Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Bycie „nikim”, także w Kościele, daje ogromne poczucie wolności

Tomasz Terlikowski

Odkrywanie ciemnej strony polskiego Kościoła nie było dla mnie prostym doświadczeniem. Kościół był od zawsze moim domem.

Fragment książki Tomasza P. Terlikowskiego „Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego

Wesprzyj Więź.pl

A gdzie ty byłeś w tym wszystkim? – to pytanie może mi zadać czytelnik pamiętający rozmaite spory, debaty, a nawet wydarzenia, w których uczestniczyłem. Często jako zdecydowany, niekiedy radykalny człowiek Kościoła. I nawet jeśli z perspektywy hierarchii nigdy nie byłem grzecznym chłopcem, bo uczestniczyłem zarówno w udanej próbie zablokowania powołania arcybiskupa Stanisława Wielgusa na metropolitę warszawskiego, jak i od bardzo dawna domagałem się wyjaśniania spraw związanych z nadużyciami seksualnymi w Kościele, to jednocześnie w wielu innych kwestiach broniłem interesów Kościoła, jego systemowego zakorzenienia.

Naprawdę pan tego nie widział?

Czy wówczas nie widziałem problemów? Czy naprawdę wierzyłem w to, że system może naprawić się sam? Czy nie spotkałem przestępców seksualnych i ich ofiar? A może także nie chciałem, nie potrafiłem zobaczyć tego, co się działo?

„Naprawdę pan tego nie widział?”– pytają mnie czasem ludzie. I ja również je sobie zadaję. Rachunek sumienia jest istotnym elementem modlitwy człowieka wierzącego, a pytania o to, czy coś można i trzeba było zrobić inaczej, lepiej, z większym zdecydowaniem, są ważne i trzeba się z nimi mierzyć.

Odruch obronny, niechęć dostrzeżenia, że na moich oczach wygasa Kościół, jaki znamy, były zbyt silne. Nie umiałem się z tym pogodzić. W polemicznym braku umiarkowania szastałem epitetami na prawo i lewo. Czy jest mi dzisiaj wstyd za to, co mówiłem? Tak. To nie były ani dobre słowa, ani prawdziwe analizy

Tomasz Terlikowski

Udostępnij tekst

Mogę się oczywiście bronić, wskazując, że po stronie kościelnej byłem jedną z pierwszych osób, które w mediach zaczęły mówić o konieczności ochrony osób skrzywdzonych i o konieczności nakładania kar na krzywdzicieli.

Mogę tłumaczyć, że w tych kwestiach starałem się brać stronę skrzywdzonych, ale jednocześnie nie mogę nie przyznać, że wtedy wciąż zdawało mi się, że problem będzie jednak marginalny, a jego przyczyną są raczej słabości ludzkie niż problemy systemowe. Wystarczy przywrócić ortodoksję, realizować nauczanie Kościoła, słuchać kolejnych papieży i wszystko będzie dobrze.

Kiedy zrozumiałem, że jest inaczej? Kiedy zaczęło do mnie docierać, że kryzys dotykający Kościoła jest głębszy niż brak umiejętności komunikacji, niż niechęć do zaglądania w niewygodne papiery, niż nawet solidarność zawodowa księży, określana niekiedy mianem klerykalizmu?

Kiedy zrozumiałem, że mamy do czynienia ze związanym z głębokimi problemami doktrynalnymi procesem wygasania nie tylko polskiego, ale i europejskiego katolicyzmu? I czy sam najpierw nie zareagowałem na to zjawisko lękiem i próbą odwrócenia kierunku wydarzeń?

Nie mam prostej odpowiedzi na te pytania. Mogę tylko powiedzieć, że zmiana była długim procesem, a istotną rolę w nim odegrali ludzie, których spotkałem gdzieś na swojej drodze. Nie bez znaczenia były także zmiany dokonujące się w samym Kościele, kolejne wydarzenia, które stawiały poważne pytania. Zmuszały do rewizji wcześniejszych założeń.

Nic już nie było takie samo

To był wysoki, wysportowany mężczyzna. Żonaty, ojciec dwójki dzieci, pracował w szybko rozwijającej się firmie, nie miał problemów z mówieniem. Ale tylko do pewnego momentu, do momentu gdy zaczął opowiadać, jak dawno temu – był wówczas może w wieku piętnastu lat –wikariusz z parafii, w której jako nastolatek był zaangażowany, zaprosił go do siebie, by pomógł w nawlekaniu medalików na łańcuszki. Wtedy jego głos zaczął się łamać, zmienił się jego ton, zaczął się jąkać, a twarz stała się z powrotem obliczem nastolatka.

– On, on – próbował to z siebie wydusić – położył mi rękę na… Uciekłem, pobiegłem do matki. Ona, ona zaraz pobiegła do proboszcza – mówił. Pot wystąpił mu na czoło.

Księdza ostatecznie z parafii przeniesiono, ale posługę kapłańską spełnia do tej pory. A konsekwencje szybkiej reakcji rodziny ponosiła ona sama.

– Nic już nie było takie samo. Przestaliśmy chodzić na parafię, bo inni wikariusze mówili nam, że skrzywdziliśmy chłopaka, że wystąpiliśmy przeciwko kapłaństwu – opowiadał mężczyzna.

Od tamtych wydarzeń minęło dwadzieścia lat, ale dla niego one nadal są żywe. Jest wierzący, ale wciąż nie rozumie, dlaczego tak się wówczas zachowano. Ten mężczyzna i tak miał wiele szczęścia. Rodzice nie tylko mu uwierzyli, ale i zareagowali. Byli wsparciem.

– Moi rodzice nie wiedzą do tej pory – opowiadała mi przy kawie pewna kobieta.

Jej oprawca już nie żyje, zmarł krótko przed ogłoszeniem watykańskiego wyroku, ale dla rodziców i rodzeństwa pozostaje wybitnym, charyzmatycznym duchownym.

– Oni nie mają pojęcia, co ze mną zrobił – uzupełniała cichutko kobieta.

Kiedy pytam, dlaczego nigdy im nie powiedziała, dlaczego nie pobiegła od razu do nich, spogląda na mnie, jak na kogoś, kto niczego nie rozumie. Nerwowo miesza kawę.

– Pan nie rozumie, kim jest u nas ksiądz. Hierarchia religijna w naszej części Polski wygląda zupełnie inaczej niż gdzie indziej. Na samej górze jest proboszcz, potem jest ojciec, a niżej jest Bóg.

A wie Pan, do czego służy ten ostatni? Do tego, żeby usprawiedliwiać każde sku…syńtwo tych pierwszych – wyrzuca z siebie. – Każde – dodaje.

