Wiosna 2024, nr 1

Zamów

I ty możesz zostać Dreyfusem

Alfred Dreyfus w mundurze kapitana, ok. 1894. Fot. Aaron Gerschel / Wikimedia Commons

Jolanta Kurska w swojej nowej książce pokazuje „sprawę Dreyfusa” w nowatorski sposób, rozciąga jej promieniowanie na współczesną Francję, Polskę i świat.

 „I ty możesz zostać Dreyfusem”. W ten oto sposób – dość przewrotnie, ale bardzo trafnie – profesor Roman Kuźniar ujął w swojej recenzji wydawniczej sedno najnowszej książki Jolanty Kurskiej „Wieczny powrót Dreyfusa” (Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 2022).

Przewrotnie, bo z jednej strony może chodzić o kierowane ku nam serdeczne życzenie typu „i ty możesz zostać świętym czy Sokratesem”, odwołujące się do szlachetnego wzorca postaci pozytywnej i niezłomnej, która ma być dla nas ważnym punktem odniesienia, a zarazem cennym drogowskazem. Z drugiej jednak strony przytoczona w tytule afirmacja może równie dobrze brzmieć złowieszczo i groźnie, jak niepokojąca wróżba, wręcz alarmistyczny straszak, że i nas spotkać może podobnie smutny i zły los.

Wesprzyj Więź.pl

Widoczna w sprawie Dreyfusa polaryzacja francuskiego społeczeństwa nie spadła z nieba. Dojrzewała ona jak podziemna, złowrogo pulsująca lawa wulkanu

Paweł Matyaszewski

Udostępnij tekst

A wszystko to trafne, bo właśnie tę podwójną interpretację chciała nam przekazać sama Autorka i zrobiła to z największym kunsztem, znakomicie dowodząc, że nazwisko Dreyfusa wpisane jest od zawsze, praktycznie nieuchronnie, w imperatyw dwuznaczności, w podwójność interpretacji, w dualizm ocen i rozdwojenie stanowisk, jak jakiś nowy, mitologiczny posąg Janusa o dwóch obliczach, jak rewers i awers tej samej monety.

Rysa na beztroskim obrazie

Alfred Dreyfus był francuskim kapitanem artylerii zatrudnionym w sztabie generalnym armii, jedynym tam oficerem pochodzenia żydowskiego, oskarżonym w 1894 roku o szpiegostwo i zdradę na rzecz Niemiec, a ściślej: o przekazywanie im tajnych dokumentów. Na podstawie sfabrykowanych – jak się potem okaże – dowodów, fałszywych zeznań rzekomego świadka, błędnych, a tak naprawdę naciąganych i tendencyjnych opinii grafologów – został skazany wyrokiem sądu wojskowego na degradację oraz dożywotnie zesłanie do położonej z dala od Francji kolonii karnej. Kolonii usytuowanej na Wyspie Diabelskiej w Gujanie Francuskiej w Ameryce Południowej (uwiecznionej w niezapomnianym filmie „Papillon” z 1973 roku w reżyserii Franklina J. Schaffnera ze znakomitymi rolami Dustina Hoffmana i Steve’a McQueena, nakręconym na podstawie autobiograficznej powieści byłego więźnia, Henri Charrière’a).

Dreyfus pozostałby zapewne do końca życia w tym francuskim, zamorskim gułagu o nieludzkim rygorze (zlikwidowanym ostatecznie przez Francuzów dopiero po drugiej wojnie światowej, w 1952 roku), założonym jeszcze za czasów Napoleona III w zabójczym, równikowym klimacie. Jego sprawa zostałaby uznana za zamkniętą, zaś dokumenty procesu odesłane do wojskowego archiwum, gdyby nie postawa jego rodziny: żony Lucie, ale głównie starszego brata Mathieu. Nigdy nie uwierzyli oni w jego winę, co więcej: rozpoczęli starania o uniewinnienie i rehabilitację oraz przywrócenie mu dobrego imienia.

