Jesień 2021, nr 3

Zamów

Żyd – wieczny tłumacz

Robert T. Majewski jako Beniamin i Magdalena Czerwińska jako Lea (w tle) w spektaklu „Fatalista” T. Słobodzianka w reż. Wojciecha Urbańskiego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Fot. Grzegorz Press

Tadeusz Słobodzianek po raz kolejny udowadnia, że jako jeden z ostatnich potrafi pisać sztuki dla teatru. Jego „Fatalista” opowiada o naszej teraźniejszości i naszej przyszłości.

COVID-19, który unieruchomił polskie sceny na długi czas, ma przynajmniej dla mnie jedną zaletę – uzmysłowił mi, że tęsknota za teatrem to uczucie wyjątkowo bolesne. Tym większa radość, że już MOŻNA! Choć nie wiadomo, na jak długo.

„Moja” pierwsza premiera teatralna po wielu miesiącach. Udało mi się obejrzeć sztukę precyzyjnie napisaną, ze świetnymi dialogami, które zapewne dały aktorom wiele radości. Autor, Tadeusz Słobodzianek, to jeden z ostatnich, którzy potrafią sztuki dla teatru pisać, a nie tuningować.

Fatalizm i woluntaryzm

Zatrzymajmy się na chwilę na tym dialogu:

„LEA: Będziesz się zajmował dziećmi, a ja będę pracować. Nie możesz sobie tego nawet wyobrazić, co? Będziesz miał czas na czytanie i na studiowanie tego swojego Spinozy, a może nawet sam zaczniesz pisać książki…

BENIAMIN: Dziękuję za łaskę. (…) Nie znam włoskiego ani angielskiego.

LEA: Nauczysz się. Pomogę ci. Ze swoim hebrajskim, żydowskim, polskim, rosyjskim i niemieckim zostaniesz poliglotą. A dla poligloty sama się praca znajdzie.

BENIAMIN: Żyd wieczny tłumacz…”.

Lea i Beniamin są bohaterami najnowszej sztuki Słobodzianka wystawionej przez warszawski Teatr Dramatyczny. „Fatalista. Singerowska historia w V aktach” to filozoficzna przypowieść o losach żydowskich, ale także polskich, i polsko-żydowskich.

Podejmując tematy zasadnicze, Tadeusz Słobodzianek w swojej najnowszej sztuce miesza powagę z żartem, łączy tragedię i farsę. W tej zbitce gatunków widz otrzymuje niełatwe filozoficzne, egzystencjalne i teologiczne treści

ks. Andrzej Luter

Udostępnij cytat

Pretekstem do napisania sztuki – jak mówi sam autor – było opowiadanie Isaaca Bashevisa Singera o tym samym tytule, przedstawiające „losy młodych zasymilowanych Żydów w Polsce przed II wojną światową oraz filozofia fatalizmu, z której Singer obficie czerpał. Przede wszystkim ze swojego ulubionego myśliciela Spinozy, który mówił o tym, że wszystko, co dzieje się na świecie, jest z góry przesądzone, a życie człowieka polega na godzeniu się z przeznaczeniem”.

Słobodziankowy „Fatalista” to – podobnie jak u Singera – historia zasymilowanego żydowskiego małżeństwa. Akcja toczy się w latach trzydziestych. Złowieszczy zapach faszyzmu wyczuwany jest coraz silniej, zarówno po naszej zachodniej granicy, jak i w samej Polsce. Coraz więcej antysemickich wystąpień, oenerowskich bojówek na ulicach, na uniwersytecie funkcjonuje getto ławkowe. Może to, co najgorsze, się nie wydarzy, jeszcze tli się nadzieja, może uda się wykiwać tego „pędzla” z wąsikiem, jak określa Hitlera ułan „Bolek”, czyli Wieniawa-Długoszowski. Ale i on, wierny piłsudczyk, jedna z najbarwniejszych postaci tamtej Warszawy, chyba już w to nie wierzy. Pędzel jednak nie blefuje. Rząd polski wysyła Bolka na ambasadora do Rzymu, bo ten ma przyjazne relacje z Galeazzem Ciano, zięciem Mussoliniego. Może coś ugra dla Polski.