Czy wiem, o czym mówi? Chyba trochę tak. Byłem w tym regionie na spotkaniu z młodzieżą, najbardziej katolicką w najbardziej katolickim miejscu Polski.

– O czym mam do nich mówić – zapytałem wówczas organizatorów i dodałem, że nie jest łatwo mówić do tak wierzącej młodzieży. A oni spojrzeli na mnie jak na idiotę: – O wszystkim. Oni spotykają się ze wszystkim, co w życiu najgorsze. Od przemocy, także seksualnej w domach, przez przemoc w Kościele aż po dramaty w szkole – odpowiedzieli mi. – A wszystko podlane sosem religijnym – dodała moja rozmówczyni, gdy powtórzyłem jej tę historię.

Jeszcze gorzej było słuchać opowieści o tym, jak ludzie odbijali się od drzwi biskupów, prowincjałów, przełożonych, gdy próbowali – z pełnym zaufaniem – opowiedzieć im o tym, co ich albo ich dzieci, spotkało.

Wiele lat temu, tuż po publikacji pierwszego wywiadu rzeki z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim, w którym wspominaliśmy o przestępstwach seksualnych, siedziałem w uroczym domu gdzieś w Polsce południowej. W kominku trzaskał ogień, piliśmy znakomitą herbatę, a ludzie, którzy mnie tam zaprosili, opowiadali, jak potraktował ich miejscowy biskup, gdy opowiedzieli mu, co spotkało ich syna.

Kościół przestał sobie radzić z tym, co się dzieje, bo sam został głęboko podzielony. Poglądy polityczne, przynależność do jednego z plemion postsmoleńskich stała się ważniejsza niż wiara bądź jej brak

Tomasz Terlikowski

Udostępnij tekst

Sprawcą był „kolega kursowy” (tak w Kościele określa się kolegę z roku) biskupa, świetnie osadzony w miejscowej diecezji. Obojętność, chłód i niewiara – tak można podsumować reakcję hierarchy. Ostatecznie ukarał więc wikariusza, który wspierał skrzywdzonego chłopca i jego rodziców, i domagał się wyjaśnienia sprawy. A proboszcz? A proboszcz po kilku latach spokojnie przeszedł na zasłużoną emeryturę.

Wtedy miałem nadzieję, że to wyjątek, że inni reagują inaczej, ale po wielu podobnych rozmowach, po opowieściach skrzywdzonych dziewcząt, którym przełożeni sprawców oznajmiali, że „jak suka nie da, to pies nie weźmie” – wiem już, że to norma, a nie wyjątek. Norma, której przyczyną jest głęboko zakorzenione w Kościele myślenie.

Kościół mój dom

Odkrywanie ciemnej strony polskiego Kościoła nie było dla mnie prostym doświadczeniem. Kościół był od zawsze moim domem. Już w podstawówce trafiłem do jednej wspólnoty kościelnej, a później przeniosłem się do innej. Czasy liceum i studiów to okres głębokiego wchodzenia w wiarę, radości z odkrywania nauczania Kościoła i wreszcie niesamowitych znajomości.

Nigdy, przynajmniej ja osobiście, nie zetknąłem się z takimi złymi zachowaniami. Księża byli mądrzejsi lub głupsi, bardziej lub mniej zaangażowani, ale nie spotkałem żadnego, który krzywdziłby w ten sposób młodych ludzi. A może spotkałem, ale nie potrafiłem tego rozpoznać? To pytanie staje przede mną obecnie, ale nawet gdy niezwykle intensywnie o tym myślę, nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnej zaskakującej sytuacji.

Na studiach zacząłem pracę w katolickich mediach, najpierw było to Radio Józef, w którym pracowaliśmy z moją ówczesną dziewczyną, a obecną żoną, od pierwszych niemal dni istnienia, a potem – tuż po obronie magisterium, na katolickiej zresztą uczelni – Radio Plus. Kościół i religia były zawsze blisko mnie. Zajmowałem się nimi zawodowo, opisywałem ich życie i sam wierzyłem.

Jako dziennikarz widziałem wiele patologii, widziałem klerykalizm, pijaństwo niektórych biskupów (skrzętnie ukrywane wówczas przez media wszystkich opcji), ale wciąż miałem wrażenie, że to tylko wyjątki. Bo przecież widziałem też Kościół piękny. Relacjonowałem papieskie pielgrzymki, choćby tę do Ukrainy, mogłem rozmawiać z biskupami, a oni traktowali mnie często zupełnie inaczej niż zwykłych wiernych.

Była kawa u nuncjusza (znakomita, aromatyczna, taka jaką piłem wcześniej i później tylko we Włoszech) i sympatyczne rozmowy z arcybiskupem Józefem Michalikiem (zaowocowały one książką, za którą otrzymałem jedyną w swoim życiu nagrodę Feniksa od Stowarzyszenia Wydawców Katolickich), który obdarował mnie kiedy przepiękną ikoną. Wciąż stoi na moim biurku.

Czy widziałem wówczas problemy? Tak. Ale wciąż wydawały mi się one rysami, a nie potężnymi naruszeniami struktury fundamentów. I nawet gdy pisałem o tym, że tak jak zareagujemy na kryzys lustracyjny, tak reagować będziemy na problemy z pedofilią, to wciąż miałem nadzieję, że jednak będziemy wyciągać wnioski z własnych błędów.

To był zresztą bardzo ciekawy czas, bo wtedy za lustracją i oczyszczeniem Kościoła była prawa strona sceny politycznej, jej przedstawiciele mówili o tym niezmiernie mocno, a strona druga (nazywana wówczas liberalno-lewicową) miała z tym poważny problem. Arcybiskup Stanisław Wielgus wywiadu na temat własnej współpracy z SB (do której jego zdaniem nie doszło) udzielił przecież „Gazecie Wyborczej”, którą skądinąd wcześniej i później na różne sposoby gromił i odsądzał od czci i wiary.

Wielu księży, choć nie zawsze mogło mówić o pewnych rzeczach wprost, opowiadało się wówczas po stronie tych, którzy chcieli oczyszczenia, rozliczenia z przeszłością. I to nawet wówczas, gdy sprawy dotyczyły przestępstw seksualnych. To dawało nadzieję, pozwalało żywić nadzieję, że w Kościele jest siła konieczna do oczyszczenia, że wielu go chce i że tylko przypadkiem takie oczyszczenie się nie dokonuje.

Nadzieję pokładano równie w tym, że najważniejsze teksty na tematy lustracyjne publikowały media uchodzące wówczas za konserwatywne: „Rzeczpospolita”, „Dziennik Polska-Europa-Świat”, „Gazeta Polska”.