I tu zaczyna się słynna „sprawa Dreyfusa” („l’affaire Dreyfus”), która oficjalnie potrwa długo, bo aż dwanaście lat. Formalnie zakończy się dopiero w 1906 r. całkowitym anulowaniem niesprawiedliwego wyroku we Francji przez najwyższy sąd apelacyjny, przywróceniem Dreyfusowi stopnia oficerskiego, a nawet awansem na majora i uhonorowaniem Legią Honorową. W międzyczasie proces wstrząśnie wręcz społecznym i politycznym życiem Francji, stając się nie tylko jednym z najbardziej rozpoznawalnych wydarzeń, ale też – a chyba i przede wszystkim – jednym z najpoważniejszych kryzysów w jej historii przełomu XIX i XX wieku, brudną plamą na radosnym i beztroskim obrazie Belle Époque

Nie chcąc wchodzić szczegółowo w dokładny przebieg sądowej batalii o rehabilitację i uniewinnienie francuskiego kapitana. Podobnie jak czyni to Jolanta Kurska, należy zatrzymać się na najistotniejszych faktach, a zwłaszcza na tym, co kryje się pod nazwą „sprawy Dreyfusa”. Starania rodziny doprowadzają nie tylko do kolejnych rozpraw kasacyjnych (choć w 1899 r. Dreyfus zostanie niestety, mimo wszystko, ponownie uznany za winnego, skazany tym razem „tylko” na dziesięć lat więzienia, a jego degradacja pozostanie utrzymana w mocy), a potem do ułaskawienia przez prezydenta III Republiki, Émile’a Loubeta, i wreszcie ostatecznego uniewinnienia w 1906 r., o czym była już mowa wyżej.

Dwie twarze Francji

Fakty te są bowiem początkiem nie tylko kolejnego procesu sądowego, ale prawdziwego procesu dziejowego w życiu samych Francuzów i ich kraju, ostrej i bolesnej polaryzacji francuskiego społeczeństwa, czego nikt się nie spodziewał, chociaż można ją było przecież w jakimś sensie przewidzieć, bo nie wzięła się znikąd, i nie spadła z nieba. Dojrzewała ona we Francji drugiej połowy XIX wieku jak podziemna, złowrogo pulsująca lawa wulkanu, którego nagła erupcja w 1894 r. dokonała gwałtownego spustoszenia i niszczącego kraj trzęsienia ziemi.

Wieczny powrót Dreyfusa
Jolanta Kurska, „Wieczny powrót Dreyfusa”, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 2022

Podział Francji na niezłomnych obrońców Dreyfusa z jednej strony, a na jego bezpardonowych oskarżycieli z drugiej – to istniejące już od dawna w XIX stuleciu, o czym przypomina Jolanta Kurska, pęknięcie i podział Francuzów na dwa przeciwstawne, wręcz wrogie sobie światy. Wierzący w niewinność francuskiego oficera, broniący jego honoru i domagający się dla niego uniewinnienia – to zwolennicy demokracji, obrońcy wolności, krytycy obskurantyzmu, przeciwnicy ksenofobii, których najsłynniejszym reprezentantem był oczywiście Émile Zola ze swoim głośnym listem-pamfletem-manifestem „J’accuse” („Oskarżam”). Prawdziwi adresaci owego listu otwartego zamieszczonego 13 stycznia 1898 r. w gazecie „L’Aurore” (choć tekst skierowany był oficjalnie do prezydenta Félixa Faure, odnosił się w istocie do wrogów Dreyfusa i to właśnie ich oskarżał), to z kolei wyznawcy konserwatyzmu, obrońcy Kościoła, stronnicy reakcji, orędownicy silnej armii, propagatorzy nacjonalizmu, siewcy antysemityzmu.

