Lato 2021, nr 2

Zamów

Dla tych, którym nie wystarczy kościół

Niewątpliwie historia polskiego teatru w XX wieku dowodzi, że Bóg był w nim często obecny.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5/2007 jako odpowiedź w ankiecie redakcji: „Czy kwestia wiary jest ważna dla Pani/Pana jako twórcy? Czy teatr jest sposobem poznawania lub ukazywania Boga i w jaki sposób to robi? Czy teatr ma prawo bluźnić?”

Homo religiosus jest bohaterem prawie wszystkich moich sztuk. „Car Mikołaj” opowiada o ludziach, którzy tak bardzo wierzą, że dawny porządek z Jezusem i Carem na czele, zburzony przez rewolucje sowiecką i niepodległość Polski, jest fundamentem ludzkiego istnienia, że próbują go stworzyć na nowo. W „Pekosiewiczu” bohaterem jest dziecko wojny, którego wiara kształtowana jest z jednej strony przez kościół, z drugiej równie zawzięcie przez partię. W „Turlajgroszku” podobnemu procesowi poddane jest dziecko z biednej białoruskiej rzeczywistości, które ma przed sobą wybór: z jednej strony tradycyjny, religijny system wartości w połączeniu z biedą; z drugiej – świat szatański w połączeniu z bogactwem i doczesnym spełnieniem. W „Proroku Ilji” bohaterowie powtarzają gest, który leży u początków chrześcijaństwa: próbują ukrzyżować kogoś, w kogo wierzą, że jest nowym bogiem. W „Merlinie” wiara w nowy wspaniały świat, którą zaszczepia ludziom syn szatański jednorodzony, prowadzi do tragedii i apokalipsy. W „Malambo” kowal prowadzi spór z Jezusem o sens życia i nie wychodzi z tego sporu przegrany. W „Śnie pluskwy” wreszcie próbuję pokazać, jak wiara w komunizm w Rosji bliska była wierze chrześcijańskiej i jak obie wiary wiele sobie do dziś zawdzięczają.

Dodam jeszcze, że każda z moich sztuk w sensie konstrukcji dramaturgicznej bardziej albo mniej odwołuje się do obrzędu, mszy: łacińskiej, prawosławnej, a nawet kreolskiej. Tak więc chyba mogę powiedzieć, że kwestia wiary jest dla mnie dość ważna.

Homo religiosus jest bohaterem prawie wszystkich moich sztuk

Tadeusz Słobodzianek

Udostępnij cytat

Jest takie bardzo odważne powiedzenie Osterwy, było nie było jednego z ojców duchowych polskiego papieża, że teatr Bóg stworzył dla tych, którym nie wystarczał kościół. I niewątpliwie historia polskiego teatru w XX wieku dowodzi, że Bóg był w nim często obecny.

Dość przypomnieć „Księcia Niezłomnego” i „Apocalypsis cum figuris” Grotowskiego, przedstawienia Swinarskiego z „Nie-boską komedią”, „Klątwą”, „Sędziami” i „Dziadami”, Dejmka z „Dziadami”, „Historyją o chwalebnym zmartwychwstaniu” i „Dialogus de passione”, „Wielopole” Kantora i wielu innych spektakli rozmaitych, których tylko z braku miejsca tu nie wymienię.

Myślę, że teatr odwołujący się do korzeni, do rytuału, ukazujący w jakiejś formie ofiarę i zstąpienie na ziemię bóstwa przyjmującego ofiarę, jest czymś archetypicznym i fundamentalnym w swoim sensie. Bez tego najbardziej poważnego czynu, jakim jest przeżycie duchowe, iluminacja bądź katharsis w ogóle jest bez sensu.

Teatr naturalnie ma prawo bluźnić. Najlepszym tu przykładem jest Boże Ciało w barokowej Hiszpanii i auto sacramentales, które były z tym świętem związane. Otóż święto to w Hiszpanii (dziś naturalnie zostały z tego szczątki) to było karnawał, święto diabła, najbliższe dzisiejszemu wyobrażeniu tego byłyby pewnie „parady równości”, tyle że w skali dwudziestoczterogodzinnej. Tego dnia diabeł był królem tego świata i wolno mu było robić wszystko. Na ulicach, na placach, w domach i podwórzach odbywały się więc seksualne szaleństwa nie tylko w wymiarze heteroseksualnym. Bez umiaru jedzono, pito i tańczono.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Tego dnia można też było bluźnić do woli. Z tego czasu zostały w języku hiszpańskim do dziś przekleństwa odwołujące się do narządów rodnych Matki Boskiej czy wyposażenia seksualnego Pana Boga. Oczywiście dzień dobiegał końca i uroczyście wracał czas powszedni: diabła zakuwano w łańcuchy i zsyłano do piekła. Triumfował Przenajświętszy Sakrament.

W autosach Calderóna pozostał zapis tego czasu. Wbrew temu, co wydaje się dziś rozmaitym „świętym mężom”, którzy zawędrowali ostatnio do teatru, te zdarzenia teatralne obfitują w dialektykę i względność wszelkich wartości, a zarazem ujawniają wielką energię i radość, która wynika z życia i jednocześnie jest wielką chwałą Tego, w którego wierzymy, że tej energii i radości jest sprawcą.

Przeczytaj też: Nie przepędzicie Boga ze sceny! Manifest teologii teatru

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.