Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Ksiądz przyszłości jako postać kontrkulturowa

Ks. Andrzej Draguła. Fot. Więź

Duchownych będzie mniej. To pewne. I co z tym zrobić?

Nie ulega wątpliwości, że w najbliższych latach najważniejszym problemem Kościoła katolickiego w Polsce będą – mówiąc językiem świeckim – braki kadrowe. Odziedziczona po poprzednich wiekach, a w ostatnich dziesięcioleciach jeszcze bardziej rozbudowana, struktura parafialna wymaga takich zasobów ludzkich, jakich instytucja kościelna nie będzie w stanie w najbliższym czasie zabezpieczyć. Księży jest coraz mniej i nic nie zapowiada, że będzie ich więcej.

Co można zrobić w tej sytuacji? Wyjścia są dwa. Pierwsze: uaktywnić kościelne „działy HR” w celu polepszenia skuteczności „działań rekrutacyjnych”. Drugie to dostosować strukturę do nowych możliwości personalnych. Najlepiej jednak zastosować oba wyjścia. I o przyszłym personelu myśleć w perspektywie zmienionej struktury.

Wesprzyj Więź.pl

Ksiądz jak pracownik call center

Świadomie użyłem w tym wstępnym akapicie terminologii dalekiej od tej, do jakiej przyzwyczailiśmy się w Kościele. Rzadko się mówi o powołaniach w kategoriach human resources. Powołanie to sprawa Pana Boga. On powołuje, nie my. To prawda, ale tylko z teologicznego punktu widzenia.

Kto wie, czy przyszłością nie będą – zamiast wielkich świątyń – małe kaplice erygowane na osiedlach, w połączeniu z innymi budynkami, pośród substancji miejskiej

Ks. Andrzej Draguła

Udostępnij tekst

Powołania nie biorą się znikąd, że powtórzę prawdę aż banalną. One mają też swoje uwarunkowania pozateologiczne, jak zresztą cały Kościół, który rodzi się nieustannie, choć w zmienionych warunkach. Eklezjogeneza permanentna – czyli rodzenie się Kościoła w czasie – jest uwarunkowane nie tylko czynnikami wewnętrznymi, teologicznymi, ale także zewnętrznymi. Te wewnętrzne – jak słowo czy sakrament – działają w określonym splocie uwarunkowań zewnętrznych: społecznych, ekonomicznych, psychologicznych, medialnych, cywilizacyjnych czy kulturowych. Aktualny kształt Kościoła to wypadkowa czynników wewnętrznych i zewnętrznych (nie byłbym taki mądry, gdyby nie mój doktorant, ks. Łukasz Paluch, który pracuje nad rozprawą o roli mediów w eklezjogenezie).

Ta sama zasada dotyczy także powołań. Na ich liczbę, kształt, trwałość, na samą atrakcyjność powołania kapłańskiego czy też samego „zawodu” księdza katolickiego również wpływa wiele czynników aktywnych w danym czasie i miejscu. Ostatnie (maj 2023 r.) badania społecznego statusu zawodów („jakim poważaniem darzysz osoby o powyższym zawodzie?”) przeprowadzone przez SW Research sytuują księdza dopiero na 30. miejscu! Znamienne jest też to, w jakim się ksiądz znalazł otoczeniu. Nieco bardziej poważany jest trener biznesu (coach), a mniej od księdza rekruter, HR-owiec i pracownik call center.

Na szczycie drabinki są natomiast: strażak, ratownik medyczny, pielęgniarka, lekarz, farmaceuta i profesor. Z wyjątkiem tego ostatniego te najbardziej cenione zawody związane są z ratowaniem życia. A co życiem duchowym? Przestało być ważne? Czy może ksiądz nie jest już do niego niezbędny albo w odczuciu ludzi okazuje się może po prostu niekompetentny?

Kapłaństwo i wielodzietność

Oczywiście, społeczny status księdza ma duży wpływ na kształtowanie się środowiska powołaniowego oraz – co wcale nie jest tym samym – popyt na kapłaństwo. W bardzo ważnej książce pt. „Religijni. Jak ewolucja wierzeń wpływa na historię i kulturę człowieka” Robin Dunbar śledzi związki między religią a kulturą, i to w obu kierunkach. Dotyka także kwestii powołania.

