Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Słowa „gej” czy „homoseksualista” wtedy nawet nie znałem

Fot. Pasja1000 / Pixabay

Pan Bóg, robiąc mnie gejem, zabrał mi parę rzeczy, choćby rodzicielstwo. Jednak to, co w ostatnich latach dzieje się w moim życiu, to prawdziwy cud – mówi Kazimierz Strzelec, jeden z bohaterów książki „To jest także nasz Chrystus”.

Marcin Dzierżanowski: Można powiedzieć, że w październiku 2022 r. wygrałeś z ministrem Przemysławem Czarnkiem.

Kazimierz Strzelec: Dla mnie to jest prawdziwy cud. Ja, prosty mechanik w pewnym sensie pokonałem system. Udało mi się nawet poruszyć Komisję Europejską. Bóg musiał tym sterować.

Wesprzyj Więź.pl

Od początku było wiadomo, że radni są tylko pionkami. Ta uchwała to robota Czarnka. W 2019 r. jako wojewoda lubelski wymyślił, że samorządy będą przyjmowały uchwały przeciwko LGBT. Radnym, którzy będą za tym głosować, obiecał nawet medale.

Po trzech latach twoich zabiegów radni Niedrzwicy Dużej uchylili swoją własną uchwałę o tym, że wasza gmina to tzw. strefa wolna od LGBT. Pierwszy był Świdnik.

– Za nim poszły kolejne gminy Lubelszczyzny, a potem także inne regiony Polski, m.in. Rzeszowszczyzna. Działacze LGBT+ stworzyli „Atlas nienawiści”, w którym zaznaczali kolejne miejsca, gdzie radni przyjmowali te okropne uchwały. Kiedy zobaczyłem, że na mapie jest moja Niedrzwica, wiedziałem, że muszę coś zrobić.

Od czego zacząłeś?

– Od listu do wójta. Napisałem, że od urodzenia tu mieszkam, jestem przykładnym obywatelem, płacę podatki. I że jako gej nie mogę być dyskryminowany. Z dziesięć razy ten list poprawiałem, żeby nie było błędów.

Odpisał?

– Owszem. Tłumaczył, że radni wszystkich szanują, tylko są przeciwko „seksualizacji dzieci”. Ręce mi opadły. Postanowiłem nie odpuszczać. Pisałem kolejne pisma, prosiłem o spotkanie. W 2021 r. Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego zrobiło badania, z których wynika, że osoby nieheteronormatywne żyjące na terenie „stref wolnych od LGBT” są bardziej narażone na depresję i myśli samobójcze. To też napisałem w piśmie do gminy.

Spotkali się z tobą?

– W końcu tak, wójt i przewodniczący rady. Opowiedziałem im historię, którą znałem od mojej świętej pamięci mamy. W czasie wojny babcia ukrywała żydowską rodzinę, ale sąsiedzi ją nachodzili i straszyli, że podadzą do Gestapo. Żydzi musieli się więc ukryć w lesie, ale ktoś ze wsi ich w końcu zadenuncjował. Niemcy spędzili okolicznych mieszkańców na plac w Niedrzwicy i na ich oczach zabili całą żydowską rodzinę. Najpierw dziecko, żeby matka widziała, jak umiera. Moja mama też to musiała oglądać.

Wzrastałem w cieniu wielkiej żałoby po starszym rodzeństwie. To się mocno na mnie odbiło, bo rodzice wychowywali mnie w tym swoim żalu i bólu. Dostałem od nich dużo miłości, ale mało czułości

Kazimierz Strzelec

Udostępnij tekst

„To wszystko się działo kilkadziesiąt metrów od tego urzędu” – powiedziałem wójtowi. Wiesz, co mi na to powiedział? Że przecież chodzę po wsi w tęczowej maseczce i nikt mi nic nie robi, więc o co mi chodzi. Później już nawet nie chciał się ze mną spotykać. Gdy pisałem lub dzwoniłem, sekretarka mówiła, że pana wójta nie ma albo że nie ma czasu.

Ale znów się nie poddałeś, tak?

– W żadnym wypadku. Próbowałem znaleźć radnych, którzy mogliby zgłosić inicjatywę uchylenia tej nieszczęsnej uchwały, ale wszyscy po kolei się wykręcali. „Ja jestem nowy”, „Muszę się jeszcze zastanowić”, „Nie ma sensu próbować, bo inni i tak zagłosują przeciw”. W końcu wysłałem list do ośmiu instytucji Unii Europejskiej, adresy mailowe pomogli mi znaleźć działacze Kampanii Przeciw Homofobii. Zareagowało biuro szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, które przekazało moją petycję do Dyrekcji Generalnej ds. Rozwoju Regionalnego Unii Europejskiej. Ta z kolei wysłała pismo interwencyjne do mojej gminy. I wtedy nasi radni najwyraźniej zaczęli trząść portkami.