Te dwie różne twarze Francji widać w „sprawie Dreyfusa” jak w soczewce. Znakomicie przedstawił to Roman Polański w swoim filmie „Oficer i szpieg” z 2019 roku. Z jednej strony, niby skupił się głównie na procesie francuskiego oficera, nawet mniej na samej jego osobie, a bardziej na coraz mocniej wierzącym w jego niewinność pułkowniku Georges’u Picquarcie, przeniesionym, a raczej zesłanym przez swoich przełożonych w 1897 r. do garnizonu w Tunisie, w obawie, by nie odkrył niewygodnej, haniebnej prawdy (jego postać genialnie zagrał Jean Dujardin). Z drugiej strony reżyser świetnie ukazał rozdartą na pół Francję, rosnący antysemityzm, narastający, niebezpieczny nacjonalizm.

Ale przepołowiona Francja to jednak nie tylko kraj różnych od siebie światopoglądów czy politycznych przekonań. Pamiętajmy, że zarówno katolicy, jak i ateiści, monarchiści i republikanie, zwolennicy prawicy i obrońcy lewicy – znajdowali się po obu stronach konfliktu. Chodzi więc również, a tak naprawdę przede wszystkim, o dualizm nieprzystawalnych do siebie, odmiennych, a zarazem podstawowych i uniwersalnych światów wartości. Z jednej strony prawa człowieka, wolność słowa i godność jednostki, z drugiej – nietolerancja, antysemityzm, wrogość do innego. Między tymi dwoma światami faktycznie nie ma możliwości synergii, bo wszystko je dzieli, a nic nie łączy. Nawet wspólna Francja.

Coś nowego w znanej sprawie

Ale wróćmy do samej książki Jolanty Kurskiej, bo to ona przecież wywołała i znakomicie przypomniała powyższy temat. Zbiór jej esejów jest wyborny, pokazuje bowiem „sprawę Dreyfusa” w inny niż zazwyczaj sposób, robi to nowatorsko, przynajmniej w Polsce.

Jak wspomniałem, autorce nie zależało na dokładnym odtworzeniu sądowych zmagań, pokazaniu szczegółowego kalendarium wydarzeń kilkunastu lat batalii o prawdę i honor. Mało tego, nie chciała nam zaproponować kolejnej biografii samego Dreyfusa, ukazania, z małymi wszak wyjątkami, historii jego życia, najważniejszych faktów i scen. Nawet nie pisze nam, co się z nim działo po ułaskawieniu i przywróceniu do armii. Nie dowiadujemy się, że nie zginął on, tak jak niestety ponad milion francuskich żołnierzy, w hekatombie I wojny światowej; że walczył pod Verdun, został awansowany do stopnia podpułkownika. Następnie zaś pędził przez długie lata w Paryżu spokojne, choć naznaczone chorobą życie emeryta, gdzie zmarł dopiero w 1935 roku, przeżywszy praktycznie wszystkich tych, którzy go oskarżali lub bronili.

Jolanta Kurska podąża całkiem innym tropem, pragnie nam bowiem pokazać zupełnie coś nowego w znanej sprawie. Jej książka chce być „próbą analizy zjawisk towarzyszących temu wydarzeniu, takich jak fenomen mobilizacji obywatelskiej, znaczenie prasy w tym sporze, postawa intelektualistów, Kościoła katolickiego, urzędników państwowych oraz motywacji im towarzyszących. To także refleksja nad fenomenem fałszywego założycielskiego mitu, wokół którego krystalizują się antydemokratyczne, nacjonalistyczne siły”.

Można by rzec, że dopiero do tak postawionego sobie zadania autorka używa zebraną w wyniku bibliotecznych i internetowych kwerend bibliografię i faktografię, całą swoją ogromną wiedzę i erudycję. Pokazuje nam serię wycinków z różnych archiwalnych dokumentów, artykułów z gazet, wypowiedzi. Przytacza wiele danych, faktów, liczb lub dat, opatrując swoje dzieło bardzo bogatym i różnorodnym materiałem ilustracyjnym oraz aneksami zawierającymi znakomicie tłumaczone na polski przez nią samą francuskie teksty, głównie Zoli, choć nie tylko. To ostatnie nie dziwi zresztą wcale, bo Kurska jest przecież wytrawną romanistką, absolwentką UAM w Poznaniu, ale też i paryskiej Sorbony. Wszystko zresztą robi w swojej książce opierając się na mądrej, kartezjańskiej wysublimowanej analizie, zachowując postawę bezstronnej, aczkolwiek „czułej narratorki”, posługując się oryginalnym stylem. Eseje te czyta się po prostu z przyjemnością, z ogromnym uznaniem dla siły intelektu i pióra autorki.

