Wiosna 2024, nr 1

Zamów

In vitro – nauczanie do przemyślenia

Zwalczana kiedyś przez katolickich teologów metoda naturalnej regulacji poczęć jest dziś uznawana za błogosławioną. Przyjdzie taka era, że w każdej parafii będzie istniał zespół wspomagający leczenie bezpłodności metodą in vitro – mówił polski teolog w 2010 r.

Artykuł ten to integralny tekst wykładu ks. Józefa Krasińskiego pt.Inżynieria genetyczna ze szczególnym uwzględnieniem problematyki in vitro w świetle nauki i Bożego Objawienia”, wygłoszonego do lekarzy radomskich 28 lutego 2010 r. Dlaczego do publikacji dochodzi dopiero dzisiaj?

Wesprzyj Więź.pl

Ks. prof. dr hab. Józef Krasiński – teolog dogmatyczny i fundamentalny, ceniony długoletni wykładowca teologii w Wyższym Seminarium Duchownym w Sandomierzu i w Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, z czasem przekształconej w Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, autor wielu książek i kilkuset artykułów naukowych – zmarł 30 sierpnia 2022 r. w Sandomierzu, w wieku 92 lat.

Poznaliśmy się z Księdzem Profesorem, kiedy studiowałem zaocznie teologię na UKSW. Jesienią 2010 r. nieoczekiwanie odwiedził mnie w Warszawie. Oświadczył, że chce mi powierzyć „swoją ostatnią wolę”: prosił, abym po jego śmierci opublikował tekst radomskiego wykładu – nie wcześniej, „bo chce być pochowany w poświęconej ziemi”. Dał mi wyraźnie do zrozumienia, że przełożeni zabronili mu głoszenia jego poglądów na temat metody in vitro, różniących się od oficjalnego stanowiska Kościoła.

Jestem przekonany, że argumenty wysuwane w tym tekście przez ks. Józefa Krasińskiego w pełni zasługują na to, by się z nimi zapoznać. Dziękuję redakcji kwartalnika „Więź”, że zgodziła się na tę publikację, przez co mogę wypełnić ostatnią wolę Zmarłego.

Tytuł, śródtytuły i przypisy dolne pochodzą od redakcji.

Cezary Gawryś

Przeczytaj więcej w tekście: Sandomierski Profesor i jego ostatnia wola

Chrzciłem i doprowadzałem do Pierwszej Komunii świętej dzieci zrodzone z metody in vitro i nigdy nie widziałem, żeby miały diabelski ogon

ks. Józef Krasiński

Udostępnij tekst

Pragnę przywitać wszystkich obecnych na dzisiejszym spotkaniu, a zwłaszcza przedstawicieli tutejszego świata medycznego. Jestem wielbicielem świata medycznego, istniejącego od czasów Hipokratesa, a reprezentowanego m.in. przez Galenusa, przez Mikołaja Kopernika – bo trzeba wiedzieć, że Mikołaj Kopernik, kanonik fromborski i warmiński, swoim współczesnym był bardziej znany jako lekarz niż jako astronom – aż po doktora Tochtermana, którego pacjentem byłem w czasach przedwojennych.

Sam byłem kapelanem szpitalnym przez szereg miesięcy, można powiedzieć: nawet przez półtora roku, tylko z przerwami, a mianowicie w John Hopkins Hospital w Baltimore na wschodnim wybrzeżu USA. Baltimore to czteromilionowa metropolia, większa od Waszyngtonu. John Hopkins Hospital (a także uczelnia: John Hopkins University) to jeden ze znamienitych ośrodków medycznych znanych w skali światowej, między innymi ze względu na jego wkład w Nagrodę Nobla z ubiegłego roku [2009] w zakresie odkryć dotyczących telomerazy. Telomeraza i opanowanie tej tematyki to pewna nadzieja dla współczesnej onkologii.

Przygotowując dzisiejszy wykład, korzystałem m.in. z publikacji Centrum Bioetyki Hastings Center w stanie Nowy Jork, z Biblioteki Kongresu w Waszyngtonie, gdzie byłem wielokrotnie, czy też Center for Bioethics w Kennedy Institute na Georgetown University w Waszyngtonie. Miałem w ręku czasopisma „Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America”, „The Human Reproduction”, „English Journal of Medicine”, „Scientific American”, „Proceedings of the Genetics and Embryology”. A także autorskie pozycje książkowe, takie jak A. R. Chapman, Unprecedented Choices: Religious Ethics at the Frontiers of Genetic Science, francuską pozycję: A. Chapelle, P. Favraux, Bioéthique et foi chrétienne, książkę włoskiego kardynała Dionigiego Tettamanziego Bambini fabbricati i inne.

Inżynieria genetyczna – szanse i zagrożenia

Pozwolą Państwo, że zacznę od pewnych uwag ogólnych na temat inżynierii genetycznej. Dzisiaj genetyka uważana jest za królową nauk biologicznych. Ojcem genetyki był Jan Grzegorz Mendel. Miałem okazję w Brnie na Morawach odwiedzić jego ogródek klasztorny, bo był zakonnikiem augustianinem. Był to wielki człowiek, ogromnej wiedzy. Jego odkrycia nie były wówczas przyjęte ani przez Darwina, ani przez innych współczesnych. Traktowano je jako wyraz dziwactwa. Dopiero Hugo de Vries na początku XX stulecia odkrył na nowo prawo Mendla, lecz honorowo uznał pierwszeństwo augustianina i dlatego to Mendel jest obecnie uważany za prawdziwego ojca genetyki – dziedziny, która, jak wiadomo, zbiera dzisiaj najwięcej Nagród Nobla w zakresie medycyny (choć jest działem biologii).

Nie dotykam tutaj problematyki różnych ekscentrycznych, wysoce wątpliwych „osiągnięć” współczesnej inżynierii genetycznej, jak na przykład pomysłu Roberta Greyena, który założył bank spermy laureatów Nagrody Nobla, czy też problematyki surogatek, tj. kobiet oferujących „łono do wynajęcia”, itd. Dziecko może mieć dzisiaj dwie albo nawet trzy matki. Jedna matka to dawczyni komórki jajowej, tzw. matka genowa1. Druga to ta, która przyjęła zygotę i cały ciężar ciąży. Wreszcie trzecia matka to ta, która adoptowała dziecko. W rezultacie nieraz powstają kłótnie między tymi trzema matkami, kto ma pierwszeństwo do dziecka. Ale też zdarza się, że mimo posiadania aż takich właśnie trzech matek dziecko pozostaje sierotą…

Problematyka klonowania to oczywiście poważne zagrożenie dla współczesnej ludzkości. Na szczęście pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku 186 państw członkowskich UNESCO i potem Parlament Europejski uchwaliły zakaz klonowania człowieka. Zdajemy więc sobie sprawę, że istnieją różne zagrożenia. Ale nie da się zaprzeczyć, że genetyka współczesna, inżynieria genetyczna, ma stronę pozytywną, ma swoje wspaniałe, wielkie osiągnięcia, wnosi wielki wkład do medycyny. Mianowicie chodzi o walkę z wszelkiego rodzaju obciążeniami dziedzicznymi, korektę negatywnych mutacji w genotypie. Wystarczy wskazać na skuteczne leczenie takich wrodzonych chorób dziedzicznych jak fenyloketonuria bądź galaktozemia, wrodzona cukrzyca, hemofilia2. Nie tak dawno odkryto nawet geny schizofrenii. Prenatalne wykrycie chorób dziedzicznych pozwala na wczesne ich leczenie, zanim nastąpią nieodwracalne zmiany w płodzie.