Skąd wiesz?

– Bo nagle zaczęli mnie traktować poważnie. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Wtedy już głośno mówiono, że Unia będzie zabierać pieniądze samorządom, które dyskryminują osoby LGBT+. A ja poczułem wiatr w żaglach. Gdy Fundacja Rozwoju Demokracji Lokalnej przyznała Niedrzwicy wysokie miejsce w rankingu gmin, napisałem do nich pytanie: „Jak można nagradzać samorządy, które wykluczają część swoich mieszkańców?”. Policzyłem sobie, że skoro w naszej gminie mieszka 12 tys. osób, statystycznie 600 z nich to osoby LGBT+. Podobno z fundacji dzwonili do gminy, więc wójt przestraszył się, że będzie zamieszanie. W końcu 25 października po cichaczu przyjęli uchwałę odwołującą tę poprzednią. Wiedzieli, że jako mieszkaniec chcę zabrać głos podczas sesji, więc głosowania nie umieścili w planowanym porządku obrad. W uchwale nie napisali też wprost, z czego się wycofują i dlaczego.

„W związku z tym, że w sferze publicznej zaistniała błędna interpretacja Stanowiska Rady Gminy Niedrzwica Duża z dnia 28 maja 2019 r. wskazująca na inne cele i wartości niż te, które w rzeczywistości przyświecały Radzie Gminy…”. Rzeczywiście, ani słowa o tym, o co naprawdę chodziło.

Wstyd im było! To dobrze.

Kazik, zawsze miałeś w sobie tyle determinacji i odwagi?

– Ja? Chyba żartujesz! Przez całe życie rządził mną jebany strach.

Nie wierzę. 

– To uwierz. Mnie się zawsze wydawało, że jestem najbrzydszy, najgłupszy i nie mam innym nic do zaoferowania. Od najwcześniejszego dzieciństwa.

Spędziłeś je w Trojaczkowicach?

– Tak. Jestem rocznik 1960, wychowywałem się w cieniu rodzinnej tragedii. Rok przed moim urodzeniem trójka mojego starszego rodzeństwa śmiertelnie zatruła się czadem. Gdy przyszedłem na świat, mama i taka byli jeszcze w głębokiej traumie. Przypuszczam, że miałem im złagodzić ból, ale przecież to niemożliwe, więc wzrastałem w cieniu wielkiej żałoby. To się mocno na mnie odbiło, bo wychowywali mnie w tym swoim żalu i bólu. Dostałem od nich dużo miłości, ale mało czułości. Później co trzy lata rodziły się kolejne dzieci, po mnie jeszcze czwórka. 

Czym zajmowali się rodzice?

– Byli bardzo biedni, tata był kolejarzem, mama pracowała na roli. Mieliśmy malutkie gospodarstwo, hektar ziemi, uprawialiśmy trochę kartofli, do tego jakaś krówka, świnka, kury. Jako najstarszy syn od wczesnych lat pomagałem na roli, pamiętam, jak nie lubiłem wyrzucać gnoju.

To jest także nasz Chrystus
Marcin Dzierżanowski, „To jest także nasz Chrystus. Rozmowy z chrześcijanami LGBT+”, Warszawa 2023

W dzieciństwie starałem się nie rzucać w oczy. Ze szkoły mało pamiętam, ale utkwiła mi w głowie taka scena. Druga albo trzecia klasa podstawówki, lekcje prowadziła praktykantka, mieliśmy narysować samolot, pamiętam, jak się starałem. Na koniec zajęć przyszła nasza nauczycielka i wskazując na mnie, powiedziała do praktykantki: „Temu możesz postawić dwóję nawet bez oglądania rysunku”. I ta dziewczyna wstawiła, choć z tego, co pamiętam, było jej wstyd.

To potwornie dziwna sytuacja. Wiesz, o co chodziło?

– Nie mam pojęcia. Nie pamiętam też imienia nauczycielki ani nawet tego, jak wyglądała. Pamiętam upokorzenie i poczucie krzywdy.

Poszedłeś do kogoś na skargę?

– Żartujesz? Nawet mi to do głowy nie przyszło. Bałem się, że jeszcze zostanę skrzyczany! Ale poczułem wewnętrzny sprzeciw.

