Lato 2021, nr 2

Zamów

Przeczekamy i prosimy o przeczekanie. Odc. 3: Jak prowincjał z arcybiskupem o molestowaniu rozmawiali

Krzysztof Popławski OP. Fot. archiwum prywatne

Dla abp. Zygmunta Kamińskiego dobro Kościoła tożsame jest z dobrem duchownych, a więc należy bronić księży, gdy są atakowani. Dla o. Krzysztofa Popławskiego dobro Kościoła to dobro najsłabszych, którego niezbędnym wyrazem są zabiegi na rzecz wyjaśnienia prawdy. 

Mija właśnie ćwierć wieku od chwili, gdy prawi ludzie w Szczecinie rozpoznali zło i zaczęli szukać sprawiedliwości. Szukali jej od 1995 r., najpierw w Kościele – ale do tej pory nie znaleźli. Kolejne osoby zgłaszały problem kolejnym biskupom, ale nic z tego nie wynikało. 

25 lat zmagań o kościelny akt sprawiedliwości analizujemy w kolejnych częściach śledczego reportażu Zbigniewa Nosowskiego. Dziś odcinek trzeci. Część pierwszą można przeczytać tutaj. Część drugą – tutaj.

W historii zmagań o wyjaśnienie zarzutów wobec ks. Andrzeja Dymera – choć już tak wiele miejsca temu poświęciłem – wbrew pozorom wcale jeszcze nie wszystko wiadomo. Wciąż badam niektóre wątki. Zanim jednak przyjdzie pora na ich ujawnienie, warto zająć się pogłębieniem analizy pewnych wydarzeń z tej historii, które są bardzo znaczące i symptomatyczne dla całej sytuacji Kościoła w Polsce. 

Dziś – wydarzenie szczególne, które jak w soczewce pokazuje dwa głęboko odmienne podejścia do problemu wykorzystywania seksualnego osób małoletnich, jakie współistnieją w Kościele. Mamy dwie postaci, ich gwałtowną wymianę korespondencji oraz znaczący ciąg dalszy.

Poznajmy zatem najpierw w całości dwa listy. 

„Do tej pory można było prowadzić proces bez pośpiechu”

11 marca 2008 r. – następnego dnia po przełomowej publikacji w „Gazecie Wyborczej” – wzburzony metropolita szczecińsko-kamieński, abp Zygmunt Kamiński, napisał list do przełożonego prowincji polskiej dominikanów, o. Krzysztofa Popławskiego. Oto jego pełna treść.

*

Przewielebny Ojcze Prowincjale,

wobec zaistniałej sytuacji, powstałej w wyniku publikacji zamieszczonej w „Gazecie Wyborczej” z dnia 10 marca br. pt. „Ukryty grzech Kościoła” oraz po emisji, wieczorem tego samego dnia, programu pt. „Kropka nad i”, w których to o. Marcin Mogielski OP występuje jako rzecznik rzekomo pokrzywdzonych chłopców, jestem zmuszony, tym oficjalnym pismem, zapytać Ojca Prowincjała, czy Ojciec Prowincjał był konsultowany w tej sprawie i czy działanie o. Marcina Mogielskiego OP uzyskało aprobatę Ojca Prowincjała?

Nie dopuszczając do siebie myśli, że to wszystko odbyło się za zgodą Ojca Prowincjała, muszę zwrócić się z prośbą o interwencję w tej sprawie i pouczenie o. Marcina Mogielskiego OP o drogach właściwych Kościołowi w załatwianiu takowych spraw. Nie chcę wierzyć, że zakonnik ten w czasie swojej formacji nie dowiedział się, iż nawet w przypadku – jak mnie o to posądza – opieszałości działań Kościoła partykularnego, istnieje zawsze, i to dla każdego wiernego, zarówno duchownego, jak i świeckiego, możliwość odniesienia się do Stolicy Apostolskiej. Niestety, o. Marcin Mogielski OP nie uczynił tego. 

Pragnę nadmienić Ojcu Prowincjałowi, że od 2003 roku jestem w kontakcie ze Stolicą Apostolską. Efektem jest prowadzony od sierpnia 2007 r., naturalnie „sub secreto”, proces karny, który zmierza ku końcowemu werdyktowi. Boli mnie to, że, na skutek nie do końca przemyślanego działania o. Marcina Mogielskiego OP, w wypowiedzi pani redaktor prowadzącej program „Kropka nad i” został podany w wątpliwość autorytet Stolicy Apostolskiej, która jakoby nie chciała zajmować się tą sprawą.

Na koniec nie mogę nie zadać pytania, jakiemu dobru służyło to całe zamieszanie wywołane w mediach przez o. Marcina Mogielskiego OP? Nie mogę go znaleźć. Nie chcę i nie mogę wyrokować o zakończeniu postępowania kanonicznego. Prowadzi go niezawisły Trybunał Kościelny. Przypuszczam, że także Stolica Apostolska będzie wypowiadała się w tej sprawie. Do tej pory można było prowadzić proces w atmosferze spokoju i bez pośpiechu, koniecznych przy rozwiązaniu tego rodzaju spraw. Po wystąpieniu o. Marcina Mogielskiego OP atmosfera się zmieniła, a nawet niektórzy, także osoby publiczne, wydały wyrok.

Oczekując odpowiedzi, pozdrawiam in Christo

+ Zygmunt Kamiński

Arcybiskup Metropolita Szczecińsko-Kamieński

*

List abp. Kamińskiego został wysłany do wiadomości trzech dodatkowych adresatów: nuncjusza apostolskiego w Polsce, abp. Józefa Kowalczyka, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, abp. Józefa Michalika, i sekretarza Konferencji Episkopatu Polski, bp. Stanisława Budzika. 

„Poczucie skrzywdzenia i lekceważenia przez przełożonych Kościoła” 

14 marca 2008 r. swoją odpowiedź wystosował przebywający akurat w Nowym Jorku prowincjał polskich dominikanów, o. Krzysztof Popławski. Oto pełna treść jego listu. 

*

Czcigodny Księże Arcybiskupie,

przepraszam, że na list Księdza Arcybiskupa z 11 marca 2008 r. nie odpowiedziałem od razu. W tych dniach przebywam za granicą, w Stanach Zjednoczonych. Akurat Kościół katolicki w USA – o czym Ksiądz Arcybiskup z pewnością wie – za przemilczanie spraw dotyczących nadużyć seksualnych, jakich dopuszczali się niektórzy duchowni, i niepodejmowanie przez hierarchów odpowiednich i jasnych decyzji we właściwym czasie zapłacił ogromną cenę, która wcale nie wyraża się w wysokości zasądzonych odszkodowań.

