu na początku roku słyszę, że one chcą, żeby sprawa była upubliczniona. Abyśmy jako dominikanie wydali publiczny komunikat. Bo one się zmagają z dylematami, kto tu jest ofiarą, a kto katem. Istnieją osoby, które wciąż trwają w uwielbieniu wobec Pawła M. i uważają, że to on został źle potraktowany. Inni sądzą, że one wyszły na „łatwe dziewczyny”, które się oddawały duszpasterzowi. A to przecież był drapieżca. To mogło się odbywać także poza wspólnotą. Pora, żeby te kobiety wreszcie usłyszały publicznie, iż to one zostały skrzywdzone. To jest zadośćuczynienie i sprawiedliwość – mówi mi o. Mogielski. 

1 marca odbywa się kapituła zakonna. – Na moją prośbę przeor udzielił mi głosu, żebym opowiedział o całej sprawie – mówi o. Mogielski. Po raz pierwszy od 2000 roku w oficjalnym gremium zakonnym składa świadectwo o sprawie wrocławskiej. 5 marca powtarza tę samą opowieść na Radzie Prowincjalnej. – Wreszcie pozwolono mi opowiedzieć do końca, co się działo w latach 1996–2000 – mówi mi o. Marcin.

1 marca, podczas kapituły wrocławskiej, zapada decyzja o publikacji oświadczenia klasztoru w najbliższą niedzielę 7 marca. „Zwracamy się do was z ogromnym bólem i wstydem. Stajemy przed wami w prawdzie, która mimo upływu lat coraz wyraźniej odsłania swoje przerażające oblicze”.

Bracia proszą skrzywdzonych, by zgłaszali doświadczone zło, za które, „z serca” przepraszają. Dodają: „Przepełnia nas bólem świadomość, jak trudnym jest naprawienie wyrządzonej krzywdy. Tym bardziej chcemy poznać mechanizmy, które sprawiły, że wspólnota mogła nie widzieć rozgrywających się blisko niej dramatów. To pomoże nam uniknąć zła w przyszłości”.

Zakonnik aresztowany

W oświadczeniu jest wzmianka na temat sygnałów o nowych krzywdach. Dziś wiadomo, że w dniu publikacji oświadczenia nowa sprawa znajduje się od 5 dni w prokuraturze w Katowicach, choć w rozmowie ze mną o. Paweł Kozacki, prowincjał zakonu, zaprzecza, jakoby miał 7 marca informacje o konkretnej nowej krzywdzie.

– Wtedy miałem jakieś ogólne informacje, że są osoby skrzywdzone, nie miałem żadnych konkretów. To były informacje, które do mnie dotarły też od braci z Wrocławia, że są podobno jakieś inne osoby skrzywdzone. Po wydaniu oświadczenia [o rozpoczęciu dochodzenia z 7 marca – P.G.], czyli 10 marca, miałem konkretną wiedzę, że jest ofiara, osoba skrzywdzona – mówi mi w rozmowie telefonicznej on the record Paweł Kozacki (bez autoryzacji, w oparciu o nagranie).

Z moich informacji wynika jednak, że informacja o trafieniu nowej sprawy do prokuratury pada na Radzie Prowincji już 5 marca. 6 marca, dzień przed wydaniem oświadczenia dominikanów, o. Paweł M. zostaje ściągnięty z klasztoru krakowskiego do Warszawy na Freta. Tam zostają na niego nałożone ograniczenia, przebywa w swojej celi bez kontaktu elektronicznego ze światem zewnętrznym. 

7 marca pojawia się także inne zaskakujące oświadczenie rzecznika polskiej prowincji dominikanów, o. Romana Bieleckiego. „Jak informuje klasztor wrocławski w swoim komunikacie [choć klasztor wcale o tym nie informuje – P.G.], dwadzieścia lat temu, po wykryciu nadużyć przez jednego z naszych braci, zostało przeprowadzone wewnątrzzakonne dochodzenie zakończone ukaraniem sprawcy wspomnianych nadużyć. Zebrano wtedy zeznania świadków, ukarano sprawcę i podjęto kroki, by zapobiec powtórzeniu się kolejnym tego typu sytuacjom. W ostatnim czasie docierają jednak do nas nowe informacje dotyczące przeszłości oraz współczesne sygnały, które chcemy sprawdzić, tak by posiąść pełną wiedzę na temat tego co się wydarzyło”.

Prowincja jednak szybko orientuje się, że żadnego dochodzenia kanonicznego w 2000 roku nie było, zaś sprawca za swoje najcięższe przestępstwa został nie tyle ukarany, ile nałożono na niego administracyjne zakazy. Rzecznik prowincji, jak się nieoficjalnie dowiaduję, podał się do dymisji. Z moich informacji wynika także, że ilość informacji o sprawie, których nie przekazano ojcu Bieleckiemu, była porażająca. Biorąc to pod uwagę, decyzja o dymisji była więc nie tylko profesjonalna, ale i honorowa.

12 marca o. Paweł M. zostaje aresztowany – policja o 6 rano przychodzi po niego do klasztoru dominikanów na Freta. Po 48 godzinach zostaje jednak zwolniony. Skrzywdzone kobiety uważają, że sędzia była wobec jego recydywy zbyt pobłażliwa.

„Popełniamy błędy”

W sobotę 20 marca ukazuje się w „Gazecie Wyborczej” wywiad Artura Nowaka z dominikanami Pawłem Kozackim i Marcinem Mogielskim. Nowak – choć z innych jego publikacji wiadomo, że na te tematy wie dużo więcej – nie drąży sprawy potencjalnych nowych ofiar. O. Mogielski wyznaje jednak pod koniec wywiadu: „W ostatnim czasie dochodziły do mnie głosy, że prawdopodobnie są osoby skrzywdzone w ostatnich latach. (…) Natychmiast powiadomiłem o tym prowincjała, żeby coś z tym szybko zrobił”. 

W wywiadzie padają mocne słowa pod adresem prowincjała Macieja Zięby. Nie ma jednak mowy o liście skrzywdzonej Weroniki, która w 2019 roku domagała się sprawiedliwości u obecnego prowincjała. Nie pada pytanie o prawnokanoniczne działania obecnego prowincjała (co dziwi zważywszy, że pytający jest prawnikiem i pełnomocnikiem wielu ofiar kościelnej pedofilii).

Jest tylko stwierdzenie Nowaka: „Wiem, że chcecie tym osobom pomóc”. I odpowiedź prowincjała: „Tak, bo pomoc dla ofiar była nieadekwatna. Chcemy towarzyszyć tym osobom, pomóc im w taki sposób, jaki będzie możliwy. (…) pojawiło się przekonanie, że popełniamy błędy, że musimy bardziej zadbać o zranionych. Są dobre i sprawdzone wzorce”.

Paweł Kozacki OP
Paweł Kozacki OP. Fot. Maskacjusz TV / YouTube

Zapytałam we wtorek prowincjała o. Pawła Kozackiego, dlaczego po otrzymaniu listu skrzywdzonej Weroniki w grudniu 2019 roku nie rozpoczął śledztwa i procesu kanonicznego. – Po tym liście próbowałem się zorientować. Nie wiem, czy śledztwo to dobre słowo, ale rozmawiając z Pawłem M., sprawdzałem go, czy coś się dzieje. Nie dotarłem do żadnych informacji. Pokrzywdzoną, która wysłała list, poprosiłem w odpowiedzi, że jeśli cokolwiek wie na ten temat, to proszę o informacje i jestem gotowy natychmiast interweniować. 

– Dlaczego nie został wówczas wszczęty proces kanoniczny?

– Zgodnie z zasadą, że nawet jeśli nie było procesu, to był moment kary – adekwatnej czy nieadekwatnej, to inna sprawa – a dwa razy się nie karze człowieka za te same czyny. Dlatego nie podejmowałem działań na podstawie tych wcześniejszych materiałów – mówi o. Kozacki.

Osobiste konsekwencje?

Problemy z tym rozumowaniem są trojakie. Po pierwsze, wydaje się, że nikt u dominikanów nie sprawdził, czy był w ogóle przeprowadzony w tej sprawie proces kanoniczny. 

Po drugie, działo się to zimą 2019 roku. A pół roku wcześniej, 1 czerwca, wszedł w życie papieski dokument „Vos estis lux mundi”, o którego znaczeniu pisałam wcześniej. Pytam więc ojca prowincjała, czy dziś nie żałuje, że wówczas procesu nie rozpoczął. Odpowiada, że tak.

Trzeci problem: sprawdzenie, „czy nic się nie dzieje”, odbyło się tylko u jednej osoby – u sprawcy. Zapytałam więc o. Kozackiego, czy spotkał się ze skrzywdzonymi osobiście.

– Nie, nie spotkałem się – odpowiada. – Choć miałem taki zamiar i nawet byliśmy umówieni, ale COVID unieruchomił mnie teraz w domu. Rozmawiałem z nimi telefonicznie.

– Ze skrzywdzonymi 20 lat temu? – dopytuję. 

– Tak, nie z wszystkimi, ale z kilkoma osobami rozmawiałem. 

Nie mogłam nie zapytać również, czy jako przełożony jest gotowy na osobiste konsekwencje, bo jednak są to jego decyzje jako obecnego prowincjała.

Odpowiedział: – Tak, jeśli jest tutaj moja wina, to tak. Tam, gdzie jest moja wina, tam jestem gotowy ponieść za nią konsekwencje.

Zapytałam również o. Kozackiego, dlaczego w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, który ukazał się 20 marca, mówiąc o błędach z przeszłości, a szczególnie zaniedbaniach o. Zięby, nie mówi nic o błędach z ostatnich lat? Czy wtedy można było już powiedzieć coś więcej, stając w pełni w prawdzie?

– Mogłem powiedzieć wtedy to, co pani teraz powiedziałem – przyznaje o. Kozacki.

Pada także ważne pytanie proceduralne, związane z s. Małgorzatą. W przypadku zakonnika na wyjazdy, takie jak ten do klasztoru sióstr, zgodę powinien wydać prowincjał. Żadne źródło nie potwierdziło mi informacji, czy zgoda taka była, czy też o. Paweł M. skłamał i po prostu zapewniał siostry, że zgodę prowincjała ma.

W odpowiedzi słyszę: – Jeśli chodzi o to pytanie, to kwestie te w tym momencie toczą się w prokuraturze i na ten temat nie udzielam informacji, natomiast jestem w pełni gotowy współpracować z prokuraturą – odpowiedział o. Kozacki.

Zdeterminowani

Dzień przed moją rozmową z prowincjałem, 22 marca, dominikanie wydali komunikat, w którym czytamy: „Jesteśmy jako Zakon zdeterminowani, by wyjaśnić sprawę do końca i umożliwić jej osądzenie zarówno na gruncie prawa państwowego, jak i kościelnego. Chcemy zrobić to w sposób jak najbardziej jawny i możliwie szybki”.

W sprawie o. Pawła M. został wszczęty kanoniczny proces karny (15 marca, jak podał mi prowincjał). Dominikanie są „w kontakcie z organami ścigania, którym udzielamy wszelkich informacji”.

Komunikat odpowiada także na ważną obawę moich rozmówczyń – o ich własne bezpieczeństwo: „Do czasu zakończenia sprawy ojciec Paweł M. znajduje się w izolacji, w jednym z klasztorów, z zakazem jego opuszczenia oraz zakazem noszenia stroju zakonnego, sprawowania czynności kapłańskich i kontaktowania się z kimkolwiek z zewnątrz”.

Ojcowie dodają: „Wszystkie znane nam osoby poszkodowane będą na bieżąco informowane o postępach w sprawie. Jesteśmy gotowi udzielić im wszelkiej pomocy, którą zechcą od nas przyjąć”.

Litania możliwości

Długa jest lista możliwych działań, których w tej sprawie nie podjęto. 

Żaden z prowincjałów od 2000 roku nie tylko nie wszczyna karnego procesu kanonicznego, ale i nie zawiadamia organów ścigania o możliwości popełnienia przestępstwa na terenie wrocławskiego klasztoru. 

Oczywiście, w 2019 roku, gdy Weronika pisze swój list, sprawa jej i wielu innych kobiet jest już przedawniona w świetle prawa państwowego. Ofiary mają już ponad czterdzieści lat i nie zostały skrzywdzone jako niepełnoletnie, lecz jako osoby dorosłe, co prawnie tylko pogarsza ich sytuację w dochodzeniu sprawiedliwości. Zawiadomienie do prokuratury powinno jednak zostać złożone już w 2000 roku. Sprawa mogła być też zgłoszona jeszcze przez wiele kolejnych lat.

Dokładnie taką sytuację Benedykt XVI nazywa po imieniu w liście do katolików irlandzkich z 2010 roku, kierując do biskupów i przełożonych słowa: „W szczególności panowała tendencja, zrodzona ze słusznych intencji, ale błędna, do unikania postępowania karnego w obliczu nieprawidłowych sytuacji kanonicznych”.

Wszystko wskazuje na to, że u dominikanów zaniechano nawet karnego procesu kanonicznego. Od 2000 roku należało je wszcząć zgodnie z kan. 695 i 1395 Kodeksu prawa kanonicznego, dotyczącymi karania przestępstw seksualnych przy użyciu przemocy lub gróźb (kanony zacytowano powyżej). 

Ponadto, jak mówią mi kanoniści, należało i należy uważnie prześledzić wyznania skrzywdzonych osób pod kątem innych najcięższych przestępstw kanonicznych. Trzeba sprawdzić, czy grzechy wykrzykiwane podczas seansów modlitewnych przez o. Pawła w obecności członków grupy nie naruszały tajemnicy spowiedzi. A podczas samej spowiedzi lub przy okazji jej sprawowania mogło dojść do solicytacji – bardzo poważnego przestępstwa, polegającego na namawianiu podczas spowiedzi do grzechu przeciw szóstemu przykazaniu. 

Już samo uzasadnione podejrzenie popełnienia tych przestępstw – zdrady tajemnicy spowiedzi lub wykorzystania konfesjonału do przestępstw seksualnych – zobowiązuje przełożonych do przeprowadzenia dochodzenia wstępnego i zgłoszenia sprawy do Kongregacji Nauki Wiary. Kongregacja ma zaś możliwość cofnięcia przedawnienia przy najcięższych przestępstwach – a opisane straszne historie do takich należą.

Od lat znane jest doświadczenie amerykańskie w badaniach psychologicznych sprawców. W czerwcu 2018 roku Stephen Rosetti, amerykański kapłan-psycholog, wieloletni dyrektor ośrodków psychologiczno-psychiatrycznych dla sprawców wykorzystywania seksualnego mówił mi w wywiadzie dla programu „Między ziemią a niebem” w Redakcji Katolickiej TVP, że pierwszą i podstawową sprawą jest kara wymierzona przez państwo. „Leczenie także pomaga” – mówił. Ale dodał: „Dla niektórych, nie dla wszystkich”. 

Moja rozmowa z ks. Rosettim dotyczyła osób małoletnich. Rozmówca podkreślił więc: „Należy ich trzymać z dala od dzieci. Myślenie jest takie: jeśli raz molestowałeś osobę małoletnią, nigdy nie powinieneś mieć kontaktu sam na sam z małoletnimi”. Tę regułę papież Franciszek w „Vos estis lux mundi” rozszerzył, stawiając osoby dorosłe bezbronne i zależne od duszpasterzy w tej samej linii ze skrzywdzonymi dziećmi i młodzieżą.

Jest jeszcze kwestia naiwności i sprawdzenia, jak się mają sprawy w 2019 roku… u sprawcy. Taka naiwność przełożonych jest trudna do zrozumienia w 2019 roku, po pięciu latach działalności Centrum Ochrony Dziecka i po licznych szkoleniach, na których uczula się odpowiedzialnych, żeby nie dowierzać sprawcom wykorzystania seksualnego, którzy są znakomitymi manipulatorami. 

Można było przez bardzo wiele lat – aż do grudnia 2020 roku – zapytać osobiście o sprawę wrocławską o. Ziębę. Procedury rozpoczynają się jednak dopiero po jego śmierci.

Reflektor na teraźniejszość

I wreszcie – komunikacja. Oświadczenie dominikanów z 7 marca można pokazywać na wykładach z komunikacji instytucjonalnej. Jest empatyczne, wrażliwe, skupione na skrzywdzonych. To chwalebny przykład, w którym instytucja (co w Kościele w Polsce niespotykane) przyznaje się do błędu.

Jednak kolejne wystąpienia medialne dominikanów świadczą o tym, że wciąż najłatwiej bić się w cudze piersi – mówiąc w wywiadach o poprzednich władzach zakonnych, a nie wspominając, ile mogło się zrobić samemu przez ostatnie co najmniej siedem lat. Brakowało informacji o własnych błędnych decyzjach obecnego prowincjała, które umożliwiły powstanie kolejnych krzywd – o czym w chwili aresztowania współbrata już dominikanie wiedzieli. 

„Wpuszczenie światła jest najlepszym środkiem dezynfekującym” – powiedział na początku XX wieku sędzia amerykańskiego Sądu Najwyższego Louis Brandeis. Reflektor jednak należy ustawić także na teraźniejszość, nie tylko przeszłość. Bo tu i teraz żyją ze swoją krzywdą ludzie świeccy, których beztroska młodość została brutalne przerwana. Żyje także s. Małgorzata, której piękne powołanie do służby Bożej w życiu zakonnym zostało całkiem niedawno bardzo głęboko zranione. 