To zresztą budziło wiarę, że prawica będzie w stanie rozmawiać z Kościołem na równych prawach, że potrafi wspierać go w procesie oczyszczania. Argumentem za takim myśleniem było przecież, że rezygnację w dniu ingresu arcybiskupa Stanisława Wielgusa wymógł na Benedykcie XVI prezydent Lech Kaczyński.

Dlaczego?

Nie zawsze i nie wszystko się udawało. Kilka, może kilkanaście tygodni po wymuszonej rezygnacji arcybiskupa Wielgusa i po tym, jak udało się – dzięki interwencji „Rzeczpospolitej”, w której wówczas pracowałem – doprowadzić do usunięcia kilku pracowników kurii płockiej, którzy dokonywali nadużyć seksualnych na małoletnich, o spotkanie poprosił mnie pewien dominikanin. Nie znałem go wówczas, ale potem stał się człowiekiem bardzo mi bliskim.

Marcin Mogielski, bo o nim mowa, opowiedział mi wówczas pierwszy raz o sprawie ks. Andrzeja Dymera. Niestety, choć materiał na ten temat przygotowywali wówczas dziennikarze „Rzeczpospolitej”, ówczesny naczelny tej gazety Paweł Lisicki uznał, że w minionych miesiącach dziennik poświęcił zbyt wiele miejsca nadużyciom w Kościele i ostatecznie materiału nie puścił.

Opublikowała go pół roku później „Gazeta Wyborcza”, i choć wyrzucałem sobie (a kilka lat później wyrzucali mi to inni), że nie udało mi się przekonać do publikacji naczelnego „Rzeczpospolitej”, to gdy tekst już się ukazał, na łamach portalu Ekumenizm.pl, który wówczas współtworzyłem, wspierałem wyjaśnienie sprawy.

Czy mogłem zrobić więcej? Z dzisiejszej perspektywy zakładam, że pewnie tak, ale to były inne czasy, a ja byłem w innym miejscu i zawodowo, i religijnie pewnie też. Ostatecznie – choć o tym także dowiedziałem się wcześniej – nie opublikowałem tego, czego dowiedziałem się o dekrecie kardynała Giovanniego Battisty Re w sprawie arcybiskupa Juliusza Paetza. Dlaczego?

Może dlatego, że wiedziałem, iż mogą to zrobić inni (co zresztą nastąpiło), a może dlatego, że w dniu, gdy bardzo poważnie rozmawiałem z pewnym duchownym na ten temat, w Smoleńsku spadł samolot. Ta tragedia wywróciła świat do góry nogami po raz kolejny.

To był chyba ostatni raz – przynajmniej w pierwszych dniach po tej tragedii – gdy można było zobaczyć zjednoczoną, także religijnie, Polskę. Mój przyjaciel, gej i protestant, zadzwonił – gdy jeszcze byłem ze studentami, zanim zwolnił nas z zajęć rektor – żebym jak najszybciej przyjechał na Krakowskie Przedmieście, bo on tam już odmawia Koronkę do Miłosierdzia Bożego.

Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, który potem stał się przedmiotem politycznego sporu, ustawiono spontanicznie i tak samo spontanicznie studenci wyświetlali w oknach akademików krzyże. Imaginarium katolickie, symbolika religijna wówczas – chyba tak naprawdę ostatni raz – jednoczyła.

Trwało to bardzo krótko, szybko wróciły podziały, Jarosław Marek Rymkiewicz opublikował wiersz, w którym z polskości wykluczał część Polaków, a na Krakowskim Przedmieściu pojawili się i przeciwnicy, i zwolennicy krzyża.

Pytania o sens, o znaczenie tego, co się wówczas wydarzyło, prowadziły niektórych – w tym mnie – w kierunku pewnej formy mesjanizmu, w nadawaniu sensu cierpieniu jakiejś szczególnej misji Polski. Inni – niemal od razu –znaleźli winnego, uznając, że to był zamach. Życie polityczne radykalnie się zmieniło. A Kościół?

A Kościół przestał sobie radzić z tym, co się dzieje, bo sam został głęboko podzielony. Poglądy polityczne, przynależność do jednego z plemion postsmoleńskich stała się ważniejsza niż wiara bądź jej brak. Partia – jedna bądź druga – ważniejsza niż wspólnota Kościoła.

Nie ma co udawać, że byłem wówczas po jednej z dwóch stron. Wydawało mi się, że tamte wydarzenia nie tylko ukazały głęboki, religijny sens historii Polski (mesjanistyczno-apokaliptycznie rozumiany), ale także uświadomiły, że Polska rzeczywiście jest inna niż reszta Europy, że nasza religijność przetrwa, że będziemy oazą wierności kolejnym papieżom.

Po opowieściach skrzywdzonych dziewcząt, którym przełożeni sprawców oznajmiali, że „jak suka nie da, to pies nie weźmie” – wiem już, że takie podejście do skrzywdzonych to norma, a nie wyjątek

Tomasz Terlikowski

Udostępnij tekst

Biskupi Rzymu mieli być tymi, którzy ratują Europę, opoką, na której zbudowane będą zarówno Kościół, jak i Polska.Papież z Niemiec, jak przekonywałem w książce „Benedykt XVI. Walka o duszę świata”, miał mieć całościowy projekt odbudowy starej dobrej Europy i starego dobrego Kościoła, a wyegzekwowanie jego decyzji o zakazie święceń kapłańskich dla osób homoseksualnych miało być wystarczającym lekarstwem na wszystkie skandale seksualne.

Że nie jest to takie proste, że to nie rewolucja seksualna rozpoczęła kryzys ze skandalami seksualnymi w Kościele i że ofiarami są także dziewczęta, a sprawcy często wcale nie są homoseksualni, ale skrajnie niedojrzali, docierało do mnie powoli. Wraz z kolejnymi lekturami, rozmowami. I wciąż miałem przekonanie, że przyczyny tych zjawisk są jednak zewnętrzne, nie dotykają istoty doktryny Kościoła czy sposobu jego życia.

Rezygnacja Benedykta XVI była dla mnie szokiem, nie wierzyłem, nie umiałem sobie poradzić z tym, że ten papież, określany „ojcem”, przechodził na emeryturę. Trudne do zrozumienia były także zmiany wprowadzane przez Franciszka.

Odruch obronny

Początkowo reagowałem na nie tekstami, które miały pokazać, że zmiany są pozorne, że w istocie mówią o nich tylko media (tak było z moją książką „Operacja Franciszek. Sześć medialnych mitów na temat papieża”), a gdy nie dało się już udawać, że zmiany nie następują, najpierw próbowałem pokazać, że ich jedyną przyczyną jest otoczenie, a później ostro polemizowałem z Franciszkiem, zarzucając mu w istocie rewolucję.