Nie chcąc ich tutaj streszczać, by nie zepsuć lektury potencjalnym czytelnikom, lepiej uwypuklić sens i przesłanie książki wyrażone zarówno w przytoczonym przed chwilą fragmencie wstępu, jak i przede wszystkim w samym jej tytule. O co chodzi w „wiecznym powrocie Dreyfusa”? Chcąc lepiej to zrozumieć, trzeba ponownie odwołać się do istoty i charakteru sporu, jaki podzielił tak gwałtownie, wręcz boleśnie rozdarł Francję pod koniec XIX wieku.

„Sprawa Dreyfusa” to przede wszystkim walka dobra ze złem, prawdy z kłamstwem, realnych faktów z demagogicznymi przemowami, piękna i odwagi myśli z tandetnymi i obrzydliwymi karykaturami politycznymi (zamieszczone w książce przykłady ilustracyjne kojarzą się nieuchronnie z późniejszymi, jakże odrażającymi „obrazkami” nazistowskiego „Der Stürmera”). To walka o wolność jednostki i praw człowieka z opresyjnym państwem i reprezentującymi je bezwzględnymi siłami: armią i aparatem (nie)sprawiedliwości. Wreszcie, last but not least, to walka demokracji z autokratycznym reżimem, rodzącego się wtedy właśnie świata intelektualistów z obskurantyzmem i wstecznictwem, wschodzącej wówczas koncepcji otwartego na/dla wszystkich społeczeństwa obywatelskiego z antysemityzmem, ksenofobią i populizmem.

Nauczycielka historia

Słusznie zauważa Kurska, że choć sama „sprawa Dreyfusa” jest już dzisiaj zamkniętym rozdziałem francuskiego państwa, to wiecznie do nas wszystkich powraca, ponieważ w istocie „jej historia jest ponadczasowa i globalna”. Autorka pokazała to w swoich esejach przedłużając niejako ten konkretny przypadek o historię faszyzujących ruchów politycznych we Francji przed II wojną światową, haniebny okres Vichy, kolaborację reżimu marszałka Pétain’a i części Kościoła katolickiego z nazistowskimi Niemcami oraz współudział Francuzów w „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”. Autorka przedstawia również tych prawych Francuzów, w tym księży i biskupów, którzy mieli odwagę przeciwstawić się złu, publicznie je potępić, a nawet je zwalczać.

Wesprzyj Więź

Kurska idzie jeszcze dalej, rozciąga promieniowanie „sprawy Dreyfusa” na dzisiejsze czasy we Francji, w Polsce i na świecie. Pisze: „W dobie wypłukiwania demokracji z jej istoty, niszczenia jej instytucji, odwracania znaczeń słów, w imię dobra narodu, które «stoi ponad prawem», coraz ostrzejszych starć obozu demokratycznego z antydemokratycznymi i nacjonalistycznymi siłami, dostrzegamy ciągłość tego konfliktu. Dziś znów antydemokratyczne siły ograniczają zakres swobód obywatelskich, wykluczają i poniżają inaczej myślących, dążą do zawłaszczenia wymiaru sprawiedliwości. Odżywają antysemityzm i ksenofobia”