Nie wchodząc głębiej w to zagadnienie, bo dzisiaj chcemy się skoncentrować na problematyce in vitro, wystarczy w tym miejscu zaznaczyć, że osiągnięcia współczesnej inżynierii genetycznej zyskują powszechną aprobatę. Zacytuję tylko jedno zdanie Jana Pawła II: „Badania nowoczesnej biologii pozwalają żywić nadzieję, że transfer i mutacje genów mogą polepszyć stan zdrowia osób dotkniętych schorzeniami chromosomowymi. W ten sposób najmniejsze i najsłabsze spośród istot ludzkich będą mogły być leczone w okresie życia wewnątrzmacicznego, czy też bezpośrednio po urodzeniu”3.

Jest bardzo wiele wspaniałych osiągnięć genetyki. Ktoś porównał je nawet z odkryciem energii nuklearnej, która oczywiście może być i jest wspaniale wykorzystywana dla dobra ludzkości, ale może też okazać się końcem ludzkiej cywilizacji. Nagromadzono w świecie już tyle broni atomowej, że gdyby ją w całości wykorzystać, to nie tylko rodzaj ludzki, ale też cała biosfera na Ziemi zostałaby zgładzona.

Tak więc można powiedzieć, że obok bomby atomowej zagrożeniem dla ludzkości jest także „bomba genetyczna”. Wspomniałem już klonowanie. Innym marzeniem inżynierii genetycznej jest stworzenie maksymalnie udoskonalonego genetycznie społeczeństwa, z pewną określoną pulą genetyczną. A więc przez odpowiednią selekcję i produkcję genów miałyby się rodzić same genialne znakomitości.

Inne zagrożenie to produkcja istnień ludzkich w celu użytkowego ich wykorzystania, czyli doprowadzenie do rodzenia się na przykład ludzi bez półkul mózgowych. W efekcie powstałaby kategoria „podludzi”, nasuwająca na myśl hitlerowskie rozróżnienie na Übermenschen i Untermenschen. Dziś taki koncept może być realizowany właśnie dzięki inżynierii genetycznej.

Taka wizja inżynierii genetycznej budzi oczywiście sprzeciw nie tylko teologów, ludzi kultury, ale i samych genetyków, którzy nie mogą zaaprobować tworzenia „slumsów” biologicznych – np. rodzenia takich ludzi, którzy mogliby potulnie i skutecznie wykonywać rozkazy: zabijać, podkładać bomby albo rozbrajać miny, ginąc przy tym, a nie narażając „normalnych” ludzi. Teoretycznie istnieje możliwość „wyprodukowania” takich właśnie przedstawicieli ludzkiego gatunku, którzy byliby absolutnie posłuszni rozkazom albo którzy mogliby np. dostarczać organów do przeszczepów itd.

Jednym słowem, taka wizja inżynierii genetycznej budzi sprzeciw u samych genetyków, bo to właśnie perspektywa stwarzania już nie „nadludzi”, ale „podludzi”, Untermenschen. Stanowi to klinicznie czysty okaz totalitarnego rasizmu, przeciwnego nie tylko teologii chrześcijańskiej, ale także wszelkim kryteriom etyki humanistycznej.

Rozrzutność Boga, rozrzutność przyrody

Teraz przechodzimy do głównego tematu naszego wykładu: dzieci poczętych metodą zapłodnienia pozaustrojowego. Ważną datą w dziejach genetyki był rok 1978, kiedy to w szpitalu w Oldham koło Manchesteru urodziło się pierwsze dziecko ex vitro, „ze szkła”. Była to córka państwa Brown. Fizjolog Robert Edwards oraz ginekolog Patrick Steptoe z Cambridge połączyli gamety ojca i matki w probówce, a zygotę wszczepili do łona matki. Dziś córka państwa Brown, Luiza, ma 32 lata.

Rozpoczęła się burzliwa dyskusja w świecie. Jesteśmy obecnie w samym oku cyklonu polskiej dyskusji. Dziś w całym świecie rodzi się co roku z niepłodnych par drogą ex vitro ćwierć miliona ludzi4. W Polsce urodziło się już w ten sposób kilkanaście tysięcy dzieci5. Tylko w jednej z warszawskich klinik urodziło się ich około tysiąca. Pierwsze polskie dziecko ex vitro przyszło na świat w roku 1987 w Białymstoku. Profesor Marian Szamatowicz, stojący na czele zespołu, przezwyciężył tą metodą kalectwo bezpłodności.

Spór medyczno-etyczny o metodę in vitro – czyli zapłodnienie w probówce i przeniesienie zarodka do łona matki – trwa już trzydzieści lat, ale język, jakim w Polsce określa się tę metodę, może powodować palpitację serca. To tylko niektóre określenia: „diabelska metoda rodzenia ludzi”, „inżynieria diabła”, „cień Heroda”, „zbrodnia herodowa”, „wyrafinowana aborcja”, „dziecko takie w takiej metodzie jest traktowane jako towar konsumpcyjny kupowany za pieniądze”, „luksusowa zachcianka”, „sztuczny człowiek”, „metoda in vitro jest wewnętrznie zła, bo zaspokaja czyjeś pragnienie posiadania dziecka”…

A przecież każde pragnienie posiadania dziecka jest Boże i święte! Tymczasem przytoczone powyżej określenia to język słyszany z niektórych kościelnych ambon, a nawet i od hierarchów.

Oblicza się, że w Polsce jest około trzech milionów osób cierpiących na chorobę bezpłodności. Jej przyczyny są przeróżne. Trzeba sięgać do wszelkich zdobyczy medycyny i leczyć tę chorobę

ks. Józef Krasiński

Udostępnij tekst

Zanim odpowiemy na te oskarżenia, spójrzmy na dzieło stwórcze Boga w kosmosie. Odznacza się ono ogromnym bogactwem, ogromną hojnością, można powiedzieć wręcz: rozrzutnością. Dzisiejsza kosmologia, astrofizyka, astronomia znają miliardy galaktyk, a każda galaktyka zawiera miliardy gwiazd. Powstaje pytanie, czy gdzieś jeszcze poza Ziemią istnieje w kosmosie życie. Szuka się dzisiaj innych cywilizacji. Od lat sześćdziesiątych XX wieku prowadzone są ustawiczne nasłuchy, czy z innych planet, z innych konstelacji gwiezdnych nie przychodzą jakieś regularne sygnały istnienia jakichkolwiek cywilizacji.

