Jesień 2020, nr 3

Zamów

Jan Zieja, czyli znak czasu

Ks. Jan Zieja. Fot. Archiwum Andrzeja Friszkego

Radykalna harmonia teorii i praktyki miłości uderzała każdego, kto przekraczał próg warszawskiego mieszkanka ks. Jana Ziei. Całe jego życie wyrażało potępienie wszelkiej klanowości i ciasnoty poglądów tak często charakteryzujących nas, katolików.

W moim przekonaniu określenie „znaki czasu” oznacza nie tylko jakieś znaczące wydarzenia i spektakularne zmiany. Znakami czasu są przede wszystkim ludzie, którzy w sposób profetyczny wyznaczają drogę stojącą przed ludzkością, Kościołem, przed własnym krajem i narodem, przed poszczególnymi społecznościami.

Ksiądz Jan Zieja – ów „człowiek, któremu na imię Jan”, jak go określał Jerzy Zawieyski – jest dla mnie takim typowym znakiem czasu. Człowiek bowiem, który odgrywa rolę profetycznego znaku czasu, to ktoś, kto wyznacza drogę ku przyszłości, czyniąc to może czasem w sposób radykalny, zbyt bezkompromisowo, mogłoby się więc niekiedy wydawać aż naiwny przez skrajność swych decyzji i nieugiętość swej postawy. Kilka cech znamionujących osobowość księdza Jana skłania do tego, by widzieć w nim kogoś, kto jest jednym z takich wyraźnych znaków czasu.

Przede wszystkim jest on kimś, kto urzeczywistniał w swoim życiu ka­płańskim ideę Kościoła ubogiego. Wiemy o tym dobrze, że według wska­zań Vaticanum II Kościół ma być ubogi i służebny. Niestety, instytucje kościelne często nie kroczą po linii tych wskazań – i dlatego ludzie, któ­rzy w sposób radykalny reprezentują ten ideał ubóstwa, spełniają funkcję prawdziwych znaków czasu. Ksiądz Zieja darzył wielką miłością św. Fran­ciszka z Asyżu. Był on dla księdza Jana niedościgłym ideałem. Francisz­kańskie zaślubiny z ubóstwem są jedną z cech tego ideału.

Drobnym, ale charakterystycznym w tym kontekście wydarzeniem był pewien fakt w życiu ks. Ziei, który wpłynął na moje postępowanie. Gdy ks. Zieja zaczął tracić wzrok, ofiarował jednej ze szkół swój piękny księgozbiór o tematy­ce religijnej i polonistycznej. Stało się to dla mnie hasłem, że tak właśnie należy postępować. Kiedy więc i mnie to samo się wydarzyło i zacząłem coraz gorzej widzieć, zrozumiałem, że książki nie powinny stać na półkach jedynie jako wspomnienie twórczej przeszłości, lecz powinny być nadal w pełni użyteczne. Dlatego też, idąc za przykładem ks. Ziei, ofiarowałem cały mój naukowy księgozbiór Bibliotece Jagiellońskiej.

Ksiądz Zieja jest przykładem kapłana, w którym nie było nic z klery­kalizmu. Postawa klerykalna jest wielkim niebezpieczeństwem; obawiam się jej bardzo, gdyż przynosi ona wiele zła Kościołowi. Ideałem kapłana dla księdza Jana jest człowiek żyjący duchem Błogosławieństw: prawdzi­wie ubogi, oddany służbie ewangelicznej, bezwzględnie konsekwentny w urzeczywistnianiu tego, w co wierzy. Ewangelizacja zaś i nawracanie powinno się dokonywać nie tylko przez kaznodziejstwo, ale przez przy­kład, służbę i oddanie się drugiemu człowiekowi.

Podkreślenie ważności tego przestawienia akcentów zbliża postawę duchową ks. Ziei do ducho­wości Karola de Foucauld i jego duchowej rodziny: Małych Sióstr i Małych Braci. Ten styl życia duchowego wydaje się duchowością nadcho­dzącej epoki. Dlatego właśnie inny „znak czasu” – Jacques Maritain – wybrał wspólnotę Małych Braci Jezusa, do której wstąpił (w Tuluzie), aby tam dokończyć swej ziemskiej wędrówki. Myślę, że ksiądz Jan należał sercem do tego wielkiego, nowego nurtu duchowego, który obejmuje kroczących śladami Karola de Foucauld, Matki Teresy z Kalkuty i tylu ukrytych, mniej znanych świętych naszych czasów.

