Testament | Księgarnia Wydawnictwo Poznańskie (wydawnictwopoznanskie.pl)

Lato 2024, nr 2

Zamów

Kruchość i bliskość [ankieta „Moje doświadczenie Boga”]

Dominik Dubiel SJ. Fot. Archiwum prywatne

Po pierwszych latach w zakonie wydawało mi się, że mam odpowiedzi na wszystkie pytania. Teraz rozumiem bardzo mało. Mimo wszystko próbuję dzielić się tym, co jest dla mnie źródłem nadziei.

Temat działu Wiara w aktualnym, zimowym numerze „Więzi” to „Doświadczyć Boga”. Sięgamy tam do definicji wiary, którą dziś określa się jako osobistą relację. Ale co to znaczy w praktyce?

W uzupełnieniu do refleksji opublikowanych w kwartalniku pragniemy kontynuować ten temat w portalu Więź.pl w formie ankiety. W związku z tym poprosiliśmy kilka osób o przygotowanie krótkiej wypowiedzi wokół następujących zagadnień:
1. Jakie było/jest moje doświadczenie Boga?
2. Na ile opisują to doświadczenie kategorie: spotkania / relacji / bliskości / zaufania / miłości / wierności / inne?
3. Jak i gdzie można doświadczyć Boga w epoce kryzysu instytucji religijnych?

Wesprzyj Więź.pl

Oto kolejny głos w tej ankiecie. Wszystkie wypowiedzi można znaleźć tutaj.


Moje doświadczenie Boga w tym momencie życia można zamknąć w dwóch słowach: kruchość i bliskość – zarówno na poziomie opisu samego fenomenu, jak i okoliczności, w których przydarzają mi się momenty odczytywane przeze mnie jako doświadczenie Boga.

Różne etapy

Przede wszystkim myślę, że cała rzeczywistość jest nasycona obecnością Boga. To moja elementarna nadzieja. Patrząc na różne etapy mojej duchowej drogi, utwierdzam się w tym przekonaniu.

W mojej wierze jest dużo więcej nadziei niż pewności

Dominik Dubiel SJ

Udostępnij tekst

W dzieciństwie odmawiałem z rodzicami i bratem prosty pacierz i koronkę do Bożego Miłosierdzia. Choć wyobrażenie Boga, jakie wtedy miałem, odbiegało od tego, którego nabyłem na drodze dalszych poszukiwań duchowych, to myślę, że tamto proste przekonanie zabezpieczyło we mnie przestrzeń na doświadczenie Transcendencji.

Pod koniec liceum, pod wpływem jednego z przyjaciół, wszedłem w etap prób bardziej emocjonalnego doświadczania Boga. Na kilka lat naznaczyło to moją drogę i umocniło się przez charyzmatyczne modlitwy, w których uczestniczyłem.

Jednocześnie, kiedy po maturze wstąpiłem do seminarium, zachłysnąłem się intelektualnymi rozważaniami nad Bogiem, co również było dla mnie rodzajem doświadczenia duchowego. Był czas, kiedy w doświadczaniu Boga pomagało mi dostojne piękno Mszy trydenckich. Od wstąpienia do zakonu fundamentalnym sposobem doświadczania Boga stała się dla mnie duchowość ignacjańska, która nauczyła mnie łączyć poziom intelektu, emocji i wszystkich sfer mojego jestestwa.

Prawda jest polifoniczna

Z czasem różne drogi doświadczania Boga przygasały lub budziły moje wątpliwości. Kiedy uświadomiłem sobie, że w gruncie rzeczy równie intensywnych i głębokich przeżyć jak modlitwa charyzmatyczna potrafi mi czasem dostarczyć koncert z wielką muzyką, poruszająca piosenka, albo dobry serial lub książka, moje zamiłowanie do tej formy modlitwy powoli wygasało.