– Najbardziej zależy mi na tym, żeby te poranione kobiety zamknęły tę historię, która trwa już stanowczo za długo, i mogły pójść dalej – mówi mi o. Leopold. Podkreśla, że on zareagował nie tylko zgodnie z prawem, ale i sumieniem chrześcijańskim. Przypomnieć trzeba, że od strony prawnej tuszowanie przestępstw seksualnych, ukrywanie czy zaniechanie zgłoszenia to dzisiaj czyny karalne.

– Kobiety skrzywdzone w taki sposób żyją przez lata w ogromnym poczuciu winy, nie widząc winy sprawcy, ale biorąc to wszystko na siebie – mówi natomiast Weronika. – Chciałabym, aby dziś mogły stanąć przed lustrem i powiedzieć z całą stanowczością: to nie była moja wina. Dodaje, że największy trud w jej rozmowie z s. Małgorzatą polegał na tym, aby przekonać ją, że to ona jest ofiarą, a nie sprawca! 

– Żeby jego obwiniać? Mnie trudno przyznać się do tego, mam z tym ogromne trudności. To się nawet oficjalnie nazywa: syndrom sztokholmski – mówi mi s. Małgorzata. – Idąc do prokuratury, czułam się jak Judasz.

– Chciałabym uświadomić tym kobietom, że są skrzywdzonymi, i że nie muszą nosić poczucia winy za ujawnienie przestępstwa. To jedno z najważniejszych zadań ciążących teraz na całej naszej wspólnocie Kościoła – mówi Weronika. Zależy jej, aby skrzywdzone osoby nie bały się w tej sprawie wyjść ze swoją krzywdą. – I na nas wszystkich mi zależy, bo każdy z nas, z naszej wspólnoty, doświadczył wtedy ogromnego bólu i cierpienia.

Dla Weroniki cudem jest samo to, że żyje, że nie popełniła samobójstwa, choć krzywdy okupiła wieloletnią nerwicą i bezsennością. Nie odeszła z Kościoła, który jest jej bardzo bliski. Dziś pragnie tylko jednego: – Chcę, żeby mój oprawca wylądował w więzieniu i żeby nie siedział tam jako ksiądz i nie jako dominikanin.

Kobiece postscriptum

Bardzo dziękuję dwóm dzielnym kobietom, które miały siłę podzielić się ze mną swoją krzywdą. 

Jedna jest kobietą taką jak ja, w podobnym wieku, z ogromem miłości w sercu, ale też z wielkim ciężarem osobistych zranień, które przez koszmar wykorzystywania ciągnęły się za nią latami. 

Wakacyjna promocja Wydawnictwa Więź

Druga jest skromną siostrą zakonną, która w całym posłuszeństwie i – zmuszona przez oprawcę do milczenia – odważyła się powiedzieć głośno o swojej krzywdzie i to człowiekowi w habicie (całe szczęście, człowiekowi, który miłosierdzie ma po prostu wryte w serce). 

Dziękuję jeszcze dwóm kobietom. Przełożonej, która towarzyszyła s. Małgorzacie w prokuraturze, udzielając jej matczynego wsparcia i zapewniając pełną dyskrecję. Oraz pani prokurator z Katowic, która – według relacji skrzywdzonych kobiet – wykazała empatię i ogromną wiedzę na temat przesłuchiwania osób dotkniętych przemocą seksualną.

Przeczytaj też: Jeśli w sprawie nadużyć u dominikanów usłyszymy: „winni są tylko M. i Zięba”, będzie to jedynie fałszywy PR

Podziel się

257
85
Wiadomość

Komentarze (206)

Czyta się z niedowierzaniem, że aż taki potwór może schować się pod habit i deklinować słowa: „Bóg”, „Duch Święty”. I jak można było tyle lat na to przyzwalać, nie widząc zmiany ze strony tego zakonnika, gdy wychodziły kolejne jego przestępstwa. I posyłanie go do kolejnych ludzi, których krzywdził. Jak zostać przy wierze po takim doświadczeniu- ze łzami w oczach czyta się to, co np. pani Weronika przeżyła.

W „Dominiku” o.Paweł stał się moim duchowym autorytetem. Pewnych opisywanych w mediach sytuacji byłem tam świadkiem… Wtedy nie przyszło by mi do głowy, że mogło się dziać tam to, o czym czytam teraz. Wnioski z obserwacji zachowań dziewczyn budziły moje podejrzenia, że coś jest nie tak. Niestety, już wtedy pierwsze „odkrycia” zrujnowały fundamenty mojej wiary. Tak niestety pozostało do dzisiaj. POMOCY!

No właśnie, nie rozumiem dlaczego ludzie tego nie pojmują. Co im ten klecha pomoże?! To są braki z dzieciństwa i brak troski.

Administracyjny KRK to nie Kościół: zdanie sobie z tego sprawy wiele upraszcza. Bo zasadą powinno być: upraszczać, nie komplikować. Czytać Pismo Święte, szczególnie NT. U części protestantów obecnie tak właśnie jest: prostota, wręcz pewna surowość formy i brak różnych zbędnych warstw i ozdobników. Stawiam śmiałe pytanie: czy chrześcijaninowi teologia w ogóle jest potrzebna ? W każdym razie jej rola powinna być służebna, a w uprawianiu tej „nauki” powinna być taka sama wolność (myślenia) jak w uprawianiu innych nauk. Punktem wyjścia musi być Słowo Boże, a nie definicje czy tzw. tradycja.

U protestantów jest prosto i ….. pusto – nie ma sakramentów Eucharystii i spowiedzi. A do czego prowadzi opieranie się tylko na słowie Bożym widać po niezliczonej ilości zborów, gdzie każdy może sobie dowolnie interpretować to co przeczytał i zakładać swój „kościół”.

Nie chcę tu otwierać nowego wątku, ale najwyraźniej niewiele wiesz o protestantach… Nie jest pusto, bo tam gdzie jest Chrystus i jego Słowo, jest Życie. Są sakramenty, jest spowiedź (ale nie taka, jaką znasz z kościoła katolickiego), i nigdzie nie jest tak, że „każdy może sobie interpretować”… To takie typowe „klisze” na temat protestantyzmu pisane przez ludzi, którzy tego nie rozumieją albo są bardzo uprzedzeni. Pozdrawiam.

@Janusz
Wiem dość sporo, bo przeszłam przez protestantyzm. Nigdy protestantką nie zostałam, ale byłam tym mocno zafascynowana, miałam znajomych protestantów, brałam udział w ich nabożeństwach. Niewiele brakowało, żebym porzuciła Kościół, ale w pewnej chwili Bóg otworzył mi oczy na to gdzie jest Chrystus i gdzie jest prawda. Wyższość protestantyzmu może widzieć tylko ten kto nie zna katolicyzmu i wiarę ocenia „po okładce”.

Jak można było takiego dewianta kierować do dzieci z hospicjum i do osób starszych, najbardziej bezbronnych istot, które tez mogły się stać się jego ofiarą ?!!!

Przecież o.Paweł nie jest Bogiem, to tylko człowiek. Nie można swojej wiary opierać na żadnym człowieku, nawet takim, który wydaje się wręcz ideałem . Mój tata powtarzał mi zawsze, kiedy jeszcze byłam dzieckiem, że wierzymy w Boga, a nie w księży, bo to tylko ludzie i mogą tak jak my, grzeszyć. Przykładem do naśladowania wiary i relacji z Bogiem mają być: Święta Rodzina i święci Kościoła. Wierzyć trzeba Słowu Bożemu, tak, jak Chrystus nie negował nauki którą głosili faryzeusze, ale w mocnych słowach odniósł się do samych faryzeuszy, nazywając ich „grobami pobielanymi” to coś jak niektórzy z niegodnych kapłanów. Życzę powrotu do wiary w oparciu o fundament Boga, zawierzenie Matce Najświętszej,a kapłan jest tylko pośrednikiem w sprawowaniu Najświętszej Ofiary czy sakramentów. Ale to Bóg ma być naszym fundamentem i Jego przykazania.

Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że trzeba wrócić do źródeł. Na nowo starać się odbudować życie. Przede wszystkim się modlić, ale nie 2 żadnej wspólnocie, ale w domu z rodziną albo samemu, jeśli się nie ma. Życzę dużo siły.

W Poznaniu Peatz gwalcil klerykow, nikt nie wie ilu odeszlo z seminarium, ilu sie powiesilo. Ksieza pisali do Watykanu, listy nie dochodzily, dopiero Pani Poltawska przemycila list i wreczyla osobiscie JPII, wtedy dopiero sie zaczelo. Ukarac trzeba glowny filtr jakim byl Dziwisz, to on byl glownym macherem, ostatnie 5 lat to juz byl wicepapiezem. Powiem szczerze, 16 pazdziernika 1978 roku na wiesc o wyborze, pomyslalem, wpuscic Polakow do Watykanu, to rozwala caly Kosciol. Wstydzilem sie tej pierwszej mysli, dzis juz jest to faktem. Polacy dobrze zaczynaja a koncza zalosnie. Okragly Stol jest tego najlepszym przykladem, no i slutek Okraglego Stolu – IIIRP. Do dzis komunisci trzymaja wladze, sa tylko w roznych partiach, nie bylo dekomunizacji w Polsce, dobrze ze Watykan ma ostatnie slowo, wyczyszcza Kosciol ze zla, juz kardynal Ratzinger w drodze krzyzowej mowil o tym, JPII tylko sluchal, nie wiem czy to do niego docieralo. Teraz mamy „owoce” na calym swiecie, patrzenie przez palce i koperty.

Ogromne gratulacja dla Autorki za bardzo dobry reportaż – mam wrażenie, że dopiero on naświetla sprawę z każdej strony. Przewiduję, że o. Kozacki straci stanowisko…i powinien. Winszują także ogromnej odwagi Ofiarom – mam nadzieję, że wkrótce doczekają ukarania sprawcy, i ułatwi im to powrót do zdrowia.

Zgadzam się, bardzo rzetelnie zrobiony reportaż- krok po kroku odsłaniający mechanizm, jak to działało. I wypadł mi argument, bo to dominikanami wspierałam się, gdy rozmawiałam o problemach w naszym kościele z ludźmi bardzo krytycznymi. I też uważam, że zmiana prowincjała powinna nastąpić. I chyba dominikanie jeszcze nie mają świadomości, jak dużo zawdzięczają postawie o. Marcina Mogielskiego. I jeszcze nie doceniają tego, co dobrego zrobił.

Ja również gratuluję kawałka dobrej roboty – czekałam na analizę tego co w sprawie zrobiono bo i mnie to osobiście dotyczy – mam podobne doświadczenia jak tytułowy Rafał z waszego artykułu jeszcze z czasów duszpasterstwa poznańskiego, z którym miałam przemijający kontakt w innej części kraju .

I ja… Pani Paulino, gratuluję warsztatu dziennikarskiego, odwagi i determinacji. Dziękuję.

W jedną stronę przekaz: zasady moralne są absolutne, niezależne od czasu i przestrzeni.
W drugą: nie było atmosfery jawności wKosciele…..
Smutne.

Niestety, oświadczenie Dominikanów było wyprzedzające.

Oczywiście – jak to u Dominikanów: profesjonalne, w punkt, etc. Ale niestety pod naciskiem nowej sprawy w prokuraturze.. .

Bardzo dobry tekst. Chciałabym jednak zwrócić uwagę na coś, co wielu autorom piszącym o tej sprawie, umyka. W 2000 r. przestępstwo zgwałcenia było tzw. przestępstwem wnioskowym. Oznaczało to, że organy ścigania mogły podjąć działania tylko wówczas, gdy z takim wnioskiem wystąpiła osoba pokrzywdzona (tak było do 2014 r.). Oznacza to także, że w tamtym okresie nikt poza ofiarą nie miał, zgodnie z prawem państwowym, obowiazku zawiadamiania organow scigania. Dominikanie teoretycznie mogli zawiadomić prokuraturę, jednak bez wniosku zgwałconych kobiet prokuratura i tak nic nie mogłaby zrobić, musiałaby sprawę umorzyć. W związku z tym trudno chyba stawiać twardy zarzut, że dominikanie w 2000 r nie powiadomili prokuratury. Mój komentarz jest tylko gwoli ścisłości – w żaden sposób nie umniejsza on wagi pozostałych zarzutów.

To prawda, jednak w ramach dochodzenia kanonicznego zaniedbano sytuację.. . Potraktowano o.Pawła nad wyraz łagodnie, na tyle, że kilka lat temu jeszcze uwiódł siostrę zakonną pod pozorem kierownictwa duchowego rzez telefon. Gość zdaje się jest niereformowalny i chyba wydalenie z zakonu by mu pomogło – nie ma zdolności moralnych do życia wg ślubów zakonnych. Dziwię się Zakonowi, że na takie coś pozwala.

~ stan: Mysle, ze jesli dominikanie rzeczywiscie chca stanac w prawdzie, to niech odpowiedza, dlaczego tyle lat trzymali zboczenca u siebie? Moze bali sie o. Zieby, ktorego tamten byl ulubiencem? Ale w takim razie po jakie licho przyjmuje sie funkcje prowincjala, jesli sie do tego nie nadaje…

Czy sprawia Panu satysfakcję rozjątrzanie sytuacji i kamienowanie żyjących i nieżyjących prowincjałów, przeorów, współbraci dominikanów, obdarowując wszystkich winą, za dewiata seksualnego, któremu udało się przemknąć
nawet przez opinie psychologów i stoi teraz przed odpowiedzialnością karną? Kim Pan jest, żeby pytać „po licho przyjmuje funkcję prowincjała”? Skoro nawet w tekście widnieje
informacja co do jednego z prowincjałów

„Skrzywdzone kobiety chwalą zresztą teraz publicznie o. Popławskiego, że zareagował na ich list konkretnymi decyzjami
(Paweł M. odwołał się od nich do generała zakonu, jednak bezskutecznie).”

Sytuacja jest wyjątkowo bolesna dla wszystkich, najbardziej dla skrzywdzonych, dla ich bliskich, dla prowincjałów, braci dominikanów, dla świeckich związanych z Zakonem.
Obydwaj żyjący prowincjałowie wyrazili wyraźnie gotowość do poniesienia konsekwencji. „To jest także moja odpowiedzialność.”

Nie mineło nawet 25 dni od czasu jak wyszło na jaw, że tak zwana poprawa dewiata żadną poprawą nie była, a nie 25 lat bezczynności jak w innej sprawie. Umarłego Pan nie pociągnie do odpowiedzialności, a przy okazji pare osób tą „sprawiedliwością” Pan zabije.

Apeluję o stonowanie.

Ta prośba do wszystkich, którzy się wypowiadają.
Także do dziennikarzy o rozważne relacjonowanie drastycznych szczegółów. Czyta się z wielkim bólem taki tekst i taką dawkę szokujących informacji.

~ Kinga: Przepraszam Pania za zdenerwowanie! Odpisze Pani prywatnie.

Uzupełniam, że o oskarżonym, a nawet skazanym też trzeba pisać jak o człowieku.

~Piotr Ciompa: Jak najbardziej ma Pan rację, gdyż wielu osobom, które znały o.Pawła M. (ja nie znałam więc dlatego tak łatwo mi wyrażać się bez szacunku) trudno uwierzyć, że ten człowiek dopuścił się takich czynów. Znali go z jego kazań w kościele (z czasów wrocławskich) i wypowiadają się
o nim jako o znakomitym kaznodziei.

Nie ma odpowiedzialności zbiorowej ale indywidualna. Niestety zaniedbania w takich sprawach się mszczą i często mnożą zło. Przecież jest wielu duchownych którzy zamiast być odsunięci od duszpasterstwa zostawali jedynie przeniesieni w inne miejsce i to była ich jedyna kara. Teraz owoce tych decyzji wychodzą na światło dzienne. I nie jest to sprawa Kościoła ale zaniedbań konkretnych osób które wzięły za to odpowiedzialność swoimi decyzjami bądź ich zaniechaniem. Ofiarom winna jest sprawiedliwość i zadość-uczynienie, a nie pobłażliwość dla sprawców i cierpienie podwójne – wskutek tej pobłażliwości – wobec ofiar. Poza tym brak pobłażliwości jest też działaniem prewencyjnym ku przyszłości „dla śmiałków” którzy chcieliby zabawić się ” w guru sekty” w ramach działalności duszpasterskiej. Zatem sposób załatwienia tych „ropiejących ran” jest ważny także dla przyszłości.. .

Pani Kingo – zakon ma strukturę hierarchiczną i dlatego można oczekiwać od zwierzchników PM, że będą dokonywali jakiejś superwizji ludzi, którzy pracują z młodzieżą. Zdaje się, że mimo wielu niepokojących sygnałów nikt się poważnie tematem nie zajął. Nie chodzi o odpowiedzialność zbiorową ale o brak kontroli nad zakonnikiem, na którym ciążą poważne zarzuty.

Nie ma zdolności moralnych?To jest eufemizm.To jest psychopatyczny przestępca.Ciekawe, jak szybko zostałby ukarany, gdyby był zwykłym robotnikiem, dopuszczajacym się podobnych niecnych czynów.Sposób pomniejszania wagi przestępstwa wobec kobiet świadczy o mizogynizmie i. pomniejszaniu krzywdy kobiety przez środowiska związane z KK. Patriarchalizm, mizogynizm, sekciarstwo, to grzechy systemowe. Poza tym kult ofiarnictwa i oraz tolerowanie przemocy i uległość wobec władzy czynią to, co jest.Nikogo też na ziemi nue nazywajcie ojcem, bo jeden jest wasz Ojciec.A tutaj od ojców aż sie roi.Pora na świecki, świadomy KK z przywróceniem należnej -nie w słowach-pozycji kobiety.