Inna cecha osobowości księdza Ziei wydaje mi się również godna podkreśle­nia. Chodzi o jego pogląd na to, co nazywa się coraz częściej cywilizacją miłości i na sposób, w jaki powinna być realizowana. Gdy ksiądz Jan mówił o tych sprawach, nikt nie miał wątpliwości, że żyje on w pełni tą rzeczywistością, na temat której się wypowiada. Osobowość tego człowie­ka upewniała tych, którzy się z nim kontaktowali, że usiłuje on miłość urzeczywistniać zawsze i wszędzie, w całym konkretnym, najzwyczajniejszym życiu. Ta harmonia między przekonaniami a praktyką życia uderzała każdego, kto przekraczał próg jego warszawskiego mieszkanka.

Konsekwencją tej radykalnej harmonii teorii i praktyki miłości była postawa otwarta wobec wszystkich ludzi, co więcej, relacja przyjaźni dla ludzi inaczej myślących. Występowało tu wyrażone całym życiem potępie­nie wszelkiej klanowości i ciasnoty poglądów, tak często charakteryzują­cych nas, chrześcijan-katolików. Tak często postępujemy zgodnie z wytycznymi jakiejś etyki klanowej, a nie usiłujemy myśleć i działać w myśl wytycznych moralności ewangelicznej. Ksiądz Jan w sposób zdecydowany, czasem radykalny, protestował przeciwko przejawom tej moralności kla­nowej, deformującej samą istotę posłania ewangelicznego. Dotykamy tu jednego z rysów istotnych jego osobowości.

W swoim życiu ka­płańskim urzeczywistniał ideę Kościoła ubogiego

Dla księdza Ziei zatem postawa miłości to postawa otwartości, życzli­wości i zbliżenia się do ludzi, którzy są „inni”. Poglądy swoje na ten temat wyrażał słowami i czynami. Pamiętam jedną z jego wyjątkowo pięknych homilii, właśnie na temat miłości nieprzyjaciół. Problem dotyczy tu nie tylko zdecydowanych nieprzyjaciół, ale właśnie tzw. innych. Sprawa jest wyjątkowo ważna i aktualna. Wśród polskich duchownych dominowała przed wojną, a obecnie nadal często występuje postawa nacjonalistyczna i zamknięta wobec ludzi, którzy inaczej myślą, inaczej reagują, w coś inne­go wierzą niż my. W dwudziestoleciu międzywojennym – a jest to zna­mienne – ksiądz Zieja należał do nielicznego w Polsce grona kapłanów, którzy nie stronili od kontaktów z tzw. lewicą. Jego ustosunkowanie się do „Wici” i do całego ruchu ludowego w Polsce było pozytywne. Stanowi­ło to pewien wyłom w porównaniu do większości duchowieństwa, które znajdowało się pod przemożnym wpływem Narodowej Demokracji i men­talności dominującej w środowiskach tzw. narodowych.

Nie chodzi tu o opcję partyjno-polityczną, lecz o profetyczne ustosun­kowanie się do problemu wielości i różnorodności przekonań, pluralizmu postaw, demokratycznych reguł życia zbiorowego. Ksiądz Zieja, obok takich księży jak Władysław Korniłowicz, był pod tym względem niemalże rewolucjonistą. Głębokie przeobrażenia na tym odcinku dokonywały się też w okresie międzywojennym w środowisku Lasek. Nie jest tylko przy­padkiem, że ks. Zieja czuł się bliski Laskom i że został pochowany na tamtejszym cmentarzu.

Również w tym kontekście staje się zrozu­miałe, dlaczego stał się jednym z filarów KOR. Jego decyzja i wybór były tu całkiem świadome. Chciał zasiąść przy jednym stole roboczym z ludźmi o najprzeróżniejszych profilach duchowych – z niewierzącymi, z Żydami, z przedstawicielami lewicy. Chciał tym swoim „nietypowym” krokiem naśladować Chrystusa, który nie wahał się usiąść przy jednym stole bie­siadnym z grzesznikami, celnikami, nierządnicami i z ludźmi, którzy byli „inni” niż krąg Jego uczniów.

