Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Joni Mitchell: Gdy chmury zakryją drogę

Joni Mitchell, 1974. Fot. Paul C Babin / Wikimedia Commons

Jej wielkość polega na tym, że nie udziela banalnych, nad wyraz popularnych dziś rad, by „niepowodzenia przekuć w sukces”, by potraktować je jako „szansę na rozwój”. A co, jeśli już wystarczy? – zdaje się pytać w „Both sides now”.

Drugi odcinek cyklu Michała Gołębiowskiego i Damiana Jankowskiego „Listopadowa piosenka”. Pierwszy przeczytacie tutaj

Wszystko zaczęło się w samolocie. To w nim początkująca pieśniarka Joni Mitchell (tak naprawdę Roberta Joan Anderson) czytała „Hendersona, króla deszczu”, powieść Saula Bellowa, późniejszego noblisty. A dokładniej: fragment, w którym główny bohater wyjrzał przez okno samolotu i zobaczył chmury. Joni zrobiła to samo. W jej głowie natychmiast pojawił się tekst, nieco później melodia.

Wesprzyj Więź.pl

Powstałe w ten sposób wersy stały się jedną z najpiękniejszych pieśni drugiej połowy XX wieku, ochoczo wykonywaną przez całe grono muzyków, dość często używaną w filmach (ostatnio w oscarowej, nieco cukierkowej „COD-zie”). Co ciekawe, jako pierwsza nagrała utwór nie Mitchell, a Judy Collins. Dopiero dwa lata później zrobiła to sama autorka. Zaśpiewała ją na swojej drugiej płycie, „Clouds” (Chmury) – pierwszej, za którą odebrała Grammy.

Jest w „Both sides now” coś zaskakującego: wokalistka z Kanady stworzyła w wieku zaledwie 24 lat ujmująco piękną balladę, pod którą mogłaby się pewnie podpisać również dzisiaj – schorowana i wycofana, dobiegająca osiemdziesiątki.

Bardziej przekonująco niż w 1969 roku utwór zabrzmiał ponad trzydzieści lat później. Na płycie pod tym samym tytułem miał rozbudowaną aranżację, wręcz monumentalny ciężar i wyraźny smutek w głosie dojrzałej Joni, która wkrótce odebrała, między innymi za „Both sides now”, kolejne Grammy. A może najbardziej przejmujące wykonanie pochodzi z lata tego roku, gdy Mitchell pojawiła się nieoczekiwanie na festiwalu w Newport i po raz pierwszy od dwudziestu lat wykonała swoją piosenkę przed publicznością? Sekundujący jej na scenie muzycy mieli łzy w oczach. Nie tylko zresztą oni…

Wspominam o smutku, stałym towarzyszu Joni, nieodłącznym elemencie tej twórczości. Prawda jest taka, że Mitchell wybijała się na tle muzyków swojego pokolenia co najmniej trzema rzeczami, oprócz cudownego głosu: upartym unikaniem przynależności do grupy (mimo że stworzyła „Woodstock”, hymn dzieci kwiatów), ucieczką przed muzycznym szufladkowaniem oraz konsekwentnym zwracaniem się ku swojemu wnętrzu. Zamiast przyjąć koronę „królowej folku”, chciała eksperymentować. Zamiast skupiać się na niesprawiedliwościach świata i buncie, wolała tworzyć intymne pieśni, pozostające w kontrze na przykład do świątecznej gorączki („The river”), albo powracające do przeszłości i niełatwych wspomnień, po to, by szukać ukojenia. I by lepiej zrozumieć samą siebie, „samolubną i smutną”.

Z tym samolubstwem to nieprawda: Joni przez lata pisała i śpiewała głównie dla tych, którym – jak w utworach Agnieszki Osieckiej – „smutno jest”, których „wciąż omija rausz”, którym zostało „szczęście naprawdę niewielkie”. Tak było na przepięknej płycie „Blue”, arcydziele kompletnym z 1971 roku, jednym z najcudowniejszych krążków w historii muzyki popularnej. I tak stało się, wbrew pozorom, w piosence „Both sides now”.

Mitchell patrzy w niej na swój los i na miłość z tytułowych obu stron. Wspomina wszystko, co składa się na codzienność, stara się pomieścić w sobie: „dawanie i branie”, „łzy, obawy i poczucie dumy”, „zwycięstwa i porażki”, „wzloty i upadki”, „marzenia, plany i tłumy cyrkowe”, powtarzające się wciąż i wciąż „kolejne show”, złudzenia i przywdziewane maski, bolesną samoświadomość, że stale „coś się traci, coś się zyskuje”.

Nie widzę tu jedynie wzruszającego hymnu na cześć życia. Wielkość Joni polega na tym, że dopuszcza do siebie świadomość porażki, czy może lepiej: życiowej klęski. Że zaczyna w miejscu, w którym radiowe melodie się kończą. Że nie udziela banalnych, nad wyraz popularnych dziś rad, by „niepowodzenia przekuć w sukces”, by potraktować je jako „szansę na rozwój”. A co, jeśli już wystarczy? – zdaje się pytać Mitchell. Jeśli pozwalam moim wątpliwościom wybrzmiewać i widzę własne niepowodzenia? Chciałabym się raczej zwinąć, skryć w sobie, a nie rozwinąć, na pewno nie „szczerzyć zęby i fikać koziołki dla pełnej sali” (Miłosz). I co wtedy?

