Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Jest szał: ks. Jan Kaczkowski i jego okno

Mural przy al. Niepodległości 769 w Sopocie. Fot. Marcin Budziński / WAKEUPTIME

Z muralu umieszczonego na sopockiej kamienicy uśmiecha się teraz ks. Jan. Jak on sam skomentowałby tę inicjatywę? Może zapytałby: jak wam się podobam jako panienka z okienka?

Teraz to dla wielu będzie w Sopocie adres obowiązkowy do odwiedzenia: aleja Niepodległości 769. Pomysłodawczynią muralu jest Ewa Hirsz – mieszkanka kamienicy, na której został on umieszczony. A inspirowany był zdjęciem Damiana Kramskiego. To on jest również autorem ikonicznej już dziś fotografii Jana na szpitalnym łóżku, niedługo po operacji mózgu i w słynnej koszulce z napisem „Jestem odważny i dziki”.

Wesprzyj Więź.pl

Zdjęcie to znalazło się na okładce naszej wspólnej książki „Szału nie ma, jest rak”. Przedstawiona na nim sytuacja odtworzona została również w jednej ze scen filmu „Johnny”, który obejrzało już ponad milion ludzi na całym świecie.

Dzięki temu żyję

 – Bardzo jestem wdzięczny wszystkim, którzy przyszli, i wszystkim, którzy przyczynili się do zrobienia tego muralu, a przede wszystkim pomysłodawcom. Jan będzie teraz błogosławił idących na kolejkę – powiedział podczas odsłonięcia malowidła Józef Kaczkowski, ojciec ks. Jana. Adres muralu znajduje się właśnie w drodze na stację kolejową: Sopot Główny.

Dobrze znaleźć czas dla tych, których bliscy mają za mało czasu, by z nimi być. To wyższa szkoła jazdy, którą Jan praktykował

Katarzyna Jabłońska

Udostępnij tekst

Na odsłonięciu muralu zjawiło się wiele osób. Nie było Patryka Galewskiego – to jeden z „synków” Jana, bohater „Johnny’ego”, szczęśliwy mąż i tata, znakomity kucharz, pomysłodawca projektu PaKa – INNE GAROWANIE. Działał w innym miejscu w związku z PaKą właśnie, ale tak skomentował napis pod muralem: – Johnny dał mi swój czas. Dzięki temu żyję.

A mnie opowiadał w 2013 roku w „Szale…”: „Gdy trafiłem do hospicjum, nie miałem jeszcze sumienia. Teraz słyszę głos, który mówi: tej linii nie wolno przekraczać ani o milimetr. Przecież ja tu trafiłem z przypadku. Księdza to bym udusił ze szczęścia, że go spotkałem. Kocham moją pracę, lubię tu być z pacjentami. Może to dziwne, ale nie przeszkadza mi, że odchodzą. To daje siłę. Codziennie się przekonuję, że warto żyć”.

Podczas uroczystości prezentacji muralu nie zabrakło też Mietki – czworonożnej przyjaciółki Jana. Warto dodać, że udział w powstaniu malowidła ma niemal dwustu darczyńców. – Czujemy dzisiaj ogromną wdzięczność za zaangażowanie tak wielu. Blisko 170 osób dołożyło swoją cegiełkę do tego pięknego dzieła i to dzięki nim jest to coś więcej niż tylko piękny obraz. Jest to bardzo ważne przesłanie ks. Jana dla nas wszystkich – mówiła Anna Specjał, prezes Fundacji im. ks. Jana Kaczkowskiego.

To świetny pomysł, żeby uwiecznić ks. Jana Kaczkowskiego muralem w jego rodzinnym Sopocie, mieście, w którym się urodził, spędził ostatnie tygodnie życia i zmarł w otoczeniu najbliższych. Jan bardzo lubił Sopot (chyba nawet kochał, na pewno bardzo cenił), interesowały go dzieje miasta, niezwykle ciekawie potrafił o nim opowiadać. Podczas pisania „Szału…” żartowałam nawet, że powinniśmy przygotować Janowy przewodnik po Sopocie oraz jego okolicach.

W hospicjum i w domu

Do domu Jan przyjeżdżał, żeby nabrać sił. Bo tu pozwalał sobie nie być prezesem puckiego Hospicjum i onkocelebrytą, którym był z wyboru. „W tym gwiazdorzeniu świadomie wykorzystuję swoją chorobę – mówił w naszej drugiej książce „Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby” – i zainteresowanie moją osobą, żeby mówić o pasji mojego życia: opiece hospicyjnej i w ogóle medycynie paliatywnej. […] A to dlatego, że w medycynie tej nacisk kładzie się głównie na zapewnienie jak najwyższej jakości życia człowiekowi nękanemu przez przewlekłą, nieuleczalną chorobę. Medycyna paliatywna proponuje otoczenie tego człowieka wszechstronną pomocą: medyczną, psychologiczną i duchową. Wszystko po to, żeby złagodzić cierpienie chorego. I dalej: aby pomóc mu godnie odejść”.

W hospicjum, które współtworzył, i z którego dziś na pewno byłby bardzo dumny – bo wspaniale się rozwija – był też, a może przede wszystkim absolutnie dyspozycyjnym, czułym i profesjonalnym kapelanem. Konkretnie oznaczało to, że jeśli pacjent hospicjum (a często również ktoś spoza hospicjum) potrzebował rozmowy, spowiedzi, obecności ks. Jana, to on był dostępny 24 godz. na dobę. Bez względu na to, co w ciągu tej doby się zdarzyło oraz ile godzin podczas niej spał.

