Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Ulmowie, moi sąsiedzi. Markowa z perspektywy dziecka

Wiktoria Ulma z dziećmi. Fot. ze zbiorów krewnych rodziny Ulmów / www.ulmowie.pl

Wychowałam się w Markowej, w cieniu historii Ulmów. Są mi bardzo bliscy. Ale o ich żydowskich przyjaciołach, wspólnie z nimi zamordowanych, wiem znacząco mniej.

Historia rodziny Ulmów, coraz bardziej znana w Polsce i na świecie, opowiadana jest z różnych perspektyw: relacji polsko-żydowskich, polsko-żydowsko-niemieckich, polsko-polskich, z perspektywy świeckiej i religijnej, z naocznych świadków i tych, którzy znają ją z ust swoich rodziców lub dziadków. A ja w sobie coraz bardziej słyszę głos dziecka, które wychowało się w Markowej, w cieniu historii Ulmów, 500 metrów od miejsca ich domu oraz 200 metrów od okopu – miejsca pochówku kilkudziesięciu zamordowanych Żydów. Ten głos, jak to z dziećmi bywa, mówi nieco inaczej…

Historii rodzin Ulmów, Goldmanów, Didnerów i Grünfeldów nie da się zrozumieć bez poznania specyfiki społeczności markowskiej. Wnikanie w nią, zakorzenianie się w niej i bycie jej częścią, było szczególnym doświadczeniem dla mojej rodziny i dla mnie samej – jako rodziny przyjezdnej z daleka. O tym właśnie chciałabym opowiedzieć.

Wesprzyj Więź.pl

Markowiacy cenią pracowitość

Moi rodzice jako młodzi lekarze wyemigrowali tuż po studiach z gierkowskiego, relatywnie bogatego Śląska na podkarpacką wieś. W roku 1975 rozpoczęli pracę w gminnym ośrodku zdrowia. Już sam ten ośrodek zdrowia dużo mówi o Markowej.

Powstał on w okresie międzywojennym jako pierwsza w Polsce spółdzielnia zdrowia założona z inicjatywy samych mieszkańców. Za motto dla spółdzielni wybrali dość butne słowa, świadczące jednak o ich silnej determinacji: „Tylko słabi czekają na sprzyjające warunki – silni stwarzają je sobie sami”.

W przededniu beatyfikacji Ulmów jest we mnie ogromna potrzeba przywrócenia pamięci o ich żydowskich przyjaciołach – chociażby mojej pamięci. Dlatego 10 września udam się na cmentarz w Jagielle, gdzie znajduje się mogiła Żydów zamordowanych wraz z gospodarzami, którzy ich ukrywali

Magdalena Kotowska

Udostępnij tekst

Ośrodek zdrowia działał najpierw jako spółdzielnia, a potem przejęty został przez skarb państwa. Był ważnym punktem w życiu tej wiejskiej, niezależnej społeczności. Ośrodek – wraz ze służbowymi mieszkaniami dla lekarzy, pielęgniarek i farmaceutki (apteka znajdowała się w tym samym budynku co przychodnia) – stanowił swego rodzaju wspólnotę.

Zanim mój tata usłyszał: „to jest nasz doktor” – musiał na takie słowa zapracować. I mama, jako dentystka, też. Markowiacy zawsze wysoko cenili sobie pracowitość. Nie zawsze tę ich pracowitość dobrze odbierali mieszkańcy okolicznych wsi, często kwitowali ją stwierdzeniem: „pazerni na pieniądze”. Bo wieś Markowa zawsze była bogatsza od okolicznych gromad. A nie każdy chciał dostrzec, że było to wynikiem ciężkiej pracy.

„Tacy Samarytanie”…

Do moich rodziców w Markowej przyjeżdżali goście – rodzina ze Śląska. To wtedy poznałam historię Ulmów. Rodzice z przejęciem mówili o niej gościom, zawsze ściszonym głosem – tak, żeby dzieci nie słyszały… A jednak coś słyszały! Opowiadaniom tym, zazwyczaj przy kuchennym stole, towarzyszył ruch ręki wskazującej miejsce domu Ulmów, które było widoczne przez zachodnie okno naszej kuchni.

Historię Ulmów rodzice poznali dzięki przekazom ustnym markowiaków. We wsi wszyscy ją znali, ale każdy trochę inaczej. Dla mnie, dziecka z rocznika 1977, historia ta w spójny sposób ujawniła się w szkole podstawowej, na bardzo wczesnym etapie.

Pamiętam, że siostra zakonna, która uczyła nas religii w budynku trzyklasowej szkoły z piecem kaflowym i ręcznym dzwonkiem, mówiła nam, że Ulmowie to „tacy Samarytanie”. Nie bardzo rozumiałam to określenie, ale jedno zapamiętałam: że Polacy ratowali Żydów w czasie II wojny światowej.

Budynek z tajemnicą w środku

Wraz z wiekiem to biało-czarne widzenie rzeczywistości nabierało odcieni szarości. Zwłaszcza historia okopu, zlokalizowanego 200 metrów od ośrodka zdrowia, zmuszała do zadawania pytań. Tam dokonano egzekucji kilkudziesięciu Żydów, w wyniku obławy zarządzonej przez Niemców. Wzięli w niej udział m.in. członkowie lokalnej Ochotniczej Straży Pożarnej.