Według tego antropologa i psychologa boom powołaniowy w katolickiej wiejskiej Irlandii pod koniec XIX wieku wynikał z prostego faktu dużej dzietności w rodzinach rolniczych. Aby uniknąć podziału – i tak niewielkiego – gospodarstwa, rodziny, które miały ponadprzeciętną liczbę synów, przekonywały ich, aby wstąpili do seminarium i zasilili lokalne duchowieństwo. Podobną strategię przyjęto w XVIII i XIX-wiecznej Anglii, gdzie anglikańska szlachta i bogata klasa średnia miała następującą praktykę: najstarszy syn dziedziczył, średni wstępował do armii, trzeci – bez względu czy miał powołanie czy nie – przeznaczany był do stanu duchownego (co jest jednym z istotnych wątków powieści „Miasteczko Middlemarch” G. Eliot)[1].

Powiedzmy to sobie szczerze: obfitość powołań na niektórych terenach Polski (dawna Galicja) wynikała nie tylko z silnej lokalnej pobożności, ale także z biedy, wielodzietności, troski o trwałość majątku rodziny itd. Bóg jeden raczy wiedzieć, które z tych czynników – nadprzyrodzone czy doczesne – dominowały w konkretnym przypadku powołania.

Nie trzeba chyba udowadniać, iż z podobnymi uwarunkowaniami mieliśmy do czynienia także w przypadku dużej liczebności klasztorów żeńskich. Dla niejednej kobiety była to jedyna alternatywa dla społecznie źle widzianego i materialnie uzależniającego od rodzeństwa staropanieństwa. Niejedna dziewczyna, której nie było dane spotkać kandydata na męża, mówiła sobie, że przyjdzie jej pójść do klasztoru.

Pomogą duchowni z Afryki?

W tym kontekście dość sceptyczny byłbym wobec pomysłu zapraszania do Polski kandydatów z Afryki. Tu i tam mówi się, że teraz ten kontynent przeżywa boom powołaniowy, więc to księża z Afryki staną się misjonarzami Europy. Aktualna popularność kapłaństwa w krajach afrykańskich może mieć także duży komponent społeczny. I jestem przekonany, że ma. Kapłaństwo może stać się formą wyzwolenia się z biedy, a jednocześnie sposobem na zyskanie społecznego statusu, który w krajach o silnej religijności naturalnej jest w odniesieniu do kapłaństwa wciąż bardzo duży.

Adaptacja afrykańskich duchownych do polskich warunków, gdzie społeczne postrzeganie księży – także wśród wierzących – jest zgoła inne, może być dla tych księży trudna, a może nawet niemożliwa. Sam obserwowałem takie eksperymenty we Francji, która – ze względu na dawne powiązania kolonialne – bywa mentalnie bliższa księżom sprowadzanym z Afryki. Niestety, nie zawsze eksperymenty te kończyły się sukcesem.

Moim zdaniem, uwarunkowania społeczne już nie sprzyjają myśleniu o przyszłym kapłaństwie. Przeciwnie, raczej zniechęcają do podjęcia tej życiowej decyzji. Czy to dobrze, czy to źle? Co do zasady: dla ilości – źle, dla jakości – dobrze. Nie chcę przez to powiedzieć, że powołania o dużym komponencie społecznym były jakieś złe, nieprawdziwe, nieautentyczne. Myślę, że zrodziły one wielu świętych kapłanów. Ale dzisiaj po prostu takich powołań będzie mniej.

Ksiądz przyszłości będzie postacią kontrkulturową, a jego społeczny prestiż nie będzie wysoki (choć to może się zmienić). Kto nie będzie na to gotowy, nie zdecyduje się nawet wtedy, gdy będzie odczuwał wewnętrzny głos powołania.

Mniej czy za mało?