Zgadzam się z tym. Budzi moje niezrozumiałe bronienie zakonników którzy mają dzieci a kryją się w zakonie – zakon płaci alimenty matce a zakonnik prowadzi „spokojne życie” a klauzurą. Jak można w te sposób.. ? Jeśli się wdał w romans i z tego pochodzi dziecko, niech weźmie odpowiedzialność za dziecko i jego matkę a nie chowa się za habitem, a zakon w tym jeszcze pomaga. Przypadek który mam na myśli nie pochodzi z Zakonu Dominikanów. Zatem odnoszę wrażenie, że zakony są nadopiekuńcze i dają sobą wodzić za nos „lekkoduchom” którzy to wykorzystują. A w przypadku o.Pawła zakon nie powinien zawiadomić policji aby sprawę zbadano i powinien ponieść odpowiedzialność karną za swoje skandaliczne nie_duszpasterstwo.. ? To budzi rozczarowanie.

Czy na pewno zgadza się informacja, że o. Paweł miał być aresztowany na Freta? Podobno mieszkał w klasztorze w Krakowie?

@Dominika:
„6 marca, dzień przed wydaniem oświadczenia dominikanów, o. Paweł M. zostaje ściągnięty z klasztoru krakowskiego do Warszawy na Freta. „

A ja, po lekturze tego wstrząsającego i niezwykle starannie przygotowanego tekstu, do podziękowań Autorki dla dzielnych czterech kobiet – dołączyłbym podziękowanie dla samej Autorki, pani Pauliny Guzik. Z wyrazami najwyższego uznania.

Dobry artykul, niestety zawiera niescislosci, ktore istotnie wplywaja na ocene dzialan dominikanow. Wielka szkoda. W tak delikatnej i tak waznej sprawie i w tak powaznym medium jak Wiez nie powinno miec to miejsca. Autorka albo nie weryfikowala podanych informacji, albo zrobila to niestaranie, w jednym tylko zrodle. Nalezytj starannosci jednak zabraklo.

„Osadźmy te decyzje w historycznym kontekście. Kościelnych wzorców postępowania w takich sytuacjach nie było”..przepraszam a kodeksu karnego nie było? Gwałt, molestowanie, pobicia, niekorzystne rozporzadzanie mieniem? To sa przestępstwa które nie tylko nie zostały zgłoszone ale ślady których były aktywnie zacierane, co też jest przestępstwem. Nie mam za grosz zaufania i litości dla tej instytucji.

Proszę spojrzeć na komentarz p. Doroty kilka postów wyżej – odnośnie do sytuacji prawnej w przypadku gwałtu w l. 2000

Mnie z kolei zastanawia, dlaczego tak mało mówi się w tej całej historii o odpowiedzialności przeora wrocławskich dominikanów z okresu 1996-2000. Jak to możliwe, że nie zauważył i nie ukrócił sekciarskich działań o. PM w zarodku? Może wtedy przynajmniej do części tragedii by nie doszło.

~ Dorota: Owczesny przeor jest teraz kustoszem sanktuarium w Gidlach i Diecezjalnym Referentem Siostr Zakonnych. Jak widac, te wypadki nie zachwialy jego kariera…

Odpowiedzialność nie tylko przeora, ale też innych braci, którzy w tym czasie mieszkali we Wrocławiu. Był też duszpasterz szkół średnich. Ponoć, były zgłoszenia.

Pani Paulino – chylę czoła za tak niezwykły artykuł, za przepiekne dziennikarstwo, takie czułe i profesjonalne zmierzeniem się z tematem który od jakiegoś czasu powoduje u mnie mdłości, złość, ogromny smutek. Dziękuję, że na końcu pojawiła się nadzieja….

Śledzę artykuly w ww sprawie od początku. Jestem pełna mieszanych uczuć, pomijam wagę sprawy, dotyczących manipulacji informacją przez redaktorów. Podtrzymuję, ze ofiara oswiadczenie do prokuratory tez powinna zlozyc. Czasu nikt nie cofnie, zranień nie wymarze, nie chcę wgłębiać się w niewyobrazalny dla mnie, ból i cierpienie pokrzywdzonych. Doceńcie jednak ludzi, ktorzy wzięli się za to obecnie, ktorzy otwierają tę puszkę pandory! Osobiście modlę się o siły dla każdego zakonnika zaangażowanego w wyjaśnienie tych zawiłych spraw!

A jednak nazwisko tego przeora wśród winnych nie pada, chyba że przeoczyłam. Z tego co czytałam, o. Zięba nie był wtedy przeorem we Wrocławiu on w tej historii występuje jako prowincjał.

Funkcję przeora klasztoru we Wrocławiu sprawował w tym czasie o. Andrzej Konopka OP.
Obecnie przeor w Gidle…..

Jeżeli przeorem byl o.Konopka to nic dziwnego,że nic nie widzial i nic nie słyszał. Arogancja i buta, patrząca z góry na biedny ludek, który może mu najwyżej samochod umyć Brak słów… Pycha kroczy przed upadkiem…

Mam takie pytanie: Co sądzicie Państwo na temat opisanych w artykule praktyk pobożnościowych, modlitw, rozmów, czuwań itp. prowadzonych w takiej formie przez „ojca”? Pomijając przestępstwa na tle seksualnym popełnione przez Pawła M. odnoszę wrażenie, że ten artykuł odsłania jakąś patologiczną pobożność, która ma niewiele wspólnego z Ewangelią. Może warto przyjrzeć się takim chorym relacjom pomiędzy duszpasterzami / liderami a członkami wspólnot, w celu uniknięcia podobnych tragedii?

Tak, też mnie to zastanawia. Zastanawia mnie fakt tak głębokiego zniewolenia i zmanipulowania, bez żadnego zastanowienia, czy to idzie we wlasciwym kierunku. Zarówno młodych osob, ale i tym bardziej siostry zakonnej, która dobre praktyki kościoła powinna znac. Zapewne jest to wiedza psychiatryczna, jak człowiekiem można zmanipulowac. Nie podwazam tego, przyjmuję i zarazem jestem w ogromnym szoku, jeśli rzeczywiście paychika nasza jest tak mocno podatna na takowe zniewolenia.

Niestety manipulacyjne formy duszpasterstwa są praktykowane w innych miejscach, nie tylko we wspólnotach akademickich. Spoczynki w Duch Św., ‚mówienie językami’, wmawianie ludziom przez liderów charyzmatycznych, że „uzdrowienie” ciała zależy od intensywności modlitwy, a nie od możliwości medycyny itd. Niestety wplątują się w to niektórzy księża.

RC, ma Pan/i rację. To jest plaga. Niestety rodzimy KK prędzej zaprzeda duszę diabłu aniżeli ograniczy owe „charyzmatyczne” praktyki kosztem dalszej (zapewne skokowej) utraty wiernych. Co, jak widać, ostatecznie zgubiło także OP.

Za dużo tutaj filozofowania.Po prostu facet zaslugiwal na spranie po mordzie za podłość, jakiej się dopuszczał wobec bezbronnych kobiet.

Sprawa poczytalności, lub po prostu używania rozumu, dotyczy wszystkich stron tego towarzystwa .. lub raczej powinna dotyczyć, co z opisów ekscesów sadystyczno-seksualnych, pewnie w ogóle, a nie tylko w tej sprawie wynika.

Przeciez takich wydarzeń w Polsce jest dużo! To nie tylko dominikanie! Biskupi nadal je zamiatają pod dywan! Bardzo niewiele się zmienia bo nasi biskupi wyrosli w mentalności klerykalnej! Wazniejsza jest nadal obrona instytucji Kosciola niz zadbanie o ofiary! Tak jest w Gdansku , Szczecinie do dziś!

padają tu pytanie czy o. Prowincjał nie wiedział/nie widział, czy o. Przeor nie widział/nie wiedział… a przez cały tekst przewija sie stwierdzenie, że o. Paweł był manipulatorem, czy i swoich przełożonych nie zmanipulował?

Razi mnie bardzo gdy w wypowiedziach duchownych pada słowo „krzywda”. To żałosny eufemizm na poziomie dziecięcym. Jakby mówić – dziecko zrobiło sobie ziazi albo kuku. Kodeks Karny nie nazywa tego krzywdą a gwałtem ze szczególnym okrucieństwem. A fakt bycia kapłanem to nie okoliczność łagodząca a wprost przeciwnie. Od Kaplana wymaga się więcej w kwestiach moralności. Obrzydliwa jest też postawa o. Zięby i o. Kozackiego. Obaj powinni udać się na odosobnienie do Kamedułów. I to raczej na zawsze. Bo to ich postawa niszczy kościół. I poddaje w wątpliwość samo istnienie Boga. Bo gdyby w Niego wierzyli, to by się bali tak czynić. Wygląda że są niewierzący.

„fakt bycia kapłanem to nie okoliczność łagodząca a wprost przeciwnie” – absolutnie tak! Jeśli ktoś naucza o moralności, to tym bardziej powinien być bezwględnie rozliczony.

PM mieszkał na Freta w ostatnich latach. Nie widziałem aby spowiadal lub celebrował mszę. Odprawiał nieszpory lub roraty. Dlatego myślałem że to nie jest kapłan. Okazuje się jednak że to były nałożone sankcje na niego

Brak mi słów , by wyrazić ogrom uczuć, które towarzyszyły mi czytając ten artykuł. Przeogromne cierpienie kobiet, zawód ze strony Dominikanow. Artykuł niezwykle rzetelny, dziennikarstwo na najwyższym poziomie. Gratuluję!

Generalnie rozjaśnia się dlaczego o. Zięba tak stal murem za JPII kiedy ktoś mu wytykał brak reakcji w kwestii krzywdzenia dzieci.

Co prawda tu chodzi o dorosłe osoby ale jego decyzje (a raczej brak „męskich” decyzji !) w tym przypadku wpisuje się w to samo „miłosierdzie” nad… sprawcami nie nad ofiarami.

Gdyby zawieszenie gwałciciela w czynnościach miało być takie skuteczne, jak sądzili wydawałoby się dorośli ludzie, to ciekawe czemu sądy nie robią / robiły tego w przypadku gwałcicieli świeckich ?
Możnaby na przykład w przypadku gwałciciela kolejarza zabronić mu prowadzenia pociągu przez rok… Ciekawe jaki byłby skutek ? Zgwałciłby kolejne osoby czy też nie ?

Przykro to pisać ale infantylizm i łatwowierność wielu duchownych przeraża.

Jerzy2 – chyba jednak to nie infantylizm i łatwowierność duchownych, ale raczej solidarność zawodowa: to skrzywdzone dziewczyny były zagrożeniem dla o. Zięby, nie psychicznie skrzywiony współbrat; infantylizm i łatwowierność można złożyć na głupotę, ale nie to było celowe działanie i zaniechanie

Tak też uważam. Poza tym samce, które nie są na codzień odpowiedzialni za rodzinę – kobietę, dzieci mają pewność, że potrzeby ich ciał i dusz są dla Boga najważniejsze, reszta to sztafaż. Jest to instynktowne. Głęboko zaburzona samoświadomość.

Bardzo wnikliwy artykuł. W całej postawie Dominikanów, poza tym, co autorka wskazała, brakuje mi 2 rzeczy: podania przez Zakon danych osobowych sprawcy oraz zapewnienia pokrzywdzonych o finansowym zadośćuczynieniu. Złote piękne słowa nie powinny zastępować praktycznego wymiaru zadośćuczynienia krzywdzie

Dobry tekst, niestety zawiera niescislosci, ktore w istotny sposob wplywaja na ocene postepowania dominikanow. Wielka szkoda. W tak delikatnej i waznej sprawie i w tak powaznym medium jak Wiez nie powinno miec to miejsca. Starannosci w przygotowaniu jednak zabraklo. Albo Autorka nie weryfikowala niektorych informacji, albo zrobila to nienalezycie, w jednym tylko zrodle.

Przyznam, że po ponownej lekturze artykułu również mam pewne wątpliwości. Momentami wydaje się pisany tak, by na siłę podkreślić, że niezwykle winny jest tu o. Kozacki. Czy rzeczywiście zasługuje on na tak surowe traktowanie? Przecież po otrzymaniu listu od Weroniki konsultował się z prawnikami. Może mieli oni inne zdanie niż prawnicy, z którymi kontaktowała się Autorka? Ewidentnie starał się zorientować co zgodnie z prawem może zrobić względem ”starych’ przestepstw o. Pawła M. Czy nie należy uznać zatem, że o. Kozacki działał w dobrej wierze i starał się sprawę prawidłowo załatwić? Nie zlekcewazył sygnału, prosił autorkę listu o dodatkowe informacje. Czy je otrzymał? Artykuł milczy. Podobnie jak jedna z osób tutaj komentująca odnoszę smutne wrażenie, że najbardziej obrywa się tej osobie, która odważyła się sprawę wyjaśnić do końca. Jego poprzednicy ( w tym chwalony o. Popławski) też nie ustalali, czy przypadkiem nie doszło we Wrocławiu w przeszłości do różnych dodatkowych przestępstw ( np. uwiedzenia w trakcie spowiedzi), co zdaniem Autorki umożliwiłoby wszecie procesu – jak rozumiem – jeszcze przed wrowadzeniem nowych przepisów przez papieża Franciszka. Czemu zatem cały impet oskarżeń uderza w o. Kozackiego? Czy jest to sprawiedliwe? Mam nadzieję, że sprawa się wyjaśni zgodnie z faktami, ponieważ dominikanie chcą to wszystko wyjaśnić. Ale póki co, jak się dobrze zastanowić, nie jest wszystko takie oczywiste.

P.M. latami wykorzystywał seksualnie i gwałcił młode dziewczyny podczas spotkań modlitewnych !Fakt, że nadal pozostaje w zakonie i jest księdzem, szczerze mówiąc, dla mnie jest niewyobrażalny. Tak jak niewyobrażalna znieczulica jego zakonnego otoczenia, w tym wszystkich po kolej jego przełożonych. Wyobraźmy sobie, że P.M. zamiast posługi (wybranej sobie !) duchowego przewodnika młodzieży, sprawowałby posługę kucharza w kuchni zakonnej. Zamiast gwałcić dziewczyny, dosypywałby trucizny do zupy, regularnie latami podtruwając karmionych. Czy bracia, po wykryciu procederu, kiedykolwiek znowu powierzyliby P.M. klucze do kuchni, spiżarni ? Czy dopuściliby, aby w ogóle przechodził w pobliżu przygotowanego dla nich jedzenia ? Zamieńmy zupę na sejf. Czy oszust nadal może pracować w banku, który okradł ? Nawet, jak się pokaja i odbędzie karę ?

W tym samym czasie Wspólnoty św. Dominika działały w Polsce trzy. Tą poznańską prowadził… o.Paweł Kozacki. Po wydarzeniach wrocławskich wszystkie trzy się rozwiązały.

Czy mogę prosić o podanie gdzie oprócz Wrocławia i Poznania działała jeszcze trzecia wspólota u dominikanów oparta na takiej patologicznej „duchowości”? Jak pisałam w innym miejscu, byłam w duszpasterstwie dominikańskim w innym mieście niż wymienione dwa, w okresie „ekcesów wrocławskich” i ja nigdy nie widziałam takich „odlotowych” praktyk. Ale wie Pan teraz to ja już nie wiem…. nie ufam, że to iż ja nie widziałam, to że za ścianą patologii nie było. Więc pytam, bo chcę się uspokoić, że w moim mieście tak nie było.

Dziękuję bardzo Pani Paulinie. Może i straci zaufanie kilku możnych KK, ale przywraca wiarę, że być może słowa i nacisk ze strony wiernych pomogą wyjaśnić niejedną taką gorszącą sprawę. Płakać się chce, że nikt wcześniej z braci nie zadał prowincjałowi takich pytań, że bracia nie ruszyli głowami i tyłkami, żeby wyjaśnić tę sprawę… Tyle celnych punktów do rozstrzygnięcia w postępowaniu kanonicznym, nie mówiąc już o cywilnym, choćby miało być umorzone.

To najlepiej przygotowany materiał w tej sprawie jaki jest w sieci. Bardzo merytoryczny, zawiera odważne ale podparte twardymi faktami tezy.

Poniżej link do fotorelacji z maratonu warszawskiego z 2016r. z udziałem między innymi ojców Pawłów: Kozackiego oraz M. (jak wiemy po lekturze artykułu był to czas toksycznej relacji o. Pawła z s. Małgorzatą).

Pomysł by w towarzystwie o. Pawła publicznie świętować na ulicach Warszawy 800- lecie założenia zakonu jest w moim odczuciu najdelikatniej mówiąc wysoce nietaktowny.

https://info.dominikanie.pl/2016/09/dominikanie-przebiegli-maraton-warszawski-foto/

Bardzo ciekawy reportaż – komentarz do aktualnych wydarzeń. Chciałabym jeszcze tu zobaczyć aspekt pomocy np. mężczyznom. W tym artykule pojawił się wyraźny wątek zawłaszczania ludzi – i władania nimi zgodnie ze schematem działania sekt. Pojawiają się opisy przemocy fizycznej podczas np modlitwy. Ofiary takiego traktowania też powinny mieć możliwość zgłoszenia się po wsparcie – duchowe, psychiatryczne, terapeutyczne. Bardzo dobrze, że jakaś powolna obrona i pomoc ofiarom przemocy seksualnej się tu pojawia, ale przecież tych ofiar owego „księdza” – jest więcej.