Długoszowski obiecuje Lei, z którą romansuje, że zabierze ją i jej męża Beniamina do stolicy Włoch, tam może będzie bezpieczniej. O tym właśnie rozmawiają małżonkowie we fragmencie dialogu, który przytoczyłem powyżej. Zmienić życie, i wyjechać, czy zostać tu, do samego końca?

Fatalizm i woluntaryzm przeplatają się w postawach tej inteligenckiej pary. Wiara w przeznaczenie, w nieuchronność przyszłości, i siła ludzkiej woli traktowana jako motor wszelkich poczynań, wszelkich zmian, jak u Kanta: od charakteru woli zależy wartość moralna czynu.

Teologiczno-filozoficzny spór o rosół

Ona – Lea – pochodzi z bogatego kupieckiego domu. On – Beniamin – wychowany w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej, fatalista, pracujący w banku, bez nadmiernego zaangażowania.

Lea potrafiła z miłości do przyszłego męża zrezygnować z dużego majątku. Potem w jej życie wkradła się rutyna, znużenie codziennością, chęć wyrwania się z więzów tradycji. Kolejny rosół podawany w szabas, który nie smakuje mężowi, kolejne zapalane świece przed kolacją. Męczący rytuał, ale jednak ważny, nieusuwalny, podtrzymujący chwiejną tożsamość. Lea próbuje się buntować, odrzuca od siebie tę zwyczajność. Pojawiają się romanse, jak ten z polskim, najsłynniejszym ułanem oraz przyjacielskie rozmowy z poetą Serafinowiczem, czyli Janem Lechoniem.

Ale przecież najważniejsi pozostają Abram i Kubek, dwaj synkowie, którzy na jednym z podwórek przy Krochmalnej rozgrywają z polskimi kolegami zacięte mecze piłkarskie, mecze Polska – Izrael. Abram i Kubek wychowywani są w duchu tradycji, niezależnie od tego, jaki mają do niej stosunek rodzice chłopców.

Beniamin także romansuje z tyleż fanatyczną, co naiwną komunistką Dorą, która mitologizuje Stalina, bo jest on „lepszy od Hitlera”. Mają nieślubne dziecko – córkę o jakże dźwięcznym imieniu Aurora, nadanym na cześć słynnego krążownika, symbolu rewolucji październikowej.

Jest jeszcze Goldbergowa, żona szefa banku, która pichci mu szczawiową zamiast rosołu. I właściwie od sporu teologiczno-filozoficznego o rosół i szczawiową rozpoczyna się ten dramat. Dramat Żydów, wiecznych tłumaczy ludzkich losów.

Beniamin tłumaczy Lei, że jest fatalistą, bo to, co się dzieje w ich życiu, nie zależy od nich: „Zależy od fatalnego splotu okoliczności, w których często się znajdujemy nie z naszej winy. Jakichś dziwnych przypadków, które niekiedy mają w sobie logikę. Co nie znaczy, że Bóg istnieje i mamy, jak mój stryjeczny dziadek Chaim Sachar, codziennie przed zachodem słońca na swoim podwórku czekać na przyjście Mesjasza i dziwić się do śmierci, dlaczego nie nadchodzi. Tak, jestem ateistą i fatalistą, bo o takiej wierze jak mój stryjeczny dziadek Chaim Sachar nie może już być dziś mowy. Poza tym, jak wiesz, uważam, że człowiek nie powinien się przyczyniać do cierpienia innych, także zwierząt, stąd od jakiegoś czasu mam z rosołem problemy natury światopoglądowej”.

Dramat rozstania i płacz nad końcem

Podejmując tematy zasadnicze, Tadeusz Słobodzianek w swojej najnowszej sztuce miesza powagę z żartem, łączy tragedię i farsę. W tej zbitce gatunków widz otrzymuje niełatwe filozoficzne, egzystencjalne i teologiczne treści.

Zrazu wydaje się, że „Fatalista” to refleksyjna, smutna komedia. Rozmowę o rosole z pierwszego aktu oraz frywolny dialog Lei i ułana z drugiego ogląda się z szerokim uśmiechem. Humor i pozorna farsowość zmieniają się jednak w ostatniej fazie w pełną ripost i ironii dysputę dwojga intelektualistów, Lei i Beniamina – dysputę o śmierci, przeznaczeniu, istocie miłości, o wierze i niewierze.