Tak, wiem, powtarzam się, pisałam o tym chyba w każdym swoim tekście na temat Jana. Ale nie zamierzam przestać. Tym bardziej, że pod muralem w Sopocie widnieją Janowe słowa właśnie o dostępności dla drugiego człowieka: „Czas to jest coś najcenniejszego, co możemy dać drugiemu człowiekowi”.

Sam cytat brzmi na pierwszy rzut oka dość bezpiecznie. Ale jeśli spróbujemy zrobić z niego praktyczny użytek, to może się okazać, że ani bezpiecznie, ani wygodnie nie będzie. Bo co to właściwie znaczy dać drugiemu człowiekowi swój czas?

Słuchaj też na Soundcloud i w innych aplikacjach podcastowych

Niekiedy po prostu to, żeby na klatce schodowej zwolnić kroku, zatrzymać się i porozmawiać z sędziwym sąsiadem, który do rozmowy z drugim człowiekiem ma zdecydowanie za mało okazji. Ugotować obiad dla znajomej matki noworodka, która ma potworne zaległości w spaniu. Zaproponować posprzątanie mieszkania borykającym się z depresją przyjacielowi lub przyjaciółce. Odwiedzić w szpitalu hospicjum czy domu chorą bliską osobę.

Takie drobiazgi, a przecież wymagają czasu, którego duża część z nas – w każdym razie tak się nam wydaje – ma za mało. I wszystko to wymaga uważności na drugiego, dostrzeżenia jego potrzeb, smutku, bezradności… Nie zawsze jednak musi oznaczać obecność (chociaż często też). W wypadku Jana czas dany drugiemu oznaczał niemal zawsze uważność i obecność. I to w sytuacjach ekstremalnych, bo takimi są śmiertelna choroba i umieranie.

Jan był z chorymi i ich bliskimi w lęku przed śmiercią, w cierpieniu ostatecznego rozstania, w trudnej, nierzadko bolesnej drodze przez śmierć. Jego spokój i profesjonalizm okazywały się jak ciepły, delikatny płomyk świecy, który choć odrobinę rozświetla ten przepastnie ciemny i dojmująco zimny tunel, jakim jest droga w śmierć umierającego oraz trwających przy nim jego najbliższych. Ta „odrobina” w takich sytuacjach bywa wielka jak ocean.

Każdy, kto towarzyszył w umieraniu bliskiej osobie, wie, że to doświadczenie bardzo trudne, chociaż – paradoksalnie – również w pewnym sensie życiodajne, jeśli wcześniej zechcemy się i odważymy dobrze do niego przygotować. Bo do śmierci własnej i tych, których kochamy – jak niezmordowanie powtarzał ks. Jan – warto się przygotować.

A póki życie trwa

A póki żyjemy my i ci, których kochamy, oraz ci z bliskich, których kochamy za mało, warto mieć dla nich czas. To prawda, że nierzadko spotkania z tymi osobami mogą być niezbyt przyjemne, jakoś niewygodne czy bolesne, ostatecznie jednak mogą też okazać się dla obu stron życiodajne. Dlaczego więc nie wejść w ten swoisty zakład Pascala?

Dobrze byłoby też znaleźć czas dla tych, których bliscy – z jakichś powodów – mają za mało czasu, by z nimi być. Tak, to już wyższa szkoła jazdy, którą Jan również praktykował, bo do tego zobowiązał się przed sobą i Bogiem, kiedy wybierał kapłaństwo.

Kiedy jakiś czas temu odwiedzałam z M. naszą cioteczną siostrę w hospicjum (bardzo skromnym, żeby nie powiedzieć wręcz biednym, jeśli chodzi o wyposażenie i wystrój sal pacjentów oraz innych pomieszczeń, z tęsknotą myślałam o hospicjum w Pucku), spotkaliśmy tam panią Z.

Nasza siostra dzieliła z nią i jeszcze jedną chorą hospicyjny pokój. Siostra spędziła w hospicjum dwa tygodnie, po upływie pierwszego przeniesiona została do pokoju jednoosobowego. M. odwiedzał ją codziennie, poza może dwoma czy trzema przypadkami, kiedy miała zbyt wielu gości. Tak było nie tylko podczas pobytu w hospicjum, ale też wcześniej, kiedy przebywała w szpitalu – przez miesiąc niemal dzień w dzień jeździł do niej po bardzo wyczerpującej pracy.

Wspominam o tym, bo ma to też związek z panią Z. i słowami Jana umieszczonymi pod przedstawiającym go muralem. Uwięziona w swoim sparaliżowanym od ponad 30 lat ciele, głodna kontaktu ze światem żywych (bo jej życie przecież trwa), zagadnęła któregoś dnia M. Wywiązała się rozmowa. Nieznanemu człowiekowi opowiedziała kawał historii swojego życia. I gotowa była opowiadać dalej.

Wesprzyj Więź

Nasza siostra zmarła. M. bardzo mocno przeżył tę śmierć, również dlatego, że ostatnie dni siostry były pełne bólu (gdyby nie opieka hospicjum z pewnością ten ból byłby o wiele większy). I dlatego, że nie udało się nam spełnić ostatniego marzenia siostry – zawieźć jej nad morze.

Mimo, że powrót do hospicjum to dla M. trudne doświadczenie, wrócił tam. Z powodu pani Z., żeby ją odwiedzić i porozmawiać. Tak, Janie, „czas to jest coś najcenniejszego, co możemy dać drugiemu człowiekowi”.

Przeczytaj też: Kiedy już nic nie da się zrobić, warto być. Rozmowa z rodzicami ks. Jana Kaczkowskiego

Podziel się

17
12
Wiadomość