Autorka pisze: „Przełomowy charakter miało oświadczenie wrocławskiego klasztoru dominikańskiego z 7 marca. Ujawnia ono fakty, zawiera prośbę do osób skrzywdzonych o dokonywanie zgłoszeń, zapewnia o bliskości z nimi. Użytego w nim, przepełnionego wrażliwością, języka mogłyby uczyć się wszystkie instytucje kościelne. ” No niby tak, niby tak. Przy czytaniu oświadczenia uderzyła mnie jego delikatność i wyrażne zwrócenie się do ofiar, czego w innych kościelnych enuncjacjach na takie tematy nieraz w ogóle nie było. Ale wyczułam w nim także jakiś fundamentalny fałsz – używanie jakichś mglistych eufemizmów, kompletne niedookreślenie, o co i o kogo chodzi. Późniejsze informacje odsłaniające istotę przestępczej działalności Pawła M. ujawniły podstawowe zakłamanie tego niby-komunikatu. A ujawniona obecnie informacja, że został on wydany w sytuacji zupełnie dla zakonu podbramkowej (zgłoszenie do prokuratury), pokazuje, ze PR-owsko jest ono może lepsze niż to, co powiedział kiedyś gwałconym, bitym i wykorzystywanym kobietom O. Zięba, że jak one to zgłosza władzą to on jest przygotowany – ale w istocie chodzi o to samo. O rozgrywkę między stronami i ochronę imienia zakonu (nie powiem, że dobrego imienia, bo szlag je własnie trafił). Sprawa jest zreszta rozwojowa i moze się tu jeszcze dużo brudu wylać. Nie martwi mnie to w najmniejszym stopniu.

od 1997 roku co tydzień byłam na mszy św. dla studentów z udziałem o. Pawła M. Był jak guru. Jak magnes. Moje koleżanki, które należały do duszpasterstwa akademickiego DOMINIK we Wrocławiu, w pewnym momencie odeszły stamtąd – były zdruzgotane. Nie chciały mi powiedzieć, co się wydarzyło…

Autorkę dziwi, że sprawca wciąż jest duchownym? Mnie w ogóle, przecież to jeden z największych problemów w temacie pedofilii i przemocy seksualnej w kościele katolickim.
A dywagacje w komentarzach, czy mieli prawny obowiązek zgłaszania gwałtów czy nie, są bardzo słabymi argumentami. Powinni zareagować najbardziej poważnie jak mogli, nie zrobili nic.

@Anna, dlatego myślę, że dominikanie chyba jeszcze nie mają świadomości, jak wiele zawdzięczają o. Marcinowi Mogielskiemu- jego postawa, nieodpuszczanie, stanięcie po stronie ofiar, było/jest tą postawą, która dla reszty dominikanów powinna być oczywistą postawą. TAK powinni postępować. To oznacza „stanięcie w prawdzie”. I te załączone wyżej zdjęcia z biegów z o. Pawłem- manipulatorem i przestępcą, który tam robi za reprezentanta dominikanów- o rany…

Tylko o. Mogielski mógł pomóc dziewczynom zgłosić sprawy do prokuratury. Sprawa nie miałaby dalszego ciągu, sprawca ukarany, choć to pewności też nie ma. Nie zrobił tego bał się Zięby?

w pierwszym rzędzie sprawę mogły zgłosić same poszkodowane. Zwłaszcza po kilku latach, to były w pełni dorosłe osoby, autonomiczne, bez zależności od dominikanów – w sensie zamieszkania, pracy, itd. Skoro tego nie zrobiły, to myślę że dominikanie uszanowali tę decyzję, i też sprawy nie zgłosili. W tamtych czasach gwałt nie był ścigany z urzędu, tylko na wniosek osoby pokrzywdzonej. Dlaczego? Bo np. uważano, że proces karny może dodatkowo obciążyć ofiary, które będą musiały przeżywać sprawę na nowo, albo obciąży kogoś, komu nie chciano tego robić z jakichś powodów (np. rodzinnych), itd. Wątpliwości zatem dotyczą braku procesu kanonicznego. Jednak kara – z punktu widzenia osoby duchownej – była dotkliwa, w sensie prawie całkowitego ograniczenia pracy duszpasterskiej. I tak rzeczywiście było, bo pamiętam o. Pawła z lat 2005-2010 z klasztoru na Freta, i nawet zastanawiałem się dlaczego nie odprawia Mszy św. i nabożeństw. Podejrzewałem, że ten sympatyczny, spokojny i ewidentnie pobożny zakonnik jest może jakoś intelektualnie mniej sprawny, by głosić kazania, itd. Na miejscu dziennikarzy, popytałbym o sprawę szefa (przeora) ówczesnego klasztoru we Wrocławiu, bo o. Zięba był w Warszawie, i nie musiał mieć szczegółowego rozeznania co do sytuacji w klasztorze we Wrocławiu.

Aby ten artykuł był w pełni obiektywny brakuje mi wyjaśnienia, dlaczego ofiara s. Małgorzata zwlekała tyle czasu ze zgłoszeniem sprawy do prokuratury. Przecież sprawy gwałtu są bardzo nieoczywiste i przepraszam, ale jak stwierdzić czy doszło do stosunku z konkretną osobą po takim czasie? W zasadzie jest to słowo przeciwko słowu. Nie chcę bronić przestępcy, sama jestem kobietą, ale tak proceduralnie trudno jest chyba udowodnić jednoznacznie winę po takim czasie. Pomijam całkowicie kwestie z 1996-2000. Dziwi mnie również, że odbywają się nocne rozmowy kobiety z mężczyzną i żadne z nich nie uznaje tego za niestosowne (oboje są przecież osobami zakonnymi). Nie jestem zakonnicą, ale dla mnie – osoby świeckiej – nie jest to normalne, żebym spędzała codziennie kilka godzin w nocy rozmawiając z mężczyzną. Przecież nie trudno sobie wyobrazić, do czego takie praktyki mogą doprowadzić. Po prostu dokonuję wyboru i nie wchodzę w takie sprawy, jeśli nie jestem zainteresowana. Czy ta kobieta szukała pomocy u swojej matki przełożonej?, co matka przełożona zrobiła w tej sprawie?; czy też podjęła kroki dopiero, gdy zorientowała się, że spowiednik zdecydowanie stanął po stronie ofiary i spowodował, że ta kobieta złożyła zawiadomienie o przestępstwie? Nie umawiam się też z kolegami sam na sam, bez świadków w zamkniętych pomieszczeniach. Raczej idę na spacer, do kawiarni itp. Jest wiele miejsc publicznych, w których można porozmawiać, myślę też, że o sprawach wiary. Jak potrzebuję spowiedzi albo nawet poradnictwa duchowego – wybieram konfesjonał. Może m.in. po to są te nieszczęsne kratki i trochę niewygodna pozycja klęcząca, żeby zbyt długo się nad sobą nie roztkliwiać. Nie szukam pocieszyciela, przyjaciela, partnera, brata ani ojca u ludzi, których zadaniem jest tłumaczyć mi Ewangelię, udzielać sakramentów, ewentualnie korygować, spoglądać na pewne sprawy z dystansu. Tak samo jak nie szukam tych ról męskich u terapeuty -mężczyzny. My, kobiety, mamy prawo decydować czy wchodzimy w pewne relacje, czy też nie. I na jakich zasadach. Mamy prawo, a może wręcz obowiązek (przede wszystkim wobec samych siebie) stawiać granice innym i wymagać ich przestrzegania. Tak samo, jak mamy prawo kochać i być kochane. Strasznie to wszystko smutne i przerażające. Sytuacja, gdy wszyscy, którym ta sprawa leży na sercu – począwszy od ofiary, przełożonych, sprawcy, osobom świeckim, którzy chcą tworzyć Kościół – wszyscy jesteśmy przegrani.

Anno, myślę, że s. Małgorzata zwlekała, bo bała się właśnie tego- stwierdzenia, że to ona powinna stawiać granice. Tymczasem to rola przewodnika duchowego. Pewna siebie kobieta być może pozostałaby czujna, ale to co przegapiasz – nie wszyscy przeszli Twoją drogę. Niektórzy czy w domu, czy wśród rówieśników doznali przekraczania granic i następnie bagatelizowania, kobiety nauczono nieraz „być grzecznymi”, „słuchać się” zwłaszcza autorytetu! „On przecież wie lepiej niż ty dziewczynko.” Jasne wprost z tego wynika – uczmy kobiety bronienia swoich granic, ale nie można tego oczekiwać od osób, których tego nie nauczono. Że „powinny były”. To jak z tygrysem i kulawą sarną. Tygrys ze stada pewnych siebie i szybkich wybierze kulawą, żeby ją zjeść. Ale czy to jest jej wina? Nie! Nikt nie powie „no sarno nie trzeba było być kulawą, my nie jesteśmy” bo po prostu każdy ma jakieś braki w które osoba ze złą intencją trafi. Ty też nie jesteś Rambo. Może nasz doskonale sposoby by nie stać się ofiarą molestanta, może umiałabyś zareagować od razu, ale może innym razem ktoś i Ciebie opędzluje na taki czy inny fortel, z kasy okradnie albo trefny towar wepcha. Dasz się poniżać teściowej albo cokolwiek innego. Każdy, absolutnie każdy słabą stronę ma i może paść czegoś ofiarą. To jest wina oprawcy, że to wykorzystał. Tymczasem s. Małgorzata wcale żadną kulawą sarną nie jest, bo mimo bycia ofiarą doprowadziła do tego, że P.M. został publicznie ujawniony. Więcej kobiet nie skrzywdzi i ja s. Małgorzacie za to dziękuję, bo mogłam to być ja gdybym zamiast w moim mieście była w DA np. w takim Wrocławiu. Ja nie jestem na tyle pewna, żeby tak twierdzić, że bym wiedziała co robić.

@Basia
Bardzo ładnie pani to ujęła. Nic dodać nic ująć.

To nigdy nie jest wina ofiary, że został zgwałcona !
To wina tylko i wyłącznie agresora/gwałciciela.

Gadanie typu „a trzeba była…” nie chodzić tą drogą, nie chodzić tym tunelem, nie być łatwowierną, nie ufać etc. jest zdejmowaniem części odpowiedzialności z gwałcicieli !

Na to absolutnie żadnej zgody nie powinno być.

Problem w tym, że Poszkodowane miały poczucie winy. Nie czuły się jak ofiary, tylko jak osoby winne tych strasznych wydarzeń. Jak w takiej sytuacji iść do prokuratury?
Nawiązując do poniższego komentarza Anny o spowiedzi za kratką na niewygodnym klęczniku, w tamtym czasie we wrocławskim kościele Dominikanów był taki konfesjonał niczym pokój, zamurowany z każdej strony z zamykanymi drzwiami. Nikt nie widział i nie słyszał co się dzieje w środku…

Powyższa dyskusja utwierdza mnie w przekonaniu, że „demokratyczne” wydawanie wyroków przez każdego, kto ma jakiś pogląd i przede wszystkim emocję to wątpliwa ścieżka. Czy Paweł M. już urodził się zły? Czy początki jego duszpasterzowania były od początku złe? Czy jak został powołany na duszpasterza akademickiego pomyślał „no, teraz to się obłowię”? Nie daję temu wiary. Praktyka nocnych modlitw jest jak najbardziej ewangeliczna, zbieranie pieniędzy na jakiś cel – tu odnowienie pomieszczeń dla wspólnych celów, nie jest złe samo w sobie. Przypuszczam, że Paweł.M. uczynił wiele dobra, nim zaczął czynić zło. Odmowa zastanowienia się nad tym jest też, choć w innej skali, nadużyciem. Prawdopodobnie nie zdał sobie sprawy, a władze zakonne mu nie pomogły ostrożnie korzystać z pierścienia władzy nad drugim człowiekiem. I sama władza powoli stawała się celem budując ego, któremu wszystko się należy i które ma despotyczną rację, przy której miłość ustępuje. Tak jest z wieloma biskupami, i z wielu z nas w życiu świeckim.

No właśnie, w którym momencie dobro zamienia się w zło? Jakie mechanizmy na to pozwalają? Wydaje mi się że zadział jeden element trudny do zaakceptowania właśnie w przypadku wspólnoty klasztornej: brak wspólnoty! Ci zakonnicy żyli niby razem, ale osobno, nie wtrącając się co czyni współbrat. Dlaczego się nie wtrącali? Bo sami mieli coś do ukrycia i nie chcieli by inni wtrącali się w ich sprawy? Bo czuli się nieomylnymi bogami i nie widzieli potrzeby takiego braterskiego nadzoru? Bo uważali świeckich za maluczkich, których cierpienie nie ma znaczenia?
Czytałem kiedyś niezwykłe wspomnienia ks. Henryka Hilchena postaci niebanalnej. Przez pewien czas (okres międzywojenny) przebywał w nowicjacie dominikanów we Włoszech. Nie ukończył go, bo chciano go skierować potem do Anglii, a on chciał wracać do Polski, ale z jakim ciepłem pisze on właśnie o braterstwie w zakonie, o zwyczaju, że każdy brat za stwierdzone, choćby najmniejsze złamanie reguły i zasad może innego brata ukarać leżeniem krzyżem na podłodze. Ale też ciągle ubolewał nad poziomem moralnym polskich księży, których porównywał z ich odpowiednikami we Franci czy we Włoszech! Fantastyczna i mocno pouczająca lektura napisana z zupełnie innej perspektywy niż „normalne” wspomnienia polskich księzy….

Czyli liberalna reaganomika w zakonnym ubraniu.
Odnoś sukces, cena nie gra roli……
Zwycięzców nikt nie ośmieli się osądzić.

~ Piotr Ciompa: Sluchalem przedwczoraj wywiadu p. Terlikowskiego dla misyjne.pl. Pan Redaktor zwrocil uwage, ze brak jakiejkolwiek kontroli nad sprawujacymi wladze w Kosciele jest jednym z powodow obecnego stanu rzeczy. Tak jak Pan powiedzial, wladza staje sie celem samym w sobie. Papiez tu nic nie pomoze, bo nuncjusz jest zblatowany z KEP. W sumie to jedynie media moga cos w Kosciele zmienic. Ale mam problemy z tym szukaniem drugiega, metafizycznego dna uczynkow o. Pawla. To juz Hanna Arendt zauwazyla w procesie Eichmanna: „Zlo ist banalne”

Nie wiem czy zło jest banalne.
Dla mnie najbardziej niebanalne jest właśnie to, że ten człowiek był z zewnątrz taki dobry, taki uduchowiony, taki mądry.
Pamiętam takie sytuacje, że on nawet płakał podczas mszy i wszystko wydawało się maksymalnie autentyczne.
Pytanie czy to od początku do końca było kłamstwo i manipulacja, które miały służyć zaspokajaniu swojego sadyzmu czy może wierzył w swoje chore wynaturzenia i w jakiś absurdalny sposób godził je w sobie z wiarą w Boga…

~ Arnold: Wg mnie zlo jest banalne. Tyle, ze jak sie damy zrobic w jajo i obudzimy sie potem z reka w nocniku, to usilujemy do tego wymyslic jakas metafizyke (albo opetania, jak kto lubi), bo nam jest po prostu glupio! W tych komentarzach sa przeciez swiadectwa ludzi, ktorzy sie nie dali jemu omatac i wyczuli, ze cos nie gra…

Jest banalne, bo spotyka się zło co krok, wszędzie. Żadne stroje i urzędy nie zniweczą zła. Tylko dobro i sprawiedliwość.

Panie Konradzie, naprawdę pokłada Pan nadzieję w mediach?!? One robią robotę sępów. No owszem, potrzebną, ale nic nie zbudują. Same żyją w kryzysie etycznym.

@Piotr Ciompa i Konrad Schneider: Nie zauważam kryzysu etycznego „Więzi”. A to także media i dziennikarze.

@Piotr Ciompa
„Przypuszczam, że Paweł.M. uczynił wiele dobra, nim zaczął czynić zło. Odmowa zastanowienia się nad tym jest też, choć w innej skali, nadużyciem.”

Nie do końca się z tym zgodzę. To nie Sąd Ostateczny żeby ważyć winy i zasługi.

Gdyby tak czynić to sąd świecki na przykład mógłby tak rozważać sprawę:
Oskarżony:
-zgwałcił 15 kobiet ale…
– karmił 100 głodnych bezdomnych,
– zbudował kościół,
– pracował pro bono w hospicjum,
– dawał datki na kopanie studni w Afryce etc.

I teraz co przeważa ? I na tej zasadzie jak zasługi i winy się „równoważą” to sąd mógłby odstąpić od kary ? A jak winy „lekko” przeważają to może rok w zawieszeniu dać ? Oczywiście to czysta paranoja.

Na Ziemi liczy się konkretny czyn i za ten czyn jest ktoś sądzony, można wziąć pod uwagę jakieś okoliczności łagodzące ale mające bezpośredni związek z czynem a nie porównywanie czynu kryminalnego z tym co innego dobrego przestępca zrobił na innym polu bo to nie ma żadnego znaczenia.

Może na Sądzie Ostatecznym tak będzie ale na ziemi tak to nie działa.

„Dlatego jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, tak i na wszystkich ludzi śmierć przyszła (…). Lecz nie tak jak z przestępstwem jest z darem łaski (…). A zatem jak z powodu jednego przestępstwa przyszło potępienie na wszystkich ludzi, tak też z powodu jednego aktu usprawiedliwienia na wszystkich ludzi przyszło życie. Bo jak przez nieposłuszeństwo jednego człowieka wielu stało się grzesznikami, tak też przez posłuszeństwo jednego wielu stanie się sprawiedliwymi.” [Z listu do Rzymian, 5, 12nn].