Postawa do głębi otwarta i życzliwa dominowała u ks. Ziei nie tylko w zakresie kontaktów z poszczególnymi ludźmi i w jego działalności w róż­nych zespołach i wspólnotach, lecz występowała bardzo wyraźnie w jego teoretycznym i praktycznym pojmowaniu moralności politycznej. Mam tu zwłaszcza na myśli jego ustosunkowanie się do różnych narodów, z który­mi przyszło nam, Polakom, współżyć w przeszłości i obecnie. Przedmio­tem szczególnej jego troski, a także serdecznej przyjaźni i miłości byli nasi wschodni sąsiedzi. Nie chodziło mu tylko o los zamieszkałych na obsza­rach naszego kraju tzw. mniejszości narodowych. Ks. Zieja patrzył o wiele dalej. Myślał o wielkich narodach – ukraińskim, białoruskim i litewskim – i narody te darzył mądrą, braterską miłością. Urzeczywistnianie tej miłości było głównym motywem jego działalności duszpasterskiej na tere­nie diecezji pińskiej i o utrwalanie tej miłości prosi swoich rodaków w swoim, jakże wymownym, testamencie. Taka postawa wobec narodowości innych niż polska była w okresie przedwojennym wyraźnym protestem wobec powtarzających się prób polonizacji na siłę.

Działalność ks. Ziei na Kresach Wschodnich była znakomicie zdanym egzaminem z postawy otwartej. Ta właśnie postawa, z gruntu życzliwa wobec rzeczywistości, zbliżała go do „ludzi Lasek”. Widzę wiele punktów stycznych między osobowościami ks. Jana i ks. Władysława Korniłowicza. Ale zachodzą też między nimi różnice. Ks. Korniłowicz miał np. wielkie zrozumienie dla roli, jaką w życiu ludzkim i chrześcijańskim spełnia filo­zofia i z filozofią związana teologia. Problemu filozofii unikałem w roz­mowach z ks. Zieją. Nie lubił on filozofii, a ściślej tego rodzaju filozofii, jaką uprawia się, niestety, często w seminariach duchownych. Chodzi o filozofowanie podręcznikowe, szkolne, a często apologetyczne i ideolo­giczne. Gdy filozofia lub teologia przeobraża się w ideologię, wiele poglą­dów drugo- i trzeciorzędnych, a nieraz i błędnych urasta do roli niewzruszonych dogmatów. Taką postać przybierała i przybiera nieraz filozofia nauczana w szkołach katolickich. Tak, ideologicznie zniekształ­cony, jawi się często tomizm. Dlatego zrozumiała niechęć do tomizmu i do takiego stylu filozofowania u ludzi pragnących autentycznej kontem­placji przyrodzonej i nadprzyrodzonej, a więc mądrości filozoficznej i teo­logicznej owocującej miłością. Tak właśnie pojmował i realizował filozofię i teologię (opierając się na św. Tomaszu) ks. Korniłowicz. Taki jednak sposób życia filozofią i teologią nie jest, niestety, częsty.

Gdyby ks. Zieja zetknął się bliżej z taką – kontemplacyjnie i mądrościowo, a nie tylko „szkolnie” uprawianą – filozofią, zobaczyłby, że w gruncie rzeczy nie ma żadnej antytezy między duchem Ewangelii i Błogosła­wieństw a prawdziwą refleksją filozoficzną, między „Bogiem filozofów” a „Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba”. W rzeczywistości ks. Zieja – nie darząc sympatią filozofii (jak zresztą wielu ludzi do takiej lub innej filo­zofii uprzedzonych) – sam miał umysł głęboko filozoficzny i refleksję filo­zoficzną stale uprawiał, czyniąc to jakby odruchowo i bezwiednie.

W kącie jego pokoiku stał duży sztandar biało-czerwony z napisem: „Nigdy nikogo nie zabijaj!”