Dialog Lei i ułana ze stanu frywolności przechodzi w dramat rozstania na zawsze. Wizja wyjazdu do Włoch też bardzo szybko okazała się nierealistyczna. Gra słów, jakieś nieco sprośne dowcipy, wspomnienia z Adrii, ale przecież wiadomo, że to już tylko echo przeszłości. Przyszłość będzie tragiczna, widz to wie, jeśli choć trochę zna historię, bohaterowie sztuki dopiero przeczuwają nadchodzący kataklizm, mają coraz mniej nadziei.

Scena z poetą Serafinowiczem, który ucieka do Paryża, bo w Polsce, którą przecież kocha, nie ma już po co żyć, to przejmujący dramat przemijania artysty. Koniec złudzeń. Żeby chociaż jego partner Jerzy też chciał wyjechać z kraju. Romanse bohemy artystycznej (w dialogach pojawiają się m.in. Antoni Słonimski i Julian Tuwim), perwersja elit politycznych, małżeńskie intrygi – wszystko to splata się u Słobodzianka z losami świata.

Cechą charakterystyczną Wojciecha Urbańskiego jest humanizm, empatia do wykreowanych na scenie postaci, i nadzieja. Reżyser chce nam powiedzieć: pomimo wszystko otwórzcie się na drugiego człowieka i na świat, zacznijcie dawać, zacznijcie od nowa

ks. Andrzej Luter

Udostępnij cytat

W ostatnim akcie przenosimy się do Warszawy powojennej, zniszczonej, Warszawy zamordowanej. I wtedy „Fatalista” przeradza się w tragedię antyczną. Dramatyczny dialog Beniamina i Goldbergowej to wstrząsające studium samotności po Holokauście.

Oto mężczyzna i kobieta, którym wojna odebrała wszystko i wszystkich. Pozostają uwikłani w konflikty między własnym działaniem a siłami wyższymi: losem, prawami historii, normą moralną, ślepymi prawami natury. Co lub Kto decyduje o ich losie? Fatum, przeznaczenie? Bóg? Jeśli Bóg, to kim ten Bóg jest? Czy to ważne? Trzeba jakoś przeżyć. Tylko to się liczy. Przeżyć w milicji, w partii, albo prowadząc burdel, cokolwiek. Przeżyć! Ale czy to może uchronić od przeznaczenia?

Końcowy monolog Beniamina to przeszywający widza rozpaczliwy krzyk, wołanie o pomoc, która nie może nadejść. Powrót do Biłgoraja lat młodzieńczych. Lista zamordowanych. Znikąd pomocy. Fatalizm dopełniony. W czasie pierwszego aktu, drugiego także, słychać było wśród widzów śmiech. Akt ostatni wypełnia cisza, w której słychać niemal ścisk serc, covidove maski skutecznie wchłaniają łzy.

Iskierka nadziei

Przedstawienie wyreżyserował Wojciech Urbański. Znakiem rozpoznawczym tego twórcy jest minimalizm, rezygnacja ze zbędnych ozdobników, z wszelkiego efekciarstwa. Warto w tym kontekście podkreślić bardzo spójną scenografię Joanny Zemanek. Każdy rekwizyt jest niezbędny, będzie miał „swój moment” w czasie przedstawienia.

Urbański dzięki skupieniu na losach konkretnego człowieka uzyskuje kompozycyjną spójność. Każda z postaci sztuki ma swój osobny los, który wybrzmi na scenie. Kto pamięta znakomitą inscenizację „Pijanych” Iwana Wyrypajewa, także w Dramatycznym, ten wie, że cechą charakterystyczną tego młodego jeszcze reżysera jest humanizm, empatia do wykreowanych na scenie postaci, i nadzieja.

Reżyser chce nam powiedzieć: pomimo wszystko otwórzcie się na drugiego człowieka (ale też w ogóle na świat), zacznijcie dawać, zacznijcie od nowa. Zdaje sobie przy tym sprawę, że jest to trudne, a w przypadku tych bohaterów „Fatalisty”, którzy przetrwali hekatombę wojenną, wręcz nierealizowalne. Jak dawać siebie? Jak zacząć od nowa? Reżyser pozostawia jednak tlącą się iskierkę nadziei.