@Piotr Ciompa

Przepraszam ale to zdaję się jest o grzechu pierworodnym i Ofierze Jezusa za nasze grzechy.

To nie jest fragment Pisma Św. który by wskazywał że tu na Ziemi mamy „ważyć” przestępstwa versus dobre czyny danego przestępcy. Lub że mamy odpuszczać ziemskie kary gwałcicielom czy mordercom.

Kara dla takiego przestępcy jest de facto błogosławieństwem, dzięki niej ma możliwość odpokutowania chociaż częściowo krzywdy które uczynił innym.

Nie wiem czy ma pan na celu usprawiedliwianie przestępstw ?
Proszę o doprecyzowanie bo nie wiem do czego pan zmierza tymi cytatami.

Jest też taki fragment: <> Jk 2:10-11 Można go użyć na potrzeby tej dyskusji, choć de facto oznacza on, że wystarczy przekroczyć jedno przykazanie, by popaść w grzech (w szczególności w grzech ciężki, o ile materia jest poważna, a wola i świadomość pełne).

ucięło mi ten cytat: „Choćby ktoś przestrzegał całego Prawa, a przestąpiłby jedno tylko przykazanie, ponosi winę za wszystkie. Ten bowiem, który powiedział: Nie cudzołóż!, powiedział także: Nie zabijaj! Jeżeli więc nie popełniasz cudzołóstwa, jednak dopuszczasz się zabójstwa, jesteś przestępcą wobec Prawa.

Byłem w tym czasie studentem. Chodziłem do DA Dominik. Dobre słowo chodziłem, bo jakoś nie potrafiłem zaangażować się w jakąkolwiek działalność, zaprzyjaźnić z kimś ze wspólnoty. Ojciec Paweł był charyzmatyczny. Na jego msze przychodziło setki, tysiące osób. Miał niesamowitą charyzmę. Mogłeś go słuchać godzinami.
Był też okres, że chodziłem też na poranne msze i śniadania do duszpasterstwa. Z racji pory dnia grupka studentów była dużo mniej liczna. W czasie śniadania zawsze był ktoś nowy, kto się przedstawiał, opowiadał jak trafił, co studiuje itp. było sympatycznie, dużo humoru i luzu. Chociaż dało się też wyczuć, że jest pewna grupka osób wokół ojca Pawła. Tylko że zawsze są ci starzy i nowi, ci bardziej zaangażowani i ci z boku, to raczej normalne.
Zdarzało mi się zostawać na różaniec po śniadaniach, zdarzyło się odbywać spowiedzi-rozmowy z o.Pawłem. W żadnym momencie nie doświadczyłem jakiejkolwiek manipulacji, agresji, czegokolwiek co wzbudziłoby mój niepokój ze strony ojca. Nigdy nie widziałem, żeby ktokolwiek leżał krzyżem, silił się na jakieś praktyki typu modlitwy głosami, itp.. Wszystko wydawało się bardzo racjonalne zgodne z tym jak postrzegałem dominikanów.
Nie spotkałem się też wtedy z jakąkolwiek relacją, sygnałem osoby z DA, która wskazywałaby na choćby cień takich praktyk ale powtórzę moje relacje z ludźmi były dość powierzchowne.
Dlatego jestem w ogromnym szoku po wyjściu na jaw tego jak było naprawdę, to się w głowie nie mieści. Kamuflaż był doskonały, pewnie gdyby wiedzieć to co teraz to człowiek zwróciłby bardziej uwagę, był bardziej wyczulony. Chociaż jak wracam teraz pamięcią to pamiętam jak któregoś razu podczas sprzątania DA, wychodziłem wynieść śmieci na podwórze klasztorne i zauważyłem przechodząc, ze w którymś z pomieszczeń są dziewczyny, tak jakby tam mieszkały, co mnie zdziwiło ale pomyślałem, że może biedne studentki nie mają pieniędzy na stancje i dominikanie w przypływie miłosierdzia udostępniają im pokój.

I na koniec. Na podstawie relacji skrzywdzonych powiedziałbym że jest duże prawdopodobieństwo, że ten człowiek jest opętany.

Opętany? To jest właśnie retoryka PM. W tej kwestii wypowiedzieć się powinien raczej lekarz psychiatra.

Jestem byłym członkiem DA Dominik oraz Dominikańskiego Duszpasterstwa Szkół Średnich „Piętrobus” we Wrocławiu. Pozwolę sobie na kilka uwag oraz pytań. Opisuję pewne rzeczy tak jak ja je widziałem.
1. Chcę zacząć od obrony dominikanów:
A. „Ojciec P.M. został karnie przeniesiony w związku z nieprawidłowościami w prowadzeniu wspólnoty sw. Dominika” – komunikat mniej więcej tej treści usłyszałem na akademickiej mszy sw. „dwudziestce”. W tamtym czasie w tych mszach uczestniczyło między 1000 a 2000 osób.
B. W „Dominiku”, niemal natychmiast po karnym przeniesieniu o.Pawła, mówiło się o sekcie którą założył. Temat nie był tajny.
C. W „Dominiku” bardzo szybko dotarła do mnie informacja, że mogę u dominikanów szukać pomocy i wsparcia gdybym jej potrzebował w związku z działalnością o. Pawła. W moim odczuciu informacja ta była powszechna i dotyczyła każdego członka DA.

To są standardy które dziś, w niektórych polskich diecezjach, znane są tylko ze słyszenia.

2. Pytanie do dziennikarzy:

Mnie więcej w ciągu roku po usunięciu o. Pawła, po raz pierwszy dotarła do mnie informacja o seksualnym charakterze „nadużyć”. Na przestrzeni ok. 10 lat usłyszałem ją jeszcze z kilku źródeł. Skalę okropieństwa poznałem dopiero teraz.
Wydaje mi się, że wiedza o seksualnym charakterze „nadużyć” była jednak w jakimś stopniu „powszechna”. Proszę pamiętać, że o. Paweł był szalenie popularny we Wrocławiu. Biorąc to pod uwagę oraz punkty 1. A i B proszę o wyjaśnienie dlaczego nikt z Was nie zainteresował się tematem wcześniej.

3. Dominikanie:
W „Piętrobusie” licealiści (!) ostrzegali się przed „Dominikiem” a przynajmniej przed twardym jądrem DA. Nikt nie mówił co konkretnie dzieje się złego, ale dowiedziałem się, że trzeba uważać i że jest to dziwne miejsce.

Jaki był nadzór nad działalnością o. Pawła we Wrocławiu? Dlaczego dopuszczono go do pracy z młodymi ludźmi jeśli problemy pojawiały się już wcześniej w Poznaniu? Dlaczego nie reagowano na sygnalistów.
Czy tylko kilku (jeden?!) zdobyło się na zderzenie z o. Ziębą i – prawdopodobnie – całym „stronnictwem” ówczesnego prowincjała?
Być może się mylę, ale dziś tłumaczę to sobie tym (oraz tłumaczę sobie dominikanów), że trzeba było być naprawdę bezczelnym (albo kamikadze) aby decydować się na otwartą konfrontację z o. Maciejem Ziębą. Zakon w tamtym czasie kwitł. Powołania. Ojciec Maciej na i w tygodnikach opinii, posiłki z JPII, sam pamiętam spotkanie na którym o. Maciej nazwał Condoleezzę Rice „Condezką”.
Wydaje mi się, że takie zderzenie musiało przynieść nieprzyjemne konsekwencje.

Pewnie sprawa jest jednak bardziej złożona. Czy tylko możemy winić prowincjała który był człowiekiem i tak samo jak wszyscy podlegał różnym uwarunkowaniom i słabością (w tym do ludzi których zwyczajnie lubił)? Mam nadzieję, że raport wyjaśni wszystko do samego dna.

4. Czy o. Paweł kiedykolwiek pracował z młodymi ludźmi po usunięciu go z Wrocławia? Dochodziły do mnie informacje, że widywano go otoczonego wianuszkiem wpatrzonych w niego młodych ludzi. Czy były to plotki?
5. Poza straszliwie skrzywdzonymi dziewczynami pamiętać też trzeba o ludziach którzy rzucali studia i szli do zakonów bo o. Paweł rozpoznał powołanie. O chłopakach którzy byli blisko jądra DA i choć nie wykorzystywani seksualnie, to doświadczyli piekła. Także o tych wszystkich którzy ponoszą dziś inne konsekwencje jego pato-duchowości.

Przez kilka lat byłem zaangażowany w duszpasterstwo szkół średnich przy klasztorze Dominikanów w Poznaniu (a było to ponad 20 lat temu). Nie było to stricte duszpasterstwo szkół średnich, tworzyli je bowiem ludzie w różnym wieku – licealiści, studenci, osoby dorosłe, pracownicy naukowi uam (sic!). Była to wspólnota totalna, angażowała ludzi od rana (od porannej mszy) przez przeróżne „czuwania”, nabożeństwa różańcowe (szczególnie celebrowane), wieczorne spotkania modlitewne, wyjazdy weekendowe.

Kilka razy spowiadałem się u PM. Były to bardzo długo trwające spowiedzi podczas których spowiednik „dokopywał” się do najintymniejszych szczegółów życia. Ze szczególną obsesją podchodził oczywiście do kwestii „czystości” oraz wyrzekania się wszystkiego, co mogłoby tejże czystości zagrażać. Wyrzekano się przeróżnych spraw – od nieczystych myśli, spojrzeń przez fantazje nt seksu oralnego (!), który miał podobno nawiązywać do tantry oraz mistyki wschodu – ta miała być zdaniem ‚duszpasterza’ szczególnie niebezpieczna i demoniczna. Szczególnie pielęgnowana była obsesja PM na punkcie masturbacji, która miała niszczyć i blokować wspólnotę.

Sam PM miał status guru – nikt nie kwestionował jego zdania. Miał wgląd w życie ludzi i umiejętnie to wykorzystywał. Skala psychomanipulacji niespotykana.

Duża część wspólnoty rozeznawała powołanie zakonne, inni misyjne.

Jedni mówili językami, inni rozmawiali z aniołami (!) Byli tacy, którzy mieli dar prorokowania. Emocjonalny rollercoaster przetaczał się codziennie.

Były oczywiście różne kręgi ‚wtajemniczenia’. Ta najbliżej PM była dość wąska i hermetyczna.

Co ciekawe – nikt z tych młodych ludzi nie kwestionował zdania oraz metodologii guru. Problem zawsze był po tej drugiej stronie – za mało zaufania, oddania, modlitwy.

Ostatnio przypomniałem sobie o „proroctwie’ PM, jakim podzielił się pod koniec swojego pobytu w Poznaniu. Opowiadał wtedy o jakimś świętym mnichu, którego rodzimy klasztor miał niby pod koniec życia deprecjonować odsuwając go od obowiązków kaznodziejskich. Rzeczony święty mnich miał umrzeć w pogardzie i zapomnieniu ale w komunii z Bogiem. No święty człowiek. Taki los miał spotkać samego PM. Ot takie proroctwo.

„Co ciekawe – nikt z tych młodych ludzi nie kwestionował zdania oraz metodologii guru. Problem zawsze był po tej drugiej stronie – za mało zaufania, oddania, modlitwy. ”
Wmów człowiekowi że jest grzeszny, reszta przyjdzie sama i położy się na tacy….

Jak udało się Panu z tego wyjść?

Byłem gościem poznańskiego duszpasterstwa na zamkniętych rekolekcjach weekendowych w 1996. Nie wiem co by ze mną było gdybym był w okolicy PM przez dłuższy czas. Po tych paru dniach zbierałem się parę miesięcy.  Nie spoktałem nigdy nikogo z takim „darem” manipulacji. Byłem przekonanany, że jadę na dominikańskie rekolejcje. To była dla mnie gwarancja jakości.PM wykorzystywał prosty mechanizm skracania dystansu, budowania niby-przyjaźni. Mówił Panu Bogu – trochę emocjonie ale bardzo przekonująco, osobiście i bez kontrowersji. Później obserwuje się reakcje odbiorcy i to już wystarczy by mówić mu jak wiedza biblijna i teologiczna odnosi się do problemów osobistych tu i teraz. Cały czas to ma sens i słuchacze mają poczucie więzi z „duszpasterzem” i satysfakcji, jak dobrze nasz rozumie. Następny krok to stawianie „wymagań” które trzeba odczytać w swoim sercu. „Odczytywanie” to słuchanie własnych myśli i branie ich ze śmiertelną powaga. Kluczowe jest utożsamienie tych myśli z wolą Bożą. Pojawiają się wątpliwości – duszpasterz natychmiast je uprzeda i ma już odpowiedź – często dość trudną, bo Bóg kocha ale i wymaga. Wszystko, za wszystko. Teraz można „wolę Bożą” przyjąć i zostać, albo iść swoją drogą.  Wymagania „woli Bożej” cementują grupę. „Duszpasterz” rozpoznaje, że grupa zaczyna się otwierać, przychodzą więc „dary”. Dzięki delikatnym sugestiom ludzie zaczynają prorokować, odbierać sygnały od dusz czyścowych. Inni walą głową o podłogę i wyją bo ta „wola Boża” jakoś trudna jest do akceptacji – na przykład wymaga natychmiastowego porzucenia swojej dziewczyny i wybrania się do zakonu. „Trzeba oddać Izaaka”. Grupowa rzeź Izaaków scala grupę. Tylko grupa zrozumie dlaczego trzeba było rozwalić związki, tyko prorok zrozumie proroka. Ci na zewnątrz jeszcze nie mieli szansy dostąpić naszego doświadczenia. Nadprorok duszpasterz dopilnuje aby proces nie tracił dynamiki. Pokorny sługa „woli Bożej”. A to tylko skrót weekendowych rekolekcji wyjazdowych.
Niestety odpowiedzialność z Pawłem ponoszą wszyscy, ktorzy pozwoli mu nosić biały habit.

@Rafał.
Szok, że to w katolickim kościele pod skrzydłami przełożonych jeszcze się działo.
Klasyczne manipulacje sekciarskie. Brakuje jeszcze „bombardowania miłością”.
Jak ktoś z zewnątrz mówi, że coś nie gra to „szatan przez niego przemawia”. Rozumieją tylko ci z grupy…

Przed takimi praktykami należy ostrzegać, mówić o tym na kazaniach publicznie a nie tylko umieszczać jakieś teksty na stronach www których nikt nie czyta.
Może ktoś słyszący z ambony co to jest sekta by się ocknął !?

Te wiedza w zakonie była. Opowiedziałem co się działo szefowi krakowskiego centrum informacji o sektach. Poprosił mnie o opis sytuacji. To był lipiec 1996. Napisałem chyba z osiem stron. Rozum kazał pisać, ale z drugiej strony próbował hamować mnie syndrom sztokholmski. Gdyby ktoś potraktował te informacje odrobinę poważnie może nie byłoby gwałtów. Tylko, że w tym samym czasie PM przeprowadzał się już do Wrocławia, aby tam sięgnąć swych mistycznych szczytów. I sam został szefem infomracji o sektach. Zobaczyłem później Pawła w 2000 roku w Gdańsku w św. Mikołaju. Przyjechał promować Trzeci Zakon Dominikański. Tak miał jeździć po dominikańskich klasztorach.

Czyli odwieczne „cherchez la femme”…
Czy Kościół nie byłby lepszym miejscem gdyby naturalne skłonności jego kapłanów mogły jednak znaleźć naturalne ujścia w małżeństwie?

Dla mnie Kościół z żonatymi kapłanami nie byłby lepszy.
Poza tym kapłani zakonni nigdy nie zawierali małżeństw. Albo śluby zakonne, albo ślub małżeński.

Nie masz racji. Chodzi o inne ustawienie samca czyli mężczyzny, którymi są wszyscy zakonnicy. Chodzi o decentralizację ich potrzeb i zniesienie poczucia wyższości.

Nie, Panie Marku2. Istotne jest nie „partnerka”, tylko „trzeźwo myśląca”.

No a akurat w przypadku pana Piotra to partnerka, ale mógłby być przyjaciel, psycholog, spowiednik (zdarzają się trzeźwo myślący, choć chyba rzadko). W innej wypowiedzi
pana Piotra (chyba tego samego, 25 marca 2021 10:44) widnieje jeszcze drugie słowo klucz: „superwizja ludzi, którzy pracują z młodzieżą”. Czyli duszpasterz jest stale pod czujnym, badającym, korygującym i wspomagającym okiem superwizjera
(np. przeora, który chyba się z tego obowiązku nie wywiązał we Wrocławiu – tu ukłon względem uwag pana Konrada Schneidera, którego powyżej dyscyplinowałam).

Miałam więcej szczęścia niż studentki z Wrocławia, bo znalazłam się w innym duszpasterstwie dominikańskim, w innym mieście w Polsce. Gdzie zarówno był trzeźwo myślący duszpasterz, który
mówił pewnej studentce „Pan Jezus pracował około 20 lat życia jako cieśla, a tylko 3 lata nauczał” (więc żadnych niekończących się, wiedzonych modłów nie było, tylko uczyć się do egzaminów, bo pracą studenta jest uczenie się, a pracą też można się modlić).

A oprócz tego tenże duszpasterz był pod superwizją mądrego przeora, żeby grono zauroczonych dziewcząt go psychicznie nie wykończyło i nie doprowadziło do samouwielbienia.
Ten krytyczny stosunek do własnej osoby, połączony z poczuciem humoru, ale także poczucie odpowiedzialności za innych mu powierzonych, zwłaszcza tych skrzywdzonych
pozostał mu do dziś. Mam wrażenie, że o.Marcin Mogielski musiał się od niego uczyć, bo zdanie „Najpierw jestem człowiekiem, potem księdzem, a potem dominikaninem” to jedno ze zdań, które także z jego ust słyszałam. Mam wrażenie, że czasami na forum Więzi bywa, więc może przeczyta.