Pomimo ustawicznego nasłuchu nie znaleziono żadnego takiego śladu. Prof. Aleksander Wolszczan, zwany polskim Kopernikiem XX stulecia, odkrył pierwsze planety poza naszym Układem Słonecznym. Dzisiaj znamy ich już kilkaset. Ale życia nie znaleziono nigdzie poza Ziemią, nawet na planetach naszego Układu Słonecznego… Okazuje się, że Księżyc jest sterylny, również Mars jest sterylny.

Wygląda więc na to, że Pan Bóg stworzył środowisko Boże, kosmos, jako miejsce życia i działania dla takiego maleńkiego w nim prochu, jakim jest ludzkość zamieszkująca Ziemię w obliczu całego wszechświata. Ogromna rozrzutność! Miliardy gwiazd, miliardy galaktyk i, jak przewidują astrofizycy, miliardy planet jako środowisko dla jedynego rodzaju ludzkiego na Ziemi.

Pomijam ogromne bogactwo gatunków biosferycznych, można by i na ten temat długo mówić. Pragnę jedynie wskazać na rozrzutność przyrody stworzonej przez Boga także w omawianej przez nas dzisiaj kwestii. Otóż w jednej porcji ludzkiej spermy zawiera się pięć milionów plemników6, podczas gdy do zapłodnienia potrzebny jest tylko jeden, czasami kilka.

W tym punkcie odsłania się sedno problemu: zapłodnionych komórek, zygot, embrionów także jest więcej, niż rodzi się dzieci. W naturalnym rozwoju tylko jedna trzecia zapłodnionych komórek jajowych rozwija się dalej i rodzi się jako dzieci. Dwa razy tyle obumiera przed tzw. nidifikacją7 i jest wydalana z organów rozrodczych kobiety. Także kolejna faza rozwoju po nidifikacji jest nieraz mnoga. Jeden embrion pozostaje, a inne są wydalane. Matka nie wie o tych embrionach wydalanych, bo w tym celu musiałaby każdą porcję śluzu z macicy badać mikroskopem. To zaś wchodzi w zakres specjalistycznych badań biologii molekularnej.

Czy zatem w obliczu tego faktu mam teraz użyć języka niektórych ambon i stwierdzić: „Każde narodzone dziecko jest okupione śmiercią jego sióstr i braci”? Moja świątobliwa matka urodziła nas ośmioro. Ale badania naukowe wskazują, że były także zygoty wydalone z macicy mojej matki. Taka jest prawidłowość natury. W skali naszego narodu tych zygot jest pewnie grubo ponad czterdzieści milionów, a w skali rodzaju ludzkiego chodzi o miliardy.

Od kiedy człowiek?

Spotkałem odpowiedzi niektórych duchownych, katolików, na te eksploracje naukowe ostatnich lat. „Tak, to prawda – mówią – że tyle zygot, embrionów matki jest bez jej wiedzy wydalanych w błonach śluzowych, ale to są prawa ślepej natury. My nie możemy przez praktykę in vitro naśladować mechanizmów ślepej natury”. Ale jednocześnie dodają: „Gdy plemnik jest podawany do komórki jajowej na końcu palca, czy na końcu pipety lekarskiej, a nie na końcu penisa w akcie małżeńskim, to rzecz się sprzeciwia prawu Bożemu, bo Bóg ustanowił taki mechanizm natury, taką prawidłowość i omijanie jej jest sprzeczne z prawem natury, z prawem Bożym – jest złe, niemoralne”.

Jak można tę samą naturę tak podwójnie, tak sprzecznie oceniać? Raz jako ślepą i okrutną, a drugi raz jako świętą i moralnie normatywną, nie do korygowania medycznego w wypadku kalectwa niepłodności?

Zestawmy teraz pokrótce tę medyczną embriologię z nauką Objawienia. W jakim momencie embrion staje się człowiekiem? W jakim momencie zarodek biologiczny otrzymuje duszę stworzoną przez Boga i staje się człowiekiem, osobą ludzką? Czyli kiedy następuje tzw. moment animacji? Termin „animacja” oznacza akt stworzenia duszy dla człowieka (w tym wypadku: dla zarodka, dla embrionu).

Do lamusa historii odeszło już prawo biogenetyczne Haeckla, kanon materialistycznego ewolucjonizmu, zwane prawem rekapitulacji. Zasada Haeckla mówiła: biogeneza jest powtórzeniem filogenezy. Biogeneza, czyli rozwój embrionu, jest powtórzeniem filogenezy, czyli milionów lat ewolucji człowieka. Najpierw był twór embrionalny na kształt jakiegoś robaczka, potem ryba pływająca w wodzie. Była owodnia każdego płodu, potem ssak podszyty futerkiem i tak dalej. Wreszcie ludzki płód. Zasada Haeckla to jest już obalony mit przeszłości. Biogenetyczne prawo Haeckla nie ma nic wspólnego z prawdą naukową.

Wszelka argumentacja antyaborcyjna, którą – wspaniale i skutecznie – posługuje się Kościół, ma fundamentalne uzasadnienie w genetyce. Ludzka zygota, ludzki embrion, od samego początku ma cały genotyp ludzki i tylko ludzki. Nie przechodzi żadnych stadiów zwierzęcych. To jest już absolutny kanon nauki.

Podcast dostępny także na Soundcloud i popularnych platformach

Trzeba tu przywołać ABC embriologii. Efektem kariokinezy i kariogamii jest zespolenie dwóch gamet haploidalnych: komórki jajowej i plemnika. Powstaje w ten sposób zygota wyposażona w pełny zestaw 46 chromosomów tworzących 23 pary. Nieco powiększona zygota w głębi jajowodu jako morula dociera do jamy macicy. Morula przekształca się w blastulę, potem gastrulę, a po siedmiu tygodniach przeobraża się w płód. Możemy sobie darować analizę tych poszczególnych stadiów.

Bardzo istotnym momentem rozwoju embrionalnego jest moment tak zwanej nidifikacji, implantacji, czyli zagnieżdżenia się zygoty, moruli, w łonie, czyli w macicy. Dokonuje się to między trzynastym a piętnastym dniem od momentu zapłodnienia. I wtedy embrion osiąga definitywnie indywidualny, osobowy charakter, swoją tożsamość. Powtarzam: definitywnie osiąga indywidualny, osobowy charakter i tożsamość. Właśnie w momencie nidifikacji.

I tu tkwi źródło biologiczno-teologicznej dyskusji i sporów. Jedni teologowie i biologowie upatrują momentu animacji, czyli poczęcia człowieka, w zakończeniu kariogamii, kiedy łączą się definitywnie dwie gamety – żeńska i męska – tworząc zygotę, z pełnym zestawem genetycznym. Inni upatrują momentu animacji nie w chwili zakończenia kariogamii, ale w akcie nidifikacji, dwa tygodnie po zakończeniu kariogamii.