Uderzającym paradoksem w osobowości księdza Jana było zespolenie się w jego postaci prawdziwego bohaterstwa żołnierskiego ze zdecydowa­ną negacją wojny i zabijania. Czynny uczestnik wojen i walk (był przecież w pełni zaangażowanym kapelanem w Powstaniu Warszawskim) stał się z biegiem czasu wyznawcą poglądów zdecydowanie pacyfistycznych. W gruncie rzeczy jednak nie o pacyfizm w zwykłym znaczeniu tego wyrazu chodziło ks. Ziei. W kącie pokoiku, w którym mieszkał, stał duży, zwinię­ty sztandar biało-czerwony, na którym widniał napisany wielkimi literami napis: „Nigdy nikogo nie zabijaj!”. Było to ostateczne credo człowieka, który przecież uczestniczył z wielkim męstwem i bohaterstwem w straszli­wych, krwawych zmaganiach wojennych naszego wieku, dochodząc osta­tecznie do wniosku, że nigdy nikogo nie wolno zabijać, że wojna jako barbarzyństwo powinna być raz na zawsze wykreślona z ludzkiego słow­nictwa, że nigdy nie ma „wojny sprawiedliwej”. Ideał, w którego urzeczy­wistnianie wierzył ks. Zieja, wyrażały słowa proroka Izajasza: przekują miecze na lemiesze.

Mamy tu znów do czynienia ze swoistym znakiem czasu. Wbrew wszystkim potwornym – i, zdawałoby się, niedającym się uniknąć – tra­gediom i konfliktom dziejącym się we współczesnym świecie pojawia się hasło zupełnego zaniechania wojen i zbrojnych zatargów oraz kary śmier­ci. Sztandar znajdujący się w pokoju ks. Ziei nie był jakimś dziwacznym rekwizytem. Było to narzucające się każdemu wyzwanie i ks. Zieja przy­wiązywał dużą wagę do tego „znaku”. Znak ten miał symbolizować posta­wę sprzeciwiającą się wszelkiemu zabijaniu, miał utrwalać pamięć o bezwzględnych konsekwencjach piątego przykazania. To ustosunkowanie się do problemów wojny, terroryzmu, kary śmierci itd. nie miało u ks. Ziei nic wspólnego z tym, co zazwyczaj rozumiemy przez termin „pacy­fizm”. Było to dążenie do wprowadzania w życie radykalizmu ewangelicz­nego. Stąd opowiedzenie się za stosowaniem biernego oporu. Reakcja zbrojna zjawia się tam, gdzie ludzie nie są zdolni do urzeczywistniania owej non resistence. Pojawia się tu znów akcent wyraźnie profetyczny: gło­szenie programu, zdawałoby się, zupełnie nierealnego z podkreśleniem jego wielkiej wagi i konieczności jego rozpowszechniania.

Ksiądz Zieja był prawdziwym mistrzem słowa. Jego polszczyzna jest bardzo piękna. Miałem szczęście słuchać wiele razy jego homilii, gdy odprawiał mszę. Odprawiał je najpierw, przez kilka lat, w kaplicy sióstr urszulanek, w „szarym domu” przy Wiślanej, a potem w swoim pokoiku w tym samym domu, na tej samej klatce schodowej, gdzie znajduje się nasze mieszkanie. Mieliśmy możność, oboje z moją żoną, uczestniczyć prawie codziennie przez długi okres w tych mszach świętych. Zawsze było na nich obec­nych kilka osób i tętniła tam życiem maleńka „parafia”, prawdziwa ecclesia domestica, której proboszczem był ks. Zieja. W sąsiednim pokoju przez wiele lat leżała obłożnie chora Krystyna Żelechowska, którą od bar­dzo dawna opiekował się ksiądz Jan. Często bywałem lektorem na tych szczególnych mszach.

Prorocy, tacy jak ks. Jan Zieja, najczęściej bywają pomijani za życia

Homilie, które wygłaszał ks. Zieja, były króciutkie. Wielka szkoda, że niewiele z nich zostało nagranych. Nagrywa się dużo różnych kazań, które nawet w przybliżeniu nie mają tej wartości co homilie ks. Ziei. Tych kazań i mszy nigdy nie zapomnę. W ostatnich latach odprawiał je na siedząco. Byliśmy świadkami, jak zaczął stopniowo tracić wzrok. Trzeba mu było pomagać nawet w czytaniu kanonu: nieraz czyniła to moja żona. Wspaniały był klimat panujący na tych mszach.Ksiądz Jan doskonale widział i uznawał całą wagę odnowy soborowej rozpoczętej przez Vaticanum II. Pamiętam, jak w swych homiliach głoszo­nych w kaplicy przy Wiślanej tłumaczył sens nowej liturgii mszalnej. Ana­logicznie do niechęci, jaką miał dla skostniałych postaci filozofii i teologii, był też wrogiem liturgii pojmowanej jako rubrycystyka, jako ze­spół przepisów regulujących zewnętrzne ceremonie. Prawdziwa liturgia powinna być z gruntu ewangeliczna i kontemplacyjna.

