Wywiad rzeka z Adamem Bodnarem w prezencie z prenumeratą „Więzi”

Zima 2020, nr 4

Zamów

Nasza Agnieszka Osiecka

Agnieszka Osiecka (w środku) i Bułat Okudżawa podczas kiermaszu książek w Warszawie, rok 1992. Fot. Włodzimierz Barchacz / NAC

Poezję przenosiła do codziennego życia, zwykłych ludzi — do poezji. Małe rzeczy były dla Niej wielkie, bogactwo tego świata nieważne.

Wiele osób mogłoby tak Ją nazywać: „Nasza Agnieszka”. Nastolatka na Wydziale Dziennikarstwa UW w latach pięćdziesiątych napisała do „Po prostu” artykuł pełen sprzeciwu wobec wymowy jednego z pierwszych programów Studenckiego Teatru Satyryków. Wkrótce przystała do STS-u i pozostała w nim bez mała 20 lat.

Pisała piosenki liryczne, „lirykę obywatelską”, różne „cyrki piosenek”, „koncerty reklamowe”, a także większe formy. Miała szaloną łatwość tworzenia. Dla Niej napisać piosenkę to tak, jak utrzeć kogel-mogel — żartowaliśmy. Wiedzieli o tym koledzy z rady artystycznej i nasadzili Jej uwag krytycznych. Na sceny trafiały najlepsze Jej utwory.

Chyba od początku mówiło się: „piosenki Osieckiej”, choć komponowali do jej tekstów Lusztig, Pałłasz, Szolarz, Abramów, a potem Komeda, Sławiński, Gaertner, Mikuła, Zieliński, Konieczny, Satanowski, Krajewski. Plejada znanych kompozytorów, a jednak zawsze piosenki Osieckiej.

Pozostanie Agnieszka mistrzynią małych form. Choć napisała wiele książek i sztuk scenicznych, to piosenki o biednym malarzu, któremu pękło serce, okularnikach, Małgośce z Saskiej Kępy i innych im podobnych z pewnością wejdą do historii kultury powojennej Polski. Już  mówimy fragmentami Jej piosenek, weszły one do potocznego języka.

Z odejściem Agnieszki skończyła się pewna epoka, koniec powojennej cyganerii (taka cyganeria, jakie czasy). La boheme PRL-u pięknie utrwalała w swoich książkach „Szpetni czterdziestoletni”, „Rozmowy w tańcu” i w ostatniej „Na początku był negatyw”.

Znała wszystkich w Warszawie, na Wybrzeżu, w Krakowie, Londynie, Paryżu, Nowym Jorku. Znała ludzi przedwojennej Warszawki, przyjaźnili się z Markiem Hłasko, Zbyszkiem Cybulskim, Bobkiem Kobielą i dziesiątkami innych znanych i nieznanych osób płci obojga, choćby z rodzimego Teatru STS, z Bim Bomu, Piwnicy pod Baranami aż po najnowszą jej pasję — teatr Atelier z sopockiej plaży. Z łatwością wchodziła w nowe znajomości i środowiska, bez kompleksów i zahamowań. W dużej mierze zawdzięczała to domowi. Opowiadała kiedyś o tym, jak Jej ojciec Wiktor, lwowski pianista, zabrał ją małą wówczas dziewczynkę na lotnisko Okęcie. Podziwiała odlatujące samoloty i zamarzyła głośno o dalekich podróżach. „Dlaczego nie, możesz lecieć, gdzie chcesz” — zapewniał Ją ojciec, a trzeba pamiętać, że były to czasy stalinowskie i zwykły śmiertelnik mógł tylko marzyć o podróżach.

Tłumacz Ziemowit Fedecki (z lewej), poetka Agnieszka Osiecka (w środku) i aktor Ryszard Pracz (z prawej) podczas kiermaszu książek w Warszawie
Tłumacz Ziemowit Fedecki (z lewej), poetka Agnieszka Osiecka (w środku) i aktor Ryszard Pracz (z prawej) podczas kiermaszu książek w Warszawie, rok 1992. Fot. Włodzimierz Barchacz / NAC

Powiedziała nam wiele w swoich piosenkach, książkach i sztukach, ale nie chciała, byśmy Jej coś powiedzieli nad grobem. W kościele żegnały ją Jej piosenki

Wspaniale umiała opowiadać anegdoty. Ona sama tworzyła z banalnych, codziennych zdarzeń, ludzkich zachowań wesołe historyjki, którymi raczyła bliskich znajomych, przyjaciół u Kasi w Warszawie, u Ani czy Grażyny na Manhattanie. Były śmieszne, nie ośmieszały jednak nikogo. Opowiadała plastycznie o swojej wizycie u córki na Uniwersytecie Harvarda i zachowaniach innych rodziców w akademiku. Albo o tym, fot. Aldona Lech jak ta ekskluzywna (i droga) uczelnia przysłała Jej matce, emerytce z Saskiej Kępy, list ze słowami: „Szanowana pani, Uczelnia nasza utrzymuje się od lat nie z opłat studentów, lecz z dotacji, darów dziadków… W związku z tym prosimy Panią…”. Goście pękali ze śmiechu, gdy zdawała relacje z niezbyt udanej dyskusji o współczesnej dramaturgii odbywającej się w Telewizji Polskiej, w której brała udział. Dyskusja się nie kleiła. W Jej opowiadaniu powtarzało się jak refren: „Cisza. A Janusz nic nie mówi”.