Pragnę poinformować Księdza Arcybiskupa, że wiedziałem i wyraziłem zgodę na udział o. Marcina Mogielskiego w wyjaśnianiu sprawy przypadków nadużyć seksualnych wobec nieletnich, jakie miały mieć miejsce w środowisku, z którym związany był on w czasie swojego pobytu w Szczecinie. Przed wyrażeniem zgody zapoznałem się z materiałami zebranymi podczas przygotowywania publikacji w „Rzeczpospolitej” (do której nie doszło) oraz z relacjami ze spotkań poważnych i wiarygodnych osób z Księdzem Arcybiskupem i Jego poprzednikami, w szczególności ze spotkania mojego poprzednika, o. Macieja Zięby w 2003 r. (który nb. usłyszał wówczas niesprawiedliwe i nie znajdujące oparcia w rzeczywistości informacje na temat o. Marcina). Spotkałem się też z jednym z autorów artykułu.

Abp Kamiński powtarzał jak mantrę, że trudno mu uwierzyć w winę ks. Dymera. A z argumentem „trudno mi uwierzyć” – trudno dyskutować

Krzysztof Popławski OP

W postępowaniu mojego współbrata Marcina Mogielskiego nie widzę niczego rażąco niewłaściwego. Jego decyzje i podejmowane przez niego działania są wyrazem troski o ubogich, którzy do dziś noszą w sobie poczucie skrzywdzenia i lekceważenia przez przełożonych Kościoła i którym zabrakło z ich strony zapewnienia fachowej pomocy czy choćby braterskiego zainteresowania.

Wydaje się, że zajęcie się ich sprawami, próba przywrócenia w nich zdolności zaufania drugiemu człowiekowi są tak samo słuszne i zgodne z duchem nauczania Jezusa, jak troska Księdza Arcybiskupa o sprawiedliwe i zgodne z procedurą potraktowanie ks. Andrzeja.

Wierzę, że wszystkim zaangażowanym w wyjaśnienie tej sprawy chodzi przede wszystkim o ludzi, których ta sprawa bezpośrednio dotyka.

In Christo,

Krzysztof Popławski OP

Podobnie jak metropolita, prowincjał przesłał swój list do wiadomości tych samych trzech hierarchów. Podobnie jak on przekazał również swój list do publikacji w serwisie Katolickiej Agencji Informacyjnej. 

Nie tylko korespondencja 

Marzec 2008 r., kiedy ujawniono sprawę ks. Dymera i kiedy miała miejsce opisywana tu wymiana listów, to zarazem początek ostatniego roku pracy abp. Zygmunta Kamińskiego jako metropolity szczecińsko-kamieńskiego. Kilkanaście dni wcześniej, 20 lutego 2008 r., skończył 75 lat i, zgodnie z kościelnymi przepisami, złożył rezygnację z urzędu. Papież Benedykt XVI jednak jego rezygnacji nie przyjął i zlecił Kamińskiemu kontynuację posługi aż do chwili mianowania następcy. Ta sytuacja trwała przez rok, do lutego 2009 r., gdy nowym metropolitą szczecińskim został abp Andrzej Dzięga. Abp Kamiński zmarł rok później – 1 maja 2010 r.

O. Krzysztof Popławski był prowincjałem polskich dominikanów przez dwie kadencje w latach 2006–2014. Wcześniej pracował m.in. jako misjonarz na Tajwanie i w Chinach. Później zaś przez sześć lat był socjuszem generała zakonu do spraw Europy Wschodniej i Środkowej, a w ostatnich dniach właśnie wrócił do Warszawy. Chętnie zgadza się na rozmowę o korespondencji z metropolitą szczecińskim z roku 2008.

W jednym ujęciu mamy Kościół, który wiele wymaga od innych, a w drugim – Kościół, który najwięcej wymaga od samego siebie

Zbigniew Nosowski

Udostępnij cytat

Wyjaśnia mi, że cytowana tu dramatyczna wymiana listów nie była końcem jego dialogu z abp. Kamińskim. Bardzo zależało mu na osobistej rozmowie z metropolitą szczecińskim. Po powrocie prowincjała z USA udało się umówić spotkanie. O. Popławski odnajduje swój ówczesny kalendarz i sprawdza dokładną datę wizyty w Szczecinie. Do osobistego spotkania autorów listów doszło 18 kwietnia 2008 r., czyli miesiąc po wymianie korespondencji. 

Spotkanie prowincjała z arcybiskupem nie doprowadziło jednak do zbliżenia stanowisk. O. Popławski wspomina: „Utkwił mi w pamięci dyplomatyczny język abp. Kamińskiego. Co do istoty naszego sporu ujawnionego w korespondencji – trwaliśmy przy swoich przekonaniach. Ja mówiłem o wiarygodnych dokumentach, które zgromadził mój współbrat Marcin Mogielski. Arcybiskup zaś powtarzał jak mantrę, że trudno mu w to uwierzyć. A z argumentem «trudno mi uwierzyć» – trudno dyskutować”. 

Metropolita szczeciński podkreślał podczas spotkania z prowincjałem dominikanów, że sprawa ks. Dymera jest rozpatrywana w jego sądzie biskupim, zostanie więc wydany sprawiedliwy wyrok. Równocześnie niezależne postępowanie wszczęła prokuratura. Z tych powodów również o. Popławski nie widział już dalszej roli dla siebie. Mówi mi: „Wiedziałem, że sprawa jest w toku w obu porządkach prawnych. A nie chodziło przecież o samosądy, lecz o to, żeby poważne zarzuty sprawiedliwie wyjaśnił wymiar sprawiedliwości”.

Krzysztof Popławski OP wspomina, że cała sprawa była dla niego bardzo trudna jako prowincjała. Wśród dominikanów pojawiły się wtedy ostre różnice zdań, czy prowincjałowie – najpierw Zięba, później Popławski – powinni udzielać wsparcia w takiej sprawie Marcinowi Mogielskiemu.

„Żal mi również Marcina. Fakt, że to wszystko tak długo trwa, bez ostatecznej konkluzji kościelnego trybunału, sprawia, że on może mieć poczucie osamotnienia, także w samym zakonie” – mówi o. Popławski. I dodaje: „Stanąłem za Mogielskim, ale nie rozmawialiśmy o tym stale. Nie chciałem jego roli w zakonie sprowadzać do tej sprawy”.

Arcybiskup nie wiedział?

Dla pełni obrazu trzeba przypomnieć, że – jak ujawniłem w pierwszym odcinku tego cyklu – 28 kwietnia 2008 r., zaledwie 10 dni po rozmowie o. Popławskiego z abp. Kamińskim, zapadł w szczecińskim trybunale kościelnym wyrok pierwszej instancji w procesie kanonicznym ks. Andrzeja Dymera. Wyrok kanoniczny potwierdził winę duchownego.