Pierwsza wersja nazywa się teorią animacji równoczesnej: wraz z łączeniem się jednej i drugiej gamety następuje właśnie w tym momencie stworzenie duszy przez Boga dla embrionu, czyli proces, który sprawia, że powstaje prawdziwy człowiek. Druga teoria nazywa się teorią animacji sukcesywnej. Pierwsza teoria wydaje się bardziej logiczna z punktu widzenia powstania zygoty z jej pełnym ludzkim genomem. Druga jednak lepiej tłumaczy pewne fakty zachodzące przed nidifikacją, w siódmym czy ósmym dniu po zapłodnieniu – a mianowicie to, że niekiedy z jednej zygoty wyłaniają się dwa lub trzy organizmy, tak zwane bliźnięta jednozarodkowe, jednojajowe. Mają te same linie papilarne i te same linie iridialne.

Miałem takich uczniów w szkole średniej, których nigdy nie rozpoznawałem, nawet ich najbliżsi koledzy mylili się w ich identyfikacji. Miałem też takie dwie studentki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, których też nikt nie rozróżniał. Obydwie chodziły na moje seminarium, byłem promotorem ich prac magisterskich. Nigdy tych kobiet nie byłem w stanie odróżnić. Ks. prof. Lucjan Balter, gdy je egzaminował – żeby nie weszła ta sama po raz drugi – trzymał tę pierwszą po zdanym egzaminie na uboczu i w jej obecności wzywał do egzaminu drugą, aby nie było żadnego oszukaństwa.

Powtarzam: podział tej samej zygoty na dwie albo nawet więcej jednostek jednojajowych daje w efekcie organizmy ludzkie doskonale do siebie podobne, te same linie papilarne itd. Z punktu widzenia biologii podział jednego genotypu jest rzeczą naturalną. Ale jak wytłumaczyć podział jednej duszy ludzkiej uprzednio przeznaczonej dla jednej zygoty, moruli?

A przecież zdarza się także i odwrotny proces. Dwa twory zygotalne łączą się w jeden organizm i rodzi się tylko jeden człowiek. A więc z dwóch poprzednich zygot, gdzie każda – wedle pierwszej koncepcji – miała swoją duszę, powstaje jeden organizm. Czy tutaj jedna dusza została unicestwiona?

Stwierdzić można natomiast, że moment nidifikacji jest momentem nieodwracalnego ukonstytuowania się jednej osobowości, jednej zygoty. Od tej chwili już nigdy nie następuje jakakolwiek naturalna modyfikacja w płodzie.

Tajemnica Boga, tajemnica natury

Jaki jest więc, wedle tej drugiej koncepcji (sukcesywnej animacji) – zakładającej, że byt osobowy człowieka zaczyna się w momencie zagnieżdżenia się moruli w macicy – status embrionu między kariogamią a nidifikacją? Na tym etapie embrion, podkreśla ta druga koncepcja, nie jest jeszcze człowiekiem, bo nie było animacji. Jest tylko, mówiąc z angielska, human tissue, ludzką tkanką, przed-życiem. Statut ontyczny zygoty w tej fazie rozwoju, mimo że ma już ona wtedy pełny zapis genetyczny, jest bliższy gamety niż osobowego bytu ludzkiego.

Zwolennikami poglądu o animacji w momencie nidifikacji jest szereg uczonych i teologów, wśród nich Mahoney, Fuchs, Splett, Böckle, kard. Carlo Martini (arcybiskup Mediolanu, swego czasu papabile), a także wybitny polski bioetyk ks. Tadeusz Ślipko (nie słyszałem, żeby umarł, choć musi mieć już dziewięćdziesiąt parę lat8). Odwołują się oni czasami do św. Tomasza z Akwinu i innych scholastyków, którzy uważali, że Bóg stwarza duszę chłopca w czterdziestym dniu, a duszę dziewczynki dopiero w osiemdziesiątym dniu od poczęcia.

Tak, Tomasz z Akwinu – największy bodaj teolog dotychczasowej ery, nie tylko epoki średniowiecznej – uważał, że Bóg stwarza duszę ludzką dla chłopca w czterdziestym dniu, natomiast dla dziewczyny w osiemdziesiątym dniu od poczęcia. Oczywiście przedstawicielki ideologii feministycznej mogą się na to oburzyć (w każdym razie nikt ich za to nie powinien potępiać!). Taki był pogląd myślicieli średniowiecznych. Nie wiedziano wtedy jeszcze nic o zapisie genetycznym. Trzeba było Mendla i XX stulecia, żeby odczytać zapis genetyczny.

Oczywiście każdy element, z którego potem buduje się człowiek i człowieczeństwo, należy szanować. Jakiekolwiek aborcyjne działanie na tym wczesnym etapie było potępiane przez tych teologów. Ale wierzyli, że animacja następuje dopiero w kilkadziesiąt dni po złączeniu się gamety żeńskiej i męskiej.

Wspominam sesję naukową z zakresu bioetyki i genetyki, która miała miejsce na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego blisko dziesięć lat temu. Przybyli na nią dwaj biskupi z Rzymu, członek Papieskiej Akademii Życia oraz sekretarz Papieskiej Rady do Spraw Rodziny. Byli to chyba Elio Sgreccia i Rino Fisichella, dziś sławny watykanista, przedstawiciele Stolicy Apostolskiej w zakresie teologii życia. I wówczas zapytałem ich po włosku: Che significa veramente il momento della nidificazione?, czyli: „Co oznacza dokładnie moment nidifikacji?”.

I jeden z tych biskupów tłumaczył przez dziesięć minut, że nidifikacja, a mianowicie zagnieżdżenie się zygoty w błonie macicy, jest momentem, kiedy konstytuuje się indywidualny byt osobniczy: jedyny, niepowtarzalny podmiot osobowy. Nota bene niedługo po tym momencie zaczyna się inicjacja kresomózgowia i rozwój już oczywistego płodu ludzkiego.

Zadałem wówczas kolejne pytanie: Jeżeli tak bardzo uwypukla znaczenie nidifikacji i to jest właśnie ukonstytuowanie jedynego ludzkiego bytu osobowego, to kiedy następuje animacja, czyli stworzenie duszy ludzkiej dla embrionu: w momencie poczęcia, czyli zakończenia kariogamii, czy też dopiero w momencie nidifikacji? W odpowiedzi na to moje pytanie przedstawiciel Watykanu nie potępił ani jednej, ani drugiej koncepcji. Biskup z Watykanu odpowiedział: „To jest mistero di Dio, mistero della natura” – tajemnica Boga, tajemnica natury. Po prostu nie da się tego rozstrzygnąć.

Jest chyba rzeczą oczywistą, że ten, kto przyjmuje pogląd o animacji sukcesywnej, czyli w momencie nidifikacji, nie będzie miał oporów przeciwko zapłodnieniu in vitro, bo zygota przed animacją nie posiada atrybutu osobowej nienaruszalności. I nawet stworzenie większej liczby zygot, które potem po rozmrożeniu umierają, nie może podpadać pod zarzut dzieciobójstwa.

Zresztą postawa niektórych przedstawicieli Kościoła wobec tych zamrożonych zygot jest ambiwalentna. Kiedy około dziesięć lat temu rząd brytyjski ogłosił, że już niebawem nie będą dłużej przechowywane trzy tysiące zamrożonych ludzkich embrionów, zygot, a więc, że grozi im unicestwienie, nawet hierarchowie w Watykanie i różni księża z ambony apelowali o adopcję tych zygot, o ratowanie im życia. Sto włoskich kobiet należących do Ośrodka Pomocy Życiu wyraziło wówczas gotowość przyjęcia wielu brytyjskich embrionów ex vitro, by je obronić, jak mówiono, przed egzekucją.