W tym właśnie tkwi niewątpliwie wartość, aktualność i podwójna ważność książki Jolanty Kurskiej. Po pierwsze, widać doskonale, że mówienie o historii ma sens, nie musi być nudną szkolną lekcją lub czczą, populistyczną gadaniną, jeśli tylko przedstawiamy ją w perspektywie teraźniejszości i przyszłości (oraz ją rzetelnie badamy w warsztacie historyka). Po drugie, warto dostrzec w historii nie tylko chwalebnej, ale też trudnej i bolesnej bezcenne lekcje mądrości, które są przestrogą przez złem tak często lubiącym się przecież powtarzać. Właśnie wtedy trzeba historią się zajmować. Jest ona bowiem kluczem do prawdy, a cytując słowa Zoli: „prawda jest blisko i nic jej nie powstrzyma”.

Przeczytaj też: Antysemityzm ludzi łagodnych i dobrych

Podziel się

2
2
Wiadomość

Przykre, że sprawa Dreyfussa jako uniwersalne doświadczenie jest instrumentalizowana w bieżącym sporze politycznym. To zło Dreyfussowi wyrządzili ludzie, nie prawica. Czy liberałom, lewicy, bezpoglądowcom nie zdarzyły się podobne łajdactwa? “Nie, nam się nie zdarzyły i nie zdarzą, bo jesteśmy z lepszej gliny”.

No ale mniej więcej tak właśnie jest. Wynika to z fundamentalnego podziału na lewicę i prawicę. Prawica wyżej stawia zasady, niż człowieka, lewica człowieka ponad zasadami. I dlatego krzywda ludzka w imię zasad, to bardziej domena prawicy, niż lewicy.

Panie Wojtku. Grubo Pan przesadził. Obie strony są podatne na ideologie, czasem skrajne. Gdy zaczynają im hołdować, to zarówno lewica (oj mamy na to przykładów aż za wiele), jak i prawice (i tu sporo by się znalazło) człowieka-osobę/jednostkę mają w … głębokiej pogardzie.

Zaś w temacie aborcji, warto przypomnieć, że Hitler wprowadził całkowity zakaz aborcji dla obywateli Rzeszy (za aborcję groziła kara śmierci).
Stalin z kolei w 1936 zakazał całkowicie aborcji (wprowadzonej przez Lenina), poza przypadkami stricte medycznymi. Zakaz zniesiono dopiero dwa lata po śmierci Stalina.

Piszę to tak tylko dla porządku, bo wspomniane zakazy, czy zezwolenia (np. w Generalnej Guberni) nie wpisywały się w podział o którym mówimy.

”Prawica wyżej stawia zasady, niż człowieka, lewica człowieka ponad zasadami.” Panie Wojtku, ale pojęcia prawicy i lewicy są płynne. To co jest prawicą a co lewicą zależy od tego jak daleko sięgają frakcje polityczne i od kontekstu historycznego danego kraju. Dobrze to pokazał parlament Unii gdzie nasi politycy wpisali się pozornie w duże ugrupowania jednak ich poglądy nie są spójne. Komunizm nie stawiał człowieka ponad zasadami z samej definicji i twierdzenie jakoby był obroną przeciw uciskowi tego nie implikuje. Obrona przed jedną ideą nie oznacza tworzenia odwrotności tejże. Jak to mówią, każdy system służy człowiekowi, pytanie kim jest ten człowiek. Jeśli spojrzymy na prawicę to możemy mieć dziś przekrój od umiarkowanych demokratów po konserwatywnych monarchistów, ale w przeszłości to demokraci byli wywrotowcami. Dlatego określenia „prawica” i „lewica” są zgubne. Dobrą ilustracją są próby umiejscawiania Hitlera w kontekście dzisiejszej polityki (à propos jego stronnictwo wychodziło właśnie od antyuciskowych haseł, to żadne usprawiedliwienie). Dużo trafniejsze to „liberałowie” (czyli wolnościowcy) i „konserwatyści”. I z takim podziałem każdorazowo pozostaje zapytać „wobec czego”.