Kiedy sobie uświadomiłeś, że jesteś gejem?

– Słowa „gej” wtedy nawet nie znałem. Słowa „homoseksualista” też się raczej nie używało, co najwyżej „pedał”, ale też chyba rzadko. Chyba że jako obelgę. Bo wtedy ludzie z „pedałów” albo drwili, albo mówili o nich jak o przestępcach.

Gdy słyszałeś „pedał”, myślałeś, że to również o tobie?

– W podstawówce nie. Potem, w technikum kolejowym w Lublinie, zauważyłem, że podobają mi się faceci. Szkoła była typowo męska, dziewczyn było może z 10 procent. Testosteron zaczął działać, pamiętam, że gdy po wuefie braliśmy prysznic, podobały mi się męskie ciała.

Słyszałem, jak koledzy rozmawiali o dziewczynach, a ja nie miałem na ten temat nic do powiedzenia. Czułem, że to nienormalne, zastanawiałem się, co ze mną nie tak. Potępiałem siebie, czułem też strach, że nie będę miał rodziny, ale przede wszystkim, że ktoś mnie odkryje.

Miałeś z kim o tym porozmawiać?

– Nie miałem. Siedziałem w szafie, a ta szafa była obwiązana grubym łańcuchem, zakopana w ziemi i jeszcze zalana grubą warstwą betonu. Nawet nie wiesz, jak zazdroszczę dzisiejszej młodzieży, że już tak nie mają.

A zakochałeś się wtedy w kimś?

– W szkole nie. Dopiero w wojsku. 

Opowiedz.

– Poszedłem do wojska w 1982 r., wtedy rzucali poborowych jak najdalej od domu, więc trafiłem do jednostki nad morzem. Z powodu stanu wojennego oprócz wiosennego i jesiennego poboru był jeszcze dodatkowy, nazywany dzikim. Wtedy w wojsku panowała tak zwana fala.

Starsi żołnierze, czyli „dziadki”, prześladowali, czasem brutalnie, młodszych, zwanych „kotami”. Ja jeszcze byłem wtedy kotem, więc dziadki nie pozwalały nam przed capstrzykiem o 22.00 kłaść się na łóżkach. Kiedy jednak doszedł dziki pobór, ja i moi koledzy przestaliśmy być najniżej w hierarchii. Pierwszy raz mogliśmy się położyć w dzień, kładliśmy się więc dumnie na tych wojskowych pryczach.

W wieku 47 lat pierwszy raz poczułem się przez kogoś w pełni zaakceptowany. Od tego momentu zacząłem powolutku mówić o sobie kolejnym osobom. Także w pracy, a zatrudniłem się w wojsku jako pracownik cywilny. Może Pan Bóg nade mną czuwa, ale dobrze mnie tam przyjęli

Kazimierz Strzelec

Udostępnij tekst

Leżałem obok Grzegorza[1], nasze łóżka były złączone, a ja poczułem coś tak intensywnego, że nawet nie umiem tego opowiedzieć. Bardzo chciałem go dotknąć i czułem, że on mnie też. Oczywiście nie zrobiliśmy tego, no bo jak, wokół gromada samców, ale tego dnia coś się między nami niezwykle intymnego narodziło. W wojsku zostaliśmy najbliższymi przyjaciółmi.

Rozmawialiście o swojej relacji?

 – Nigdy. Ale myślę, że to była miłość, choć nigdy niewypowiedziana. Gdy po dwóch latach służby wypuścili nas do rezerwy, jechaliśmy razem „do cywila” pociągiem. W jakimś mieście, chyba w Elblągu, mój przyjaciel wysiadał, żeby się przesiąść do innego pociągu, na Mazury, z których pochodził. Ja miałem jechać dalej, do Warszawy, a stamtąd dalej do Lublina. Pożegnaliśmy się. Kiedy wszyscy wysiedli z przedziału, Grzesiek doskoczył do mnie i wpił się w usta tak mocno, że czuję to do tej pory. Trwało to kilka sekund, ale dla mnie wieczność. Natychmiast uciekł, nigdy więcej się nie zobaczyliśmy.

Nie mieliście do siebie kontaktów?

– Napisaliśmy swoje adresy na chustach rezerwisty[2], więc teoretycznie mieliśmy. Świadomość, że on do mnie czuł to samo, co ja do niego, z jednej strony mnie uskrzydlała, a z drugiej paraliżowała.