Potrafiła dowartościować ludzi zwykłych, poświęcić im chwilę uwagi, napisać kartkę czy list i zatytułować je: Kochany, Złoty… Chciało Jej się załatwić komuś pracę za granicą, dawać listy polecające do znajomych. Tych zwyczajnych umieszczała w swoich książkach wspomnieniowych i wywiadach. Lgnęła do ludzi, lubiła towarzystwo i wieczorne biesiady. Wieczory towarzysko-kabaretowe pod nazwą „Fioletowy Księżyc” w kawiarni STS-u, odbywające się przed północą, miały w Niej gorącego orędownika. Przynosiła tam nuty przedwojennych szlagierów, oryginalne nagrania lwowskich piosenek, najnowsze płyty Marylin Monroe, której piosenki natychmiast tłumaczyła na użytek kabaretu. W latach dziewięćdziesiątych potrafiła przylecieć na Światowy Zjazd STS-aków w Nowym Jorku z gronem interesujących osób i specjalnie na tę okazję napisaną laurką.

Polityką się specjalnie nie interesowała, choć miała określone poglądy i sympatie. Relację z Festiwalu Młodzieży Moskwa ’57 zamieściła pod pseudonimem w paryskiej „Kulturze”. Przewoziła na Zachód maszynopis „Cmentarzy” Marka Hłaski. W stanie wojennym pomagała rozwozić bibułę. Na pogrzebie ksiądz wspomniał o Jej pomocy biednym.

Wywiad rzeka z Adamem Bodnarem w prezencie z prenumeratą „Więzi”

Poezję przenosiła do codziennego życia, zwykłych ludzi — do poezji. Małe rzeczy były dla Niej wielkie, bogactwo tego świata nieważne. Liczyli się dziewczyny i chłopaki z ulicy Kamiennej, okularnicy z dyplomami, Małgośki, staruszki, emeryci. Potrafiła w twórczości i życiu czynić z miejsc niepozornych znaczące. Zawsze był jakiś Tykocin Maiami i hymn tak ochoczo przez nas śpiewany: „Ząbki to świata pępek / Ząbki to istny raj”.

Agnieszka Osiecka powiedziała nam wiele w swoich piosenkach, książkach i sztukach, ale nie chciała, byśmy Jej coś powiedzieli nad grobem. W kościele żegnały ją Jej piosenki, nad grobem ze „Sztukmistrza z Lublina” — „Żegnam Was”. A my, zebrani na Powązkach, daliśmy Jej tylko ciszę, która już po paru sekundach nabrała jakiegoś tragicznego wyrazu. Uświadomiliśmy sobie nagle, że już nigdy do nas nie przemówi. I nie powiem Jej już nigdy, choćby przez telefon: „Pięknie dziś wyglądasz, Agnieszko”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5/1997

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (3)

Czemu tak mało, prawie wcale, nie wspomina się tej CIEKAWEJ ISTOTY – AGNIESZKI OSIECKIEJ? Mówi się, podziwia, nawet miernoty, po których – myślę – nie zostanie pamięć? Nie ujmując tym z talentem, nie w tym miernym tłumie…

Piekny artykul o wapanialej kobiecie Lecialam z Watszawy do Los Angeles w 1979 roku i slalam so oprwy w kolejcw za Agnieszka . Z nature niesmiala nie odezwalam sie a szkoda. Mam jej piosenki na diskach I slucha co dzien od roku uwielbiam tango lwowskie ….. tera wiem ze to o jej Tacie !!!! Dzieki autorowi!

Eee tam, bohema się wcale nie skończyła wraz ze śmiercią Agnieszki Osieckiej, tylko została wyrzucona z przestrzeni publicznej (z mediów), a na jej miejsce zaczęto lansować celebrytów. To się wiązało z eliminacją inteligencji. Wyrzucono z TVP 1 i 2 kulturę i edukację, a także wszystkie pisma w Polsce jakby się zmówiły przestały płacić honoraria wszystkim, prócz swoich kolesiów. Miało to dokładnie miejsce za rządów AWS, które istotnie zaczęły się w roku śmierci Osieckiej, ale skończyły w 2001 r.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.