Na barkach aktorów

Pomagają mu w tym świetni aktorzy. Robert T. Majewski to aktor hipnotyzujący. Wydawało się, że po monologu w „Pijanych”, po którym wybuchały na widowni frenetyczne oklaski, trudno będzie o podobny efekt. W „Fataliście” w ostatnim akcie doprowadza widzów nie do braw, ale do stuporu, do milczenia rozpaczy.

W ogóle aktor ten ma w sobie niezwykłą wewnętrzną siłę, którą zdobywa widza natychmiast. Warto zobaczyć na przykład „Protest” Vaclava Havla na tej samej scenie. Majewski nie mówi dużo w tym spektaklu, ale jest duchowym zwornikiem i moralnym wyrzutem sumienia dla bohaterów trzech aktów sztuki. Wystarczy, że JEST.

W „Fataliście” to właśnie na barkach Majewskiego i Magdaleny Czerwińskiej spoczywa prowadzenie całej akcji dramatu. Jej Lea pozostaje konsekwentna, racjonalistyczna, niekiedy rozedrgana, i w przeciwieństwie do męża niepogodzona z losem, z Bogiem, kimkolwiek On by był. Czerwińska łączy w swojej bohaterce tradycję i tęsknotę za wyrwaniem się z niej. Piękna i wzruszająca kreacja.

Wieniawę zagrał Grzegorz Małecki, to rola jakby napisana dla tego wybitnego aktora. Łączy w sobie szaleństwo, kabotyństwo, łotrzykostwo, lekkie wyuzdanie, pajacowatość, przejawiającą się afiszowaniem orderami na pięknie skrojonym mundurze, ale też patriotyzm, nie nacjonalistyczny, czyli prawdziwy. I może dlatego ten ulubieniec „warszawki”, ale i Piłsudskiego, załamany klęską wojenną i polskimi intrygami w 1942 roku popełni samobójstwo, skacząc z tarasu na piątym piętrze domu w Nowym Jorku. W sztuce pytał Leę: „A co się w życiu liczy ponad chwile?”. Wtedy jednak żył pełnią życia. Na końcu okazało się, że dla pięknego Bolka nie tylko chwile się liczą.

Wzrusza Piotr Siwkiewicz w roli Serafinowicza. Oto wrażliwy poeta i realista. Mówi: „Polska jest całkowicie osaczona. Wojna pewna”. Pogodzony z końcem swojego świata, sentymentalny, uczuciowy, ale już bez złudzeń. Wiedział, że nie zniesie oddalenia od Polski. 11 lat po wojnie wyskoczył z dziesiątego piętra nowojorskiego hotelu Hudson.

Komunistka Dora w interpretacji Anny Gajewskiej to rewolucjonistka pełna energii, towarzyszka pewna swoich racji, energiczna, nieco zmaskulinizowana, wychowująca córką Aurorę w myśl jedynie postępowych poglądów. A jednocześnie jest osobą naiwną – wyjeżdża do umiłowanej Rosji sowieckiej, żeby wydobyć z więzienia swojego przyjaciela, bo honor komunistki nie pozwala jej zostawić towarzysza w potrzebie. Nie wie, że z ojczyzny towarzysza Stalina nie wróci już żywa. Po wojnie słuch o niej zaginie.

Goldbergowa Anny Gorajskiej to z kolei zmiażdżona przez walec historii kobieta, próbująca po wojnie powstać z kolan. Na zewnątrz pragmatyczka, związana z wiceministrem rządu komunistycznego nie z miłości przecież, ale z pragmatyzmu. Wewnątrz – dusza szukająca rozpaczliwie ratunku.

Bóg w zniszczonej przez bomby kamienicy

Dialog Beniamina i Goldbergowej w zniszczonej kamienicy przestawia optykę widza na teraźniejszość. A więc to wszystko, od pierwszej sceny z Leą, Abramem i Kubkiem, było o nas, o naszej przeszłości, to nie były tylko retro wspomnienia z lat trzydziestych. „Fatalista” opowiada o naszej teraźniejszości, i naszej przyszłości.