Dziś bym pewnie wyskoczył z pociągu i za nim pobiegł. Wtedy nie wiedziałem, co z tym fantem zrobić. Bałem się nawet napisać do niego list, myślałem: „A co będzie, jeśli ktoś z rodziny otworzy?”. Ale tak naprawdę bałem się tego, kim jestem. Później, gdy oglądałem serial „Noce i dnie”, czułem się jak Barbara Niechcicowa, która przez całe życie tęskniła za Toliboskim.

Po powrocie z wojska pracowałeś na kolei, tak?

– Tak. Znowu bardzo męskie środowisko, ale z jakichś powodów mój gejradar w ogóle nie działał. Czułem, że jestem jedyny, choć wtedy już przynajmniej wiedziałem, kim jestem. O wyjściu z szafy nie było mowy.

Pamiętam, jak w toalecie na dworcu PKP w Lublinie znalazłem napisane mazakiem ogłoszenie: „Mężczyzna czeka na mężczyznę w czwartek o 18.00 pod zegarem na peronie pierwszym”. Poszedłem, ale uciekłem dwie minuty przed szóstą… W latach 90. przyszły redukcje etatów, musiałem odejść z PKP, pracowałem w fabryce wag, później trochę się zajmowałem handlem. W 2007 r. wyjechałem do Niemiec, gdzie pracowałem jako monter izolacji budowlanych. To był inny świat.

Gdzie dokładnie mieszkałeś?

– W Cadolzburgu pod Norymbergą. Przepiękne, stare miasteczko, gotycki zamek. Niestety pracowałem z Polakami, którzy wszędzie wokół tropili pedałów. Pedałem miał być między innymi niemiecki majster, ja też byłem podejrzany, włamywali mi się nawet do komputera, chyba żeby sprawdzić. Straszna atmosfera, na zasadzie „Polak Polakowi wilkiem”.

Pewnego wolnego od pracy dnia pojechałem do Norymbergi i na rynku oglądałem wystawę poświęconą Albrechtowi Dürerowi, malarzowi, który urodził się w tym mieście. Nagle patrzę, a tuż obok mnie przechodzi dwóch mężczyzn trzymających się za rękę. Jakbym dostał siekierą w łeb! A więc tak można? Jak to możliwe, że nikt nie zwracał na nich uwagi?! Od tej pory coś się pomału zaczęło we mnie kruszyć. Przyjechałem do Polski na urlop i powiedziałem o sobie przyjacielowi. Właściwie to trochę asekuracyjnie powiedziałem, bo wersja była taka, że jestem „bi”.

Jak zareagował?

– Bardzo pozytywnie, powiedział też żonie, ona też zareagowała okej. W wieku 47 lat pierwszy raz poczułem się przez kogoś w pełni zaakceptowany. Od tego momentu zacząłem powolutku mówić o sobie kolejnym osobom. Także w pracy, bo w 2009 r. zatrudniłem się w wojsku jako pracownik cywilny. Do dziś tam pracuję jako mechanik.

Miejsce pracy raczej mało „gay friendly”.

– Może Pan Bóg nade mną czuwa, ale dobrze mnie tam przyjęli.

Mówiłeś, że jesteś gejem?

 –To była taka gra. Ktoś rzucał przy mnie homofobiczny żart, a ja pytałem: „Czy gdybyś wiedział, że ja jestem gejem, też byś tak mówił?”. Niby nie stawiałem kropki nad „i”, ale gdy ktoś pytał, nie zaprzeczałem, mówiłem prawdę. Po jakimś czasie wszyscy już wiedzieli.

A we wsi?

– W moim oknie wisi tęczowa flaga, nie zdejmuję jej nawet, gdy przychodzi ksiądz po kolędzie. Żartuję czasem, że we wsi coming out zrobiła za mnie sąsiadka. To bardzo dobra kobieta, gdy rodzice zmarli, trochę mi nawet matkowała, niestety ma jedną wadę – jest straszną plotkarą.

Kiedyś wróciłem z sanatorium w Ciechocinku, pokazuję jej zdjęcia, ogląda i nagle mówi: „Kazik, ty taki przystojny, czemu nie masz żony?”. Doskonale wiem, do czego pije, więc próbuję zmienić temat, a ona jeszcze bardziej naciska: „Czemu się nie ożenisz?”. W końcu wypala: „A może ty chłopów wolisz?”. Nie miałem wyjścia, odpowiedziałem, że tak. Nie mam wątpliwości, że wkrótce wiedziała cała wioska (śmiech).

A jak wyglądały twoje ówczesne relacje z Kościołem?