Ale umożliwienie przyjścia na świat tym embrionom byłoby możliwe tylko metodą in vitro, więc w tym wypadku nawet ci, którzy tę metodę potępiali – ze względu na ratowanie tych zygot – uważali, że trzeba to zrobić. Uznawali więc, że metoda in vitro służy dawaniu życia ludzkim istotom, a nie unicestwianiu ich.

Metoda diabelska?

Bardzo polecana jest przez ludzi Kościoła tzw. naprotechnologia (natural procreative technology). Leczy ona bezpłodność, kiedy jej przyczyną u kobiety jest niski poziom hormonów. Zastrzyki z progesteronu i inne leki wspomagające owulację dają pozytywne rezultaty. Ale przy niedrożności jajników i jajowodów jedyną szansą zajścia w ciążę jest zapłodnienie in vitro i przeniesienie zygoty do macicy, by tam nastąpiła nidifikacja.

Dlaczego więc tak skrajnie negatywnie oceniane są dzieci narodzone ex vitro? Ja powiadam: niech się wstydzą raczej ci, którzy dziecko poczęli przez akt gwałtu. Dwa miliony kobiet niemieckich zostało pod koniec wojny zgwałconych przez żołnierzy zwycięskiej Armii Czerwonej. Są na to dokładne opracowania, na podstawie pamiętników i specjalnych badań. Dwa miliony kobiet niemieckich zostało zgwałconych przez armię radziecką! To był program: mścić się na Niemcach różnymi sposobami: zabijać, niszczyć i gwałcić. I z tego narodziło się sto tysięcy dzieci. Z gwałceniem kobiet jako aktem nienawiści do innej narodowości mieliśmy do czynienia także podczas wojny w Bośni i Hercegowinie…

Przecież to jest bardzo diabelski akt, ale mimo to była dyskutowana problematyka zakazu aborcji. Kościół upominał się o prawo do życia dzieci poczętych z gwałtu. Mówiono: to jest dziecko dane przez Boga, chociaż tak się narodziło. Dziecko jest święte, jest darem, życiem, matka powinna je kochać i powinno się ją karać za dokonanie aborcji itp. A w obecnej dyskusji na temat metody in vitro niektórzy kaznodzieje też używali terminologii: metoda diabelska. Powtarzam: niech wstydzą się ci, którzy poczęli dziecko przez akt gwałtu, w czasie upojenia alkoholowego czy przez zdradę małżeńską. Tymczasem do tych kategorii dzieci nie stosuje się tak brutalnego języka jak w wypadku in vitro.

Wszystkie dzieci należy akceptować i kochać. I bardzo słusznie. Poleca się bardzo słusznie małżeństwom bezpłodnym adopcję. I te adoptowane dzieci rodzice mają kochać i faktycznie bardzo kochają, choć nie są one owocem ich miłości małżeńskiej. Tymczasem mówi się, że dziecko powinno się począć w akcie miłości małżeńskiej, że tylko akt seksualny jest właściwą drogą poczęcia człowieka, urodzenia człowieka. Wszystkie inne nie. A przecież rodzice adoptujący dziecko nie poczęli go w akcie miłosnym, ani nawet nie urodzili, a mają je kochać i kochają.

Dogmaty wiary nie zmieniają się nigdy, ale postawa etyczna Kościoła wobec takich czy innych zjawisk zmienia się w ciągu wieków

ks. Józef Krasiński

Udostępnij tekst

Wiem coś o tym, ponieważ szereg razy pomagałem małżeństwom bezdzietnym w adopcji. Wiem, jak bardzo kochane są te dzieci, jak są hołubione. Oczywiście, zdarzają się różne wypadki. Także w rodzinach, gdzie dzieci są zrodzone naturalnie, zdarzają się konflikty czy wyrodne dzieci. Ale ogólnie adopcja to jest wspaniała metoda. A nie jest to akt miłości małżeńskiej, tylko przyjęcie dziecka spłodzonego przez inną parę, często urodzonego w nieznanych okolicznościach. A jednak trzeba to dziecko kochać.

Nawiązując do innego argumentu wysuwanego przeciwko metodzie in vitro – że jest to realizacja egoistycznej zachcianki: czy na przykład posiadanie dzieci przez fakt adopcji nie jest nigdy kwalifikowane jako spełnienie egoistycznej zachcianki, jako realizowanie bezzasadnego prawa do dziecka? Nie ma – jak się dzisiaj niekiedy argumentuje – czegoś takiego, jak prawo do posiadania dziecka, a mimo to w adopcji ktoś bierze sobie cudze dziecko. Pragnienie posiadania dziecka i gotowość przyjęcia go to bardzo błogosławiona rzecz!

Padają w tej chwili z ambon, a nawet z ust hierarchów słowa, że wszelkie dziecko narodzone poza aktem małżeńskim jest narodzone właśnie metodą diabelską, a ma się na myśli oczywiście metodę ex vitro. W takim razie ja zwracam więc uwagę, że największe urodziny w dziejach świata, te w Betlejem, narodziny pełnej ludzkiej natury Syna Bożego, Boga wcielonego, nie dokonały się dzięki aktowi małżeńskiej miłości. Było to dziewicze poczęcie, a więc… Jeżeli ktoś tak bez serca atakuje metodę in vitro, twierdząc, że to metoda diabelska, to jest to praktycznie niezamierzona zniewaga dla Narodzin Betlejemskich.

Gorzej urodzeni?

Tutaj można cytować wiele różnego rodzaju świadectw i wypowiedzi… Chrzciłem i doprowadzałem do Pierwszej Komunii Świętej dzieci zrodzone z metody in vitro i nigdy nie widziałem, żeby miały diabelski ogon, diabelskie rogi czy jakiekolwiek inne diabelskie akcesoria. Te dzieci są bardzo kochane, kochane o wiele bardziej niż niejedno przypadkowo poczęte dziecko. Znam nawet taki ostatni przypadek ze swojej rodziny. Nie zabezpieczyli się, dziecko się urodziło. Broń Boże, nie sięgali do aborcji.

Tymczasem dziecko poczęte in vitro jest chciane. Normalnie dziecko jest poczęte w czasie rozrodczym aktu seksualnego. Rodzi się oczywiście w bólu rodzenia. A tymczasem to dziecko jest tak umiłowane, tak chciane, że nie tylko rodzi się w bólu, ale nawet poczynane jest w bólu – wiadomo, że te operacje są trudne, bolesne.

Wypowiada się konkretna matka hołubiąca dziecko ex vitro: „Moja ciąża nastąpiła po wszczepieniu tylko jednej zygoty. Nie była okupiona śmiercią żadnego innego zarodka. Moja córka stąd narodzona to nie produkt techniki, ale osoba podarowana nam przez Boga, upragniona, miłowana na każdym etapie”.