Dopowiedzenie: chodzi o to, że pan Piotr znalazł obok siebie osobę trzeźwo myślącą (partnerke), a tu nie chodzi o zdanie, że pan Piotr sam wykazał się trzeźwością myślenia (to raczej w sekcie niemożliwe), tylko osoba inna niż „guru” mu udzieliła pomocy. Samemu za uszy z sekty, jak z bagna, chyba się nie da wyciągnąć?

Drodzy, mam wątpliwość dotyczącą o. Macieja Zięby i jego decyzji po ujawnieniu sprawy. W reportażu czytamy :”Po latach okazało się, że nie tylko Weronika doświadczyła przemocy psychicznej, duchowej, fizycznej i seksualnej. Kobiety, będąc w latach 1996-2000 w jednej wspólnocie, nie wiedziały o pozostałych skrzywdzonych.” Czy w dwutysięcznym roku, kiedy grupka Dziewcząt udała się do Warszawy, prowincjał miał pełną wiedzę o okropnościach dziejących się w DA? W kilku artykułach można odnaleźć informację, że wiele faktów wyszło na jaw dopiero po latach. Zastanawia mnie też postawa pozytywnego bohatera tej historii o. Mogielskiego, który już na początku lat dwutysięcznych angażuje się w sprawę ks. Dymera i – jak możemy przeczytać w tekście – włącza w te działania prowincjałów Ziębę i Popławskiego. Skąd niekonsekwencja w odniesieniu do własnego podwórka? Czy tylko stąd, że było własne…?

może wydawało im się, że o. Paweł został całkowicie unieszkodliwiony, i dodatkowo mają go ‚na oku’, więc to nawet lepsza sytuacja, niż gdyby został wydalony z zakonu, i mógł gdzieś działać w świecie. Przekonanie o sile perswazji i resocjalizacji połączone z pozytywizmem dot. ludzkiej natury mogło mieć tu spore znaczenie. Próbuję tu trochę bronić o. Ziębę, bo to był wybitny intelekt, który przekazał naprawdę sporo ważnych prac. Może był zbyt idealistyczny w zarządzaniu materiałem ludzkim? Albo poświęcał temu mniej czasu, przekazując część obowiązków innym?

Ha, ha. Znowu to bilansowanie zła dobrem. Był mądry i ważny, chciał ładnie się prezentować. Zwyczajna ludzka słabość.

bardzo łatwo kogoś potępić. Jednak jaką miarą mierzymy, taką będziemy sądzeni. Chciałabyś żeby zwracano uwagę tylko na Twoje wady? Co innego nieprawość której dopuścił się o. Paweł, a co innego reakcja prowincjała. Pokrzywdzone dziewczyny zaczęły mówić o. Mogielskiemu o szczegółach dopiero po pewnym, niekrótkim czasie.

Wszystkim niedowierzającym chciałbym przypomnieć, że o. Paweł potrafił manipulować nie tylko swoim ofiarami, ale także braćmi i przełożonymi. Przełożonego także można zmanipulować, wodzić za nos i osaczać plotkami, zniewagami itp. Oczywiście nie umniejsza to winy przełożonych, którzy do rozstrzygania takich spraw są powołani.

Zdaje sie ze jeszcze jest tak w PL,ze TRZEBA WINE UDOWIDNIĆ i kazdy ma prawo do obrony,..a tutaj pani zlinczowala człowieka publicznie! To jest poki co ” słowo za słowo”, atmosfera w KK jest taka ,ze łatwo „rzucac tym kamieniem”. Znałam o.Pawła, bardzo mi pomogł, czesto spowiadałam sie u niego i bywałam w tym dusxpast. Widywałam tez zakochane ” panienki…zresztą, przeciez, pełnoletnie, wokól niego. Prowadził wspolnote, był b.zaangazowany w rozpoznawanie działaln sekt we Wro. A jesli to ” zemsta po latach?…Nie wierze dopoki nie udowodnią mu winy! To mogą byc pomowienia, urojenia, nadinterpretacje. Znam przypadek, gdzie kobieta oskarżała ksiedza..po długich rozmowach okazało sie, ze to wszystko było tylko w jej głowie! Ale potem nikt nie mysli o skrzywdzonym i…zgorszonych sprawą wiernych! Moze komus o to chodzi? Poza tym – dlaczego to wychodzi własnie teraz, ptzed Swietami, w syt.obostrzeń i kryzysu w kosciele?

Pani Anno, wina będzie udowadniania przed sądem, prokuratura już nad tym pracuje. Musi to być dla Pani szok, ale to nie jest sytuacja „słowo za słowo”, tylko zeznania i relacje wielu osób…

@Anna
W sprawie „Poznańskich Słowików” też pamiętam jak pełno rodziców go broniło, mówili że to niemożliwe, że taki dobry dyrygent, że tyle zrobił dla chóru…
Potem jakoś tak w miarę napływania coraz większej ilości informacji ten tłumek przed prokuraturą jakoś się kurczył i kurczył aż nikt nie został…

Rodzicom wykorzystanych dzieci nie mieściło się w głowach gdzie posyłali własne dzieci, klasyczny przykład wyparcia.

Winy udowodni sąd. Ale nie są to żadne słowa przeciw słowom tylko masa zeznań różnych osób, i na dodatek zeznania ze sobą współgrają, jest ten sam typ działania przestępczego.

Większość czynów się przedawniła, ale to nie z winy zgwałconych dziewczyn tylko z powodu braku działań przełożonych tego „pobożnego” przestępcy.

Po pierwszym razie powinien być wydalony ze stanu duchownego i tyle w temacie.

Jako świecki nie miałby możliwości takiego działania bo nikt na jego „natchnione” bajeczki by się nabrać nie dał. Świecki działający w ten sposób byłby raczej postrzegany jako „nawiedzony.
A nawet gdyby coś zrobił to prokuratura po wpływie skargi tak łatwo by nie odpuściła. Tu ofiary zgłaszały prawdopodobnie ze względu na dyskrecję i „dobro kościoła” te sprawy tylko do władz duchownych co było kategorycznym błędem.

Naprostowanie z Poznania: nie chodzi o „Poznańskie Słowiki” (prof. Stuligrosza), tylko o „Polskie Słowiki” maestro Kroloppa.

Wstrząsający, znakomicie napisany, równie rzeczowy co przygnębiający tekst. Zachowania liderów zakonu Świętego Dominika, te nieco dawniejsze i współczesne, żenujące. Najpierw banalizowanie zła, a teraz, w obliczu nieuchronności procesu świeckiego, mało wiarygodne deklaracje składane radcy prawnemu na łamach gw. Tonący brzydko sie chwyta. Jest mi smutno, jako osobie związanej z dominikanami. Tak jak smutno mi było, po ujawnieniu zla czynionego przez J. Vanier’a, zresztą też zaplątanego w szarlatanerię wpływowych dominikanów.

Zastanawiające jest w kontekście opisanej sprawy, to iż o. Konopka ówczesny przeor we Wrocławiu został potem socjuszem (najbardziej zaufaną osobą) o. Popławskiego – prowincjał następnego po o. Ziębie…

Straszne. Czy Polska Prowincja Dominikanów nie powinna zostać rozwiązana i sformowana na nowo? Tylko przez kogo?

myślę, że dla wielu dominikanów szczegóły tej sprawy opisane w artykule są tak samo szokujące jak dla nas, i mają teraz naprawdę trudne dni.

Ale właściwie dlaczego było to tajemnicą (jeśli było) wobec innych braci… Nie była to spowiedź, więc tajemnica nie obowiązywała chyba nikogo. Powinni wszyscy być poinformowani za co ma takie wytyczne to inni patrzyliby mu na ręce.

dobre pytanie. Myślę, że drastyczne szczegóły opisane w artykule, związane z przestępstwami seksualnymi, mogły być znane tylko kilku osobom, np. o. Mogielskiemu. Poza tym, od 2000 roku w zakonie pojawiło się wiele młodych (stażem) osób, i one w ogóle mogły mieć mglistą wiedzę co do tej historii. Być może na zasadzie, że ‚nie mówi się o rzeczach złych i gorszących bez wyraźnej potrzeby’…

Polska Prowincja Dominikanów to mnóstwo wspaniałych ojców żyjących blisko boga. Tylko o nich nie usłyszysz w mediach.

Pamiętam o. P. M z Sandomierza, był to rok 2005/ 2006 , może rok wcześniej. Nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Zamknięty depresyjny, ponury, sugestywny, charyzmatyczny wtedy gdy zaczynał mówić. Pamiętam ciężką atmosferę, która rodziła się pod wpływem jego pokrętnej teologii nt. rozeznawania grzechów, uzdrowienia duchowego. Był nieprawdopodobnie sugestywny. Ja reagowałam alergią somatyczną. Skręcało mnie gdy był w pobliżu, gdy głosił słowo z ambony. Słuchając go, miałam zawsze wrażenie, że coś z nimi jest nie tak. Raz, nawet w ramach przekonania się jakim jest człowiekiem, poszłam na spotkanie, które prowadził. Była to niewielka grupa kobiet, już po studiach, ale przed ważnymi życiowymi decyzjami jak to bywa w takim wieku. To było dosłownie kilka kobiet. To co mówił na tym spotkaniu o uzdrowieniu, jak mówił, było dla mnie czymś okropnym. Manipulacja pierwszej wody: sugestywne wmawianie blokad, grzechów, czekanie na szczegóły zranień (opowiadane w grupie) traum, obwinianie za milczenie, i że to obciąża innych, bo Bóg nie może działać… Siedziałam zamurowana, milcząc. Nawet nie pamiętam czy wyszłam po zakończeniu czy przed. Pamiętam, że całe moje podejrzenie, że z nim coś jest nie tak potwierdziło się. Omijałam go z daleka. Próbowałam rozmawiać z dziewczyną którą znałam, a która uczestniczyła w tej grupie. Nie dało się. On je odizolował, zabraniał aby mówiły o tym co dzieje się na grupie. To zresztą był czas modny na Msze z modlitwą o uzdrowienie, o. A. Pelanowski wydawał książkę Umieranie ożywiające. Spotkania o. P. M. były na kanwie tej książki. W samym klasztorze, pośród ojców z którymi miałam kontakt panowało zamieszanie. Nie wiem czy wiedzieli o Wrocławiu, ale wydaje mi się, przypominając sobie różne sytuacje po tych latach, tak jak potrafili chronić i jak mogli ze swojej perspektywy chronić ludzi. Przejmowali krok po kroku jego „teren”, zabrali mu chyba, jeśli dobrze pamiętam tą grupę. Uczestniczyli w Mszach i modlitwie o uzdrowienia i mówili zamiast niego konferencje… o. P. M polaryzował środowisko, które było przy nim: byli ci co go uwielbiali, zresztą do tej pory mówią o nim w superlatywach, i ci, do nich należę, którzy zauważali jakąś niespoójność i trzymali się z daleka, próbując zrozumieć co się dzieje, i ostrzec innych przed tym co było widać: przed pseudo-duchowością i manipulacją psychiczną. Było to niezwykle trudne ponieważ sympatycy o. Pawła po prostu uważali go za świetnego duszpasterza. Ktoś napisał w komentarzu, że to osobowość narcystyczna, manipulująca, i celująca w ofiary.

To ważne, co piszesz, m.in. dlatego, bo z tego wynikałoby że o. Paweł jednak prowadził działalność duszpasterską po zakazie wydanym przez prowincjała około 2000 roku. To byłby prawdziwy skandal. Dziennikarze powinni wyjaśnić ten wątek, proszę. Oraz zapytać expressis verbis np. o. Mogielskiego, dlaczego w 2000 roku nie zgłoszono sprawy do prokuratury.

Pani Maju, Pani komentarz wydaje mi się ważny. Gratuluję trzeźwego myślenia. Czy może Pani napisać jak długo trwały spotkania o. Pawła z grupą kobiet? Rozumiem, że reakcja dominikanów była „na partyzanta”. Czyli robimy cos po cichu, ratujemy co się da ale bez zdecydowanego ucinania sprawy. Jak się zakończyła działalność o.Pawła w Sandomierzu?
Czy w Sandomierzu wyraźnie wyartykułowano prośbę do potencjalnych ofiar o kontakt (np. podczas ogłoszeń parafialnych)?
Czy może inni czytelnicy postów pamiętają działalność o. Pawła po okresie „kary”?

Pytanie, czy w Sandomierzu nie trzeba szukać kolejnych ofiar.

Kto zgodził się na to, aby prowadził tam grupę duszpasterską, krótko po Wrocławiu. Dominikanie chyba nie do końca wiedzieli o tym co się działo wcześniej, ale przeor, który dostaje takiego delikwenta pod swoje skrzydła powinien dostać przynajmniej jakieś wytyczne.

Coraz bardziej wydaje mi się, że grupy, modlitwy, to było celowe działanie celem pozyskania podatnych osób, do mówiąc wprost, seksu.

W tym czasie przełożonym domu w Sandomierzu był o. Andrzej Konopka, były przeor dominikanów we Wrocławi, w latach, w których działał tam P.M.

o. P. M w Sandomierzu nie funkcjonował jako duszpasterz. Dlaczego i jak zoorganizował wokół siebie kilkuosobową grupę kobiet? To jest pytanie na które nie mam odpowiedzi. Wystarczy że je spowiadał i proponował np. wspólne pomodlenie się z innymi. Naprawdę zakonnik może obejść przeora jeśli chce i jest do tego zdeterminowany. Jesli stworzył po partyznacku grupę ( tego nie wiem, stawiam taką hipotezę) to trochę zajmuje zanim rozwiąże się takową, bez robienia zbytniego rabanu. Z moich niepełnych informacji wynika, że ówcześni główni duszpasterze nie zdawali sobie sprawy z sytuacji we Wrocławiu. Mieli domysły nt. tylko sekciarskiego zachowania o. P.M, ale nie o jego seksualnych przestępstwach -. Na ile zdawali sobie sprawę z tego, co to oznacza? Ja nie mam, jak dziś patrzę na ówczesną sytuację, pretensji do przeora, ani do ojców duszpasterzy. Zrobili co mogli, i jak potrafili najlepiej chronili ludzi, nie tylko duszpasterstwo, ale i wiernych którzy słuchali konferensji o. Pawła w czasie modlitwy o uzdrowienie. NIe pamiętam jak długo głosił, nie za bardzo wydaje mi się, ale zbyt dużo czasu upłynęło abym potrafiła sobie poprzypominać ile to trwało. Uważam, że największą winę ponoszą władze Zakonu, którzy popełnili olbrzymi błąd lekceważąc powagę zagrożenia jaką niósł w sobie o. P. M., a mieli już wiedzę nt nadużyć p. P. M. To, że psychiatrzy powiedzieli, że nie jest zaburzony, nie oznaczało przecież, że jego zachowanie nie jest toksyczne. Po drugie mając moralny obowiązek chronić przed pseudoteologią, pseudoduchowością nie dopełnili nadzoru, może myśląc, że jednak dorośli ludzi przychodzą na spotkania więc, biorą za swe czyny odpowiedzialność. Nie wiem co było przyczyną, wydaje mi się że zbyt miłosierne podejście do ojca P. Może brak wiedzy, brak pełnego obrazu. Myślę, że w tamtym czasie wiedza nt. przemocy psychicznej, przemocy duchowej była nie-powszechna. Trzeba myślę, pamiętać o tym, że osoby z wewnątrz nie chciały opowiadać o spotkaniach, a oskarżenia trudno opierać na tym co nam się wydaje. I zasadniczo Kościół ma w swojej tradycji sporo taki pojęć jak dyskrecja, lojalność, hierarchizacja decyzji, które źle zastosowane mogą „pomóc” dewiantowi funkcjonować. No bo jeśli, Prowincjał decyduje, to już nie decyduje przeor, może obserwować, monitować, i chronić na swój własny sposób…. Nie oskarżałabym ojców czy przeora o lekkomyślność. W jakiś sposób padli jego ofiarą, i podobnie jak ja zmagają się prawdą o o. P. M. Nie mam wiedzy na temat tego dlaczego po 2000 roku o. P.M nie będąc w funkcji duszpasterza prowadził tą grupę kobiet, może jak mówiła wyżej to była jego partyznatka? Był na tyle krótko ( nie cały rok), że jest szansa na to, że nie skrzywdził nikogo w Sandomierzu. On, widać to z opisów ofiar, potrzebował więcej czasu na zmanipulowanie osób. Uważam, że nie ojcowie po klasztorach a władze Zakonu, a więc śp. M. Zięba, i kolejni, ponoszą odpowiedzialność, natomiast nie byłabym tu aż tak surowa. Poznając trochę temat przemocy psychicznej, manipulacji osób, cyklu przemocy w którym manipulant wciąga ofiary, nie jest naprawdę łatwo szybko zdiagnozować manipulanta. Zbyt wiele rzeczy do siebie nie pasuje, a osoby zdrowe przy takiej osobie mają zamęt i zwykle wierzą manipulantowi. Dobro pomieszane jest z przemocą.