Przeznaczenie zatem, czy wola? Fatalizm czy woluntaryzm? Owszem, chrześcijanie i Żydzi uważają, że wszystko dzieje się z woli Boga, ale ten sam Bóg, stwarzając człowieka na swój obraz i podobieństwo, obdarzył go przecież wolnością i rozumem. Człowiek może wybrać zło, choć Stwórca chce, by wybierał dobro. Można zatem powiedzieć, że Bóg niejako samoograniczył się dla nas, chce bowiem, żebyśmy wybierali Go w wolności. Wierzymy w przeznaczenie, u chrześcijan rozumiane ostatecznie jako Zmartwychwstanie. Jednocześnie wiemy, że Bóg obdarzył nas wolną wolą.

Bohaterowie Słobodzianka zmagają się ze swoimi upadkami, grzechami, namiętnościami, z niezrozumieniem społecznym, nietolerancją, nacjonalizmem. Są nieprzystosowani, próbują być nonkonformistami. Szukają swojego Boga, a jednocześnie odrzucają Go. Obserwują beznadziejny bieg świata ku przepaści.

Ani zatem fatalizm, ani woluntaryzm. Fatalizm Beniamina pozornie się wypełnił, ale może powinien zostać woluntarystą, żeby przeżyć? Goldbergowa mówi do niego: „Teraz niech pan skupi się na remoncie. I nie myśli o niczym innym. Tylko jak zerwać te tapety, żeby nie został po nich ślad. Jak potem dokładnie zeskrobać i umyć ściany. Nareszcie jak to wszystko pomalować. Na jaki kolor, żeby to wszystko jakoś wyglądało”. Beniamin odpowiada: „Proszę się nie martwić. Bardzo dokładnie usunę z tego mieszkania wszelkie ślady związane z moim życiem, co jest zgodne z moim światopoglądem. Moje życie nie jest warte zostawiania po nim śladów”. Goldbergowa: „Po co pan tak mówi? Jest pan fatalistą, ale przed panem jest jeszcze przyszłość. Jeszcze może pan spotkać właściwą kobietę i rozpocząć życie, które zostawi nie jeden ślad, ale wiele. Jest pan człowiekiem niezwykłym. Uczonym. Kiedy myślę, jaki jest pan mądry, wprost wierzyć mi się nie chce”. Beniamin: „ Czy wierzy pani w Boga? Goldbergowa: „ A pan?”. Beniamin: „Tak”.

Bóg jest na ulicy. W tej zniszczonej przez bomby kamienicy. My sami jesteśmy cząstkami Boga. A może czas powiedzieć Stwórcy: „Nie zgadzam się z Twoim sposobem rządzenia tym światem”? Beniamin wadzi się z Bogiem.

A może więc fatalizm i woluntaryzm, złączone ze sobą w jedno, nierozerwalne, walczące niczym sacrum i profanum, których Bóg nie pozwolił rozdzielać.

Na zakończenie słyszymy sentymentalną piosenkę „Warszawo, moja Warszawo”. To przedwojenny szlagier skomponowany przez Zygmunta Karasińskiego, pioniera polskiego jazzu, zmarłego na emigracji w latach siedemdziesiątych. Słowa napisał Andrzeja Włast (Gustaw Baumritter), który zginął w getcie warszawskim, dokładna data jego śmierci nie jest znana. W latach trzydziestych wykonawcą piosenki był Adam Aston, znakomity pieśniarz żydowskiego pochodzenia, w czasie wojny walczył w Armii Andersa, zmarł w Londynie w 1993 roku. W spektaklu słyszymy współczesną wersję, ale wierną oryginałowi, w wykonaniu Jazz Band Masecki Młynarski.

Wielkie wyznanie miłości do Warszawy. Tęsknota za światem, którego nie ma, nie ma już taki samych Nalewek i takiej Krochmalnej. Tęsknota za tamtym życiem, które nie powróci. Powrót do przeszłości był traumatyczny, nie wszyscy potrafili wytrzymać, niektórzy odbierali sobie życie, inni uciekali stąd jak najdalej. Reżyser dodając w finale tę piosenkę pozostawia promyk nadziei. Trwanie przy życiu pomimo piętna Holokaustu. Trwanie tutaj! Nowe życie.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Trzeba tylko zerwać tę tapetę, zeskrobać ze ścian. Zatrzeć ślady… i zacząć od nowa. Czy to może się udać? 

Wspaniałe przedstawienie w Dramatycznym.

Przeczytaj też: Dla tych, którym nie wystarczy kościół

Podziel się

4
Wiadomość

Komentarz

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.