Pana stwierdzenie z początku trąci troszkę spojrzeniem XVIII czy XIX wiecznym, w których ważną wartością liberałów (zwłaszcza francuskich) był humanizm. Jednak polityka jest związana z całym systemem poglądów na różne aspekty życia gospodarkę, religię, kulturę, system sprawowania władzy i metody jej odbierania, a także bardzo drażliwy problem własności prywatnej. Przykładowo Rousseau był przeciwnikiem własności prywatnej i jak wielu liberałów stawiał właśnie ideę dobra powszechnego ponad dobro jednostkowe, nie bacząc na to, że jest w tym myślenie utopijne a zarazem właśnie podporządkowanie dobra jednostki pod poziom dobra ogółu. Ogółem zawsze zacznie ktoś przewodzić, więc jedyne co człowiek robi to waha się na tej szali- równoważenie podziału dobra, kosztem polaryzacji władzy, a umacnianie wybranej grupy kosztem ogółu. I tu jest przewrotność. Ogół będzie dążył do umacniania wybranej grupy sam, tak długo jak długo w istocie będzie to wzmacniać ogólny interes (np. silna monarchia zapewnia dobrobyt kraju) jednak tylko do czasu kiedy szala korzyści się nie przechyli.

No ale komunizm stawiał człowieka ponad zasadami. Był odpowiedzią na ówczesne zasady wywodzące się z feudalizmu i kapitalizmu, gdzie człowiek był tylko narzędziem do zdobywania dóbr.

Oczywiście można różnie definiować systemy, ale nie istnieje system prawicowy, czy konserwatywny, gdzie człowiek stoi przed ideą. Z reguły mamy wtedy przed człowiekiem naród, kapitał, prawa, takie jak prawo własności, czy prawo do nienaruszalności terenu, w modelu amerykańskim prawo do posiadania broni.

Podział na liberałów i konserwatystów nie jest trafny, bo liberalizm wolnościowy zakłada indywidualizm, czasem skrajny, będący zaprzeczeniem lewicowego kolektywizmu. W liberalizmie nie ma miejsca na społeczeństwo, będące fundamentem myśli lewicowej.

@Wojtek komunizm nigdy nie stawiał człowieka ponad zasadami. Stawiał dobro mas, proletariatu, kolektywu, robotników itd. ponad interesem jednostki. Ponad jednostkowym człowiekiem. A więc przyjmował zasadę ponad człowiekiem. Czym jest to dobro „mas” oczywiście ktoś musiał określić, co dało proste pole do nadużyć i koniec końców wytworzenia nowego feudalizmu. Feudalizm wyradza się z każdego systemu, bo niestety jest wynikiem ludzkiej natury ale też konieczności. Wyrodziły by się nawet z anarchii. Liberalizm, konserwatyzm to są bardzo dobre określenia, ale jak pisałam, zawsze istnieją wobec czegoś (zwykle stanu zastanego). Używane szeroko mogą wprowadzać w błąd i prowadzić do nietrafnych przełożeń z systemu na system.

@ Piotr Ciompa: Zauwazam, ze sporo ostatnio wymieniamy sie myslami. Prosze, oto zdanie z recenzji p. Matyaszewskiego: “Pamiętajmy, że zarówno katolicy, jak i ateiści, monarchiści i republikanie, zwolennicy prawicy i obrońcy lewicy – znajdowali się po obu stronach konfliktu.” Ja to odczytuje w ten sposob, ze lajdactwa nie sa przypisane ani do prawicy, ani do lewicy, bo to jest nasz ogolny ludzki problem. “Sprawa Dreyfusa” jest po prostu archetypem kondycji ludzkiej, tak samo jak “Antygona” Sofoklesa.

Bieżący spór polityczny, a sędzia Tuleya – kto mu wyrządza krzywdę? Sami ludzie? Czy formacja polityczna, która ich do tego napuściła? A skoro pisze Pan, że nie prawica, to czy ma znaczenie, co robiła lewica, liberałowie i “bezpoglądowcy”? Czy jeśli to robili, to jest to usprawiedliwienie dla poczynań innych? Mam wrażenie, że to faryzeizm, a nie chrześcijaństwo.