Odruch obronny, niechęć dostrzeżenia, że na moich oczach wygasa, kończy się Kościół, jaki znamy (książkę pod tytułem „Koniec Kościoła, jaki znacie”opublikowałem dopiero w roku 2022), był zbyt silny. Nie chciałem, nie umiałem się z tym pogodzić. Broniłem formy bardzo ostro. Polemizowałem, spierałem się. Byłem przekonany, że da się uratować to, co było.

Jednocześnie zmieniał się świat wokół nas. W 2011 roku do Sejmu weszła ostro antyklerykalna partia Palikota (Ruch Palikota), której liderem i założycielem był jeden z twórców „Ozonu” –pisma pokolenia JP2, gdzie pracowałem – a Anna Grodzka, transkobieta, stała się jedną z jego twarzy.

Ja – w polemicznym braku umiarkowania – szastałem epitetami na prawo i lewo. Czy jest mi dzisiaj wstyd za to, co mówiłem? Tak. To nie były ani dobre słowa, ani prawdziwe analizy. Zostałem za nie skazany, potem przepraszałem Annę Grodzką, co też i w tej książce czynię ponownie.

Jak wielu (tyle że u mnie to się zmieniło) byłem przekonany, że rewolucje obyczajowe, moralne, także związane z postrzeganiem płci, małżeństwa i rodziny, da się zatrzymać metodami politycznymi, nowelizacją prawa, jego mocniejszym egzekwowaniem. Wydawało mi się – a mam wrażenie, że w procesie zwycięstwa prawicy jakoś medialnie uczestniczyłem, budując i będąc naczelnym mediów konserwatywnych, w tym przede wszystkim Telewizji Republika – że polska prawica może odwrócić kierunek zmian.

I bardzo powoli uświadamiałem sobie, że – paradoksalnie – tego typu działania przyspieszają proces laicyzacji i zmiany, a nie, że go zatrzymują, że Kościół, który uwikłany jest w bieżącą politykę, albo precyzyjniej, który zostaje wykorzystany do bieżącej polityki, zawsze musi stracić.

Pisałem o tym otwarcie w wielu miejscach, wskazywałem na problemy z tym związane, a niekiedy płaciłem za to swoją cenę. Nie ma tu miejsca na opowieści kombatanckie, ale dość powiedzieć, że w pewnym sensie moje słowa spełniły się – właśnie za sprawą pójścia własną drogą – słowa z wywiadu, jakiego udzieliłem krótko po wygranej najpierw Andrzeja Dudy, a później PiS-u w wyborach 2015 roku.

Błażej Strzelczyk zapytał mnie wówczas, co chcę robić w Polsce PiS?

„Jestem redaktorem naczelnym Telewizji Republika. Jeśli rada nadzorcza pozwoli, dalej chcę pełnić tę misję i budować silne, wolne media. A jeśli kiedyś rada nadzorcza czy akcjonariusze znajdą kogoś lepszego do pełnienia tej funkcji, chętnie zostanę «nikim». Będę pisał książki, zajmował się filozofią rosyjską i bioetyką i miał dużo czasu dla dzieci. Będę z powrotem zwykłym publicystą. Do rządu czy instytucji władzy się nie wybieram, a policji obyczajowej czy nowej inkwizycji, której – zdaniem wielu miałbym zostać szefem – nikt nie tworzy. I dzięki Bogu” – odpowiedziałem mu wówczas.

Ta przepowiednia spełniła się – wbrew pozorom – dość szybko. Wystarczyło kilka razy skrytykować PiS (za odrzucenie projektów zmiany prawa aborcyjnego) i już byłem „nikim”.

Wiara w możliwość zatrzymania pewnych transformacji, a także świadomość, że metodami politycznymi można głównie Kościołowi zaszkodzić, a nie pomóc, pojawiała się jednak stopniowo. Tak jak stopniowo odsłaniało się przede mną, co jest istotą problemów Kościoła.

Nie da się zobaczyć piekła i zostać takim samym

Kluczowym wydarzeniem w tym procesie stało się dla mnie przewodniczenie dominikańskiej komisji poświęconej sprawie Pawła M. To pewnie był trochę przypadek, że właśnie ja zostałem jej szefem. Byli inni kandydaci, to dziś już wiem, ale z różnych istotnych powodów się nie zgodzili. Ja się zgodziłem, trochę dlatego, że nie do końca wiedziałem, co mnie czeka. Czy dziś zgodziłbym się także?

Odpowiedź wcale nie jest prosta, bo dziś już wiem, jakie kompetencje trzeba mieć, żeby takiej komisji przewodzić, i jak mało kto wiem, jak bardzo mi ich wówczas brakowało. A jednocześnie wiem także, że nie żałuję, iż się zgodziłem, i gdybym miał możliwość „powtórzenia” tamtej sytuacji, to zgodziłbym się ponownie.

Jestem też pewny, że nigdy więcej takie wyzwanie przede mną nie stanie. Nie ma na tym etapie w polskim Kościele woli, by komisję powoływać (oby się to zmieniło), a nawet gdy się ona pojawi, to będę z pewnością ostatnią osobą, której biskupi czy prowincjałowie powierzą jej prowadzenie.

Bycie „nikim”, także w Kościele, daje ogromne poczucie wolności. A jednocześnie tamto doświadczenie jest czymś, czego nie da się zapomnieć. Pół roku pracy ze szczerze zaangażowanymi ludźmi, pół roku spotkań z osobami, które zostały skrzywdzone, a także rozmów z tymi, którzy tworzyli system umożliwiający ową krzywdę, zmieniło mnie nieodwracalnie.

Nie da się zobaczyć piekła i zostać takim samym. I nie waham się użyć tu nazwy „piekło”. To, co działo się w klasztorze we Wrocławiu, a wcześniej w Poznaniu, to było piekło.

Piekło emocjonalne, ale też piekło duchowe. Nie chodzi tylko o przemoc, manipulację, oszustwo, jakie się tam dokonały, ale także o to, jak system bronił sprawców, jak bardzo pewne klerykalne nawyki, zakonne modele współistnienia umożliwiały nie tylko krzywdę, ale także lata jej krycia.

Takie doświadczenie zmienia na zawsze. Nie da się już patrzeć na Kościół tylko jak na instytucję bezpieczną, bo już się wie, że w tej (także ludzkiej) instytucji może spotkać nas straszliwe zło. Nie, nie zmieniło to, o czym pewnie będzie jeszcze mowa, mojej wiary w Boga, ale głęboko zmieniło postrzeganie Kościoła.