Trybunał uznał, że „cały materiał zeznaniowy, dokumentalny i refleksyjny wynikający z domniemań spowodowanych zaniedbaniami przesłuchań w 1996 r., zbierany mozolnie przez 12 lat, pozwala po głębokim i bezstronnym studium na uzyskanie pewności moralnej co do zasadności oskarżeń ks. Andrzeja Dymera o molestowanie wychowanków Ogniska św. Brata Alberta w Szczecinie w latach 1993–1995, w szczególności…” (tu padają w wyroku nazwiska dwóch wychowanków, w tym Sebastiana Krasuckiego, dzisiejszego franciszkanina, który jest bohaterem drugiego odcinka tego cyklu). 

Tyle że wyroku nie ogłoszono. Nie wiedział o nim oczywiście prowincjał dominikanów, nie wiedzieli o nim nawet wymienieni w wyroku mężczyźni molestowani przez dyrektora Ogniska. Wiedział o nim natomiast z pewnością abp Kamiński. A przecież dziesięć dni wcześniej konsekwentnie powtarzał o. Popławskiemu, że trudno mu uwierzyć w winę ks. Dymera. Czy wyrok mógł go zaskoczyć? 

Czyżby abp Kamiński – doktor prawa kanonicznego, wykładowca Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – aż tak bardzo respektował wolność sędziów powołanego przez siebie trybunału, że dziesięć dni przed zapadnięciem wyroku w tak głośnej sprawie nie spodziewał się, jaka decyzja zapadnie? Mało to prawdopodobne, ale jednak możliwe. Co prawda, wszyscy trzej sędziowie – duchowni z terenu metropolii szczecińsko-kamieńskiej, których nazwiska znane są redakcji „Więzi” – należeli do grona bliskich współpracowników metropolity, być może jednak rzeczywiście nie omawiali z arcybiskupem przy kurialnym stole szczegółów trwającego procesu. 

Nie udało mi się też ustalić, czy werdykt pierwszej instancji kościelnego trybunału sprawił, że abp Kamiński w winę ks. Dymera uwierzył. Ważne, że publicznie działał dalej tak, jakby w nią nie wierzył. Wyroku ani nałożonych na duchownego sankcji arcybiskup nie ogłosił. Nie znały ich do niedawna nawet osoby mocno w sprawę zaangażowane od wielu lat. Trzeba jednak przyznać, że za kadencji abp. Kamińskiego nie zmienił się publiczny status ks. Dymera. Pozostawał on wciąż na kościelnym bocznym torze. 

Były dyrektor Ogniska św. Brata Alberta mógł ponownie rozwinąć skrzydła dopiero za rządów nowego arcybiskupa w Szczecinie (wspomniałem ten watek w pierwszym odcinku cyklu, a przyjdzie jeszcze rzecz obszerniej rozwinąć). 

Dwie wizje Kościoła

Ciekawe wydaje mi się tu jeszcze coś innego – co pozwala przejść z poziomu świadomości indywidualnej na bardziej generalny poziom istniejącej w Polsce świadomości eklezjalnej. Otóż oba cytowane listy pokazują, jak odmienne wizje Kościoła mogą prezentować ludzie zań odpowiedzialni na wysokim szczeblu. Arcybiskup i prowincjał w bardzo różny sposób udzielali odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytania o właściwą postawę Kościoła w sytuacji pojawienia się oskarżeń o molestowanie seksualne. Warto na tym konkretnym przykładzie pokazać różnice między tymi dwoma wizjami – aby jasno dostrzec, że jedna z nich przyczyniła się do dzisiejszej degeneracji instytucjonalnej Kościoła. 

Abp Kamiński ma pretensje do dominikanów o to, że zgodzili się na ujawnienie zarzutów. Działać trzeba, jego zdaniem, „sub secreto”, a winny jest ten, kto wywołuje szum wokół sprawy. „Po wystąpieniu o. Marcina Mogielskiego OP atmosfera się zmieniła” – pisze metropolita. Czyli: trudne problemy wewnętrzne trzeba załatwiać przede wszystkim po cichu, a winnym jest ten, kto wywołuje niepotrzebny rozgłos w mediach.

Natomiast w wizji o. Popławskiego metodą nie do przyjęcia jest przemilczanie. Podstawowe jest tu przekonanie, że winny jest nie tylko bezpośredni sprawca, lecz także kościelni hierarchowie, którzy zwlekają z wyjaśnieniem sprawy. To ich bezczynność sprawia, że u osób molestowanych pojawia się „poczucie skrzywdzenia i lekceważenia przez przełożonych Kościoła”. 

Metropolita kładzie nacisk na procedury, za które można się długo chować: „Do tej pory można było prowadzić proces w atmosferze spokoju i bez pośpiechu”. Te jego słowa mogą być klasycznym wyrazem deklaracji wyrażonej w tytule niniejszego cyklu: „przeczekamy i prosimy o przeczekanie”. Prowincjał natomiast akcentuje świadectwo – jasne, przejrzyste, stanowcze i szybkie. Zwraca uwagę, że zwłaszcza osobom pokrzywdzonym zabrakło „zapewnienia fachowej pomocy czy choćby braterskiego zainteresowania”.

Rozbieżność obu wizji dotyczy nawet sprawy tak fundamentalnej, jak ta: kto jest ofiarą. Abp Kamiński (tak jak jego poprzednicy) odruchowo zakłada przede wszystkim, że duchowny może być skrzywdzony fałszywym oskarżeniem. Tym samym główną ofiarą, której należy bronić przed potencjalną krzywdą, staje się podejrzany ksiądz. Nie trzeba nawet w tym celu wysłuchać osób go oskarżających.

Dominikanin rozpoczyna od innej strony: zapoznaje się osobiście z istniejącymi relacjami, spotyka się z wybranymi osobami, wyrabia sobie w ten sposób własną wstępną ocenę sytuacji. W ten sposób przyjmuje domniemanie krzywdy osób, które odważyły się ją zgłosić; metropolita natomiast trwa kurczowo przy domniemaniu niewinności – mimo że wcześniej zaniedbał gromadzenie zeznań, świadectw i dowodów. 

Metropolita szczeciński kładzie nacisk na procedury, za które można się długo chować. Prowincjał dominikanów natomiast akcentuje świadectwo – jasne, przejrzyste, stanowcze i szybkie

Zbigniew Nosowski

Udostępnij cytat

Czym jest w obu ujęciach dobro Kościoła? Pierwsza wizja zakłada, że dobro Kościoła tożsame jest z dobrem duchownych, a więc należy bronić księży, gdy są atakowani. Wedle drugiej wizji dobro Kościoła to dobro najsłabszych, zabiegi na rzecz wyjaśnienia prawdy są więc niezbędnym wyrazem „troski o ubogich”. Chodzi tu „przede wszystkim o ludzi, których ta sprawa bezpośrednio dotyka”.

W sumie mamy więc z jednej strony Kościół, który wiele wymaga od innych, a z drugiej – Kościół, który najwięcej wymaga od samego siebie. W ujęciu arcybiskupa o własnych błędach Kościoła należy mówić jak najciszej. W wizji prowincjała – to prawda wyzwala, dlatego Kościół powinien przyznawać się do własnych zaniedbań i uczyć się na błędach popełnionych w innych krajach.