Pytania rodziły się także po wysłuchaniu opowieści starszych ludzi, różnie pamiętających ten straszny dzień obławy zorganizowanej 13 grudnia 1942 r., z tragicznym finałem dnia następnego. Niemcy postawili sobie wtedy za cel wyłapanie wszystkich Żydów ukrywających się w Markowej. Sołtys, strażacy i członkowie warty gromadzkiej zostali zobowiązani do uczestniczenia w akcji.

W nocy z 13 na 14 grudnia wyłapani Żydzi zostali zamknięci w gminnym areszcie – budynku z dużą piwnicą, który do dziś znajduje się przy skrzyżowaniu głównej drogi we wsi i drogi Łańcut–Kańczuga, poniżej ośrodka zdrowia. Nazajutrz ich rozstrzelano.

Budynek ten mijałam przez 17 lat swojego życia, w drodze do szkoły czy na przystanek autobusowy. Zawsze wydawał mi się dziwny, z jakąś tajemnicą w środku. Nie był już wtedy budynkiem z określoną funkcją (a w tej wsi wszystko miało zawsze swoją rolę), ani też domem żadnej z moich koleżanek czy kolegów. Dopiero po wielu, wielu latach poznałam mroczną historię tego miejsca.

Przy tym samym skrzyżowaniu, naprzeciwko budynku dawnego aresztu, stoi „od zawsze” sklep spożywczy, do którego mama wysyłała mnie po ryż lub sól – jedyne produkty, w które zaopatrywaliśmy się w sklepie, bo wszystkie inne kupowało się u gospodarzy. A czasem i dostawało, bo markowiacy byli bardzo serdeczni. Sklep ten przed wojną prowadziła jedna z rodzin zamordowanych w domu Ulmów.

Skrzyżowanie dróg we wsi. Z jednej strony skrywa tajemnicę śmierci w budynku aresztu, z drugiej – tajemnicę życia codziennego: prowadzenia sklepu, w którym ludzie, czy to Żydzi, czy Polacy, witali się, pozdrawiali, „plotkowali”. Skrzyżowanie dróg życia i śmierci…

Inna, ale przyjęta

W dzieciństwie mój mikroświat miał granice jasno określone, zazwyczaj wytyczone przez domy sąsiadów. Jedną z sąsiadek była pani Ulma, która wraz z mężem prowadziła, w moich oczach ogromną, szklarnię z najlepszymi nowalijkami, po które wiosną wysyłała mnie mama w porze „okołokolacyjnej”. Nazwisko sąsiadki nie było przypadkowe. Była żoną rodzonego brata Józefa Ulmy. Pan Ulma, tak jak Józef, miał smykałkę do uprawiania warzyw i owoców.

Mikroświat dzieciństwa tworzą także przyjaźnie. Czy w Markowej było o nie trudno? Byłam córką doktora, który nie ma ani pola, ani kur; córką pani doktor, która nie idzie doić krów wieczorem. A więc kimś innym, odmiennym. Wbrew pozorom nie było aż tak trudno, choć wymagało to starań – nauczenia się reguł rządzących gospodarstwem rolnym, bez jego posiadania. A reguły te rządziły całą wsią z dokładnością co do kwadransa. Czułam się inna, ale przyjęta.

Byłam przyjęta przez moje serdeczne koleżanki ze szkoły. Jedna z nich mieszkała na tzw. Kazimierzu, zlokalizowanym na południe od rzeki Markówki. Nazwa tej części wsi ma swoją historię – przed wojną znajdowały się tam domy rodzin żydowskich na przemian z polskimi. We wczesnym dzieciństwie nie wiedziałam, skąd ta nazwa – dla mnie po prostu był to Kazimierz, wspaniały plac do zabaw z moimi najlepszymi koleżankami. Nazwa Kazimierz funkcjonuje do dziś.

Niedawno, odwiedzając Markową, usłyszałam od członka orkiestry dętej, świętującej w tym roku 110-lecie istnienia, że markowiacy uznają człowieka za swojego po siedmiu latach. To taka niepisana reguła społeczności, mimo wszystko, dość hermetycznej. O tej hermetyczności świadczy także duża samowystarczalność w myśl wcześniej cytowanego motta „Tylko słabi czekają na sprzyjające warunki – silni stwarzają je sobie sami”.

Zgodnie z nim markowiacy sami stworzyli przez lata nie tylko ośrodek zdrowia, ale też spółdzielnię mleczarską, piekarnię, ochotniczą straż pożarną, trzy szkoły, trzy przedszkola, dom nauczycielski, dom weterynaryjny, przepiękny skansen, ludowy dom kultury, teatr, orkiestrę dętą. No i – co dla mnie ważne – bibliotekę z niesamowitym zbiorem książek na parterze i piętrze, z wręcz kościelną ciszą, która była dla mnie niezapomnianym, wręcz sensualnym miejscem – wejściem do światów wyimaginowanych.