Doświadczenie wspólnego badania sprawy Pawła M. doprowadziło mnie do wniosku, że nie jest prawdziwa często powtarzana formuła: „święty Kościół grzesznych ludzi”. Jeżeli poważnie traktujemy opowieść o grzechu pierworodnym jako elemencie ludzkiej natury, to nie ma możliwości, by instytucja tworzona przez ludzi była od niego wolna.

Nie da się tak samo uczestniczyć w modlitwie charyzmatycznej, bo wciąż pojawiają się w człowieku pytania o źródła pewnych doświadczeń. Czy rzeczywiście to Duch Święty? A może jednak czasem manipulacja? A może po prostu ludzkie emocje?

Czy czasem zwyczajna przemoc psychiczna nie jest opakowana w rzekomo świętą moc? Czy ślepa wiara, pozbawiona rozeznania, nie prowadzi do sekciarskiego myślenia? I wreszcie: czy przypadkiem klerykalizm nie jest podglebiem możliwości tamtego wydarzenia?

Tamten czas zmienił wiele, bardzo wiele w moim życiu. A potem były kolejne spotkania. Z bardzo różnymi ludźmi. Rozmowy, które uświadamiały mi kolejne kwestie. Lektury, które pozwalały dostrzec kolejne poziomy problemu.

Żałuję i przepraszam

Miesiąc, może trochę później, po opublikowaniu raportu zaprosił mnie do rozmowy w TVN24 Go Piotr Jacoń. To było już po tym, jak powiedział w mediach o transpłciowej córce, ale rozmawiać mieliśmy o polskiej prowincji dominikanów.

Mieliśmy, ale nie rozmawialiśmy. Jacoń zaczął pytać, czy nie żałuję pewnych sformułowań zawartych w moich wcześniejszych tekstach czy książkach. To było celne pytanie, bo po latach – w innym kontekście, z innym rodzajem wiedzy i doświadczenia – mam poczucie, że niektóre z moich słów, sposób ich formułowania czy kompletny brak empatii wobec osób homo- czy transseksualnych mogły je ranić, a może trzeba powiedzieć: raniły je.

To nie jest tak, że chodziło o to, by je zranić. Intencje były inne, chciałem wówczas w jasny sposób mówić trudną, ale – jak mi się zdawało – konieczną prawdę. Tyle że ani to była właściwa forma, ani nawet pełna prawda. I wtedy już to wiedziałem.

Odpowiedź była dość oczywista: żałuję tamtych słów, tamtych wydarzeń. Za tamte słowa, za przeprosiny wypowiedziane w czasie programu, posypały się na moją głowę gromy z medialno-ideowej strony, do której – jak wciąż sądzę – należę.

Miałem wyrzekać się wiary, prawdy o homoseksualizmie i przechodzić na drugą stronę w walce z „ideologią LGBTQ+”. Tygodnik „Sieci” zadawał pytanie, co się stało z Terlikowskim (nie, nie sam, ale powołując się na słowa jakiegoś proboszcza w jakiejś parafii), i sugerował, że „skapitulowałem w wojnie kulturowej”.

Wielu znajomych odwróciło się ode mnie, zerwało kontakty, przestało się odzywać. Inni zapewniają o modlitwie o nawrócenie. Od czasu do czasu moja żona słyszy od znajomych księży pytanie, czy wiem, co mówią o mnie księża.

Zostali blisko wcale nie tylko ci, którzy zgadzają się ze wszystkim, ale z pewnością ci, którzy byli rzeczywiście przyjaciółmi. Inni się wykruszyli. I nie jest tak, że tego nie rozumiem. Sam bardzo długo myślałem tak samo. Byłem przekonany, że tylko zachowanie wszystkiego, uparta obrona każdego elementu doktryny i odrzucanie każdej krytycznej uwagi jest drogą, jest wyrazem wierności Ewangelii i Kościołowi, a także może uratować Polskę przed laicyzacją.

Latami budowałem ten system z naprawdę szczerą wiarą. I bardzo powoli docierało do mnie, że zachowując wiarę, wcale nie trzeba bronić wszystkiego, że istotą rozwoju, ale i zachowania, jest rozróżnianie, i wreszcie, że nie da się zachować wiarygodności głoszenia Ewangelii nie tylko bez oczyszczenia (to wiedziałem od dawna), ale też bez opowiedzenia jej na nowo, w języku ludzi współczesnych.

Mam świadomość, że dla części ludzi Kościoła, także moich dawnych i obecnych przyjaciół to zdrada, a dla innych może to wyglądać – co powiedziała mi podczas nagrania podkastu w „Kulturze Liberalnej” profesor Katarzyna Kasia – na swoistą powtórkę z „rewizjonizmu”, drogi Baumana czy Kołakowskiego. Ale nie sądzę, by tak było.

To nie jest tak, że uznaję frazę „Kościół tak, wypaczenia nie”, bo w tej sprawie jestem o wiele bardziej pesymistyczny i zwyczajnie nie wierzę w istnienie instytucji pozbawionej wypaczeń. Drogą człowieka, ale też drogą instytucji jest powolne naprawianie błędów, ze świadomością, że niekiedy w procedurach naprawczych będą się ukrywać już nowe wyzwania. I z Kościołem jest dokładnie tak samo.

Jeśli w coś jednak wierzę, to w istocie w to, że dla istnienia chrześcijaństwa, przekazu Ewangelii (którą uważam za najpiękniejsze i ponadto prawdziwe wyjaśnienie tego, kim jest człowiek, czym jest świat i jaki jest jego sens) konieczna jest instytucja.

Ceną za obecność w przestrzeni historycznej przemieniającej, wywracającej – jeśli jest przyjęta na poważnie – narracji chrześcijańskiej jest właśnie istnienie instytucji, która sama siebie sakralizuje, nadaje niemal boskie uprawnienia, a niekiedy realnie krzywdzi ludzi. Nie różni się w tym od innych wspólnot, grup, instytucji. Nie jest prawdopodobnie wcale od nich gorsza, a jeśli za taką uchodzi, to dlatego, że sama siebie fałszywie uznaje za świętą i doskonałą.

Jej trwanie jest jednak istotne, bo bez niej (także bez innych instytucji religijnych) nie byłoby podstawy, dzięki której trwać może przekazywanie wiary i rewolucyjnej treści. Owszem, instytucja nieco ją przykrawa, ogranicza, nadaje jej formę o wiele mniej wyzywającą, ale gdyby jej nie było, nie byłoby przekazu w ogóle. I właśnie dlatego chcę pozostać wierny instytucji, w której dorastałem, w której odnalazłem wiarę w Boga, która określała moje życie. Aby jednak mogła ona rzeczywiście rozwijać się (a nie zwijać), konieczna jest głębsza analiza procesu „wygasania”, którego opisem jest niniejsza książka.