Co to oznacza? Że to pierwsze jest tylko silną emocją z religijną przybudówką? Czy że to drugie jest czymś więcej niż tylko doświadczeniem piękna? Czy jedno doświadczenie unieważnia drugie? Czy po prostu jedno i drugie jest nasycone Obecnością, nawet jeśli tylko jedno próbuje wyrazić to wprost…?

Intensywne studia filozoficzne i teologiczne z jednej strony otwierały mnie na głębię i piękno wiary. Z drugiej – budziły mnie do uczciwego przyznania, jak wielu rzeczy nie jesteśmy w stanie pojąć oraz jak wiele z tego naszego rozumienia jest uwarunkowane historycznie i zależne od wielu pozareligijnych czynników.

Do tego: spotkania z człowiekiem w dramacie jego życiowej sytuacji pokazywały, jak część z tego, co intelektualnie mnie karmiło, w zetknięciu z konkretem rzeczywistości okazuje się jałową abstrakcją. W ten sposób boleśnie nabierałem dystansu wobec tego, co – jak mi się wcześniej wydawało – wiem. Czy jednak osłabia to obiektywną wartość wielkiej intelektualnej tradycji…?  

Również w doświadczeniu liturgicznym, z jednej strony ciągle czuję, że język symbolu, tajemnicy, harmonii i piękna obecny w uroczystych celebracjach (różnych form i rytów) dotyka mojego serca, kształtuje mnie i jest mi potrzebny jak powietrze. A z drugiej strony doświadczam, jak choćby Eucharystia odprawiana (wbrew większości norm i przepisów) w pokoju, na stoliku, przez bardzo podeszłego w latach i zmagającego się z cierpieniem współbrata, staje się doświadczeniem wykraczającym poza czasoprzestrzeń celebracji i dotykającym samego sedna chrześcijańskiej liturgii. Czy jedno doświadczenie falsyfikuje drugie…?

Miewam porywy, w których wracają i ożywają we mnie te różne doświadczenia, choć zwykle nie trwa to długo. Miewam też momenty, kiedy wydaje mi się, jakby wszystkie one były tylko jakimś złudzeniem wyprodukowanym przez moją głowę. Tych okresów jest znacznie więcej.

Ciągle uczę się jednak ufać, że wszystkie te doświadczenia były w jakiś sposób prawdziwe, że – jak pisał Hans Urs von Balthasar – prawda jest polifoniczna, więc poprzez każde z nich Bóg starał się do mnie dotrzeć w taki sposób, w jaki w konkretnym momencie mojego życia byłem w stanie przyjąć. Cała ta wiara jest jednak naznaczona dużą nieśmiałością i kruchością. Dużo więcej w niej nadziei niż pewności. Powiedziałbym, że po prostu staram się być mimo wszystko wiernym decyzji o czytaniu rzeczywistość przez pryzmat – całkowicie mnie przekonującej – Dobrej Nowiny.

Serce

Mam jednak poczucie, że doświadczenie kruchości własnej wiary otworzyło mnie na zupełnie nowy rodzaj bliskości z Bogiem. Nie jestem w stanie oprzeć mojej wiary na samym sobie. Nie jestem w stanie w pełni zaufać żadnym ziemskim autorytetom. Choć znam filozoficzną argumentację i teologiczne uzasadnienia, a w życiu duchowym zdążyłem doświadczyć bardzo różnych dróg modlitwy, to mam poczucie ich niewystarczalności.

W gruncie rzeczy czuję się w tym wszystkim zupełnie słaby i bezradny, a momenty, które odczytuję jako doświadczenie Boga, odbieram jako coś podarowanego mi z czystej życzliwości Pana. Wydaje mi się, że to poczucie ogołocenia jest bardzo uwalniające. W pewien sposób oczyszcza i uwrażliwia serce na objawianie się Pana w mojej codzienności. Odwagi dodaje mi przekonanie, że całe życie Jezusa Chrystusa jest opowieścią o ogołoceniu, które ostatecznie daje życie.