Niestety, recenzja jest potoczna, po prostu potoczyzny! Przygnębiająco długa, zdecydowanie przydługa, może dlatego, że nic nie wnosi, więc nudzi niemiłosiernie.
Pisze Pan: “Ale wróćmy do samej książki Jolanty Kurskiej, bo to ona przecież wywołała i znakomicie przypomniała powyższy temat”.
Naprawdę? Temat znakomicie przebadany, a u nas, w Polsce, wielkie odkrycie?
“Zbiór jej esejów jest wyborny, pokazuje bowiem „sprawę Dreyfusa” w inny niż zazwyczaj sposób, robi to nowatorsko, przynajmniej w Polsce.”
Jeżeli ktoś robi sprawę nowatorsko w Polsce, to w obszarze tego tematu nowatorskie to nie jest.

Rzecz nie w długości recenzji, ale jej zasadności, a raczej uzasadnieniu merytorycznym. Recenzent nie odnosi się krytycznie do przedmiotu, nie zna go ( to widać!)nie widzi książki w perspektywie tematu, w którym chce się poruszać, więc rozdaje ukłony na prawo i lewo, sądząc, że zadowoli wszystkich i to wystarczy. Napisanie dobrej recenzji popularyzującej przedmiot, książkę, jest wielką sztuką. Czasem jest trudniejsze od napisania artykułu, czy innego tekstu. Odnoszę wrażenie, że zamiast tej sztuki, otrzymałam farmazony, którymi się próbuje nakarmić zgłodniałego czytelnika chwytliwym tematem. Tytuł: “I ty możesz zostać Dreyfusem”. Jest po prostu banalny, żeby nie powiedzieć głupi.
Już niedługo będzie miał swoją inną mutację: ” I ty możesz zostać św. Mikołajem”… W przypadku recenzowanego tematu jest po prostu niestosowny, a może i trochę więcej… Wniosek z tego taki, że można c zebrać podstawowe informacje na temat wydarzenia i napisać recenzję, ale brakuje wrażliwości pochodzącej z znajomości przedmiotu, gdy się w lot chwyta niuanse tematu. Recenzent, próbując nas uwrażliwić na sprawę drażliwą, tytułem udawania, że on sam tej wrażliwości nie posiada. A przedmiot recenzji nie różni się niczym od samej recenzji, tzn. “sami swoi”.

No tak. Tytuł wydaje się banalny… Gorzej, że prawdziwy. Może zamiast “I ty możesz zostać św. Mikołajem…” sprawdźmy tytuł “I ty możesz zostać sędzią Tuleyą…”. A nie możesz?
A teraz o recenzji. Szanowny M. sięgnął po książkę i ta mu się nie spodobała (z następnej wiadomości M dowiaduję się, że po dwóch akapitach odłożył książkę na zawsze). A teraz M krytykuje recenzję, choć nie przeczytał źródła !!! Czy M ma w ogóle kłopoty z dłuższą formą? Jak M chce mnie przekonać, że zna temat lepiej od autora książki oraz autora recenzji, skoro książkę zna tylko z recenzji? Jakim cudem M wydaje opinie o dziele na podstawie recenzji, skoro, jak sam przyznaje, nie przeczytał źródła? Drogi M, o co tu chodzi?

Chodzi” dwa akapity” w przenośni, przejrzenie książki. I wielkie rozczarowanie. Więcej czasu tej recenzji nie poświęcę. P. Jakuba pozdrawiam!

Jeżeli Profesor pisze coś takiego: “robi to nowatorsko, przynajmniej w Polsce.”, to lepiej o nic więcej nie pytać. Przepraszam, ale to jest żenujące.
Książka tak samo “ujmująco ciekawa”, jak recenzja szanownego Profesora. Po dwóch akapitach skończyłam i odłożyłam na zawsze.
Ponadto, podzielam opinię Pana Piotra.