– Pochodzę z katolickiej, ale nie bardzo religijnej rodziny. Kościół był pięć kilometrów od domu, jak ktoś nie szedł, to rodzice nie robili awantury. Ja jednak byłem mocno wierzący.

Pierwsze przemocowe zachowanie, jakiego doznałem ze strony księży, nie wiązało się z tym, że jestem gejem. W latach 90. straciłem pracę, byłem zdruzgotany, poszedłem więc do spowiedzi z nadzieją, że dostanę pociechę. Tymczasem ksiądz mi powiedział, że widocznie sobie na to zasłużyłem. Na kilka lat przestałem wtedy regularnie praktykować. Później jednak wróciłem do Kościoła.

Dlaczego?

– W 2003 r. zmarła na raka moja mama, a dwa lata później bardzo przeżyłem śmierć Jana Pawła II. Znów co niedziela chodziłem do kościoła. Podczas jednej ze spowiedzi powiedziałem księdzu, że jestem osobą homoseksualną. Powiedział mi na to, że wolałby być psem niż moją duszą. To był dla mnie wstrząs. Na 12 lat odszedłem od sakramentów, chodziłem na msze, ale nie przystępowałem do spowiedzi ani komunii.

Jak się wtedy czułeś?

 – Z brakiem sakramentów? Bardzo źle. Żal mi było, że nie chodzę do komunii, bałem się, co będzie, jeśli umrę bez pojednania z Bogiem. Aż wreszcie w internecie znalazłem wzmiankę o Wierze i Tęczy. Napisałem maila, ale na stary adres skrzynki mailowej, której nikt nie obsługiwał. Odpowiedź przyszła po wielu tygodniach, później się dowiedziałem, że Wiara i Tęcza organizuje rekolekcje pod Warszawą, ale trudno mi było zdobyć więcej informacji, bo nikogo z tej grupy nie znałem, zresztą Wiara i Tęcza, ze względów bezpieczeństwa, nie przyjmowała na rekolekcje osób zupełnie nieznanych.

W tym czasie w mojej pracy organizowano wycieczkę do Włoch. Nie miałem pieniędzy, więc byłem pewien, że nie pojadę, choć bardzo chciałem. Jednak niespodziewanie dostałem premię i w ostatniej chwili udało mi się zapisać. Przy grobie Jana Pawła II żarliwie się modliłem, żeby mi się udało na te rekolekcje Wiary i Tęczy dostać. Po powrocie zadzwonili z Wiary i Tęczy i okazało się, że mogę jechać.

Te rekolekcje to było ważne doświadczenie?

– Jedno z najważniejszych w moim życiu. Jadąc, bałem się, jak ja, mechanik ze wsi, będę przyjęty przez ludzi, wśród których byli przecież wykładowcy akademiccy. Znów dawały o sobie znać moje kompleksy, bo przecież nikt mi nie dawał znać, że jestem gorszy. W rzeczywistości od pierwszego dnia czułem się w pełni przyjęty.

A rekolekcje? To był przełom. Pierwsza spowiedź po dwunastu latach, gdy ksiądz dawał mi rozgrzeszenie, czułem motyle w brzuchu. Nie wiem dlaczego, przed oczami mam moment, w którym przed mszą wchodzę do kaplicy i przekładam komunikant na patenę[3].

Nie pamiętam kazania ani samej modlitwy, a to pamiętam. Tamte rekolekcje to był kluczowy moment w procesie mojej samoakceptacji. Przez całe życie czułem się bardzo sam, brakowało mi przynależności do wspólnoty. Myślę, że to bardzo utrudniało mi życie. Wiara i Tęcza to zmieniła.

A jak w tej chwili wygląda twoja relacja z Kościołem?

– Wciąż jestem wierzący, czuję się chrześcijaninem, wchodzę do kościoła poza mszą, żeby się pomodlić. Ale Kościół rzymskokatolicki nie jest już moim miejscem. Zrobiłem sobie od niego wakacje.

Dlaczego?

– Zaczęło się od agresywnej nagonki biskupów na osoby LGBT+. W czerwcu 2019 r., tuż po emisji filmu braci Sekielskich o pedofilii w Kościele, przewodniczący episkopatu wezwał, by w całej Polsce śpiewać suplikacje z powodu rzekomych profanacji na Marszach Równości. Moim zdaniem chodziło o odwrócenie uwagi od grzechów Kościoła.