Księży będzie mniej. To pewne. Ale czy będzie ich za mało? Tak, jeśli chcemy myśleć o utrzymaniu dotychczasowej struktury „obsługiwanej” przez księży. Trzeba pamiętać, że parafia powstała w określonych warunkach historycznych i miała u swego początku bardziej charakter wspólnoty niż terytorium i instytucji. W średniowieczu była już nie tylko podstawową komórką kościelną, ale i społeczną.

Dobrze to widać w języku niemieckim, gdzie słowo Gemeinde może oznaczać zarówno gminę, parafię, jak i wspólnotę. Od czasów średniowiecznej christianitas parafia musiała obsłużyć całą populację, ponieważ z założenia wszyscy byli ludźmi religijnymi, a w konsekwencji przypisanymi do struktury parafialnej. Zresztą, czasami nawet spełniała funkcje administracji państwowej.

Istotne pozostaje pytanie, kogo „obsłużyć” ma współczesna parafia. W czasie postępującej sekularyzacji, a więc utraty społecznej roli religii, parafia w naturalny sposób kurczy się liczebnie. Liczba mieszkańców przebywających na stałe na terenie parafii to niekoniecznie liczba wiernych. Przyszłe parafie będą liczebnie mniejsze i obejmować będą zasadniczo katolików zdeklarowanych, choć nie można zapominać także o pojawiających się wciąż w orbicie życia parafialnego katolikach kulturowych.

Spadek liczby powołań znamionuje istotną zmianę. Będzie to na pewno przejście od Kościoła masowego do Kościoła mniejszej lub większej diaspory, od Kościoła społecznego do Kościoła wspólnoty

Ks. Andrzej Draguła

Udostępnij tekst

Oczywiście, także i współczesna parafia musi realizować dwie funkcje: duszpasterską i ewangelizacyjną, ale może się okazać, że w sytuacji diaspory będzie to łatwiejsze niż w przypadku Kościoła masowego. Małe wspólnoty są szansą.

Nie więcej niż 150 osób?

Powrócę jeszcze raz do książki pt. „Religijni”. Badania przeprowadzane przez antropologów i psychologów społecznych pokazują, że „optymalna wielkość zgromadzenia wynosi około 150 osób. Przy tej wielkości, zarówno kapłan, jak i członkowie zgromadzenia znają się osobiście”[2].

Co zrobić z taką wiedzą przy planowaniu struktury Kościoła katolickiego w Polsce? Zasada ta bowiem wydaje się na pierwszy rzut oka niemożliwa do zastosowania. Przecież nie potworzymy parafii składających się ze 150 osób! A jednak. Badania socjologiczne nie kłamią. Wierni związani z mniejszą wspólnotą są bardziej zaangażowani w jego działalność, częściej uczęszczają na niedzielne nabożeństwa, są bardziej ofiarni, a nowi członkowie łatwiej odnajdują się w mniejszym zgromadzeniu. Inne badania jednoznacznie wskazują na negatywną zależność między wielkością wspólnoty, zadowoleniem jej członków i długością pozostawania we wspólnocie. Dużą wspólnotę łatwiej opuścić.

Jak to teraz zastosować w Kościele katolickim? Moje wieloletnie doświadczenie pastoralne i naukowe mówi mi, że podstawą właściwego funkcjonowania parafii są więzi wspólnotowe. Te więzi były budowane w sposób naturalny na bazie struktury społecznej, a więc niejako oddolnie. Dzisiaj muszą być budowane odgórnie, wierni wspólnoty parafialnej przyszłości – jak już wielokrotnie o tym pisałem – będą znać się „z kościoła”, a nie z ulicy, sąsiedztwa, bloku.

Słuchaj także w Soundcloud i innych aplikacjach podcastowych

Doświadczenia francuskie i niemieckie są znamienne. Sam to obserwowałem we francuskiej Szampanii. Łączenie parafii i tworzenie jednego ośrodka dla kilku parafii wcale nie poprawiało frekwencji ani dynamiki pastoralnej. Przeciwnie, pogarszało. U nas też nie poprawi. Wierni z zamykanych parafii wcale nie przenosili się do tej nowej, większej, centralnej. Można narzekać, że rezygnowali z Eucharystii na rzecz kultywowania własnej lokalności. Poczucie obcości okazywało się jednak niepokonalne.