Nie zostali wysłuchani

Sam o. Popławski nawiązywał publicznie do polemiki z metropolitą szczecińskim w czerwcu 2008 r. w wywiadzie dla KAI. Trafnie wskazał wtedy na różnicę między akcentowaniem instytucjonalnego lub wspólnotowego wymiaru życia Kościoła: „Z jednej strony mamy myślenie «instytucjonalne», to znaczy: w imię ochrony dobra, które nazywamy dobrem Kościoła, to wszystko, co miałoby szkodzić jego wizerunkowi jako instytucji, należy wyeliminować, bądź też załatwiać wewnątrz. Taka perspektywa różni się nieco od spojrzenia, w którym Kościół i jego dobro tworzy każdy jego członek, bez względu na to, jaką w nim pełni rolę”.

Problematyką wykorzystywania seksualnego w Kościele zajmuję się na różne sposoby już prawie 20 lat. Przez ten czas wielu zaangażowanych i mądrych ludzi Kościoła w oparciu o doświadczenia innych krajów wielokrotnie przestrzegało kościelnych decydentów, że „zaniedbania przełożonych, zwłaszcza na poziomie konferencji episkopatów, mogą mieć dalekosiężne negatywne konsekwencje dla życia Kościoła lokalnego – szczególnie brak wystarczająco szybkich i stanowczych działań na rzecz osób pokrzywdzonych”. To akurat cytat z – totalnie zlekceważonego przez adresatów – listu świeckich katolików do Rady Stałej KEP

Pod tym listem podpisało się w styczniu 2019 r. 355 osób pochodzących z 75 miejscowości: zarówno wielkich miast, jak i małych wiosek. Sygnatariusze tego listu to przedstawiciele bardzo różnych środowisk ideowych polskiego katolicyzmu. Były wśród nich osoby w różnym wieku: od studentów po 90-latków. Byli członkowie instytucji watykańskich i zwykli parafianie. Byli przedstawiciele wielu zawodów: i profesorowie uniwersyteccy, i księgowa, i fryzjerka, i dzielnicowy, i spawacz. Były wśród sygnatariuszy także osoby wykorzystane seksualnie przez duchownych.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Gdy czytałem zdawkową odpowiedź, jaką sygnatariusze tego listu otrzymali od sekretarza generalnego Konferencji Episkopatu Polski, bp. Artura Mizińskiego, miałem poczucie déjà vu: to już kiedyś było, już widziałem podobną, całkowicie jałową wymianę korespondencji (myślałem, rzecz jasna, o „dialogu” arcybiskupa z prowincjałem z 2008 r.). 

Potem zaś doszło do kolejnych wydarzeń spychających nasz Kościół w dół po równi pochyłej, które zaowocowały dzisiejszą utratą wiarygodności moralnej. Jakże to smutne, że kościelni decydenci nie potrafili pójść za prostą tezą o. Krzysztofa Popławskiego, że „najistotniejsza była kwestia ludzi, którzy mieli poczucie skrzywdzenia i tego, że nie zostali wysłuchani”, a działanie wspólnoty wiary w takiej sytuacji to „próba przywrócenia w nich zdolności zaufania drugiemu człowiekowi”. Dlaczego takie słowa wciąż brzmią w naszym Kościele zaskakująco odkrywczo? 

Ciąg dalszy nastąpi. 

Zranieni w Kościele

Podziel się

30
16
Wiadomość

Komentarze (25)

Czytając ten artykuł odnoszę wrażenie, że napisał go Pan wyłącznie w celu podtrzymania zainteresowania tematem, nic nowego Pan nie wniósł. Z drugiej strony jestem wzburzony tym, jak potraktowaliście Państwo p. dr. Jacka Pulikowskiego, jak bardzo zmanipulowaliście jego wypowiedź i absolutnie bezprawnie wpisaliście w kulturę gwałtu. I nie umiecie przeprosić. Pańska wiarygodność spadła bardzo nisko – skoro Jacka Pulikowskiego potraficie zapisać do kultury gwałtu, to i z uczciwego księdza zrobicie pedofila, powie nie jeden czytelnik…

Dziękuję za opinię. O własnych intencjach nie będę się wypowiadał – poza tym, że błędnie je Pan odczytuje.
Przeprosiny były wyrażone i sformułowane bardzo jasno. Może problem polega na tym, że Pańskim zdaniem pojęcie „kultura gwałtu” oznacza zachęcanie do gwałtu? Bynajmniej. Analogicznie – by pozostać przy kwestiach związanych z tekstem, pod którym Pan pisze – diagnozowanie związków kultury klerykalnej z pedofilią (co czyni i papież Franciszek, i np. Ewa Kusz w tekście linkowanym poniżej) nie oznacza, że zwolennicy klerykalizmu zachęcają do pedofilii.
Oto artykuł, który mam na myśli:
https://wiez.pl/2018/02/13/kultura-klerykalna-a-pedofilia/

„Kultura gwałtu” to jakiś idiotyczny oksymoron. A propos abpa. Kamińskiego: Problem ks. Dymera został poruszony w książce „Życie jest nam dane i zadane”. Sandomierz 2009, s.205 i n.

Dziękuję za wskazówkę bibliograficzną!

Ja nie uważam „kultury gwałtu” za cos idiotycznego. Może pozwoli Panu to zrozumieć komentarz Tomasza Terlikowskiego:

Dobrze, że toczy się dyskusja nad wypowiedziami Jacka Pulikowskiego, Ewy Buczek i Dominiki Frydrych, dobrze, że doprecyzowywane są pewne opinie, i dobrze, że idziemy do przodu. Mam jednak nieodparte wrażenie, że porozumienie w tej sprawie może być bardzo trudne. Dlaczego? Bo w pewnym sensie jest to spór pokoleniowy (nie w znaczeniu, że chodzi tylko o wiek, bo jest wielu ludzi młodych, którzy podzielają opinie p. Jacka Pulikowskiego), dotyczący spojrzenia na świat, małżeństwo, na relacje męsko-damskie i damsko-męskie.
O czym mówię?
Po pierwsze – można powiedzieć, że autorki są z pokolenia post-me too. Dla nich pewne kwestie są oczywiste, jasne i dokonane. Seks jest zawsze i z definicji partnerski, nie ma w nim miejsca na jakąkolwiek formę wymuszania – i to nawet emocjonalnego. Jacek Pulikowski – przy pełnej świadomości, że nie zgodziłby się on moralnie na żadne zachowania potępiane przez ruch me too, to zrobiłby to z zupełnie innych, pryncypialnych powodów, a nie wychodząc od założeń podzielanych przez Ewę Buczek i Dominikę Frydrych.
Po drugie – Jacek Pulikowski, jak się zdaje, wychodzi od jasnego uznania pewnej hierarchii w małżeństwie. Wyżej jest mężczyzna, i to kobieta w pewnym sensie musi się mu podporządkować, „uprosić, tak by nie czuł się odrzucony” jego (zwróćmy uwagę, że nigdzie nie ma mowy, że mąż ma „uprosić żonę o akt seksualny i to tak, by nie czuła się ona wykorzystana czy przymuszona”, ale w drugą stronę takie sformułowanie jest już użyte – niezależnie od tego, że później jest ono wyjaśniane). Dla autorek normą jest partnerski układ także w małżeństwie. Z równej godności (to przyjmują obie strony) wynika (i to chyba jest przedmiotem dyskusji) równość miejsca w małżeństwie.
Te dwie kwestie (a można wymieniać następne) pokazują doskonale, że czeka nas (bardzo potrzebna) rozmowa o tym, jakie podejście do seksualności w małżeństwie jest nam potrzebne, jak o tym mówić, jak nauki szczegółowe zmienić mogą nasze podejście do relacji rodzinnych, jak głęboko – za sprawą i feminizmu i gender, ale i po prostu przemian społecznych – zmienia się w ogóle nasze podejście do seksualności i rodziny. Jeszcze kilkanaście lat temu pan Jacek Pulikowski mógł być przez część mężczyzn oskarżany o przesadne branie pod uwagę emocji kobiet, dzisiaj już oskarżany będzie o co innego. I to jest zmiana na lepsze, bo uświadamia mężczyznom tok myślenia i odczuwania kobiet.
I na koniec – rozmowa, kwestionowanie jakiegoś elementu stanowiska kogoś – nie jest atakiem na niego. Jest po prostu próbą doprecyzowania użytych słów i kontekstów, albo polemiką, która jest przecież normą w dochodzeniu do prawdy. Udawanie, że wszyscy we wszystkim się zgadzamy, nie prowadzi nas do niczego. A już najmniej do lepszego rozumienia ludzkiej seksualności, tak bardzo podatnej na zranienia.

Dziękuję za odpowiedź, cieszę się, że czyta Pan opinie czytelników. W mojej parafii abp Kamiński z entuzjazmem wspominał o książce Weigla „Odwaga bycia katolikiem”. Wciąż zastanawiam się, czy naprawdę mówił o tej książce, czy może coś pomylił. Sprawa ks. Dymera jest bardzo trudna, wielu księży zarzeka się, że znają go od lat i nigdy, przenigdy nie ujawnił takich skłonności. Minister Szefernaker jest absolwentem liceum katolickigo w Szczecinie i potwierdza, że niczego niepokojącego nie doświadczył, zauważył. Uważam, że w swoim cyklu artykułów pomija Pan zasadniczy problem: nie ma miejsca w prezbiterium dla homoseksualistów, gdyż wynika z tego mnóstwo problemów. Nazwiska z ostatnich miesięcy i lat(bp Janiak, ks. Dymer, abp Wesołowski, kard. Mccarrick, Gulbinowicz) mówią same za siebie. Odnośnie dr. Pulikowskiego: od kilkunastu lat czytam Jego książki, brałem udział w kongresie z Jego udziałem, słuchałem konferencji. Jako mąż z kilkunastoletnim stażem i ojciec czwórki dzieci nigdy nie wpadłbym na pomysł, aby cokolwiek podpiąć pod kulturę gwałtu czy zachętę do przemocy (choćby psychologicznej) na płaszczyźnie płciowej. Sponiewiaraliście człowieka o wspaniałym dorobku, sponiewiaraliście wspaniałego człowieka, który wielu małżonkom pomógł doświadczyć piękno współżycia małżeńskiego. Porównując dorobek i wiarygodność Pani Buczek i Pana Jacka wybór jest oczywisty. A Pan zapłaci kiedyś za krzywdę Pana Jacka.

Żeby nie bronić się własnymi słowami, wklejam komentarz Tomasza Terlikowskiego:

Dobrze, że toczy się dyskusja nad wypowiedziami Jacka Pulikowskiego, Ewy Buczek i Dominiki Frydrych, dobrze, że doprecyzowywane są pewne opinie, i dobrze, że idziemy do przodu. Mam jednak nieodparte wrażenie, że porozumienie w tej sprawie może być bardzo trudne. Dlaczego? Bo w pewnym sensie jest to spór pokoleniowy (nie w znaczeniu, że chodzi tylko o wiek, bo jest wielu ludzi młodych, którzy podzielają opinie p. Jacka Pulikowskiego), dotyczący spojrzenia na świat, małżeństwo, na relacje męsko-damskie i damsko-męskie.
O czym mówię?
Po pierwsze – można powiedzieć, że autorki są z pokolenia post-me too. Dla nich pewne kwestie są oczywiste, jasne i dokonane. Seks jest zawsze i z definicji partnerski, nie ma w nim miejsca na jakąkolwiek formę wymuszania – i to nawet emocjonalnego. Jacek Pulikowski – przy pełnej świadomości, że nie zgodziłby się on moralnie na żadne zachowania potępiane przez ruch me too, to zrobiłby to z zupełnie innych, pryncypialnych powodów, a nie wychodząc od założeń podzielanych przez Ewę Buczek i Dominikę Frydrych.
Po drugie – Jacek Pulikowski, jak się zdaje, wychodzi od jasnego uznania pewnej hierarchii w małżeństwie. Wyżej jest mężczyzna, i to kobieta w pewnym sensie musi się mu podporządkować, „uprosić, tak by nie czuł się odrzucony” jego (zwróćmy uwagę, że nigdzie nie ma mowy, że mąż ma „uprosić żonę o akt seksualny i to tak, by nie czuła się ona wykorzystana czy przymuszona”, ale w drugą stronę takie sformułowanie jest już użyte – niezależnie od tego, że później jest ono wyjaśniane). Dla autorek normą jest partnerski układ także w małżeństwie. Z równej godności (to przyjmują obie strony) wynika (i to chyba jest przedmiotem dyskusji) równość miejsca w małżeństwie.
Te dwie kwestie (a można wymieniać następne) pokazują doskonale, że czeka nas (bardzo potrzebna) rozmowa o tym, jakie podejście do seksualności w małżeństwie jest nam potrzebne, jak o tym mówić, jak nauki szczegółowe zmienić mogą nasze podejście do relacji rodzinnych, jak głęboko – za sprawą i feminizmu i gender, ale i po prostu przemian społecznych – zmienia się w ogóle nasze podejście do seksualności i rodziny. Jeszcze kilkanaście lat temu pan Jacek Pulikowski mógł być przez część mężczyzn oskarżany o przesadne branie pod uwagę emocji kobiet, dzisiaj już oskarżany będzie o co innego. I to jest zmiana na lepsze, bo uświadamia mężczyznom tok myślenia i odczuwania kobiet.
I na koniec – rozmowa, kwestionowanie jakiegoś elementu stanowiska kogoś – nie jest atakiem na niego. Jest po prostu próbą doprecyzowania użytych słów i kontekstów, albo polemiką, która jest przecież normą w dochodzeniu do prawdy. Udawanie, że wszyscy we wszystkim się zgadzamy, nie prowadzi nas do niczego. A już najmniej do lepszego rozumienia ludzkiej seksualności, tak bardzo podatnej na zranienia.