Abp Stanisław Gądecki pisał: „Myślę o profanacjach i aktach bluźnierstwa, do jakich dochodzi podczas tzw. marszów środowisk gejów, lesbijek, biseksualistów i transseksualistów. […] Stają się one miejscem obscenicznych prezentacji oraz sposobnością do okazywania pogardy wobec chrześcijaństwa, w tym także do parodiowania liturgii eucharystii, oraz do nawoływania do nienawiści w stosunku do Kościoła i osób duchownych”.

Od kilku lat jestem na każdym Marszu Równości, na jakim daję radę być. Każde przytoczone tu słowo jest kłamstwem. Kiedy czytano list abp. Gądeckiego, pierwszy raz w życiu wyszedłem ze mszy. Napisałem trzy listy do papieża, na ostatni przyszła zdawkowa odpowiedź watykańskiego urzędnika, że dziękują za korespondencję i polecają mi się modlić. Przecież to są kpiny! Długo pisałem też prośby o spotkanie z lubelskim arcybiskupem Stanisławem Budzikiem. W końcu w sierpniu 2021 r. dostałem nawet zaproszenie!

Jak przebiegało spotkanie?

– Bardzo dobrze. Gdy mówiłem o strefach wolnych od LGBT, arcybiskup odpowiedział, że to niepotrzebne dzielenie ludzi. Kiedy opowiedziałem o traumatycznym doświadczeniu ze spowiedzią, wyglądał na autentycznie poruszonego, aż odchylił głowę.

Pierwsza spowiedź po 12 latach, gdy ksiądz dawał mi rozgrzeszenie, czułem motyle w brzuchu. Wciąż przed oczami mam moment, w którym przed mszą wchodzę do kaplicy i przekładam komunikant na patenę

Kazimierz Strzelec

Udostępnij tekst

Jeszcze dorzucił, że Biblii nie można czytać dosłownie i że nie przeszkadza mu widok dwóch trzymających się za rękę mężczyzn. Na koniec dał mi w prezencie książkę o kard. Wyszyńskim. Ale gdy poprosiłem o dedykację, odmówił. Zapytałem też, czy możemy sobie zrobić selfie, ale nie chciał. Zrozumiałem, że nie chce, by ktoś się o tym naszym spotkaniu dowiedział.

I to cię aż tak zraziło?

– Nawet nie. Po prostu to spotkanie uświadomiło mi, jaki jest poziom hipokryzji w Kościele. Bo przecież żadnej z tych rzeczy, o której mi powiedział w cztery oczy, nigdy nie powiedział i nie powie publicznie! Okropne.

Nie myślałeś, żeby przejść do innego Kościoła?

 – To nie jest łatwe. Szukałem domu u protestantów, ale brakuje mi u nich kultu Maryi. Najbliżej mi chyba do Reformowanego Kościoła Katolickiego[4], ale nie działa on w moim regionie Polski.

Powiedz jeszcze, jak się stałeś aktywistą.

– To był następny krok, dla mnie naturalny. Byłem już wtedy w Wierze i Tęczy, miałem dużo więcej pewności siebie niż wcześniej. W 2018 r. miał się odbyć pierwszy Marsz Równości w Lublinie i na Facebooku zbierała się ekipa pod nazwą Tęczowy Lublin, która go organizowała. Zgłosiłem się, ale nie chciano mnie przyjąć. Jedna z osób napisała mi wprost, że jestem za stary, a na moim profilu jest zbyt wiele treści religijnych.

Znów wykluczenie, tyle że z drugiej strony.

– Byłem załamany. Później jednak ktoś się zreflektował, zaproszono mnie do komitetu organizacyjnego marszu, a nawet bardzo przeproszono. Gdy uruchamialiśmy zbiórkę pieniędzy na marsz, uznaliśmy, że musimy publicznie pokazać nasze twarze. Żeby nie było, że za marszem „nie stoją ludzie, tylko ideologia”.

Domyślaliśmy się, że zdjęcia się ukażą nie tylko w mediach społecznościowych, ale też w gazetach, bo pierwszy Marsz Równości w Lublinie był wtedy sensacją. Miałem dylemat, czy się pokazać, uznałem jednak, że trzeba iść za ciosem.

Gdzie się ukazało twoje zdjęcie?

– Chyba we wszystkich lokalnych mediach. To był mój publiczny coming out, koledzy z pracy przekazywali sobie gazety z rąk do rąk. Podchodzili i mówili: „Wiesz co, Kazik, ty to masz jaja!”.

Czyli reakcja pozytywna?