Metamorfoza

Moim zdaniem, trzeba – jeśli to tylko możliwe – utrzymywać, a może i tworzyć małe ośrodki duszpasterskie, które będą operatywne, nieanonimowe, które będą prowokować do zaangażowania i współodpowiedzialności. Kto wie, czy przyszłością nie będą – zamiast wielkich świątyń – małe kaplice erygowane na osiedlach, w połączeniu z innymi budynkami, pośród substancji miejskiej. Mogą być to parafie terytorialne albo personalne, parafie „z urodzenia” albo „z wyboru”.

Niedoczytana w Polsce Instrukcja „Nawrócenie duszpasterskie wspólnoty parafialnej w służbie ewangelizacyjnej misji Kościoła” z roku 2020 mówi wprost, iż globalizacja i świat cyfrowy zmieniły szczególną więź parafii z obszarem, który jest dziś przestrzenią nie tyle geograficzną, ile raczej egzystencjalną. Trzeba z tego wyciągnąć wnioski także dla struktury parafialnej i sposobu kierowania nią.

Ryszard Koziołek pisał niedawno na łamach „Tygodnika Powszechnego”: „Obserwujemy w Polsce proces wielkiego umierania pewnej historycznej formy Kościoła katolickiego”. Nie wiem, czy byłbym aż tak stanowczy w diagnozie. Nawet jeśli to jest umieranie, to jego agonia będzie długa. Konstrukcja trzyma się jeszcze mocno, zwłaszcza ta episkopalna.

Wesprzyj Więź

Faktem jest jednak, że spadek liczby powołań znamionuje istotną zmianę, która jest wypadkową czynników teologicznych i zewnętrznych. A będzie to na pewno przejście od Kościoła masowego do Kościoła mniejszej lub większej diaspory, od Kościoła społecznego do Kościoła wspólnoty.

Dla mojego pokolenia kapłanów jest to przejście trudne. Dotychczasowe metody działania okazują się coraz mniej skuteczne, a nowych jeszcze nie ma. Nowego kształtu Kościoła jeszcze nie widać na horyzoncie. Tu i ówdzie widzę wspólnoty parafialne, które dostrzegają tę dziejącą się metamorfozę i szukają dróg dostosowania się. Mam nadzieję, że ten nowy profil Kościoła wzbudzi także nowe powołania. Stary bowiem – jak widać – przestaje być i płodny, i atrakcyjny.


[1] R. Dunbar, „Religijni. Jak ewolucja wierzeń wpływa na historię i kulturę człowieka?”, tłum. K. Kalinowski, Kraków 2023, s. 81-82.
[2] Tamże, s. 107.

Podziel się

11
7
Wiadomość

Udzielam sie od at w duszpasterstwie niemieckim. Potwierdzam spostrzezenia ks. Draguly, ze sprowadzania ksiezy z Afryki w zadnym wypadku nie wplywa na poprawe sytuacji w parafii, a czesto ja pogarsza.
Ale nie zgodze sie z teza, ze nie ma powolan. One sa, tylko trzeba je dostrzec. Jest wystarczajaco duzo wyksztalconych teolozek i teologow, ktorzy mogli by juz jutro bez problemu przejac prowadzenie parafii czy prace duszpasterska.

Pytanie fundamentalne: Czy księża – jako grupa – są zainteresowani takim przeobrażeniem “duszpasterstwa”? czy kościół – jako instytucja – jest przygotowany, czy impregnowany na zmianę (“teologicznej” – cokolwiek to znaczy) koncepcji powołania?
Moim zdaniem, obecnie, odpowiedx na oba pytania brzmi: NIE lub RACZEJ NIE.
A inna kwestia, odnosząca sią do logicznych podstaw refleksji ks. Draguły – Skąd wiemy, ze chrześcijaństwo przyszłości, jeśli ma przetrwać dłużej, takie jakie będzie musiało stawić czoła rzeczywistości, będzie opierało się na zawodowej grupie zwanej klerem, nawet tak spermutowanym, jak snuje to autor?