Oczywiste jest, że można (i trzeba)dyskutować o słuszności słów dr. Pulikowskiego. Ale NIE MOŻNA tego robić w formie paszkwilu, zestawiając zmanipulowaną wypowiedź z dywagacjami, czy brak stanika usprawiedliwia gwałt. Artykuł Pani Buczek był paszkwilem, a jego publikacja stawia pod znakiem zapytania wiarygodność całej Państwa działalności. Jest to zresztą Wasza metoda, gdzie przy nadarzającej się okazji wytykacie oponentowi, że ma związki z Radiem Maryja. Zachowujecie się Państwo jak dziecko, które spaliło dom bawiąc się zapałkami i nie rozumiejące dramatycznych konsekwencji swojej niefrasobliwości. Dla jasności – cykl artykułów o ks. Dymerze jest wiarygodny, jestem za niego wdzięczny. Ale paszkwilu p. Buczek nie mogę Wam darować.

Mylą się Panu wyraźnie artykuły, które Pan czytał. Ewa Buczek ani razu nie wymienia Radia Maryja – ani w pierwszym, ani w drugim tekście. Może ktoś inny to czynił. Nie wiem.
I jej tekst nie był żadnym atakiem na Pulikowskiego. To artykuł o poważnym problemie społecznym, w którym pod koniec podane są wypowiedzi pana Pulkowskiego (w tym jedna była błędnie zacytowana za innym źródłem, za co autorka przeprosiła) jako symptomatyczne „dla szerszego zjawiska uprzedmiotawiania kobiety w relacji seksualnej” i dlatego są „jednym z wielu malutkich kamyczków do ogródka dyskusji o kulturze gwałtu”. Malutkich… Nie ma w tym nic paszkwilanckiego.

Pozwolę sobie przedstawić swój pogląd na stanowisko p. Jacka Pulikowskiego, które zaprezentował w Odpowiedzi na jego Osobę w artykule p.Ewy Buczek oraz z cytatów Jego wypowiedzi zamieszczonych w tym artykule, do których w Odpowiedzi się nie odniósł. Otóż jako rówieśnik p.J.Pulikowskiego, mąż i ojciec czwórki dzieci, oraz dziadek dwóch wnuków, kategorycznie popieram opinię pani Ewy. Ponieważ zakładam, że w małżeństwie panuje wzajemny szacunek, taki sposób przedstawiania tematu współżycia płciowego uważam za groteskowy i budzący niesmak. Myśl, że mógłbym postawić moją Żonę w takiej sytuacji, że ona musiałaby „cierpliwie tłumaczyć i uzasadniać” (cytat z Odpowiedzi) budzi moją odrazę. I co, może wolno mi nie uznać uzasadnienia za błędne lub niewystarczające i prośbę odrzucić? I co wtedy? Czy ona ma obowiązek mi się oddać? A może mam prawo egzekwować ,,obowiązek małżeński”? Nie jestem człowiekiem pióra, więc odnoszę się do tego fragmentu, który był dla mnie najbardziej bulwersujący, gdyż „dreszcz przechodzi po plecach na myśl o skali zasięgu krzewionej przez niego wizji seksualności”(tu cytuję p.E.Buczek). Ponadto sam sposób napisania Odpowiedzi jest arogancki, agresywny i momentami wręcz obraźliwy. Jeszce tylko dodam, że o ile hejt jest czymś, co nie powinno się zdarzać i wzbudza oburzenie, żal i sprzeciw, to sugerowanie odpowiedzialności za hejt tego, co obnaża nieprawidłowości (obojętnie czy trafnie, czy błędnie), jest nieuczciwe (,,Czy o taką agresywną reakcję podpuszczonych odbiorców Pani Redaktor chodziło?”- albo manipulacją i przypisywanie złych intencji, iżeby uprzedzić ewentualny argument, ,,to przecież pytanie”- tak ale słowo ,,podpuszczonych” jednoznacznie wskazuje, że retoryczne.
Panie Zbigniewie- jeśli wolno mi się tak do Pana zwrócić- dziękuję za Pańską pracę.

Panie Mirosławie chciałam tylko zaznaczyć, że jako uczennica pierwszego rocznika KLo w Szczecinie byłam obserwatorem wielu zachowań A. Dymera , jako pana i władcy tego przybytku, choć Pan Dyrektor był zupełnie w innej osobie !!!! Pan minister nie wiem co obserwował natomiast to moi koledzy z klasy komentowali zachowania wyzej wspomnianego, kiedy to po odejściu ks. Piotra Listwonia i zamknięciu bursy przeszli do ogniska aby tam mieć tzw. stancje. Pan Minister to rocznik 1987, ja 1976, czyli łatwo obliczyć że raczej w innym czasie chodziliśmy do szkoły. A jeśli chodzi o zachowanie osób mających świadomość zachowań AD to niestety wszystko jest jasne po tym artykule… jaki Arcybiskup tacy Jego Kapłani , nie wierzą bo nie chcą.! Tylko to nie jest kwestia wiary tylko wrażliwości na krzywdę Drugiego. Wolą być ślepi i głusi, ponieważ profity są większe kiedy nic się nie odzywasz w tej naszej diecezji, że zacytuję mojego kolegę proboszcza bądźmy jak kowboje i martwmy się o swoje …. Panie Zbigniewie DZIĘKUJĘ.

Warto jeszcze dodać, że Paweł Szefernaker stwierdził: „Nigdy nie byłem świadkiem jakichkolwiek czynów, które wskazywałyby na jego pedofilskie zachowania. Nie znam też nikogo, kto by był świadkiem tego typu zachowań. Nie organizowałem działań w obronie księdza. (…) Jestem wstrząśnięty informacjami, jakie pojawiają się w wyżej wymienionej sprawie w mediach”.
Warto zwrócić uwagę na precyzję sformułowania wiceministra spraw wewnętrznych i administracji: „nigdy nie byłem świadkiem”, „nie znam nikogo”. To nie są stwierdzenia, że czyny nie miały miejsca, a jedynie opis subiektywnej świadomości absolwenta KLO (na razie prawdziwości tych stwierdzeń nikomu nie udało się zweryfikować).

I powiem tylko, że pani Agnieszka wyraziła się bardzo delikatnie i powiedziała bardzo mało w stosunku do spraw, które są w naszym mieście „tajemnicą”. I ja również dziękuję za ten artykuł.

