
To się zdarza codziennie. Komuś. A ojciec, jak mówili wszyscy, mógł jeszcze pożyć, miał dopiero sześćdziesiąt pięć lat, to wszystko. Peter jest teraz w połowie drogi. Fragment nowej powieści Sally Rooney.
Wpisuje w białe pole: Sorry, jakieś 20 min spóźnienia. Wokół rozświetlonego ekranu zbiera się chłodny mrok. Drzewa u góry kołyszą milczącymi gałęziami, przejeżdża tramwaj z twarzami w oknach. Włącza blokadę telefonu i chowa go do kieszeni.
James’s Street nocą. Musi szybko maszerować, żeby nadrobić czas. Ale to przecież czysta przyjemność przemierzać długimi krokami spokojną ulicę w rześką wrześniową noc w Dublinie. W kwiecie wieku. Ma teraz obowiązek doceniać takie ulotne przyjemności. Za chwilę może umrzeć. To się zdarza codziennie. Komuś. A ojciec, jak mówili wszyscy, mógł jeszcze pożyć, miał dopiero sześćdziesiąt pięć lat, to wszystko. Peter jest teraz w połowie drogi, trzydzieści dwa lata i sześć miesięcy. Według tej rachuby już w średnim wieku. Przerażające, jak to szybko mija.

Więź.pl to personalistyczne spojrzenie na wiarę, kulturę, społeczeństwo i politykę.
Cenisz naszą publicystykę? Potrzebujemy Twojego wsparcia, by kontynuować i rozwijać nasze działania.
Wesprzyj nas dobrowolną darowizną:
Nie, będzie teraz mówił, ojca nie ma już niestety wśród nas. Ludzie będą zasmuceni, naturalnie, ale nie zaszokowani. Inaczej w przypadku Ivana. Niemal sierota, biorąc pod uwagę, ile dobrego zaznał od ich matki. Bóg jeden wie, dlaczego w ogóle decydowali się na dzieci. Na pogrzebie wymamrotała do Petera: Co on na siebie włożył? I chociaż Ivan faktycznie wyglądał absurdalnie i chociaż Peter zaledwie kilka sekund wcześniej sam myślał o tym, jak absurdalnie wygląda Ivan, odpowiedział: Chyba to, jak wygląda, nie było w tym tygodniu jego największym zmartwieniem. Rzut oka Christine na niego. Gustowna spódnica, granatowa wełna merynosowa. Do twojego stroju nie można się przyczepić – oznajmiła. Z nią zawsze tak. Unikał jej wzroku, gdy patrzył, jak Ivan kręci się żałośnie samotny przy stole z kanapkami. Tak – odpowiedział. – Dzięki.
Mija teraz stary bank w stronę Thomas Street i odpowiedź Sylvii wibruje w kieszeni, przy biodrze. Kiedyś miał dla jej wiadomości inny dźwięk powiadomienia. Dawno temu. Dublin w starych dobrych itede. Nie pamięta teraz, jak brzmiał. Jaki to był model telefonu, jakiej marki, jak ważył w dłoni. Teraz już przypuszczalnie przestarzały, wycofany z produkcji. Żeby raz jeszcze usłyszeć ten dźwięk, myśli. Poczuć, że jego życie gdzieś zostało zachowane, niezapomniane, zebrane, otulone ochronnie wokół niego. Poranne podróże autobusem na międzyuczelniane turnieje debatanckie. Przygotowania do finału na korytarzu za sceną, gdy widownia czekała w fotelach. Rekordziści. Którymi oczywiście pogardzano, obojgiem. Zakochani w sobie nawzajem i w sobie samych. Teraz na zablokowanym ekranie: Nie ma problemu. Jadłeś? Rozsądna kobieta. Taka, co chodzi w porządnych, solidnych butach i ciepłym tweedowym płaszczu. Nie. Po prostu troszczy się o niego, to wszystko. Spóźnia się dwadzieścia minut, a ona chce wiedzieć, czy jadł kolację. Dwadzieścia pięć minut. I – mówiąc oględnie – nie jest głupia.