Zaskakująca diagnoza ks. Andrzeja. Dla mnie, największe wyzwanie Koscioła obecnie i w najbliższej przyszłości to pogodzenie intersów instytucji jako takiej i Ewangelii. Przez wieki blokada informacyjna była skuteczna, teraz już nie jest, wszystko się sypie.

Ja widzę inne wyzwanie.
Kiedyś KK był WŁADZĄ, a wierni poddanymi, którzy musieli się starać o jego akceptację.
Dzisiaj KK jest OFERENTEM, a wierni klientami, o których KK musi się starać.
Tylko, że przeważnie nie umie.
Pozdrawiam.

To nie tylko problem Kościoła, ale tez szkoły, urzędu…
Choć chyba Kościół ma z tym najwięcej problemów. Urzędnik czy nauczyciel nie maja podstaw do błędnego uważania się za osobeę półboska. Księżom się zdarza.

Jako agencja eventowa “Rytuały Przejścia” KK wciąż jest zdecydowanie najsilniejszym graczem na rynku.
Jako piramida finansowo-eschatologiczna (mętna obietnica zbawienia i życia wiecznego w zamian za doczesne materialne i niematerialne gratyfikacje) gwałtownie traci na znaczeniu. Czy jest czymś jeszcze?

@małyjanio
Tak, jest czymś więcej, ale to jak w grach, trzeba przyjąć pewne zasady, grać uczciwie i wejdzie się na inny level. Kwestia zaufania, nie kręcenia nosem i obracania kota ogonem
małaasia

Bardzo dziękuję za ten artykuł. Ostatnio w mojej parafii (ok 4 tys.) był biskup na wizytacji i na spotkaniu z radą parafialną bajdurzył o 5 powołaniach z parafii. Było juz mało czasu, żeby go o to docisnąć, i tak się wyrywałem krytycznie w innych sprawach, ale napisałem do proboszcza, że nie można przyszłości planować zakładając zdarzenia cudowne.

Dla mnie w kontekście przyszłego kształtu “Kościoła bez księży” powstaje pytanie o sprawy finansowe. Bo dziś zasadniczo jest przyjęte, że oprócz księży kasę w parafii dostaje organista, kościelny i gospodyni. Wszelkie Caritas, prowadzenie grupek dzieci, młodzieży itp. zakłada się że jest społecznie. Wiem, dlaczego tak jest, ale to na pewno jest do zmiany, szczególnie w kontekście wspólnot po 150 osób, których z zasady nie będzie “ciągnąć” prezbiter. A zmiana nie będzie prosta, warto by ją zacząć już, żeby ludzi do nowego modelu przyzwyczaić, wychwycić w praktyce zagrożenia i jakoś je neutralizować.

Nikt z komentujących nie dostrzega ważnego problemu braku powołań i braku zaufania do księży. A jest nim BRAK rozliczenia przeszłośći! Tych wydarzeń zwiazanych z wykorzystywaniem dzieci i młodzieży przez duchownych. Nie wszystkich a części. Stąď jest nadal brak tego zaufania do wręcz każdego księza i za każdym księdzem ciągnie sie ogon braku rozliczenia jego kolegów , którzy wykorzystywali. Gdyby było juz dawno to rozliczenie od samej góry biskupiej do dołu , przeproszenie , odszukanie i zadośćuczynienie ( choćw tym przypadku to zadośćuczynienie niewiele zmieni w życiu takich osób) to zaufanie byłoby dużo większe niz jest dziś. Ta zmowa milczenia, biskupì do dzis nie rozliczeni , ci, którzy latami to wszystko ukrywali i wynosili przestepców do wysokich stanowisk – to jest ta główna przyczyna braku zaufania do duchowieństwa. Przez ten brak rozliczenia cierpią dobrzy, uczciwi księża, ten strach pozamykał ich na wypasionych plebaniach, nie ma ich miedzy nami, nie ma ich wsród dzieci i młodziezy, nie ma ich na boiskach, tam gdzie są młodzi. Brak spotkań, rozmów poza parafią też ma swój skutek.
Wiem co mówię, mam takich 16 i 17 sąsiadów i ich pytam i słyszę odpowiedzi. Jeden to były ministrant. Oni wszystko wiedzą co było w naszym miescie Szczecinie, nic w dobie internetu ukryć nie mozna i widzą ten brak rozliczeń, brak pomocy. I te obowiązkowe spotkania przez bierzmowaniem. OBOWIĄZKOWE! Tak wiary się nie przekazuje, tak wiarę się likwiduje.
Szkoda mi obecnej młodziezy, tyle mają problemów a tak mało im się pomaga.