@Mirosław
„(…) wielu księży zarzeka się, że znają go od lat i nigdy, przenigdy nie ujawnił takich skłonności. Minister Szefernaker jest absolwentem liceum katolickigo w Szczecinie i potwierdza, że niczego niepokojącego nie doświadczył, zauważył. ”

I cóż z tego wynika ?
Czyż naprawdę tak trudno sobie wyobrazić, że jakiś pedofil wykorzystuje tylko niektóre dzieci i na dodatek w taki sposób aby pozostali o tym nie wiedzieli ? Więc logicznym jest, że jedni wiedzą / doświadczyli takich zachowań a inni nie.

A te wszystkie komentarze sąsiadów / znajomych po jakiejś zbrodni w TV o czym świadczą ?
„On tego nie mógł zrobić, to był taki miły chłopiec, zawsze mówił „dzień dobry”,
„Nie możliwe, on by nigdy czegoś takiego nie zrobił, pomógł mi przynieść zakupy na 3-cię piętro”

Fakt, że ktoś czegoś nie zauważył nie świadczy że tego czegoś nie było. Poza tym było mnóstwo świadectw i interwencji osób pokrzywdzonych oraz osób (także duchownych !) którzy próbowali interweniować w tej sprawie ale bez skutku !
Jak można było zignorować tak wiele zgłoszeń?! To jest absolutny skandal i osoby za to odpowiedzialne powinny gnić w więzieniach i być usunięte z duchowieństwa !

Nad tego typu oskarżeniami a nawet pomówieniami nigdy (sic!) nie można przejść do porządku dziennego.

To są tak poważne zbrodnie, że w każdym przypadku procedura winna być automatyczna i przejrzysta: w razie oskarżeń – automatyczne zawieszenie w czynnościach i odsunięcie od posługi (także biskupów/kardynałów) aby odseparować potencjalnego sprawcę od ofiar, wnikliwe śledztwo i to w miarę sprawne a nie toczące się przez 20 lat (na litość !), po stwierdzeniu winy wyrzucenie z kapłaństwa i zadośćuczynienie ofiarom oraz publiczne przeprosiny z ambony za zgorszenie spowodowane wyświęceniem osoby, która nigdy nie powinna być osobą duchowną !

Dopiero w ten sposób KK będzie małymi kroczkami próbował się jakkolwiek uwiarygodnić w kwestii pedofilii wśród duchownych.

Dzieki Jerzy, myslimy podobnie, ale Ty umiesz to lepiej ubrac w slowa!

Panie Mirosławie, a dlaczego za panem Pulikowskim nie wstawiają się kobiety? Jakoś nie widzę tutaj świadectwa Pana żony. Tylko mężczyźni stwierdzają, że pomógł im „doświadczyć piękna współżycia małżeńskiego”. Nie daje to Panu do myślenia?

Ten artykuł – trzecia jego część mocno pokazuje linię głębokiego podziału w Kościele.
Albo chronimy uprzywilejowanych, albo każdy z nas w Kościele jest ważny.
I jego krzywda.
Szkoda, że dyskusja pod tym tekstem dotyczy akurat pana Pulikowskiego.
Naprawę.

Posłuchałam całego nagrania i kilku innych fragmentów. Wcześniej nie znałam w ogóle.
To jest kwestia pokoleniowa i ja się zgadzam z panem Terlikowskim i znów się złoszczę że tak słabo dyskutujemy i od razu się obrażamy. Poza tym, a jestem kobietą;) widzę, że wiele pracy przed nami by odkręcić wielopokoleniowy obraz małżeństwa, właśnie hierarchiczny. Tak mimo dobrych chęci bywa on w kręgach chrześcijańskich hierarchiczny. Patriarchalny, ciekawe dlaczego?;)
A skoro Kościół jest Oblubienicą Chrystusa a żona oblubienicą męża to może wreszcie czas przestać używać zarówno Kościoła jak i żony do własnych interesów ?

Metafora językowa „kultura gwałtu” jest oksymoronem. Cóż może mieć wspólnego gwałt z kulturą, jakkolwiek by te pojęcia rozumieć? Wspomniana w moim poprzednim wpisie książka jest wywiadem z abp. Kamińskim i zawiera obronę ks. Dymera.

Bardzo dziękuję, książkę odszukam!
Wiem, co to oksymoron. Czasem trzeba go użyć, żeby coś uzasadnić. Mówi się też (słusznie) o kulturze przemocy, czasem nawet o kulturze nienawiści.

Ja również dziękuję panie Zbigniewie za pańską pracę. Bardzo to doceniam.

Choć na Więź trafiłem zaledwie w pierwszej połowie tego roku to jestem pod wielkim wrażeniem ogromu pracy waszej całej Redakcji i chęci do naprawienia tego co takie trudne i bolesne.

Idąc tym tokiem rozumowania, nie ma miejsca w prezbiterium dla heteroseksualistów. Księża i zakonnicy od wieków uwodzą kobiety, wykorzystują i gwałcą dziewczynki. Także dzisiaj. Mnóstwo przypadków pedofilii dotyczy właśnie relacji ksiądz-dziewczynka. Mnóstwo księży (rzymsko-katolickich) ma dzieci. No, ale jak ktoś się kieruje w swoich opiniach ideologizmem… Ja bym powiedział – odwołać wreszcie ten obowiązek celibatu, bezżeństwa dla duchownych rzym. -kat. Jest to JEDYNY Kościół, gdzie taki przymus istnieje. Na świecie jest pewnie co z kilkaset najrozmaitszych wyznań i nie utrudnia ich działalności funkcjonowanie żonatych i dzieciatych duchownych. Jeśli ktoś uzna, że niezbyt trafne jest że stawiać rzymski katolicyzm (bo to też trzeba podkreślać – katolicyzm to nie jedynie Kościół Rzymski, Łaciński) z protestantyzmem, to również w Kościołach Prawosławnych, Wschodnich, Orientalnych – a niektóre swoim istnieniem sięgają czasów apostolskich – jest dopuszczalne funkcjonowanie żonatych duchownych. Generalnie zasada jest taka, że jeśli ktoś chce się ocenić zostaje księdzem parafialnym, jeśli ktoś czuje powołanie do życia w celibacie zostaje mnichem, ale wybór jest dany. Biorąc pod uwagę istnienie mnóstwa dróg życia zakonnego, zarówno kontemplacyjnego, mniszek, jak i czynnego, w Kościele Rzymskim, dlaczego i w imię czego nie dać tego wyboru również duchownym tego Kościoła?

Bardzo dobra część cyklu, lepsza od drugiej. Bo pokazuje niezłomność i nonkonformizm K.Pawłowskiego, które ocalają innych katolików, zwłaszcza duchownych. Takie postawy należy dowartościowywać i artykuł to robi. Dlatego nie zgadzam się z Mirosławem, że red.Nosowski atakuje Kościół. Jest zupełnie odwrotnie – ten artykuł bardzo broni nas przynajmniej częściowo.