Inna matka: „Czekaliśmy na ten cud cztery lata. Moje dziecko jest wymarzone, wyczekane, wymodlone”.

Inne wyznanie: „Czekaliśmy na dziecko wiele miesięcy. Przeżyliśmy bóle i operacje. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie miłość. Nasze dziecko poczęło się z miłości i w miłości, która przezwyciężyła operacyjne cierpienie”.

Nie będę w tej chwili cytował lekarzy, oprócz wspomnianego już profesora Szamatowicza. Niestety dzisiaj matki ze względu na tę pogardę dla ich dzieci, na dyskryminację ukrywają się, rodzice się ukrywają i lekarze też nie życzą sobie cytowania ich wypowiedzi pod nazwiskiem – ze względu na to, żeby nie byli potem w takich czy innych ośrodkach atakowani.

W oskarżeniach wobec metody in vitro możemy znaleźć nawet głupstwa biologiczne, religijne czy teologiczne. Dziecko narodzone ex vitro nazywa się na przykład „sztucznym człowiekiem”. Sztucznym, bo stworzonym rzekomo metodą techniki. Ludzkość posługuje się dzisiaj olbrzymimi zdobyczami nauki i techniki. Wystarczy wskazać na samoloty ponaddźwiękowe, na statki kosmiczne. Już bardzo poważnie szykuje się wyprawę na Marsa. Teraz z powodu kryzysu odłożone są wielomiliardowe wydatki. Na Marsa trzeba by lecieć cztery lata. Powtarzam, olbrzymie są osiągnięcia współczesnej techniki: samoloty supersoniczne, statki kosmiczne, komputery, internet, wielkie zdobycze medycyny…

A żaden człowiek współczesny nie potrafi zbudować choćby jednej jedynej żywej komórki, mimo że od stu pięćdziesięciu lat instytuty biologiczne bez przerwy nad tym pracują. Uczeni nie mogą zbudować nawet najprostszej komórki! Ani glonu, ani pierwotniaka, ani bakterii, ani wirusa. Mimo tylu wspaniałych zdobyczy medycyny i techniki. Czyż mogliby więc stworzyć embrion? Culmen biosfery człowieka? Jego najbogatszy genom zawierający 20–25 tys. genów, setki tysięcy informacji: somatycznych, morfologicznych, anatomicznych, fizjologicznych itd.? Dlatego używanie terminu „sztuczny człowiek” jest dla mnie synonimem syndromu debilismus completus. Jest taka jednostka chorobowa.

Dzieci narodzone ex vitro często szykanuje się, piętnuje się. Powstało nawet stowarzyszenie do ochrony dzieci ex vitro, z hasłem: „Nie poniżajcie tych dzieci”. Dyskryminacja tych dzieci wynika z ich rzekomego „złego poczęcia”, złego pochodzenia.

Przez szereg wieków funkcjonowała kategoria bene natus. W Kościele też mieliśmy świętych, wybitnych biskupów, bene nati, dobrze urodzonych, czyli wywodzących się ze stanu szlacheckiego, hrabiowskiego, książęcego. A jeżeli któryś był z chłopów czy mieszczan, to był male natus. No właśnie… Ci bene nati mieli otwartą furtkę do ważnych funkcji społecznych, politycznych, do godności kościelnych.

Kiedy młody Stanisław Kostka uciekł z Wiednia do Rzymu, żeby wstąpić do świeżo założonego zakonu jezuitów, wędrował pieszo, w ubraniu żebraczym. Uciekł, bo chciał być zwykłym braciszkiem. Wówczas ojciec, senator Rzeczypospolitej, kasztelan zakroczymski (pamiętajmy, że Warszawa to była wtedy mieścina w stosunku do siedziby kasztelanów zakroczymskich), słał za synem do Rzymu listy gończe. Bo gdyby chłopak chciał robić karierę duchowną, biskupią, zostać w przyszłości kardynałem czy opatem, to co innego – to były stanowiska godne senatorskiego syna, ale chcieć zostać zwykłym braciszkiem zakonnym, to było nie do przyjęcia dla ambitnego polskiego pana. Nie zapominajmy, że w ówczesnym państwie Jagiellonów, bardzo potężnym, jezuici musieli lękać się jakichkolwiek zadrażnień z możnowładcami. Bo dostęp do godności biskupich czy jakichkolwiek innych mieli właśnie bene nati, dobrze urodzeni.

No a dziś wprowadza się inne kategorie: bene nati, ci z aktu małżeńskiego, i male nati, narodzeni ex vitro. Czyżby wróciła era rasistowskiej, społecznej, stanowej dyskryminacji?

Instrukcja Kongregacji Doktryny Wiary Dignitas personae odnosi się nie tylko do embrionów, które są animowane, mają duszę ludzką, ale odnosi się do wszystkich przedstawicieli gatunku homo sapiens, do całego rodzaju ludzkiego. I do tych znajdujących się w łonie matki, i do wszystkich narodzonych, ochrzczonych, chodzących do szkoły, przyjmujących Pierwszą Komunię Świętą, upragnionych, bezmiernie miłowanych przez swoich rodziców, rodziców szczęśliwych z posiadania potomstwa, nieraz licznego. Zdarza się bowiem, że te zapłodnienia powodują tak zwaną ciążę mnogą. Znam piękną wypowiedź o. prof. Jacka Salija OP – że należy kochać wszystkie dzieci, niezależnie od tego, jaką drogą przyszły na świat.

Zmienne i niezmienne

W Polsce trwają ostre dyskusje, w których wypowiadają się różne opcje, w związku z przygotowywaną w Sejmie ustawą obejmującą problem in vitro. Ustawa brytyjska, bardzo szeroka, pozwala na tworzenie większej liczby zamrożonych zygot. Z kolei we Włoszech, Szwecji i Finlandii ustawy zakazują tworzenia nadliczbowych embrionów. W Niemczech można w przygotowaniu zamrozić trzy embriony, ale lekarz ma prawo odmówić podjęcia procedury in vitro. W Polsce natomiast jest i taki projekt, który całkowicie zakazuje metody in vitro, przewidując karę od trzech lat więzienia do dożywocia, dla rodziców i lekarza. Dlaczego? Bo zabijają szereg embrionów, wielu ludzi. Jeżeli zabije się kilkoro ludzi, to wtedy grozi dożywocie.

Jaka jest w tej kwestii postawa etyczna Kościoła? Dogmaty wiary nie zmieniają się nigdy, ale postawa etyczna Kościoła wobec takich czy innych zjawisk zmienia się w ciągu wieków. Kiedyś na indeksie kościelnym były nie tylko dzieła Kopernika i Galileusza, ale także dzieła Mickiewicza, Balzaka, Wiktora Hugo itd. Dzisiaj to jest wstyd dla Kościoła. Sekcja zwłok była przez długi czas zakazana, ponieważ uważano, że jest to poniewieranie godności ciała ludzkiego. Tymczasem dzisiaj jest powszechnie przyjęta i nigdy nie słyszałem, żeby w dobie współczesnej ktokolwiek kwestionował potrzebę przeprowadzania sekcji zwłok. Nawet gdyby chodziło o zmarłego kardynała czy papieża, zwłaszcza w efekcie wypadku.