Peterowi czasem się wydaje, że natura i skala cierpienia uwolniła ją od drobnych irytacji wywoływanych powszednimi niedogodnościami. Pół godziny spóźnienia, cóż to takiego. Kiedy co drugi tydzień bywa się w szpitalu z igłą w ramieniu, to prawdopodobnie nie znaczy wiele. Kiedy słyszy się lekarzy za przegrodą, jak o tobie rozmawiają. Pacjentka, lat trzydzieści dwa. Historia opornego na leczenie chronicznego bólu pourazowego. Wypadek samochodowy. Nie, bez dzieci, mieszka sama. I wiedziało niewielu. On sam wolałby umrzeć, niż żyć w ten sposób. Bez ceregieli, szybki koniec. Ona pewnie wie, że ludzie tak myślą. Wie, że nawet on tak myśli, może.

A z drugiej strony mówi się, że człowiek do wszystkiego się może przyzwyczaić. Dawna przyjemna egzystencja minęła i nigdy nie wróci: pogódź się z tym albo żyj złudzeniami, ostatecznie wyjdzie na to samo. Chęć życia jest o wiele silniejsza, niż komukolwiek się wydaje. Rodzaj śmierci – to, co się wydarzyło. Rodzaj śmierci, z której wychodzi się cało z grzeczności, z szacunku dla innych, z bezinteresownej miłości. Jezus też przetrwał własną śmierć. Dostojnie, euforycznie.
Mija teraz akademię sztuk pięknych, kręcą się tam studentki w dżinsowych kurtkach, plastikowych botkach i dziurawych pończochach. Bezkształtne nastoletnie twarze unoszące się blado pod światłami latarni. U progu życia. Wie, że go obserwują. Inteligencja i uroda. Rozbawione, gdy je mija. Jedna głowa się odwraca i go śledzi. Brawo, mała, raz się żyje. Niewykluczone, że Peter połowę lat ma już za sobą. Pozwala sobie na spojrzenie za siebie i uśmiech. Nie jest nawet ładna, ale czemu nie, i też się uśmiecha, krzywo. Co najmniej pół godziny spóźnienia. Naomi by się wściekała. Boże, faceci są obrzydliwi. Wyglądała na nie więcej niż szesnaście lat. O, to już nie wolno się uśmiechać? Do dzieci.
Prawdę powiedziawszy, uśmiecha się do dzieci. Też do ludzi starszych. Lubi okazywać światu życzliwe usposobienie. Czasem nawet uśmiecha się do innych mężczyzn. Inaczej. Nie, nie robisz tego. Robi, jeśli ma jakiś powód. Gdy się przesłyszy albo przez przypadek zagrodzi komuś drogę, coś w tym rodzaju. Uśmiecha się, tak. Do rywali i wrogów. Nienawidzisz mężczyzn bardziej niż ja, mówi Naomi. Oczywista prawda, skoro ona chodzi z nimi do łóżka z własnej nieprzymuszonej woli. Peter chodzi do łóżka z tymi, które lubi. Większość kobiet to ostatecznie istoty, które da się lubić, i to bardzo. Mężczyźni za to, jak wszyscy wiedzą – obrzydliwi. Nie wszyscy, nie jego ojciec, nie w tym sensie.
A Ivan? Inny. Myślał kiedyś, że brat jest jedną z tych aseksualnych jednostek, o których się czyta. Amebowata galareta unosząca się w słoju. Aż Peter przyprowadził do domu na kolację jedną ze swoich dziewczyn i zauważył, że Ivan się na nią gapi. Hm, twój brat trochę nieśmiały, co? Tak, przepraszam cię. Zdaje się, że mu się spodobałaś.
Później Ivan oczywiście poszedł na studia, poznawał dziewczyny. Ale te jego przyjaciółki są… A tam, nieważne. Nie, dokończ. Jakie? Brzydkie? Nie, niczego sobie, jeśli o to chodzi. Niektóre pod względem twarzowej symetrii całkiem atrakcyjne. Tylko ten brak gustu. Naomi by się załamała. I jeszcze do tego wszystkiego snob. Tylko czy to snobizm? Nie chodzi o pieniądze, nic z tych rzeczy. Czarne spodnie od dresu, zwężane w kostkach, bez gumki, Naomi nie cierpi gumek. Nie cierpi wszystkiego do kolan. Wytrawne oko.