– Bardzo. Myślę, że otwierałem im oczy na wiele spraw. W wojsku faceci nie mówią o emocjach czy słabościach, za to chętnie sobie dokuczają. Kiedyś śmiano się ze mnie, że mam lekką nerwicę natręctw w postaci oblizywania palców. Odpowiedziałem: „Owszem, mam takiego sensorycznego pierdolca, ale chodzę z tym do psychologa”.

Byli w szoku, no bo jak to, facet chodzi do psychologa i jeszcze się przyznaje? Tłumaczyłem, że moją siłą jest zdolność do szukania pomocy. Użyłem nawet porównania, że jestem jak brzoza, którą na wszystkie strony smaga wiatr, ale ciężko ją złamać.

Korzystałeś z psychoterapii?

– Dwa razy. Pierwszy raz po pięćdziesiątce. Trochę tych spraw do przepracowania było – dzieciństwo w cieniu traumy rodziców, później całe lata stresu mniejszościowego[5], całe życie w strachu i wycofaniu. Pamiętaj, że dla mojego pokolenia chodzenie do psychologa czy terapeuty to był wstyd. Ja się przełamałem.

Udało mi się wynegocjować, że każdego roku 17 maja, czyli w dniu IDAHOBIT, wraz z innymi działaczami LGBT+ z Lublina składamy na terenie obozu w Majdanku wieniec z różowym trójkątem przepasany tęczową szarfą

Kazimierz Strzelec

Udostępnij tekst

Z terapią często jest tak, że niby nie czujesz przełomu, dopiero po pewnym czasie widzisz, jak wiele się zmieniło. Ja to zobaczyłem, gdy kolejny raz pojechałem do sanatorium. Wcześniej zawsze siedziałem tam zamknięty w pokoju, przestraszony, żeby mnie nikt nie zaczepiał. Po terapii nagle się zorientowałem, że chodzę na wszystkie imprezy i jestem królem uzdrowiska!

Rzeczywiście, trudno dziś w tobie zobaczyć wycofanego Kazika, o którym opowiadasz.

– Może pomyślisz, że moja pewność siebie to wyraz jakiegoś zadufania. Ale jest inaczej – psychoterapia, samoakceptacja i aktywizm kompletnie mnie odmieniły. Podejmuję się rzeczy, które – na rozum – są dla mnie zbyt trudne. Tak było chociażby w przypadku upamiętnienia homoseksualnych ofiar Majdanka. Przecież ja nie jestem historykiem!

To także była twoja inicjatywa?

– Zaczęło się od artykułu na temat tego, że ktoś chciał złożyć wieniec z tęczową wstęgą w Auschwitz. Pomyślałem „A dlaczego nie zrobić tego u nas w Lublinie na Majdanku?”. Zacząłem wydzwaniać w tej sprawie do tutejszego muzeum, wypytywać, czy mają informacje na temat tęczowych ofiar obozu. Odsyłali mnie jedni do drugich, z archiwum do rzeczniczki prasowej, później do dyrekcji. Pewnie kilkanaście rozmów telefonicznych odbyłem. Wskazano mi też jakąś skromną publikację na ten temat, bo obszernej nie było.

Gdy już z grubsza wiedziałem co i jak, wiosną 2019 r. przedstawiłem sprawę na spotkaniu działaczy LGBT+, z którymi później stworzyliśmy Stowarzyszenie Marsz Równości w Lublinie. Wtedy poszliśmy do Majdanka większym gronem tęczowych działaczy, spotkaliśmy się oficjalnie z przedstawicielami muzeum. Byli wobec nas życzliwi.

Czego od nich oczekiwaliście?

– Jakiejś formy upamiętnienia homoseksualnych więźniów. Na razie nie chcą się zgodzić na tablicę, twierdzą, że ofiar spod znaku różowego trójkąta nie było na Majdanku wiele, więc może zajmą się tym kiedyś, w przyszłości.

Nawiasem mówiąc, z tymi ofiarami to nie do końca prawda. W tej chwili wiemy już o 63 osobach, a, jak twierdzi Joasia Ostrowska, autorka książki „Oni. Homoseksualiści w czasie II wojny światowej”, archiwa Majdanka zachowały się w około 15 procentach. Zatem w rzeczywistości ofiar musiało być wielokrotnie więcej.

Joanna Ostrowska pomagała ci w tej inicjatywie?

– Nawet bardzo. Spotkałem się z nią na Warszawskich Targach Książki w maju 2019 r. Później przyjechała do Lublina zbierać materiały do „Onych”, zachęcała mnie, bym walczył o pamięć tęczowych ofiar Majdanka. 

Jak sprawa wygląda teraz?