Weźmy na przykład kwestię ekumenizmu. Kiedy byłem studentem w seminarium, moim nauczycielem był bp Piotr Gołębiowski, który wykładał teologię moralną. Mówił nam: „Kto by, będąc katolikiem, wszedł do kościoła protestanckiego czy prawosławnego i modlił się, popełnia grzech ciężki”. Ja już wtedy buntowałem się. Nie wierzyłem bowiem, żeby Pan Bóg kogokolwiek tak potraktował. Dzisiaj nabożeństwa ekumeniczne odbywają się w różnych kościołach. Przychodzą do nas inni chrześcijanie i my idziemy do prawosławnych, protestantów, metodystów, luteran, kalwinistów… Wspólnie modlimy się. Zmieniła się więc postawa Kościoła.

Inny przykład: kremacja zwłok. Leon XIII wydał kilka encyklik antymasońskich, w których podkreślał: kto praktykuje kremację zwłok, będzie ekskomunikowany – z tego względu, że jest to poniewieranie godności ciała ludzkiego. Dzisiaj, po II Soborze Watykańskim, kapłan stoi przed piecem krematoryjnym, gdy spalane są zwłoki, jak przed grobem, i żegna to ciało. Zmieniła się więc postawa etyczna w tym względzie.

Jestem przekonany, że z czasem zmieni się także katolicka ocena etyczna procedury zapłodnienia in vitro.

Jeszcze jeden przykład: na łamach przedwojennego miesięcznika „Homo Dei” ukazywały się artykuły odrzucające zdecydowanie nowo wynalezioną metodę regulacji poczęć, a mianowicie metodę termiczną, tak zwaną metodę objawowo-termiczną Ogino–Knausa. Dziś jest to metoda zalecana przez Kościół, wręcz promowana – bo przeciwstawia się całej gamie środków antykoncepcyjnych. I oczywiście podpisuje się pod nią czworgiem rąk.

Dlaczego więc potępiały ją artykuły tego arcypobożnego, arcykatolickiego, kapłańskiego periodyku „Homo Dei”, wychodzącego po dzień dzisiejszy? Bo kobieta na podstawie pomiarów temperatury wybiera dni bezpłodne. Pobożne przedwojenne „Homo Dei” miażdżyło tę praktykę z tego względu, że jej stosowanie oznaczało jakoby zapominanie, iż istotnym celem małżeństwa jest płodność. A kto wybiera dni bezpłodne, oszukuje Pana Boga, sprzeciwia się Prawu Bożemu. „Jest to przejaw relatywizmu etycznego, etyki sytuacyjnej, wpływu masonerii” i tak dalej, i tak dalej – argumentowano wówczas…9

Dzisiaj ta atakowana i zwalczana przez katolickich teologów metoda naturalnej regulacji poczęć jest uznawana za świętą, błogosławioną metodę i zalecana jest w każdej parafii. Przeciwstawia się ją niemoralnym środkom antykoncepcyjnym. Dziś w każdej niemal parafii działa poradnia życia rodzinnego, w której osoby odpowiednio przygotowane pouczają narzeczonych i młodych małżonków, jak stosować naturalną regulację poczęć. Jestem przekonany, że przyjdzie taka era, której zapewne nie dożyjemy, że w każdej parafii będzie istniał także zespół wspomagający katolicką pragmatykę leczenia bezpłodności metodą in vitro.

Wesprzyj Więź

Tyle, żeby nie przedłużać, wypowiedział staruszek. A nie jestem jeszcze taki stary, bo dopiero kończę… drugą pięćdziesiątkę, czego i Państwu życzę. Szczęść Boże.


1 Z punktu widzenia genetyki dziecko może mieć dwie tzw. matki genetyczne (jądro komórkowe od jednej, a od drugiej cytoplazmę wraz z mitochondriami i ich genomem) – przyp. red.
2 Ujmując rzecz ściślej: wspomniane tu choroby nie są leczone na poziomie genetycznym, tylko objawowo. Inaczej jest dziś np. z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA), który doczekał się w ostatnich latach prawdziwej i skutecznej terapii genowej – przyp. red.
3 Jan Paweł II, Etyczne problemy genetyki, przemówienie do uczestników sympozjum „Aspekty prawne i etyczne badań nad genomem ludzkim”, zorganizowanego przez Papieską Akademię Nauk 20.11.1993 r., w: W trosce o życie. Wybrane dokumenty Stolicy Apostolskiej, red. K. Szczygieł, Tarnów 1998.
4 Dziś na całym świecie co roku dochodzi do ok. 2,5 miliona zapłodnień in vitro rocznie; liczba urodzeń z zapłodnień in vitro każdego roku na świecie to nieco ponad pół miliona – przyp. red.
5 Wciąż brakuje rzetelnych statystyk, wydaje się jednak, że w Polsce żyje ponad 100 tys. osób urodzonych z zapłodnienia pozaustrojowego – przyp. red.
6 Ściślej rzecz ujmując, 1 mililitr spermy zawiera zwykle ok. 100–350 milionów plemników. Przy regularnych i częstych (codziennych) ejakulacjach notuje się spadek do przedziału 50–150 milionów plemników – przyp. red.
7 Termin „nidifikacja” jest obecnie rzadko stosowany na gruncie polskim. Powszechnie używa się raczej terminu „zagnieżdżenie” bądź „implantacja” na oznaczenie momentu, w którym zarodek wnika w błonę śluzową macicy, najczęściej tylną jej ścianę. Autor pisze dalej więcej o nidifikacji – przyp. red.
8 Kard. Martini zmarł w 2012 r., a ks. prof. Ślipko w 2015 r. – przyp. red.
9 Argumentacja ta była zgodna z nauczaniem encykliki Piusa XI Casti connubii z 1930 r. – przyp. red.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” zima 2022

Podziel się

62
11
Wiadomość

Stanowisko Komisji Bioetyki episkopatu, której przewodził ks.bp Henryk Hoser i przyczynił się do pogrzebania projektu min.sprawiedliwości w rządzie D.Tuska Jarosława Gowina uregulowania in vitro, jest niezrozumiałe. Chodzi mi o uznanie metody in vitro za moralnie złą nawet, jeżeli nie dochodziłoby do zamrażania lub niszczenia embrionów ludzkich. Jest to stanowisko podobne do uzasadnienia zakazu transfuzji krwi u Świadków Jehowy. A co, jeżeli z powodów chorób cywilizacyjnych jedynie metoda in vitro będzie wypełnieniem przykazania rozmnażania się?