Interesują mnie opinie psychiatrów i psychologów: Pani podaje w artykule, że o. Paweł M. był badany przez trzy zespoły specjalistów; dwukrotnie przed 2006, wówczas prowincjałem był .o.Zięba i w 2016 roku , kiedy prowincjałem był o.Kozacki. Ostatnie badanie zacytuję: „skierowałem go w 2016 roku na badania psychologiczno-psychiatryczne do doświadczonego zespołu psychologów i psychiatrów, zawodowo zajmujących się ocenianiem kryminalistów, którzy popełnili przestępstwa na tle seksualnym.”, badania te sprzed 2006 r jak i te z 2016 r , w opinii ekspertów, nie dawały podstaw do odsunięcia ojca M. od posługi kapłańskiej. Sam opis zachowań ojca Pawła skłania mnie do myślenia o nim jako osobie z zachowaniami dysfunkcyjnymi, zdeterminowanej, potrafiącej dominowa i bardzo skutecznie kierować zachowaniami innymi, nie rozumiem , dlaczego te opinie są tak przychylne , kiedy powinny wskazywać na nieprawidłowości ; pewnie wnioski z tych badań są zastrzeżone i to jakimi narzędziami się posłużono. To jest ciekawe, na co zwrócił moją uwagę jeden z zakonników, że jest dysproporcja między zachowaniem obserwowalnym a opinią biegłych., jak sądzę wydaną na podstawie badań testowych .

Podobno osoby cechujące się m. in. osobowością psychopatyczna lub/i obsesja narcystyczna sa często w stanie oszukać biegłych (zaznaczę, że nie jestem psychologiem; mój komentarz jest efektem lektury różnymi różnych źródeł popularnonaukowych. Swoją drogą, warto poprosić o komentarz specjalistów, którzy są w stanie wyjaśnić ten mechanizm).

(cd)W testach osobowości są skale kłamstwa np. w MMPI -2 (Minnesota Multiphasic Personality Inventory), które diagnozują symulację bądź dyssymulację czyli ukrywanie zaburzeń, czego w przypadku o. Pawła M. nie wykluczyłabym. Badanie osobowości jest długie, wyczerpująca jest interpretacja dlatego ta niespójność mnie dręczy. Jeszcze jedno, o. Marcin Mogielski, jestem wzruszona działaniami jakie podjął wobec kobiet; trzeba miec bardzo wysoką inteligencję emocjonalno-społeczną, aby rozpoznać przemoc psychiczną, fizyczną przeciwstawiać się jej tak konsekwentnie. Duże uznanie. Podobnie dla autorki artykułu, rzetelny i chronologiczny.

Przeczytałam. To jest niezwykle rzetelny artykuł. Przeczytałam też komentarze i jeszcze dwa wnioski, które tu nie padły mi się nasunęły. Dominikanie mówią o „możliwie szybkim” rozstrzygnięciu sprawy. Rozumiem, że mają tu dobrą intencję, żeby nie rozmywać przez przewlekanie, ale… moim zdaniem tej sprawy nie zamknie się szybko, bo czego chyba jeszcze nie dostrzegają, poza największymi ofiarami, są też setki mniejszych. Cierpią wykorzystywane kobiety (a intuicja i lektura komentarzy pozwala sądzić- jest jeszcze wiele nieujawnionych, pewnie części nigdy nie poznamy), cierpią studenci „wypychani” do seminarium (kto im teraz pomaga?), ale cierpią też tacy ludzie jak Anna (powyżej), którzy nadal wierzą w P.M. bo pozwolono im budować na nim swoją duchowość.

To jest potężny problem. Ci ludzie są teraz totalnie zagubieni. Nie wiedzą nie tylko co myśleć o P.M., ale nade wszystko co myśleć o przekonaniach obecnych w świecie ich duchowości, które tam zaszczepił. Co z nich było prawdą? Co herezją tak subtelnie wplecioną, że tylko teolog by ją wychwycił? Czemu Dominikanie pozwolili na to? Czemu nie dali jasnych wytycznych wszystkim współbraciom? Też narażonym na manipulację (a może dali?). Czemu wierni przychodząc do duszpasterstwa nie posiadali jawnej informacji za co nie wolno M. sprawować mszy? Kto ma internet wie, że trochę nieprawdą jest, że zajmował się „głównie seniorami”. I teraz druga rzecz. Czemu w tym wszystkim tak mało o jego grzechach śmiertelnych? Tych wobec imienia Boga? Jeśli było jak opowiadają pokrzywdzone, to rzeczy, które w zamkniętych grupach głosił były jawnie heretyckie. Stanowiły ciężką obrazę Boga wystarczającą chyba nie tylko do usunięcia z zakonu ale może nawet na nałożenie kar bliskich ekskomuniki (wiem, że to szerszy proces, nie jestem ekspertem więc ostrożnie).

O. Paweł M. w pewnym okresie życia był związany z zielonoświątkowcami. W artykule Historia jednego powrotu – dlaczego nie warto porzucać kościoła katolickiego, https://apologetyka.katolik.pl/ napisał: „protestanci twierdzą, że zbawienie jest z łaski. Co oczywiście jest prawdą, a skoro jest to prawdą, to czy nie mogę być zbawiony z łaski w Kościele katolickim? Czy też muszę spełnić jakiś warunek (uczynek), aby dostąpić zbawienia?”. O. Paweł mógł uważać, że życie zgodne z nauką Kościoła katolickiego nie jest mu potrzebne do zbawienia. Raczej nie zgadzał się z tym, „że wiara bez uczynków nie jest nic warta”.

Chyba nie do końca doczytałeś. To nie artykuł Pawła M – ktoś wrócił do KK, za przyczyną Pawła M. Takich było wielu – duszpasterz z sukcesem – dlatego tak długo był bezkarny.

Jeszcze ode mnie. Efekt jest taki, że osoby jak ja, luźno powiązane z Dominikanami, teraz myślą czy spotkały P.M. na swojej drodze. Czy nie zaszczepił w nich kłamstw duchowych albo obcej doktryny. Nie są sobie tego czasem w stanie przypomnieć, uświadomić, poddać przekonań duchowych rewizji. I komu znów w rewizji ufać? Skoro Dominikanie nas niemal „wystawili”. To jest potężna duchowa katastrofa Dominikanów. A wszystko moim zdaniem przez upodobanie do bycia „fajnymi”. I brak zdecydowanej reakcji także w kwestiach teologicznych! Kontroli też P.M. Jasnego odcięcia się od konkretnych stwierdzeń (jak „słyszenie głosu Boga w sobie”). Wiem, że Dominikanie czytają. Będziecie musieli podjąć ten potwornie trudny temat zbiorowej krzywdy duchowej obok personalnej potwornej krzywdy dziewcząt.

autorem artykułu mógł być jednak ktoś inny, związany wcześniej z zielonoświątkowcami, kto powrócił do Kościoła katolickiego u Dominikanów w 1996 r

Mnie też ten wątek interesuje. Jak była robiona ta diagnoza? Ile trwała? Jakie standardy zastosowano? Bo jeśli w przypadku podejrzenia, delikatnie mówiąc, skłonności do manipulacji odwołano się tylko do wyników testowych, to też niestety pokazuje, w jakim miejscu jest obecnie polska diagnostyka psychologiczna.

Jeszcze kilka lat temu o. Adam Żak SJ mówił, że Kościół nie ma kadr do pomagania ofiarom. Dlatego też w Krakowie, na Igatianum otwarto nowe kierunki, których to absolwenci będą pracować (a może już pracują) ze sprawcami i ofiarami przestępstw seksualnych. Jakoś o. Żakowi nie przyszło do głowy, aby do pomocy zatrudnić specjalistów wykształconych na innych tj. nie związanych z Kościołem uczelniach.
P. Barbaro, wierzy Pani, że o. Paweł M. był badany przez zespoły niezależnych psychologów i psychiatrów? Bo ja nie….

Pański komentarz nadaje się do usunięcia. Zawiera całkowitą nieprawdę. Ale na razie tu pozostanie, z tą odpowiedzią.
Otóż ojcu Żakowi nie tylko to przyszło do głowy, lecz od początku jest to realizowane przez COD. Bardzo łatwo to sprawdzić. Ale łatwiej nie sprawdzić – i anonimowo stawiać poważne zarzuty konkretnej osobie.

No właśnie… Dlaczego z zasady muszą być to specjaliści „katoliccy”? Co do tych dwóch niezależnych zespołów, to ja…chyba wolę nie wierzyć…

CD. A jeśli jest tak, jak pisze p. Redaktor, że środowiska kościelne otwierają się też na specjalistów wykształconych na zwykłych, świeckich uczelniach to uważam, że to dobrze. Uważam również, że co najmniej w niektórych sprawach wiele może wnieść również ogląd specjalistów w ogóle spoza Kościoła.

Proszę Pana, to nie jest kwestią wiary, tylko standardów, procedur diagnostycznych, one nie należą do kategorii wyznaniowych. Ważne, że Pan na to zwrócił uwagę. Dziękuję.

Dziękuję pani Paulinie za ten tekst. Niezależnie od tego czy kolejni prowincjałowie po o. Macieju Ziębie, tj. o.Krzysztof Popławski i o.Paweł Kozacki mieli obowiązek wszcząć proces karny wobec tego zwyrodnialca Pawła M., to zastanawia mnie jedna rzecz. Opisy gwałtów i przemocy wobec kobiet na Onecie i tutaj, są na tyle wstrząsające, że należało z tym pójść w 2001 r. do prokuratury! Rozumiem, że postępowanie sądowe wszczyna się na wniosek poszkodowanych, ale jest coś takiego, jak zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Dlaczego, mając tak drastyczne dane i dowody, ani o. Mogielski, ani o. Popławski, ani o. Kozacki, nie złożyli takiego zawiadomienia? 20 lat trzymać takie szambo u siebie? Trudno oprzeć się wrażeniu, że dominikanie to organizacja przestępcza.

Bo bali się Zięby, proste.

Pójcie do prokuratury byłoby wystąpieniem przeciw swemu bratu zakonnemu, nota bene bardzo wpływowemu i mocnej, nawet autorytarnej osobowości.

” Trudno oprzeć się wrażeniu, że dominikanie to organizacja przestępcza.”- to jednak nadużycie słowne, gdyż dominikanów jest wielu; winy przełożonych nie można rozłożyć na wszystkich zakonników. Piszę tak, bo moje duszpasterskie doświadczenie z dominikanami gdańskimi (czasy o. Michała Zioło, o. Józefa Puciłowskiego w Gdańsku) było bardzo pozytywne- może dlatego tak szokują mnie (obok oczywistej przemocy, gwałtu itd) praktykowanie w grupach o. Pawła M., sposób modlitwy, rozumienie „tego chce Bóg” itd. Być może gdybym wtedy dominikanów nie spotkała, moja droga w wierze byłaby inna (był to tzw. zakręt w życiu).
Za to zdecydowanie wypadł mi argument o dominikanach, który nie raz, nie dwa użyłam w dyskusjach o tzw. problemach w moim kościele.

@Piotr Paweł, Zdaje się, że nie tak łatwo kogoś wywalić z zakonu… nawet jeśli jest ku temu wola jednostek.. Nie wiem jakie prawno-kanoniczne narzędzia są w autonomicznej dyspozycji prowincjała, który nawet może i dobrze potrzebę „wywalenia” rozeznał. Współbracia w demokratycznej strukurze nie bardzo się orientowali jaki jest ciężar zarzutów, bo nie wiem dlaczego o.Marcin Mogielski niemógł (nie wiedział?) powiedzieć o skali przwinień. A delikwent się uparł, że on „kocha zakon” i chce zostać i deklaruje poprawe….

Jakby złożyli zawiadomienie możliwości o popełnieniu przestępstwa, a ofiara nie złożyłaby wniosku o ściganie, to by prokuratura naprawdę NIC nie zrobiła, bo takie było wtedy prawo. Bez wniosku osoby pokrzywdzonej w przypadku zgwałcenia o ściganie nie wszczynało się postępowania, a wszczęte umarzało. Niestety, ale tak to wtedy wyglądało. Do 2014 r. W 2014 r. ściganie tych czynów było już prawdopodobnie przedawnione (niech to sprawdzą ci, co stawiają dominikanom takie zarzuty, najlepiej zanim je postawią). Ale zamiast sprawdzić, lepiej pisać, że się bali Zięby czy coś w tym stylu.

@Dorota ależ jestem tego świadomy i tak napisałem powyżej, że: „postępowanie sądowe wszczyna się na wniosek poszkodowanych.” Gdyby jednak dominikanie poszli z tym do prokuratury 20 lat temu, to może zostałby wysłany choć jeden śledczy do tych kobiet? Może choć jedna z nich pod wpływem takiego zainteresowania sprawą, złożyłaby wniosek o rozpoczęcie sprawy? A na pewno dominikanie mogliby dziś powiedzieć, że coś próbowaliśmy z tym zrobić. A tak jest, jak jest.

@Piotr Paweł, W zasadzie myslisz słusznie. Ale odpowiem Ci jako osoba, która w podobnych latach doświadczyła podobnej krzywdy, ale nie z ręki duchownego. Zgłosiłam sprawę na policję. Nic z tego nie wyszło (w sensie sprawy w sądzie). Natomiast doświadczyłam
na własnej skórze odwetu „mojego” dewiata. Takie było beznadziejne prawo. Natomiast miałabym wielki żal
do dominikanów, konkretnie dwóch, którzy wtedy udzielili mi konkretnego wsparcia, gdyby sami poszli to zgłaszać do prokutarury. Ostrożnie z łatwymi rozwiązaniami, jeśli ktoś nie zna
osobiście osoby, która przez takie coś przeszła….
Ale gdyby to stało się w roku 2014 później, to zdecydowanie tak – oczekiwałabym od dominikanów zgłoszenia do prokuratury natychmiast.

@Piotr Paweł: Rozmiesz różnicę między zdaniem „mnie skrzywdzono”, z zdaniem „zaświadczamy, że ją skrzywdzono” i teraz na podstawie naszego wniosku prosze sądzić sprawcę? @Dorota pisze, że to rok 2014 w prawodastwie , przed i po.

Paweł M. jest prawdopodobnie jednak chory psychicznie, trudno mi inaczej o tym myśleć, że robił takie rzeczy przytomny na umyśle i świadom swoich czynów… Jego wypowiedzi na okoliczność jubileuszu zakonnego, to chyba nie astronomiczny cynizm, ale szczery wyraz rozdwojonej jaźni, z której przemawia akurat Dr Jekyll, a nie Mr Hyde. Ale na pewno lepiej dla niego, żeby był chory psychicznie, bo to okoliczność łagodząca…
Komentarzy było wiele, podobnie jak tematów w materiale p. Pauliny, sprawa jest wielowątkowa i straszna, ale coś dodatkowego przyciąga tu moją uwagę. Oczywiście relacja p. Pauliny nie musi być pełna i o pewnych szczegółach nie wiemy, ale:
wykorzystywana Zakonnica (s. Małgorzata) wiedziała, przynajmniej od początku, pytanie jak było później, że rzekome kierownictwo duchowe nie jest sakramentalne, a zatem nie ma posłuszeństwa spowiednikowi i związanych z nim wymagań, bo nie ma sakramentu… Zakonnica powinna to wiedzieć, podobnie jak powinna mieć przynajmniej jakieś pojęcie o realnym kierownictwie duchowym, w którym ma świadomie uczestniczyć, a które nie polega na wielogodzinnych seansach przez telefon…
Zakonnica wie o tym, że M. jest dyscyplinowany przez przełożonych i nie wolno mu robić tego, co właśnie z Nią robi w zakresie rozmów… Zakładam, że to właśnie Zakonnica ma rozeznanie w materii posłuszeństwa przełożonym i rozumie, że to jest kompletna samowolka z jego strony, która nie ma nic wspólnego z posługą,
każde zgromadzenie ma rytm swego życia: modlitwy, pracy, życia wspólnoty, czasu na lekturę, wypoczynek itd. Jak w ten modus vivendi wypracowywany od nowicjatu i ukierunkowany na życie osoby konsekrowanej w danym charyzmacie wpisują się takie długie nocne rozmowy przez lata? Po co odbierać telefony, które nie przystają do klasztornych standardów żadnego zgromadzenia? A co na to np. przełożeni, współsiostry…
Zakonnica zna VI przykazanie, ma też świadomość, że została i jest wykorzystywana, ale, a przecież nic nie wiemy z treści materiału o stosowanym wobec Niej przymusie, ta sprawa przyjmuje charakter regularny latem 2018 r.
Można postawić jeszcze szereg pytań i założeń… Ale dość tej analizy… To jest oczywista i straszna tragedia. To historia manipulacji i nadużyć Pawła M., ale trudno nie zauważyć ignorancji, naiwności i dobrowolności ze strony Zakonnicy prawdopodobnie wchodzącej w tę uzależniającą relację. Może czegoś nie wiemy, bo nie zostało to powiedziane ze względu na pokrzywdzonych, ale nie rozumiem na czym polegałaby rola prokuratury w sprawie Zakonnicy, to są raczej sprawy kanoniczne, a nie karne.

A czemu dokładnie tych wszystkich pytań nie zadajesz w kierunku o. Pawła? Czy on nie miał rytmu zakonnego? Czy inni zakonnicy nie zauważali rozmów? Czy nie znał przykazań? Moim zdaniem naiwnie patrzysz na domniemaną „chorobę” tego człowieka. Jest taka cecha makiawelizm. Ona nie jest związana z brakiem zdrowia. Życie o. Pawła wygląda jak ilustracja tejże cechy. Moim zdaniem jest zdrów jak rydz tylko po prostu miał złe intencje. A czemu o zdrowie zakonnicy nie pytasz? Niewygodnie tobie byłoby pytać o to? Gdyby okazało się, że np. (hipotetycznie) przechodziła wtedy depresję/nerwicę? Sprawa jej łatwowierności przy tej okoliczności może była oczywista? „Kryzys wiary” takie stwierdzenie pada. Najczęściej za nim kryją się właśnie depresja, nerwica. Człowiek w kryzysie chwyta się wyciągniętej ręki. Zakonnik wydaje się bezpieczną ręką. A potem była już manipulacja.