Nie miałbym pretensji do abp Kamińskiego za utajnianie postępowania, gdyby działał szybko. To ludzkie, że nie będziemy opowiadać o upadkach osób sobie bliskich, jeśli ujawnienie sprawy nikogo nie ocala. Chwały to Kościołowi który aspiruje do ponadludzkich norm to nie dodaje, ale tak robią wszyscy, łącznie ze środowiskami liberalnymi, gdy wśród nich znajdzie się czarna owca.

Rozumiem arcybiskupa, że pójście do Gazety Wyborczej i TVN uznał za grubą nielojalność, bo co do zasady to słuszne podejście, jeśli zamiast przedstawiania stanowiska Kościoła ma na celu prowadzenie tam dyskusji w sprawach wewnętrznych Kościoła, ale to nie był ten przypadek. Zasada ta nie może być absolutyzowana, ważniejsze są ofiary, a że Kościół, także jego media typu Niedziela, Gość Niedzielny, radiofonia kościelna nie dają takiej szansy, pójście do liberalnych mediów było uprawnione, a mniejsze zło, które z tego wyniknęło spada na tych, co nie dają „obywatelom” Kościoła możliwości zabierania głosu w sprawach, które ich i Kościół niszczą.

Po prostu, arcybiskup był właściwy swoim czasom, nie kroczył przed nimi jak pasterz przed stadem owiec, który to obraz tak lubią duszpasterze, nie dawał przykładu. Był po prostu zwykły. I nie zasługiwałby na krytykę, gdyby nie to, na co zwraca uwagę Autor, że katastrofalność tego podejścia powinna być biskupom znana z Zachodu. I to dyskwalifikuje „przewodników stada”.

Nie rozumiem. Jestem nieobeznana w temacie. Czytam artykuł na temat molestowania przez jakiegoś księdza z diecezji Szczecińskiej młodych chłopców w szkole z internatem. Czytam o pełnym serca zaangażowaniu Prowincjała Dominikanów o.Krzysztofa Popławskiego (a wczesniej jego poprzednika o.Macieja Zięby) i o. Marcina Mogielskiego w sprawę krzywdy jakiś młodych ludzi. Czytam o ignorancji kolenjych biskupów diecezji Kamińsko-Szczecińskiej w tej sprawie. Ważny tekst, o krzywdzie ludzi, ignorancji hierachii kościelnej i zaangażowaniu zakonników, wrażliwych na ludzki ból, którzy później tylko obrywają od wszystkich naokoło .

A dyskusja poniżej tego tekstu toczy sie na temat jakiejs „kultury gwaltu” i Jacka Pulikowskiego? Kto to jest? Ja nie widzę tego nazwiska w tym artykule? Czy pan dr Pulikowski zajmuje się tematyką molestowania i zaburzeń preferncji seksualnych u osób duchownych? Bo jak wrzuciłam w internet, to wyszły mi jakieś tematy o komunikacji małżeńskiej i budowaniu relacji między małżonkami.

Jaki Pan Mirosław (który się tutaj dzisiaj wypowiedział trzy razy) widzi związek między osobą dra Pulikowskiego ze sprawą ks. Jacka Dymera?

Z tego co poczytałam w internecie to dr Pulikowski to zacny i porządny człowiek, na którego głowe wylała się niesłusznie fala hejtu, jak Pan, Panie Mirosławie może takiego człowieka pogrążać zdaniem: (cytat z Pana drugiego wpisu):

„Nazwiska z ostatnich miesięcy i lat(bp Janiak, ks. Dymer, abp Wesołowski, kard. Mccarrick, Gulbinowicz) mówią same za siebie. Odnośnie dr. Pulikowskiego: od kilkunastu lat czytam Jego książki, brałem udział w kongresie z Jego udziałem, słuchałem konferencji. Jako mąż z kilkunastoletnim stażem i ojciec czwórki dzieci nigdy nie wpadłbym na pomysł, aby cokolwiek podpiąć pod kulturę gwałtu czy zachętę do przemocy (choćby psychologicznej) na płaszczyźnie płciowej.”

Czy ja dobrze rozumiem, ze dr Pulikowski miał jakiś wpływ na ks.Dymera, że go zachęcał do tego żeby gwałcić nieletnich w internacie? Czy może Pan Mirosław pomylił jednak artykuły i komentuje inny artykuł, innego autora? Ja nie rozumiem.

Panie Mirosławie, Pan jednym tchem wymienił ksieży, których reputacja jest conajmniej wątpliwa i zacnego człowieka, który (mam nadzieje, ale po Pana wpisie to na prawde nie wiem) więc mam nadzieje z niecnymi czynami tych księzy nie ma nic wspólnego! Rozumiem, że Pana wpisy są pełne emocji, ale nie koniecznie na temat tego artykułu pod którym je Pan umieścił.

A temat warty dyskusji (dla Ojca czwórki dzieci i dla mnie też) jest taki:
Nie wiem jak osoba ks.Dymera, wobec reputacji której istnieją nadal choćby tylko niewyjaśnione wątpliwości, nadal przez 25 lat może miec niczym nie skrępowany kontakt z młodzieża i może, jesli dobrze rozumiem uczestniczyć w procesie wychowawczym młodzieży?

Panie Mirosławie, Jacek Pulikowski to wspaniały człowiek, choć może trochę starej daty i niezrozumiały przez młodsze pokolenie. Ale wracając do artykułu, czy zaufałby Pan księdzu Dymerowi (po przeczytaniu tego artykułu) i bez obaw, swoje własne dzieci (!), odesłałby Pan na wychowanie do jego szkoły?

Z innej beczki: oto mamy w pewnej diecezji głęboki, dotyczący pryncypiów, spór (w uproszczeniu) pomiędzy działającymi tam zakonnikami a Arcybiskupem . Przypuszczam, że większość komentujących tutaj rację w sporze przyznaje zakonnikom, a stanowisko Arcybiskupa potępia. Uznaje, że człowiek ten bardziej szkodzi niż daje świadectwo, a szanse na zmianę zachowania purpurata są nikłe. Przypuśćmy, że należą oni do parafii, którą zakonnicy prowadzą w diecezji Arcybiskupa… Cenią zakonników, i chętni są do udzielenia im wsparcia (finansowego). Niestety, każde finansowe wsparcie dla zakonników jest jednocześnie wsparciem Arcybiskupa, czyli umocnieniem jego pozycji, bo dominikanie mają obowiązek przekazywać określony procent swoich dochodów biskupowi diecezji, w której działają. Owszem, mniejszy niż zwykłe parafie (1/4), bo reszta jest przeznaczana na potrzeby zakonu w skali globalnej, ale jednak….Nie da się ofiarować choćby złotówki na rachunki za oświetlenie kościoła, aby nie dzielić się tą złotówką z purpuratami, których czyny potępiam….

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.