Wesprzyj Więź

Bez tego nie uda nam się zrozumieć, co dzieje się wokół nas.

Tytuł i śródtytuły od redakcji

Przeczytaj także: Mój Kościół się nie zmierzcha

Podziel się

22
11
Wiadomość

Szkoda, że Moderacja Więzi nie lubi za bardzo krytycznych uwag wobec red. Terlikowskiego. Nie sugeruję oczywiście (naprawdę), że wynika to z fascynacji jego przejściem na stronę Światła – ale nie wiem, z czego to wynika. Czy to jest tak, że chcecie dać mu szansę? Bo ja nie mam zamiaru dawać mu szansy 🙂 Nie po tym, co robił i mówił przez całe lata. Może najpierw kilka lat bez parcia na szkło i potem porozmawiamy, red. Terlikowski?

@Dawid – podpisuję się pod Pana głosem.
Wszystkie znaki mówią, że p. T. Terlikowski chce być (i jest) szczery – w przeciwieństwie np. do polskich bpów – i dlatego Go szanuję.
A co do biskupów, to czy któryś z nich pokusił się o taki przegląd swoich wystąpień/poglądów, jak zrobił to p. Terlikowski (z uznaniem własnej winy)? Nie! Więc oceniając warto patrzeć trzeźwo na całokształt.

“sympatyczne rozmowy z arcybiskupem Józefem Michalikiem” – to jedyny zgrzyt, ktory bolesnie odczulem. Jak sympatyczne moga byc rozmowy z kims, kto jest przekonany, ze to dzieci zwodza tych biednych ksiezy na pokuszenie i na zgube ich swietego kaplanstwa? Cos mi tu nie gra.

Książka zawierająca rozmowy z arcybiskupem J. Michalikiem ukazała się w 2011 r., a szokujące słowa o zagubionych dzieciach wodzących na pokuszenie księży padły dwa lata później. Zresztą Terlikowski bardzo zdecydowanie na nie zareagował.

Tytuł lepszy niż treść, choć ona też dobra jest. Wybierzmy zatem odrobinę przyszłości. Potrzebujemy większej refleksji na temat odpowiedzialności jednostki (osoby). Również religijnej. Anonimowość jest obronnym maskowaniem poprzez zbudowanie swojego szałasu. Takim też jest ucieczka do głębokiego pełnego ludzi lasu. Polska stadność zachowań i przekonań wynika z uwarunkowań historycznych i kulturowych. Miała zazwyczaj charakter obronny. Trzeba odwrócić porządek myślenia od ogółu do szczegółu i podjąć indywidualny wysiłek poszukiwania chrześcijańskiej wspólnoty a może nawet samej wspólnotowości chrześcijaństwa. Potrzebna jest odwaga i samodzielne starcie się przeważającymi siłami “antypostępu”. To co może łączyć to ani ciało (mistyczne) ani krew (przelana) ale siła własnej postawy etycznej zainspirowanej dziełem Jezusa. Oddanie siebie drugiemu albo raczej “oddawanie” bo jest to proces, gdy jest szczere i uczciwe zbliża człowieka do człowieka powstałego na obraz i podobieństwo Boga. Czyli do samego Boga.

Przecież nikt Pani do kupna nie zmusza. Terlikowski przeprosiny wygłaszał już kilkukrotnie (przywołuje je zresztą w powyższym tekście) i to publicznie, np. w wywiadach. Tutaj można się spodziewać szerszej wypowiedzi na temat drogi, którą już przeszedł i wciąż idzie. Nie widzę nic złego w opisaniu tego w formie książki i że autor i wydawnictwo na tej książce zarobią.

Nikt nie odmawia red. Terlikowskiemu prawa do pisania o swoim życiu i drodze. W ogóle nie o to chodzi., nie przeprosił wielu osób, na które rozpętywał nagonki, które ranił swoimi słowami. To się powinno dokonać wprost, w słowach bezpośrednio do nich kierowanych. Nikt mu nie odmawia prawa do pisania o swoim życiu i drodze, nie o to chodzi. Ale są zranieni, ich rodziny i środowiska, w których funkcjonowali i do nich należałoby się zwrócić bezpośrednio, a nie- w monetyzowanych książkach czy w wywiadach, w których się odpowiada na pytania.

Przepraszam, wysłało mi się za szybko.

Nikt nie odmawia red. Terlikowskiemu prawa do pisania o swoim życiu i drodze. W ogóle nie o to chodzi.
Chodzi o to, że nie przeprosił wielu osób, na które rozpętywał nagonki, które ranił swoimi słowami- są też ich rodziny i środowiska, w których funkcjonowali i także do nich należałoby się zwrócić bezpośrednio, a nie- w monetyzowanych książkach czy w wywiadach, w których się odpowiada na pytania. To się powinno dokonać wprost, w słowach bezpośrednio do nich kierowanych.

Kiedyś zapadło we mnie mocno to, co usłyszałem od Stanisława Obirka po opuszczeniu przez niego Kościoła, na spotkaniu zorganizowanym przez Krytykę Polityczną w Teatrze Rozmaitości o jego jezuickim mistrzu, Amerykaninie Walterze Ongu SJ, że postawa dialogiczna w życiu nie może wykluczać ewentualności zrezygnowania z części swoich poglądów i przyjęcia poglądów adwersarza jako swoich. Tak więc rozpoczęcie uczciwego dialogu już staje się postawieniem znaku zapytania przy swoich poglądach. Dlatego poznaje się ją po tym, że nie głosisz swoich przekonań „żarliwie”, apodyktycznie.

Wówczas postawa ta została przywołana przeciw betonowi kościelnemu odmawiającemu dialogu, różnic, błędów. Tymczasem stawia ona znak zapytania także tym, którzy „zapędzili się” w dialogu. Nie mogą prowadzić uczciwego dialogu ze swoim dotychczasowym plemieniem, bo musieliby kwestionować własną przemianę. I w takiej sytuacji znaleźli się (nie stawiam tu znaku równości) i Stanisław Obirek, i Tomasz Terlikowski. Podcina to ich korzeń wiarygodności wobec tych, których chcieliby przekonać do zmian, jakie sami przeszli.

McLuhan postawił tezę, że forma przekazu wpływa na jego treść. Redaktor Terlikowski przyjął przeciw skuteczną wobec swojego niegdysiejszego plemienia metodę głoszenia swoich odkryć, którym po części daję wiarę i popieram mówienie o nich. I dlatego dziś może naprawiać instytucję Kościoła raczej tylko z zewnątrz, gdzie rządzą ci, którzy ją niszczą, gdyż im zawadza na drodze ku ich nowemu, wspaniałemu światu. Zburzenie świątyni daje nadzieję na zbudowanie wspanialszej.