– Udało mi się wynegocjować, że każdego roku 17 maja, czyli w dniu IDAHOBIT[6], wraz z innymi działaczami LGBT+ z Lublina składamy na terenie obozu wieniec z różowym trójkątem przepasany tęczową szarfą. Taki wieniec złożyliśmy też 23 lipca 2019 r., w 75. rocznicę wyzwolenia obozu. Jestem z tego dumny. Szliśmy z kwiatami tuż obok Przemysława Czarnka i wicepremiera Piotra Glińskiego, ale nie polityka była tu najważniejsza.

Największą satysfakcję czułem, gdy podeszli do nas przedstawiciele rodzin więźniów Majdanka i dziękowali za inicjatywę. Dopóki żyję, będę dbał o to, żeby co roku składać w Majdanku ten wieniec. Mam nadzieję, że później przejmą to inni.

Z tym „dopóki żyję” zabrzmiało poważnie, ale skoro już mówisz o rzeczach ostatecznych, to cię jeszcze o coś zapytam. Co o swojej homoseksualności powiesz świętemu Piotrowi, gdy będzie cię wpuszczał do nieba?

– To samo, co powiedziałem swojemu siostrzeńcowi, który, oglądając przygotowaną przeze mnie szopkę bożonarodzeniową, zapytał, jak łączę wiarę w Boga z tęczą. Odpowiedziałem mu, że chodząc po ziemi, Jezus przyjmował wszystkich i ja to sobie wziąłem do serca.

Nie masz pretensji do Pana Boga o swoją orientację? Może jako hetero miałbyś łatwiej?

– Żalu nie mam, ale szczególnej wdzięczności chyba też nie. To po prostu moja droga na tej ziemi. Pan Bóg, robiąc mnie gejem, zabrał mi parę rzeczy, choćby rodzicielstwo. Zawsze bardzo lubiłem dzieci, wiem, że byłbym dobrym ojcem. Jest mi też trudno, bo nie mam partnera.

Gdy potrzebuję się wypłakać albo czymś pochwalić, nie mam komu. Jednak to, co w ostatnich latach dzieje się w moim życiu, to prawdziwy cud i wierzę, że stoi za nim Pan Bóg. W tamtym roku otrzymałem nominację do Korony Równości, jednej z najbardziej prestiżowych nagród społeczności LGBT+.

Od kilku lat uczę się angielskiego, ostatnio byłem na spotkaniu Europejskiego Forum Chrześcijańskich Grup LGBT w Zurychu i językowo dawałem radę. Teraz wszedłem w skład Komitetu Monitorującego Fundusze Europejskie dla Lubelskiego 2021–2027. Nie mówię tego, żeby się chwalić. Po prostu wciąż nie mogę uwierzyć, że ja, zwykły mechanik z Niedrzwicy Dużej, po sześćdziesiątce robię takie rzeczy!

Fragment książki „To jest także nasz Chrystus. Rozmowy z chrześcijanami LGBT+”, Warszawa 2023

Wesprzyj Więź

Przeczytaj też: Miłość ojcowska nie stawia warunków


[1] Imię zmienione.
[2] Chusta rezerwisty – w czasach obowiązkowej służby wojskowej ozdobna, kolorowa chusta z pomponami i frędzlami wykonywana przez żołnierza z okazji wyjścia do cywila. 
[3] W Kościele rzymskokatolickim przed mszą dla niewielkich grup wiernych niekiedy wystawia się na stoliku komunikanty, a osoby, które chcą przystąpić do komunii, przekładają je z kielicha na patenę. 
[4] Reformowany Kościół Katolicki – jedyny w Polsce zarejestrowany związek wyznaniowy, który w pełni akceptuje osoby LGBT+, łącznie z udzielaniem im ślubów. Z tego powodu w 2020 r. rząd PiS podjął nieudaną próbę wykreślenia go z rejestru. Należy do tradycji starokatolickiej.
[5] Stres mniejszościowy – stres, na który narażone są osoby należące do stygmatyzowanych grup mniejszościowych, zwłaszcza LGBT+. Według psychologów może prowadzić do zaburzeń w kształtowaniu się obrazu siebie oraz być czynnikiem ryzyka powstawania problemów emocjonalnych.
[6] IDAHOBIT – obchodzony corocznie 17 maja Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii, Transfobii i Bifobii.

Przeczytaj też: LGBT jak spór Kościoła z nauką o ewolucję?

Podziel się

5
2
Wiadomość

I prawdą jest, że mój komentarz nie był w całości ad personam, bo w połowie był ad meritum.