No właśnie. Doświadczenie diecezji szczecińsko-kamieńskiej pokazuje, że mało księży to wcale niekoniecznie lepszy kler. Dokładnie, jak Pan mówi: bezczelność niektórych osób pozamykała usta tym przyzwoitym. Wielu wypchnęła z tego, że tak powiem, “zawodu”. Nie trzeba być wielce zaangażowanym w grupy kościelne (ja na ten przykład nie jestem), żeby znać okropne historie.
Jest to absolutnie koszmarnie obezwładniające.

Dlatego też powtórzę: jeśli nie nastąpi jakieś oczyszczenie, demoralizacja będzie postępować. Zdemoralizowani księża będą przyciągać zdemoralizowanych świeckich, z którymi robią różne “biznesy”. Lub tych naiwnych, nieświadomych bezmiaru krzywd, którzy jeszcze za nich robotę wykonają w ramach wolontariatu nazywanego “zaangażowaniem świeckich”.

Za to ci świadomi, wciãż wierzący, będą głòwnie w cichości zagryzać zęby. No bo co tu robić, jak zgłoszenia do odpowiednich władz przynoszą niewiele, lub zgoła nic… A protesty są skutecznie zamilczane.

Aha, żeby nie było: nie mam na myśli tego, że świadomi katolicy w tej diecezji są bierni. Nie są. Widać, że są też osoby, które robią dobre rzeczy. Ale o trudnych tematach jakby woleli nie rozmawiać. Ileż razy mi tu mówiono: “eh, lepiej za dużo się nie zastanawiać, bo to i tak nic nie daje”. Smutne.

“Kto wie, czy przyszłością nie będą – zamiast wielkich świątyń – małe kaplice erygowane na osiedlach”
Można by na nie zaadaptować opuszczone kioski Ruchu, wypożyczalnie DVD, bądź punkty repasacji pończoch 😉

@mały janio
Para coś? Para klet, kletos?
Carlos Castaneda może i zakopywanie w ziemi? Kult Ziemniaka? Pastafarian już mamy.
Polecam dwie książki
„Hurra nie jestem Bogiem” Halika
oraz
„Psychologiczne uwiedzenie” William Heard Kilpatrick

A Ty jakie mi, tak na serio pytam.
pozdr małaasia

” na samą atrakcyjność powołania kapłańskiego czy też samego „zawodu” księdza katolickiego również wpływa wiele czynników aktywnych w danym czasie i miejscu. ”

“A co życiem duchowym? Przestało być ważne? Czy może ksiądz nie jest już do niego niezbędny albo w odczuciu ludzi okazuje się może po prostu niekompetentny?”

Może podsunę pewien pomysł na powyższe: znieść celibat.

karol
Pomylił Pan HR z PR 🙂 Dobrze rozumiany HR to dbanie o personel, słuchanie, jakie są potrzeby, trudności, ale też mocne strony, ukierunkowanie instytucji tak, żeby każdy mógł się wykazać w tym, w czym jest dobry, a jak są jakieś braki / problemy, to próba zaradzenia im typu szkolenie, przygotowanie / zatrudnienie kogoś, kto im zaradzi. Ja pracuję od 16 lat w rozwijającej się firmie IT, jak się przychodziłem było 12 osób, teraz jest 70 i nasz szef w tym roku zatrudnił bardzo dobrą panią, która ma o nas dbać. Nie ma powodu, żeby Kościół działał inaczej.

Problem braku księży ma tyle powodów, że każda inna instytucja by dawno padła. Więc jak widzę, że w naszej diecezji jest 6 diakonów, to widzę w tym wymodlony cud Boży i nie rozpaczam, że 20 lat temu co roku było po 20.