Radziłbym Autorowi rozpoczynać każdą konfrontację od tego, co nadal łączy (powyżej taki charakter ma ostatni akapit; lepiej późno nić wcale, ale gdyby był na początku, utrudniałby adwersarzom odrzucenie). Ignorować niedojrzałe polemiki, a nie przywoływać je po to, by obniżyć miarodajność najbardziej opiniotwórczych swoich adwersarzy. Nie wdawać się w efekciarskie i zbędne dla najważniejszej osi sporu wątki typu „apostołowie zdradzili Judasza” z przed kilku tygodni. Pisać prawdę, a nie milczeć o różnicach z plemieniem uznającym Kościół za wroga. Autor nie ma złudzeń co do biskupów. A o „biskupach” krucjaty antykościelnej, którym pozwala się używać to ma złudzenia czy woli tę kwestię właśnie przemilczać? Przypomnę fragment z filmowego reportażu „Trzej przyjaciele”, gdy Leszek Maleszka, po wydaniu się jego nieprzeciętnie haniebnej współpracy z SB pracujący incognito dla Gazety Wyborczej, nagrany radzi przez telefon jakiemuś jej nadgorliwemu redaktorowi, że na antypapieskie tytuły jest jeszcze zbyt wcześnie . To są ludzie, którzy zajmują się upadkami Kościoła nie żeby nam pomóc się podnieść, ale by nas zniszczyć.

To, co T.Terlikowski powiedział w TVN24 (ja sam mam w tych sprawach żyję w niepewności, gdy dowiedziałem się, że w poukładanej, wielodzietnej rodzinie katolickiej jeden z chłopców bez żadnej obserwowalnej przyczyny zaczął w wieku 12 lat zachowywać się jak dziewczynka) powinien powiedzieć w mediach katolickich głównego nurtu, a gdyby nie został puszczony, nawet na swoich kanałach społecznościowych – ale nie w TVN, jeżeli najważniejszym celem jest przekonywanie do zmiany tych, do których przed chwilą należał.

Z opublikowanego fragmentu wnioskuję, że Tomasz Terlikowski wybrał drogę Józefa Flawiusza, a nie drogę Jermiasza. Zawrócenie z tej drogi pozrywa nowe znajomości i przyjaźnie i przeniesie całkowite osamotnienie. [Wiem, że brzmi to jak moralizm osoby, która nie musiała podejmować podobnych decyzji etycznych, ale widzę, że i na moim kursie są podobne wybory w adekwatnej dla mnie skali i będzie mnie można rozliczać – a przynajmniej ja mam nadzieję sam siebie rozliczyć i tu wrócić – z wymagań, które podpowiadam innym].

Już Panu Tomkowi Terlikowskiemu dziekowalem kilka razy prywatnie za obronę osób wykorzystanych w Kosciele. To szalona odwaga, wręcz brawura, a teraz tez pewnie po raz kolejny podziękuję za to co robi dla nas i Koscioła w Polsce .
Panie Tomku- DZIĘKUJĘ !
Tomek- wykorzystany w Kosciele.

Autor mówi teraz generalnie sensowniej, niż jeszcze całkiem niedawno. Wcześnie dość przedstawia zapis tych swoich wewnętrznych przemian. Z drugiej strony mówił też coś kiedyś , że właściwie to wcale się tak bardzo nie zmienił….
No, nie wiadomo.
Rozumiem-prawa rynku, szybkiej informacji, newsa…

To, co chyba nie bardzo się zmieniło, to to, że Autor bardzo lubi mieć rację i być uznawany za kogoś, kto “się zna”. I czasem w nue do końca uprawbiony sposób mówić innym, co mają/powinni robić .

I mówić o sobie lubi Autor. Nawet poprzez mówienie o osobach skrzywdzonych…. “jako jeden z pierwszych” (???!!??)
No nie, wielu mówiło wcześniej, dużo wcześniej… oczywiście nie wszyscy tak publicznie, bo nie wszyscy mają takie możliwości. Wielu złamano przez to życie. Wielu zmieszano z błotem.
Wielu postawiło wszystko na kartę sprawiedliwości, której nie doczekali się za życia.

Panie Tomaszu, to, że w tej chwili możePan tak otwarcie mówić o tych sprawach, to, wbrew pozorom, efekt cierpień i odwagi rzeszy ludzi. Tych skrzywdzonych i tych, którzy listy pisali, do kurii jeździli, ostracyzmu doświadczali, i bezradności, i beznadziei.
I naprawdę, nie musi Pan zawsze być pierwszy.

Ale teraz generalnie lubię poczytać i posłuchać czasami, choć na ten egocentryzm oko i ucho przymykać muszę.

@Joanna Krzeczkowska
Również dziękuję. 🙂

Muszę powiedzieć, że gdy czytam to forum, to myślę sobie: jakby to było dobrze, gdyby można było w grupach okołokościelnych rozmawiać tak szczerze i bezpośrednio, otwarcie, jak na internetowym forum…

I, jeśli chodzi o klimat wypowiedzi na tematy kościelne, to właśnie mi się wydaje, że rozumiem p.Terlikowskiego.
Kiedyś to nawet mi siè zdawało, że koledzy, co pracują w różnych kościelnych instytucjach to mają fajnie-praca z sensem, może taki klimat “do człowieka”. Ale po latach, jak to obserwuję czasem z zewnątrz, to się właśnie zazwyczaj cieszè, że nie z bliska. Naukowcy muszą być katolickimu apologetami, specjaliści czasem muszã udawać, że nie widzą tego, co widzą, bo gdyby chcieli być zgodni z rzeczywistością, to zaraz ktoś by ich oskarżył o jakieś herezje. Mało: bywa, że są sytuacje “do tego to lepiej nie chodzić, bo jednak za mało katolicki”. Przykre.

Osobiście nie widzę przemiany u pana Tomasza. Według mnie jest taki, jaki był. Naładowany, nastawiony na mówienie i propagowanie swojego punktu widzenia, przekonany o nieomylności swej drogi. Taki był i taki jest. Po prostu na podstawie doświadczeń, które tak namiętnie opisuje i powtarza to, gdzie się da, zaufał kierunkowi, wobec którego był na początku krytyczny – mam tu na myśli kierunek obecnego pontyfikatu. Osobiście współczuję.