Jednak przemilczanie kompromisów etycznych związanych z tą metodą – może nawet na etapie jej doskonalenia, może kiedyś będzie to metoda „czysta” – jest kłamstwem, u jednych w dobrej wierze, bo cel uświęca środki, u niektórych dla celów partykularnych, np. w przypadku przemysłu medycznego dla pieniędzy lub jeszcze dla innych partykularnych celów. Żarliwie całkowitego potępienia tej metody jak i jej bezkrytycznego wychwalania mogą bronić tylko fanatycy. Niestety, powyższy artykuł jest fanatyczny i uważam, że jeżeli musiał być zamieszczony – a w kwartalniku uznającym dialog za wartość chyba nie powinien – powinien mu towarzyszyć dopisek „redakcja nie ponosi odpowiedzialności za metody autora”. Budzi moje rozczarowanie wyeksponowanie przez redakcję fragmentu, w którym Autor mówi, że nie widział nigdy u dzieci z in vitro ogonów diabelskich. To jest kulturalne obrażanie adwersarzy i przedstawianie ich w fałszywym świetle. Osobiście słyszałem polemikę Marka Jurka z pewnym biskupem, który optował za pozostawieniem zamrożonych embrionów na wieki wieków. Uzasadniając to godnością każdego człowieka, Marek Jurek uzasadnił ich prawo do narodzenia. To powszechne nadużycie, że na adwersarza wybiera się z przeciwnego obozu osobę najsłabszą intelektualnie, a nawet etycznie. To nie jest otwartość. Otwartość to postawa taka sama wobec Adama Michnika czy Marka Jurka, wobec Dominiki Kozłowskiej ze Znaku czy Pawła Milcarka z Christianitas.

A wracając do obecnej sytuacji, wobec projektu Platformy zgłoszonej niedawno liberalnej ustawy o in vitro, na miejscu PiSu wyciągnąłbym z szuflady zarzucony projekt J.Gowina, który byłby ogromnym postępem wobec aktualnego bezhołowia w tym obszarze. PSL oraz kilku posłów Platformy by ją mogło poprzeć, bo kiedyś popierali. S.Hołowania też by pewnie poparł. Kościół mógłby co najmniej zachować neutralność, o ile nie poprzeć jak kompromis ws. nienarodzonych w 1992 roku (słyszałem, że wobec frondy Jana Łopuszańskiego w ZChN przeciw kompromisowi, przed głosowaniem przyjechał do Sejmu prymas Glemp by uratować ustawę). Niestety, Prawa i Sprawiedliwości chyba na to nie stać „bo Gowin”, „bo o.Rydzyk”, „bo itp.”.

@Jarek
” Ochrona życia w konstytucji jest od poczęcia”

To na pewno treść polskiej konstytucji ?

Bo ja na stronie Sejmu znajduję taką treść:

“WOLNOŚCI I PRAWA OSOBISTE

Art. 38.
Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia.”

Jest “ochrona życia”, nie jest napisane od jakiego momentu ta ochrona się zaczyna ani kiedy w ogóle człowiek “się zaczyna”

Lubię precyzję.

Przepis celowo nie zawierał słów “od poczęcia”, które forsowano w pierwszym szkicu Konstytucji. Jest to zrozumiałe, bo umieszczenie ochrony “od poczęcia” byłoby niemożliwe. Trzeba by było ścigać i skazywać każdą kobietę, co zaszła w ciążę i samoistnie poroniła nawet o tym nie wiedząc. Inaczej przepis byłby fikcją, a państwo pozwalałoby na bezkarną śmierć setek tysięcy ludzi rocznie.

Inna sprawa, że “ochrona od poczęcia” nie obejmuje in-vitro, bo tam nie ma “poczęcia”, tylko “zapłodnienie” w warunkach laboratoryjnych.

Konstytucyjna ochrona “od poczęcia” oznaczałaby np. zakaz używania wkladek domacicznych (np. wkładka hormonalna dzięki uwalnianiu gestagenu sprawia, że endometrium nie urośnie na tyle, aby przyjąć ewentualną zapłodnioną komórkę i ta zostaje wydalona). Innymi słowy, pisalabym te słowa z więzienia… 😉 P.S. Wkładki hormonalne zakłada się też w celach terapeutycznych, gdy następuje niebezpieczny rozrost endometrium z potencjałem rozwoju do nowotworu, z reguły z towarzyszeniem nieprawidłowych obfitych krwawień. Innymi słowy, gdybyśmy trzęśli się nad każdą zygotą i – o zgrozo- zapisali jej ochronę w Konstytycj, kobiety nie miałyby dostępu do niektórych osiągnięć nowoczesnej medycyny (pigułka jednoskładnikowa, wkladka wewnątrzmaciczna, implant podskórny, zastrzyk z progesteronu itp.).

“Kościół mógłby co najmniej zachować neutralność”
Kościół powinien stać twardo na straży swoich przekonań. Zawsze. Zaś państwo powinno zachowywać neutralność wobec wszystkich kościołów. Tylko tyle.

Dziękuję Redakcji portalu Więź.pl za bezpłatne udostępnienie pasjonującego artykułu ks. Józefa Krasińskiego wszystkim zainteresowanym, zwłaszcza tym, którzy nie kryją wdzięczności za ten głos w obronie godności dzieci poczętych dzięki metodzie ex vitro I ich rodzicom. Niech ta publikacją artykułu zmarłego Księdza Profesora przez katolicką “Więź” będzie zadośćuczynieniem za wszystkie głupie, bezduszne wypowiedzi na ten temat z ust kaznodziejów i gorliwych obrońców nauczania kościelnego bez miłosierdzia.

Dopiero teraz przeczytałem tekst. Jego autor ks. Józef Krasicki był mi bardzo bliski. Przyjaźniliśmy się. Mimo a może właśnie dlatego ze odszedłem z zakonu. Podzielał moje poglądy i często mi to (prywatnie) mówił bo wiedział w jakim kraju żył. Ja tez wiem.

Spór, o czym wiadomo od dawna, toczy się o moment “animacji” – stania się osobą i nabycia osobowych praw (nie tylko do życia, ale i np. do niebycia bezwolnym przedmiotem eksperymentów).
Wydaje się, że Autor zbyt łatwo przechodzi od “nie wiadomo” w tej kwestii (zapłodnienie czy implantacja) do “a więc implantacja”. Etyka personalistyczna, a i teologia moralna, będą w tej sytuacji stosować rozwiązanie tucjorystyczne: unikamy czynienia zła – stąd postulat ochrony praw osobowych od zapłodnienia/poczęcia. Dlatego wspomniani liczni myśliciele postulowali ochronę życia od poczęcia, choć “wierzyli”, że animacja następuje później. Skąd ta rozbieżność? Z tucjoryzmu właśnie, którego Autor nie podtrzymuje.
Ponadto istnieją koncepcje rozwiązujące problem ewentualnego podziału bliźniaczego wczesnego zarodka lub połączenia dwóch w jeden zachowujące ideę animacji równoczesnej.

Czy w świetle tego, o czym pisze ks.prof. Józef Krasiński, że nawet wśród teologów nie ma zgodności, od jakiego momentu – od powstania zygoty czy jej implantacji w macicy umożliwiające dalszy rozwój – zaczyna się osobowe życie (z jego godnością i prawami), czy w świetle tego stanu naszej wiedzy i niewiedzy uprawnione jest używanie takiego języka, że “w procedurze in vitro zamraża się i następnie zabija nienarodzone dzieci”? Itp.