Wielka to sztuka umieć spojrzeć na swój los uczciwie, unikając samozachwytu, ale i nie popadając w rozpacz. Dopuścić do siebie coś, co wypadło już niemal całkowicie ze współczesnego słownika: rozczarowanie. To o nim śpiewa Joni: „Tak wiele bym zrobiła / lecz chmury weszły mi w drogę”. Mam wrażenie, że „Both sides now” powstała dla tych dwóch wersów. Może właśnie w nich zamykają się koleje losu wybitnej pieśniarki: przebyte w dzieciństwie polio i związana z nim dojmująca samotność; wyboista droga na szczyt, wycofywanie się, rezygnowanie z utartych ścieżek sukcesu i powroty po uznanie; oddanie córki do adopcji i nawiązanie z nią relacji dopiero po trzech dekadach; kolejne związki i małżeństwa, które nie przynosiły ze sobą domowego ciepła i harmonii.

Wesprzyj Więź

Smutne to wszystko? Dołujące? Może tak, a z drugiej strony – jakoś prawdziwe. Nie chodzi wcale, powtórzę, o cierpiętniczy defetyzm, a o świadomość, że życie nie jest wcale koncertem życzeń, areną spełniania marzeń, listą do odhaczania kolejnych celów. Miało być – jak u Carole King – „gobelinem z bogatych i królewskich barw”, a ono wciąż i wciąż się pruje; miało być jak „kręgi na wodzie / obudzonym w nieskończonych głębiach / początkiem który rośnie” (Herbert). Miało być ciągiem chwil, których już, coraz bardziej świadomi, nie zmarnujemy. Miało być…

Ze wszystkich tych śmieszno-poruszających starań co zostanie? Skarga rzucona w kierunku wszechświata, świetnie wyrażona przez Ildefonsa Gałczyńskiego w słowach „za duży wiatr na moją wełnę”? A może jedynie słodko-gorzka konstatacja wspaniałej Joni Mitchell: „Tak naprawdę wcale nie znam życia”. Ono i tak ostatecznie okaże się większe od nas. Wiemy tylko, że spotkają nas w nim momenty triumfu oraz długie okresy niepokoju. I zachwycający cud tego świata – chmury, co nie raz zakryją nam drogę…

Przeczytaj też: Rozmowy mistrza Leonarda ze śmiercią

Podziel się

6
Wiadomość

@Marysia
To był mój pierwszy – i jedyny – “komentarz” na stronie Więzi, więc poprzednio musiałaś nie zgadzać się z kimś innym o tym samym co ja imieniu;-) Do tego “komentarza” skłonił mnie fakt, że na dwóch stronach, na które regularnie zaglądam, BBC News i wiez.pl, pojawiły się niemal jednocześnie artykuły na ten sam temat, a także przypuszczenie, iż przynajmniej niektórych czytelników artykułu na stronie Więzi mógłby zainteresować również ten ze strony BBC News, z linkiem do nieznanego mi wcześniej a bardzo niedawnego wykonania “Both Sides Now” na żywo przez Joni Mitchell. Podanie linku w moim komentarzu nie było raczej wyrazem sądu, z którym można by się zgadzać lub nie zgadzać, chyba że sądu bardzo bardzo skromnego i niespornego, a mianowicie – że artykuł z BBC może zaciekawić tych, którzy o Joni Mitchell i piosence “Both Sides Now” przeczytali na stronie Więzi.

Może niektórzy z nich pamiętają jeszcze znakomite użycie tej piosenki w filmie “Love Actually”, w scenie, w której postać odgrywana przez Emmę Thompson słucha jej w sypialni, tłumiąc w ukryciu łzy. Dar pod choinkę od męża w postaci płyty CD z tą piosenką, a nie naszyjnika w pudełku o tych samych rozmiarach i kształcie, które znalazła wcześniej w kieszeni jego płaszcza i uznała błędnie za prezent przeznaczony dla niej, jest dla żony i źródłem gorzkiej wiedzy, i rodzajem pociechy po jej przypadkowym zdobyciu. Miłośnikom Joni Mitchell polecam również jej bardzo wczesne wykonanie “The House of the Rising Sun”:

https://www.youtube.com/watch?v=4wWR3ZkyyGY

I na koniec – serdeczne podziękowania dla Damiana Jankowskiego za artykuł o Joni Mitchell na tych łamach.

@Wojciech
„Podanie linku w moim komentarzu nie było raczej wyrazem sądu, z którym można by się zgadzać lub nie zgadzać,” – racja, to akurat się zgadza. No cóż, „ Wojtek” to ulubione imię, komentatorów „ Więzi, z którymi rzadko się zgadzam, ale przyznaję, zazwyczaj ciekawie piszą. Tak, czy siak, zysk z tej pomyłki taki, że poza muzyką, obejrzę jeszcze film. Panie Damianie, Wojciechu, jak to mówią, zrobiliście mi dzisiaj poranek i wieczór – dziękuję!