Skąd taka samoorganizacja, taka potrzeba samowystarczalności w Markowej? Jakiegoś tropu odpowiedzi na to pytanie można próbować szukać w odległej, ponad 600-letniej historii, kiedy to emigranci z Górnej Saksonii przybyli na te tereny, budując nową społeczność, dość hermetyczną., a więc zdaną na siebie i na swoją samowystarczalność.

Po prostu być człowiekiem

I w społeczności tej urodził się Józef Ulma oraz jego przyszła żona Wiktoria. Kim byli? Lata temu, na pytanie kim był Józef i skąd u niego taka postawa miłosierdzia i oddania drugiemu, najmłodszy brat Józefa Ulmy udzielił odpowiedzi: „Bo był człowiekiem”. Człowiekiem, w jego pełnym wymiarze…

Ostatnio rozmawiałam na temat rodziny Ulmów z kimś młodym, nieznajdującym punktów wspólnych z Kościołem katolickim. Powiedział mi, że odbiera uroczystość beatyfikacji Ulmów jako anektowanie ich historii przez Kościół… Gdy po raz pierwszy usłyszałam tę opinię, czułam wewnętrzne oburzenie i odebrałam to jako całkowite pomieszanie pojęć. Przecież nikt nie anektuje tej historii! Ulmowie byli głęboko wierzący, praktykujący, a dążenie do życia zgodnie z Ewangelią, a więc do świętości, było wyborem ich życiowej drogi!

Po pierwszym oburzeniu i niezgodzie przyszło jednak wspomnienie słów brata Józefa Ulmy. A może w tej opinii jest ziarenko prawdy? Może to wołanie, abyśmy postrzegali stanięcie po stronie szacunku i prawa do życia dla każdego człowieka, niezależnie od jego nacji i przekonań, jako wyraz człowieczeństwa, a nie religii czy świętości?

Z dużą otwartością i ciekawością w następnej rozmowie z tym młodym człowiekiem zadam pytanie, skąd on czerpie inspirację i siłę do tego, aby stawać się człowiekiem – człowiekiem w jego najpełniejszym wymiarze?

Przyjaciele w domu wspólnego Ojca

Wiktoria Ulma – od 10 września: błogosławiona – to dla mnie sąsiadka zza płotu. Nigdy niepoznana, a jednak bardzo dobrze znana. Jest mi naprawdę bliska. Modlę się za jej wstawiennictwem za moją rodzinę. I choć, jak napisałam, rozpoznaję wartość perspektywy mojego młodego rozmówcy, to dla mnie ogromną radością jest beatyfikacja rodziny Ulmów.

Ale co z żydowskimi przyjaciółmi Wiktorii i jej męża? Na ile oni są mi znani, poprzez różne przekazy ustne czy też spisane? Stwierdzam ze smutkiem i bólem, że znacząco mniej… W przededniu beatyfikacji Ulmów jest we mnie ogromna potrzeba przywrócenia im pamięci – chociażby mojej pamięci.

Dlatego w niedzielę 10 września udam się na cmentarz w Jagielle, gdzie znajduje się mogiła tych przyjaciół, zamordowanych wraz z gospodarzami, którzy ich ukrywali: Saula, Barucha, Mechela, Joachima, Mojżesza, Gołdy, Lei, Reszli… Pójdę tam bez pewności, czy uda mi się uczestniczyć w modlitwie, którą ma poprowadzić naczelny rabin Polski Michael Schudrich. Kościelni organizatorzy podają bowiem, że ta modlitwa ma charakter prywatny.

Wesprzyj Więź

Tak czy owak – będę na tym cmentarzu i będę modlić się za pochowanych tam żydowskich przyjaciół Ulmów, wierząc, że są razem z Wiktorią, Józefem i ich dziećmi w domu wspólnego Ojca, na uczcie weselnej Oblubieńca i Oblubienicy.

A w Markowej wesela to były wesela! Ale o tym to już należałoby napisać osobny tekst…

Na Więź.pl o beatyfikacji Ulmów przeczytacie:
Zbigniew Nosowski, 
I Sprawiedliwi, i Jedwabne
Kard. Nycz: To będzie beatyfikacja rodziny Ulmów, a nie narodu
Agnieszka Bugała, 
Żydzi u Ulmów, czyli rodzina poszerzona
Rabin Schudrich: Ulmowie pokazali, że w tym niedoskonałym świecie można coś naprawić
Watykan: Siódme dziecko Ulmów zostanie beatyfikowane jako narodzone
Ks. Andrzej Draguła, 
Osobiście nie widzę przeszkód, by beatyfikować dziecko nienarodzone
Mateusz Środoń: Dobrze, że byli Ulmowie
Zbigniew Nosowski, O Ulmach nigdy dość

Paweł Stachowiak, Wyrwać Ulmów z pułapki polityki pamięci
Maria Czerska, Kim byli Żydzi, którzy ukrywali się u Ulmów?
Kard. Ryś: Ulmom nie udało się uratować ośmiorga Żydów, ale uratowali człowieczeństwo

Podziel się

11
3
Wiadomość