Odbyłem z ks. Zieją wiele rozmów, które byty zawsze wzbogacające. Przejawiał się w nich jego jasny, głęboko teocentryczny sąd, który wysoko ceniłem. Rozmów na tematy filozoficzne unikałem, choć – jak wspo­mniałem – zdawałem sobie sprawę, że umysłowość jego jest w gruncie rzeczy naturaliter filozoficzna. Z jego też ust dowiedzieliśmy się o wyborze kardynała Wojtyły na papieża. Owego pamiętnego dnia po południu wpadł zdyszany do naszego mieszkania, wołając od progu: „Wojtyła papie­żem!”.

Wielkim szczęściem ks. Ziei był fakt, że dane mu było pracować wiele lat w diecezji pińskiej, której pasterzem był święty człowiek, biskup Zyg­munt Łoziński, zwolennik Kościoła naprawdę ubogiego. Na terenie tam­tej diecezji i pod okiem takiego biskupa zaczął ks. Zieja realizować ideał parafii żyjącej duchem Błogosławieństw. Do końca życia nie przestawał podkreślać konieczności ewangelicznej odnowy życia parafialnego. Praw­dziwa odnowa Kościoła nie powinna, jego zdaniem, dokonywać się tylko na gruncie wspólnot zakonnych i różnych społeczności pozaparafialnych, lecz przede wszystkim w obrębie parafii. Inna droga odnowy wydawała mu się jakimś zwichnięciem. Za najwłaściwszą uważał działalność taką, jaką prowadził np. ks. Ali Fedorowicz na terenie swojej izabelińskiej parafii. Nie było jednak dane ks. Janowi być długo proboszczem i cieszyć się pełną działalnością parafialną.

Wszystkie cechy charakteryzujące osobowość ks. Ziei uwydatniają nietypowość tej postaci. Gdzie tkwi właściwe źródło tej nietypowości? Co spowodowało w ostatecznym rozrachunku, że widzimy w nim prawdziwy „znak czasu”? Myślę, że właściwa przyczyna tkwi w fakcie, że w pewnym momencie swego życia Jan Zieja dojrzał wielkość Ewangelii. Zafascyno­wał go przede wszystkim zawarty w niej przekaz Dobrej Nowiny o Kró­lestwie Bożym, ale zachwyciły go również cztery Ewangelie jako nieporównywalnie piękne dzieło literackie, arcydzieło słowa. W każdym razie zobaczył on w pewnym momencie swej życiowej drogi, że tu, w Ewangelii, a zwłaszcza w treści Kazania na górze i nauce o Błogosławień­stwach, tkwi sama istota chrześcijaństwa. Zrozumiał, że wszystko inne jest drugorzędne.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Profetyczny wymiar świadectwa dawanego przez księdza Jana nie był dostatecznie doceniony za jego życia. Nie był doceniany głównie dlatego, że droga dotarcia do pełnego zrozumienia wartości, które on uważał za najwyższe, nie jest łatwa. Ta droga jest trudna do odnalezienia zwłaszcza w społeczeństwie głęboko przepojonym moralnością klanowo-nacjonalistyczną, wyrażającą się najwymowniej w haśle „Polak-katolik”. Klimat takiej moralności jest antytezą postawy znamionującej całą orientację życiową księdza Ziei.

Ten prawdziwy „znak czasu” – postać niezwykła – nie był więc doce­niany i dostatecznie wykorzystywany za życia. Tak chyba zawsze bywa, że ludzie będący nosicielami wartości prawdziwie profetycznych nigdy nie cieszą się owocowaniem tych wartości za swego życia. Pracują oni na dale­ką metę. Żniwo ich siewu urzeczywistnia się wiele lat po ich śmierci. „Znaki czasu” spychane są zawsze na margines tego, co widoczne i pierw­szoplanowe. Dotykamy tu jakiegoś dziwnego prawa: ludzie, którzy naprawdę przygotowują przyszłość, bywają najczęściej pomijani i zapomi­nani przez współczesnych. „Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju”.

Tekst ukazał się w miesięczniku WIĘŹ nr 2/1992.

Podziel się

Wiadomość

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.