Przyjaciółki Ivana nie brzydkie, w żadnym wypadku, ale to wyczucie stylu. Tragiczne. I sposób wyrażania się, gesty. Może to jest snobizm, tylko innego rodzaju. Oczywiście wysoce inteligentne młode kobiety. Matematyczki i szachistki. Żadna w najmniejszym stopniu niezainteresowana Peterem, i z wzajemnością. Niektóre, jeśli się nad tym zastanowić, prawdopodobnie zakochane w jego bracie. Na tę myśl uśmiecha się do siebie. Wygląda na to, że uczucie nigdy nie zostało odwzajemnione, ale co on może wiedzieć? Przecież złapał go na tym, jak się wtedy wgapiał w śliczną Giulię. Zielona jedwabna bluzka z rozpiętymi trzema górnymi guzikami. Z masy perłowej. Białe zęby w uśmiechu, głośny, zdrowy, rzymski śmiech.
Mija teraz katedrę Christ Church, podświetloną nocą, kamienne mury rozjaśnione, szarożółte. Przesyła jej wiadomość: Prawie na miejscu. Nie, nie jadłem, a ty? A ona? Sylvia. Zupełnie nieosiągalna. Właściwie niezbyt urodziwa, nigdy taka nie była. Przy niej uroda innych wydaje się przesadna. Drobna pospolita twarz. Oczywiście ubranie zawsze stosowne. Czasem dzięki niej przychodzą mu do głowy pomysły na prezenty dla Naomi – golfy, kolorowe jedwabne apaszki, płaszcz przeciwdeszczowy do kostek. Żeby potem zdać sobie sprawę, jak fatalnie będą wyglądały: ładna dziewczyna przebrana za starszą panią. Niemodnie, zbyt grzecznie. Na Sylvii nie robią takiego wrażenia, ani trochę.
Wiosną poszedł na jeden z jej wykładów. Szczupła kobieta opowiadająca przed zebranymi o osiemnastowiecznych formach prozatorskich. Wlepiona w nią każda para oczu. Głos bardzo czysty i niski. Kontralt. Cisza jak makiem zasiał. Gdy skończyła, wszyscy zaczęli klaskać, ile, dwieście osób, więcej, a ona się uśmiechała i kiwała głową, przypuszczalnie przyzwyczajona do takich reakcji. Sama charyzma. Aż chciał powiedzieć: Ja ją znam. To moja eks. Ale byłby wstyd, to dopiero. Skoro uważasz, że mówi ciekawe rzeczy o powieści miłosnej sprzed kilkuset lat, spróbuj zaciągnąć ją do łóżka. Chociaż teraz to niemożliwe. Ona nie może. Zbyt bolesne.

Więź.pl to personalistyczne spojrzenie na wiarę, kulturę, społeczeństwo i politykę.
Cenisz naszą publicystykę? Potrzebujemy Twojego wsparcia, by kontynuować i rozwijać nasze działania.
Wesprzyj nas dobrowolną darowizną:
Znowu wibrowanie. Znalazła stolik w indyjskiej knajpce w Temple Bar, przesłała pinezkę, co on na to? Odpisuje: Do zob za 5 min. Lord Edward Street nocą, w stronę bramy uczelni. Sceneria jak ze starych romansów, pijackie hulanki. O czwartej rano, pamięta, rzygał tam kiedyś przed hotelem Mercantile. W noc, kiedy się dowiedział o stypendium. Był młody. Miesza pamięć i pożądanie. Zapamiętane ciemne pasaże. Cmentarzysko młodości.
Fragment powieści „Intermezzo”, która jeszcze w lutym ukaże się w Polsce nakładem Wydawnictwa W.A.B. w tłumaczeniu Jerzego Kozłowskiego
Przeczytaj też: Każda warta opowiedzenia historia jest historią miłosną. Ale to nie ta historia