Też piszę za dużo i pewnie mam parcie na szkło. Forum. Niszowe.
Ale komentarz Fix i Marka i Roberta i karola – rozumiem. Nawet te kasowane.
Piotr Ciompa też akurat w tej samej drużynie, Karol. Nawet. Wyraźnie.
Da się łączyć czasem odległe bieguny.

I sorry, ale dziennikarze to tak sobie ufają, a ja im nie. No. Vanier, Rupnik, osobiste sympatie?
No właśnie. A ta rozmowa.
https://www.youtube.com/watch?v=gjdy2GwNOGc&t=5s
I artykuł?
https://wdrodze.pl/article/czy-mozesz-odpowiedziec-amen/

Tak. Był taki moment, kiedy zauważyłam w ogóle Terlikowskiego.
Negatywnie. Akurat Taizé to też moje miejsce.
Po co to pisał i dominikanie opublikowali „W drodze”? A było akurat spotkanie w Polsce.
Książki można sobie wydawać. Takie prawo wolnego rynku.
Może coś napiszę 🙂
A tak btw. Jak na bycie nikim to niezła przestrzeń.

Kiedyś Jim Morrison powiedział: “jestem sławny, piękny i inteligentny – ciekawe, jak to spieprzyć”. Pisanie kolejnej książki przez Terlikowskiego to nie sposób na bycie “nikim”, ale na bycie “niezależnym”, a to nie to samo. Ten człowiek swego ego się nie wyrzeknie, co to, to nie.

Przyjaciele! Dziękuję za wszystkie udostępnione opinie. Lecz z przykrością stwierdzam, że Tomasz Terlikowski niewiele zrozumiał. Jego kościół jest zamknięty w Wieczerniku! Nikt nie ma prawa do niego wstąpić i naprawić. Nie ma tam Prawdziwego Jezusa Zbawiciela, Duch Święty jest personą … . Jedyną pociechą jest, że p. Tomasz pozostał na zewnątrz. To jest jego szansą i nadzieją. Czeka Go jednak wiele pracy nad sobą. Życzę, aby zdążył, gdyż się zatracił bez reszty. Jego książka to jedynie potwierdza. Kazimierz
PS. Mój opiekun i wychowawca duchowy z gdańskiej parafii Matki Boskiej Częstochowskiej w 1960 roku zakazał mi spowiadania się przy pierwszej i następnych spowiedziach z tematów związanych z życiem cielesnym! Czy coś wiedział ?

@Kazimierz
O co tak naprawdę chodzi w pańskim komentarzu ? Może pan jaśniej napisać ?

A propos “PS” – to nie trzeba już się spowiadać z ” tematów związanych z życiem cielesnym!” ? To jakaś nowość przyznam.

I co też pan sugeruje że “wiedział ” pański spowiednik z Gdańska ?
Zaintrygował mnie pan.

Właściwie wciąz to samo.Dobrze,że p.Terlikowski pojął, jakie zło dzieje sie w KKR.Nie od dzis.Dbrze,że chce to naprawić. Ale, na Boga, niech nie przechodzi na pozycje odwrócone o 180 o.To banał,ąłe prawda jest najbliżej środka.Ci co ostenctacyjnie porzucili kościól zwykle stają się skrajnymi neofitami.Klinicznym przykładem jest tu p.Obirek,który ma wręcz obsesję na punkcie JPII, i zawsze jest gotów do “przyłożenia” mu(tzn JPII), słusznie czy niesłusznie.
Niech Pan Panie Tomaszu stanie w srodku, nie przechyli się jak wspomniany Obirek,Polak czy Bartoś w drugą, także skrajną stronę.Jest ogromnr pole do poszukiwań, do prób ,chociaż prób szukania drogi, gdzie uda się pogodzić prawdziwą naukę KKR z tzw życiem.Czy to możliwe? Jka dota nie,ale nie zwalnia nas to od działania

Szanowni Czytelnicy
Proszę rozważyć uważne przeczytanie nowej książki Tomasza Terlikowskiego pt Wygasanie – Zmierzch mojego kościoła
Jest to pierwsza dobrze przygotowywana analiza  społeczno polityczno religijnego stanu naszego kościoła.
Przynajmniej dwa pierwsze rozdziały powinny być lekturą obowiązkową na każdym kierunku historii, socjologi i politologi.

Mam cztery uwagi 
1. Szkoda, że Pan Tomasz nie zauważył, że o prawie każdym problemie opisanym w tej książce wiele lat wcześniej pisał już o. Ludwik Wiśniewski OP,   Ojciec napisał kilka zadaje się fundamentalnych tekstów analitycznych dotyczących przestrzeni polskiego kościoła wiele lat wcześniej publikowanych w prasie.
2. W rozdziale pt “Niechciany dar wolności” Pan Tomasz pisze to samo co wiele lat wcześnie pisał o Ludwik  w swoich tekstach publikowanych w Tygodniku Powszechnym. Nie przypuszczam aby Pan Tomasz ich  nie znał tekstów Ojca
3. Mimo bardzo dobrze zrobionych przypisów brakuje  mi w tej książce indeksu osobowego.
4. Mam też pewne wątpliwości co do tytułu. Kościół ,którego wygasanie opisuje Pan Tomasz nigdy nie był moim kościołem i oby jak najszybciej wygasł.

Książkę Tomasza Terlikowskiego pt Wygasanie – Zmierzch mojego kościoła serdecznie polecam.

Robert Springwald

@ Robert: Ciekawym jest Pana wskazowka, ze o. Wisniewski juz o prawie kazdym problemie wczesniej pisal. Czy to bylo o kazdym problemie – to nalezaloby solidnie sprawdzic zrodlowo. Ale pamietam, ze problem naduzyc seksualnych duchownych byl dla o. Wisniewskiego tematem tabu. Zakonnik ten zaatakowal rowniez slownie p. Terlikowskiego po ogloszeniu Raportu o o. Pawle M. oraz systemowym tuszowaniu jego przestepstw w zakonie dominikanow. Czytam ksiazke p. Tomasza i przyznaje, ze pobudza ona do szeregu refleksji…

Com napisał napisałem… To nie jest prawda że cyt ” ze problem nadużyć seksualnych duchownych byl dla o. Wisniewskiego tematem tabu”. Proszę dobrze przeczytać tekst O. Ludwika pt: Mój zakon taki nie jest…. i pozostałe. I jeszcze jedno nie zaatakował tylko polemizował i moim zdaniem miał rację

ukłony
Robert

Tomaszu! Stałeś się duchowym przewodnikiem takich jak np. Konrad +Schnaider? Proszę Cię o poważną refleksję nad efektami Twojej “twórczości”. Tych szkód w wielu umysłach nie da się już naprawić! Kazimierz