Jeden z moich duchowych mistrzów Cecil Azzopardi SJ powiedział mi kiedyś, żebym szukał tego, co porusza moje serce, a to doprowadzi mnie do Tego, który to serce stworzył. To stało się moją drogą duchową.

Smak dobrej kawy i brewiarzowy psalm, albo kawałek różańca odmówiony za osobę, która prosiła o modlitwę. Zachwyt nad dziełem sztuki i płacz nad krzywdą bliskiej mi osoby. Poczucie, że naszą prostą Mszą odprawianą w domowej kaplicy między zajęciami wpuszczamy miłość Jezusa do naszego świata oraz impreza z przyjaciółmi. Radość z muzykowania i wstyd z powodu popełniania tych samych grzechów. Ciepła wiadomość od przyjaciela w trudnych dniach i chwila cichej kontemplacji. Dobrze wykonana praca i chodzenie za tym, co życiodajne, mimo instytucjonalnego zła i grzechu. Przyjęcie przebaczenia i przebaczenie innemu. I wiele innych.

Wszystkie te przenikające się wzajemnie momenty tworzą moje życie duchowe. Wydaje mi się, że pozwalając sobie na głębokie doświadczanie ich, tak jakbym kątem oka dostrzegał Boga: bliskiego, obecnego, zaangażowanego. Kiedy jednak próbuję wpatrzeć się tylko w Niego, wymyka się i rozmywa jak zmartwychwstały Chrystus podczas kolacji z uczniami w Emaus, albo wobec próbującej Go zatrzymać Marii Magdaleny. Pozostaje jednak „pałające serce” i subtelny posmak miłości; choćby na parę chwil.

Sprzężenie zwrotne

Od kilkunastu lat mówię o Panu Bogu w konferencjach i wywiadach, na warsztatach i rekolekcjach, w towarzyszeniu duchowym i luźnych rozmowach. Od kilku miesięcy również w homiliach. Piszę o Nim w internecie i czasopismach. Tak jak potrafię i rozumiem na danym etapie.

Po pierwszych latach spędzonych w zakonie wydawało mi się, że wszystko wiem i mam odpowiedzi na wszystkie pytania. Z każdym kolejnym rokiem mam coraz mocniejsze poczucie, że wiem i rozumiem bardzo mało, nawet jeśli czasami ponosi mnie pokusa jakiegoś niepotrzebnego wymądrzania się i pouczania, czego zwykle wstydzę się później. Mimo wszystko próbuję dzielić się tym, co dla mnie jest źródłem nadziei, co porusza moje serce i gdzie znajduję Życie.

Wesprzyj Więź

Myślę, że działa tu pewne cudowne duchowe sprzężenie zwrotne, bo mówiąc czy pisząc z nieśmiałością i drżeniem o czymś, co z moją kruchą wiarą uważam za prawdziwe, dostaję feedback, że jakimś osobom też pozwoliło to doświadczyć Pana, co staje się i moim doświadczeniem Boga. Wydaje mi się, że na tym może polegać tajemnica wcielenia Boga dzisiaj: poprzez dzielenie się pokorną nadzieją, kruchą wiarą i miłością na miarę naszych możliwości, Bóg daje się doświadczyć innym i w tym objawia się nam samym.

Żeby Bóg mógł się uobecniać i objawiać w świecie, potrzebuje nas – takich, jacy jesteśmy, z naszymi nadziejami, tęsknotami i wątpliwościami. Może dlatego jedna z najpopularniejszych współczesnych modlitw nie brzmi: „Jezu, jestem pewien”, lecz „Jezu, ufam Tobie”.

Przeczytaj także: Ty, którego nie widzę. Spotkania w ciemności

Podziel się

7
7
Wiadomość

5 stycznia 2024 r. wyłączyliśmy sekcję Komentarze pod tekstami portalu Więź.pl. Zapraszamy do dyskusji w naszych mediach społecznościowych.