Nie rozumiem pewnej wyczuwalnej napastliwości ze strony Pani, ponieważ ja nie wrażałem się w sposób absolutnie asertywny na temat domniemanej choroby ojca Pawła, zwłaszcza, że z treści materiału wynikałoby, coś przeciwnego. Natomiast już zupełnie nie rozumiem na jakiej to jest zasadzie, że w Pani odpowiedzi nie ma odniesienia do zasadniczej kwestii tego co napisałem. I w zasadzie to tu należałoby przerwać dyskusję w kontekście mojej wypowiedzi.
Poczynania Pawła M. zostały opisane dostatecznie jasno, więc niby o co mam pytać? Czy może raczej pytamy o to, co się wymyka… Albo ze względu na dobro zainteresowanych osób zostało zeufeminizowane w precyzowanym kontekście? I wtedy nie należałoby dalej pytać. Czyjakolwiek choroba jest okolicznością umniejszającą winę, świadomość powtarzanego czynu dodatkowo obciążającą, podobnie jak czyjekolwiek nieposłuszeństwo też obciążającą, skoro mówimy o tej tragicznej dla Kościoła sprawie, która trafia na różne wokandy. I zależnie od pewnych okoliczności, o których nie wiemy, mam wrażenie, podkreślam, mam wrażenie, że werdykt może wcale nie być tak skrajnie jednostronny, choć wina ojca Pawła oczywista.
Makiawelizm to prócz, jak rozumiem skrajnej postawy w sprawach polityki, także termin z innych dziedzin. Rozumiem także, że pewna ręka zakonnika, to w kontekście w którym piszemy, w pierwszym rzędzie ręka Twojego brata /siostry ze wspólnoty, w której złożyliście śluby przyjmując wzajemne zobowiązania.

@advocatus
Podobnie jak Basia nie zgadzam się z pańskim komentarzem.

Analizuje pan zachowanie ofiary zamiast przestępcy (!), jest to z pańskiej strony manipulacja.

Że wiedziała to, że wiedziała tamto, że ma świadomość, że me rozeznanie, że powinna etc.

Poczytaj i przeanalizuj w jakim klerykalnym stylu zakonnice są wychowywane, w jakiej czołobitności wobec duchownych ! Nie ma się czemu dziwić, że dała się nabrać/oszukać/wykorzystać bo facet był pierwszej wody manipulatorem a dodatkowo manipulacja była podszyta religią co jest połączeniem bardzo niebezpiecznym ! Wykorzystać do manipulacji kwestie wiary, grzechu, winy, zbawienia to jest zbrodnia !

Warto też poczytać o innych sektach/grupach gdzie ludzie dostają wręcz zbiorowego amoku.
Na przykład grupa Jima Jonesa gdzie efektem było zbiorowe samobójstwo aż 909 osób (sic!) w nocy z 18/19 list. 1978.

Tu też pan powie „no przecież powinni mieć rozeznanie że samobójstwo jest złe” ?
Zapewne mieli to rozeznanie zanim (sic!) zostali zmanipulowani przez jakiegoś psychola !

Podsumowując – winny jest tylko i wyłącznie gwałciciel/psycho-manipulator, a s. Małgorzacie jako takiej należy się gorące podziękowanie za odwagę i za to, że to dzięki właśnie niej przestępca nie będzie dalej działał !

Manipulacja to już także proste wyrwanie wypowiedzi z kontekstu, i to jest manipulacja z Pana strony.
Czy Pan nie wie o tym, że jeśli sprawa trafia na wokandę sądów (cywilnych / kanonicznych) do czego się odnoszę, to sądy bynajmniej nie będą się zajmowały wyłącznie postawami oskarżonego! I, że Paweł M. będzie miał obrońcę, choćby z urzędu, także we właściwym sądzie kościelnym, pytającego ofiarę o istotne okoliczności łagodzące dla niego?

@ad vocem
„Czy Pan nie wie o tym(…)”

Tak, oczywiście, że wiem, ale pański komentarz bardzo krótko wspomina o sprawcy a za to bardzo wiele o ofierze.

Dyskutujemy tu sobie w zasadzie nie będąc w tę sprawę zamieszani a pański komentarz jest w stylu „advocatus diaboli”.
Na sali sądowej dziewczyna zapewne spotka się z takimi insynuacjami i pytaniami ale czy musi też czytać je publicznie na swój temat ?
Moim skromnym zdaniem nie jest to konieczne tym bardziej, że podjęła odważny krok.

Nie starałem się przyjąć postawy globalnego komentatora, który będzie ogarniał całość spraw przy tak licznych i konkretnych komentarzach, bez przesady, zwłaszcza, że jak piszę, nie mam wątpliwości co do winy Pawła M. Poza tym wiele tu pełnych realizmu i bardzo wyważonych głosów, jak p. Ani, co do meritum podobnych do mojego advocatus, choć postawionych po kobiecemu, co, a propos już tak nie rozdrażniało p. Basi.
Advocatus diaboli to de facto promotor fidei, czyli promotor wiary, traktuję jako komplement. Dociekania i domniemania, które będą siłą rzeczy, to jeszcze nie insynuacje, a my, chyba raczej szczęśliwie nie jesteśmy w sprawę zamieszani… Nie wierzę, że Ona ma siłę czytać to wszystko, raczej szuka spokoju i uzdrowienia w życiu zakonnym. Faktem jest, że wypytywania będą dla Niej bolesne, to rzecz szczególnie trudna dla ofiar i często powstrzymująca je przed szczegółowymi wyjaśnieniami w sprawach trudnych i wstydliwych.
Zatem, zgoda, należy tu już zmilczeć, bo więcej wniesie, gdy się pomodlimy w tej sprawie i intencji poszkodowanej, zwłaszcza, że wielu z nas to dawna dominikańska młodzież, której zależy, a ja i pozostali wiemy, kto to piszący Arnold, chyba Marek i in.

Myślę, że refleksja nad psychologią osób pokrzywdzonych jest też ważna. Choć trudna, bo nikt nie chce dodawać cierpienia tym, którzy już tyle zła doświadczyli. Ale widać pewne powtarzające się wzorce zachowań u ofiar. Dla ścisłości osobiście wierzą, że wiele osób, które mówią teraz, że one nie nabrałyby się na manipulacje ojca Pawła mogłyby paść tak samo jego ofiarą. Sam poznałem ojca M. i uważałem go za jednego z najbardziej bożych kapłanów jakich kiedykolwiek spotkałem. Znając (parę bardzo dobrze) dziewczyny ze wspólnoty ojca Pawła nigdy nie określiłbym ich jako naiwne i głupie. A zatem jak to jest, że osoby inteligentne, posiadające nie małą wiedzę religijną, a nawet teologiczną padają ofiarami tych przestępstw i nadużyć?

Człowiek jako istota seksualna ma ten popęd. Ksiądz Paweł jest bardzo przystojny i pewny siebie. A dodatkowo jest zakonnikiem, zakon to miejsce bezpieczne, zakonnicy to osoby zdyscyplinowane i starające się samodoskonalić. Ale zakonnik-gwiazdor to też osoba ważna, a potwierdzeniem jej ważności jest kapłański strój, możliwość odprawiania mszy, głoszenia i przewodzenia setkom ludzi, którzy za nim idą. Jest to kombinacja okoliczności wyjątkowo biologicznie zachęcająca do współżycia. Wyjątkowy partner, podziwiany przez masy i mający dostęp do najwyższych tajemnic, bezpieczne środowisko wspólnoty DA i klasztoru, i wybrał właśnie mnie, ja jestem tak ważna. Dla mnie przekracza nawet śluby złożone samemu Bogu. Dodajmy do tego szok, burze hormonów i inteligentnego zakonnika który dokładnie rozumie swoje podopiecznie i nie waha się tego dokładnie wykorzystywać.

Też mnie to zastanawia. Przecież zawsze pozostaje zawiadomienie o popełnieniu lub o możliwości popełnienia przestępstwa. Wygląda na to, że nikt ostatecznie nie zdecydował się wychylić i narazić ówczesnemu prowincjalowi (a niewykluczone, że całemu stronnictwu w szeregach OP). Oczywiście stawia to Zakon w fatalnym świetle, a my obserwujemy marny spektakl gaszenia pożaru. Obawiam się, że niesmak pozostanie z nami na dlugo. Liczę na uczciwy proces cywilny i karny oraz na to, że ostatecznie OP zachowają się honorowo i nie będą się starali unikać odpowiedzialności moralnej, w tym odszkodowawczej.

Dlaczego tak wiele rzeczy sobie domyślasz? Nie rozumiem tego. Zgadzam się, zamknijmy nasze dywagacje, bo więcej nie przyniosą, ale stawiasz swoje tezy zupełnie niczym nie poparte i traktujesz jak fakty. Np., że wyważony twoim zdaniem komentarz pani Anny mnie „tak nie rozdrażnił”. Skąd ty to niby wiesz? Nie masz dostępu do moich przeżyć. Dlaczego uważasz, że wiesz? Mylisz się także i tu (nie będę rozwijać ale nawet nie rozumiem o co ci chodzi ze „stawianiem bardziej po kobiecemu” – komentarz Anny jest z jej punktu, ona nazywa go kobiecym -to mało, Twojego nie traktowałam ani jako męski ani kobiecy po prostu skupiłam się na treści). Albo twoje założenie z góry, że poszkodowana nie czyta. Skąd przyszło ci to jako pewnik do głowy? Nie ma takiej pewności, ale ta pewność pozwala ci się samemu usprawiedliwić, bo to co napisałeś mogło potencjalną ofiarę wtórne wpędzić w poczucie winy. Moim zdaniem niesłusznego, bo co jakby pomijasz doprowadzenie podstępem, szantażem lub psychomanipulacją do obcowania płciowego jest karane w prawie, nie jest tylko kwestią moralną. Są na to obiektywne paragrafy. Właściwie do nie, żeby się spierać, a w dobrej wierze doradziłbym mi zastanowić się nad dwiema rzeczami. Po pierwsze czy nie starasz się „powiedzieć niewygodnej prawdy” trochę na siłę, bo taki masz zwyczaj i zwykle to faktycznie niewygodna prawda. Niestety, kiedy ma się taką potrzebę łatwo wpaść w „zawodowy sznif” czyli po prostu schematyczność własnego postępowania. Nie widzi się wtedy swojego stawiania niby prawdy obiektywnie. Po drugie spójrz jeszcze raz na swoją tendencję do utożsamiania przekonań z faktami.

To do advocatus diaboli. I mała poprawka *właściwie to nie żeby się spierać, ale doradziła bym Ci zastanowić się nad dwiema rzeczami. (autokorekta jak zawsze)

Dzięki za odpowiedź. Tak, zarówno wykorzystywanie seksualne, jak i mówiąc najprościej szarlataneria religijna Pawła M. są karalne i będą przedmiotem, i rozpraw, i kary na gruncie prawa państwowego, i kanonicznego na sposób im właściwy.
To co piszemy, to jest zbiór komentarzy pod publicznym artykułem ujawniającym liczne wątki tej bolesnej sprawy i dotykający dóbr wielu osób. Jako głos mediów w tego rodzaju sprawie jest siłą rzeczy obnażający i stawia wiele ważnych pytań, co nie znaczy, że ktokolwiek chce kogokolwiek wpędzić w poczucie winy. Wiele tu współczucia i solidarności, i to dobrze.

Przez wiele lat udzielałem się w duszpasterstwie akademickim i grupach modlitewnych. Już wówczas spotkałem się z charyzmatycznymi duszpasterzami, którzy poprzez niekonwencjonalne metody działania przyciągali i uzależniali od siebie moich rówieśników: studentów i licealistów. Podchodziłem do nich oraz stosowanych praktyk z dużym dystansem. Z czasem utwierdziłem się w przekonaniu, iż wielu /powtarzam: nie wszyscy/ spośród tych uduchowionych kaznodziei to osobnicy psychiczne niezrównoważeni, którzy poprzez nachalne bombardowanie miłością, leczą swoje kompleksy i zaburzenia osobowości. Przed kilkoma laty gościłem przez kilka dni w klasztorze Sióstr Karmelitanek w Siemiartyczach. Przyjechała tam na rekolekcje grupa licealistów z Białegostoku pod przewodnictwem przewodnika duchowego /zadufany w sobie guru/ i katechetki. Zaproszono mnie do udziały w mszy świętej, w trakcie której ci młodzi ludzie wydobywali z siebie bełkot i padali bez czucia na posadzkę kościoła. Po zakończeniu tego misterium siosty zapytały o moje wrażenia. Odpowiedziałem dyplomatycznie, że tego typu metody nie są chyba najwłaściwsze w odniesieniu do młodych ludzi i mogą pozostawić trwałe ślady na ich psychice oraz że bardzo ciekawi mnie, czy rodzice zdawali sobie sprawę, co wyczyniało się z ich dziećmi.

Na stronie „Węzi „ jest artykuł red. Sebastiana Dudy zatytułowany „ U dominikanów nie było superwizji, tylko struktura klerykalnej władzy”, w którym autor na własnym przykładzie opisuje techniki stosowane przez o. Pawła. Odnośnie duszpasterskiej działalności w grupie wrocławskiej znajdujemy takie fragmenty:
– Rok 2000 wizyta u o.Pawła we Wrocławiu:
„….zaproponował modlitwę wspólną z dziewczętami z jego duszpasterstwa.
……Na początku przebiegało wedle takiego samego schematu… Po chwili Paweł kazał mi jednak uklęknąc pośrodku modlitewnego kregu.Wciąz słyszałem”modlitwę językami” i frazę „Przyjdź Duchu Swiety”. W pewnym momencie jedna z uczestniczek podbiegła do mnie i uderzyła mnie w twarz.Zaczęła wrzeszczeć: „Skurwysynu, po cos tu przylazł ?!” Inne dziewczęta tez okładaly mnie pięściami po plecach , wykrzykując słowa modlitw na przemian z wulgaryzmami. Tłukły mnie i policzkowały.Byłem kompletnie zdezorientowany. Nie wiedziałem co robić: oddać tym pogrążonym w amoku razy? Krzyczeć? Spojrzałem na Pawła.Stał w kącie, patrzył na mnie pełnymi jakiegoś triumfu oczyma i …chichotał! Zachęcał kobiety, by dalej wyrzucały szatana” ze mnie… Gdy seans sie skończył , nie byłem w stanie wydusić słowa.Byłem rozbity…pewien, że doszło do czegoś bardzo dla mnie dewastującego.”
– Rok 2008, Warszawa , młody dominkanin do red. Dudy o o. Pawle:
Wiesz, tam we Wrocławiu doszło do seksu rytualnego. On też z jakimiś dziewczynami do Chin się wybrał i tam chyba były podobne akcje. Nawet Gulbinowicz interweniował , bo się zgłosili do niego rodzice ludzi z tego duszpasterstwa. Te kobiety były dorosłe, ale mimo wszystko Zięba musiał interweniować.”…..”Zamarłem. Seks rytualny w tej dziwnej grupie, w ktorej kiedyś zostałem pobity? ”

Dziękuję Pani red. Paulinie Guzik za ten materiał – wyczerpujący i noszący wyraźne znamiona starania o odkrycie prawdy. Jest porażający, ale wierzymy ostatecznie jako chrześcijanie, że „Prawda nas wyzwoli”. Dostajemy w nim też trochę światła w ciemności, a jest nim przede wszystkim zachowanie w tej sprawie o. „Leopolda” oraz o. Mogielskiego.

Widzę w tej ze wszech miar bolesnej wielokrotnie historii dramat także takich osobowości, jak o. Paweł – charyzmatycznych, płomiennych i płonących żarliwością, przyciągających siłą swojego duchowego zaangażowania… których gorliwość zawiodła na niewłaściwą drogę życia. Tysiące studentów na mszach akademickich we Wrocławiu… zaproszenia do głoszenia rekolekcji, pomimo… uwiedzenie duchowe – i seksualne – osoby zakonnej… Jakiż musiał być przekonywujący! Mam wizję o. Pawła nie jako pająka tkającego cierpliwie i niecnie swoje sieci, by łapać w nie ofiary, ale jako chorego mistyka, przekonanego, że odczytuje Bożą wolę, ze prowadzi go Duch święty. To też jest pytanie o Kościół: jak zauważać takie dramaty chorych mistyków.

Czy ktoś wie jak wygląda kwestia zarzutów ojca Wyszyńskiego wysuniętych kilka lat temu w wywiadzie dla Stonogi? Czy zostały zbadane? Co teraz dzieje się z ojcem Wyszyńskim?

Przerażające, odrażające, stanowisko dominikanów w przypadku całej sprawy to odrażający klerykalizm i formalizm w najgorszej postaci, absolutny wstyd, od wielu lat nie chodzę do Kościoła, kolejna doniesienia ze świata i Polski tylko utwierdzają mnie w przekonaniu że bardzo dobrze zrobiłem rezygnując z tej całkowicie upadłej religii, zastanawia mnie że wielu moich znajomych którzy byli wielkimi entuzjastami dominikanów w obecnej sytuacji milczy i udaje że nie wiedzą o co chodzi. Kościół wymaga ogromnie dużo od wiernych, szkoda że absolutnie nic nie wymaga od siebie i własnych ludzi, to droga do całkowitego upadku, nie będę płakał.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.