Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Obchodziliśmy imieniny babki „jak gdyby nigdy nic”. Od stołu oderwały nas syreny alarmowe

Żołnierz Wojska Polskiego i cywile we wrześniu 1939 roku w Warszawie. Fot. Julien Bryan / Wikimedia Commons

My, dzieci, liczyliśmy się z możliwością wkroczenia Niemców do Warszawy. Z możliwością tą nie liczyła się moja Matka. Gdy powiedziano jej o kapitulacji, rzuciła się do najwyższych oficerów z krzykiem: „Kto wam na to pozwolił!?”.

Gdy pod koniec lipca 1939 wracaliśmy [z wakacji] do Warszawy – tym razem koleją – wszędzie było już dużo wojska i czuło się narastające napięcie. To napięcie wyczuwałam zresztą jako dziecko już od dawna. Wieczorami, leżąc w łóżku, nasłuchiwałam krzyków gazeciarzy: „Dodatek Nadzwycza…!” – z racji coraz to bliższych „podbojów” Hitlera. I wówczas naprawdę bałam się wojny – chyba tak, jak nigdy później nie bałam się kolejnych okropności, jakie miały nadejść.

Wesprzyj Więź.pl

Pamiętnego przemówienia ministra spraw zagranicznych Józefa Becka wysłuchałyśmy jeszcze w szkole w maju 1939. Zakończenie tej mowy z miejsca zapamiętałam. Dziś użyte wtedy słowo „honor” brzmi niebywale anachronicznie i wydaje się całkiem niepotrzebne.

„W pierwszym rowie zostawicie szablę”

Drugiego września staraliśmy się obchodzić imieniny mojej babki, Stefanii, „jak gdyby nigdy nic”. Od odświętnie nakrytego i zastawionego stołu oderwały nas syreny alarmowe. Potem wiele razy odbywało się te peregrynacje z trzeciego piętra do piwnicy. Z początku w poczuciu, że OPL (Obrona Przeciwlotnicza) czuwa, że wszystko jest dobrze przygotowane: szyby były na krzyż zlepione paskami papieru, co miało je chronić przed wypadaniem, jeden pokój (na trzecim piętrze!) przysposobiony na schron przeciwgazowy. Tego gazu wszyscy bali się najbardziej i w braku masek nosili chustki nasączone jakimiś płynami i specjalnie poszyte maseczki z miałem węglowym. Rodzice zdobyli dla mnie prawdziwą maskę przeciwgazową w metalowym pudle w kolorze khaki. Nosiłam ją na ramieniu w pierwszych dniach wojny i parciane paski od niej poraniły mi dotkliwie szyję.

Ojciec miał wyznaczoną mobilizację na szósty czy siódmy dzień od wybuchu wojny, ale wyruszył już rankiem 3 września, bojąc się, że nie dotrze na czas do celu. Noc poprzedzającą jego wyjście pamiętam doskonale. Chodził po domu w spodniach oficerskich z czerwoną po bokach wypustką (nigdy przedtem nie widziałam go w mundurze), trzymał mnie długo na kolanach i cały czas nucił kabaretową piosenkę:„Więc pijmy wino, szwoleżerowie, niech troski zginą w rozbitym szkle, gdy nas nie będzie, niechaj nikt się nie dowie, czy było dobrze nam czy źle”.

Rankiem przyjechał po niego znajomy oficer i moja Matka podała Ojcu szablę, która całe moje dzieciństwo stała za kaloryferem. „Co robicie, kolego? – roześmiał się ten oficer – przecież w pierwszym rowie to zostawicie”. Potem wsiedli do samochodu i odjechali, a my z Mamą stałyśmy na ulicy. W czasie okupacji, gdy nasilały się rewizje i represje, szablę trzeba było połamać i stopić w domowej kotłowni. Gdy stała jeszcze za kaloryferem w naszym przedwojennym mieszkaniu, związało się z nią pewne opowiadanie mojej Mamy o mnie właśnie. Miałam się poczuć czymś bardzo urażona przez Romka Czosnowskiego, towarzysza zabaw mego dzieciństwa, i ciągnęłam za ciężką dla siebie szablę, wołając w zburzeniu: „Ziabiję, ziabiję!”. Potem nie chciałam przeprosić nikogo, a Romek Czosnowski zaproponował Mamie, że może wobec tego to on ją za mnie przeprosi. Ostatecznie chyba do dziś niewiele się zmieniłam i rozumiem doskonale wszelkie zbrodnie z afektu – szczególnie na tle urażonej ambicji.

To właśnie ojcu Romka, Stanisławowi Czosnowskiemu, powierzył swoją rodzinę mój Ojciec, udając się na front. Czosnowscy mieszkali w sąsiednim domu przy Uniwersyteckiej. Pan Czosnowski pracował w Sejmie i postanowił obie nasze rodziny umieścić w hotelu sejmowym, który miał schron, a nasze mieszkania znajdowały się przy Polu Mokotowskim, skąd spodziewano się niemieckiego natarcia.

Wyruszyliśmy na Wiejską dwiema dorożkami. W jednej była nasza rodzina (Mama, babcia, Kalka, ja, Wandzia – służąca, pies spaniel i – nie wiem dlaczego – wielkie torby z makaronem – jako jedynym zapasem na czarną przyszłość). Dostaliśmy pokoje w hotelu, ale tych pokojów nie pamiętam zupełnie, bo wszystkie następne dnie i noce przyszło nam spędzać w piwnicy. Pan Czosnowski zresztą zaraz nas opuścił i – wzywany przez radio przez pułkownika Romana Umiastowskiego – wywędrował z tysiącem innych mężczyzn z Warszawy. […]

Zapisywane z doskoku
Hanna Popowska-Taborska, „Zapisywane z doskoku”, Wydawnictwo Akademickie Sedno, Warszawa 2022

W hotelu sejmowym mieścił się – oprócz nas – sztab walczącej Warszawy, w parku stały działa przeciwlotnicze i cały gmach był pod szczególnym ostrzałem niemieckich samolotów. W piwnicy-schronie pełnej kobiet i dzieci był stary generał Bolesław Roja z równie starą żoną. My, dzieci, krztusiliśmy się ze śmiechu – leżąc pokotem na ziemi – słysząc jego oburzone gderanie, że żona znów wsadziła nogę do jego kieszeni…

W chwilach spokojniejszych bawiliśmy się w kuluarach Sejmu i oglądali wielkie ilości karykatur posłów i ministrów, które wydobywaliśmy z niezamkniętych szaf. Jestem dziwnie spokojna, że później karykatur takich w szafach sejmowych byśmy już nie znaleźli. Cała proletariacka powojenna nasza władza była tak przerażająco i beznadziejnie poważna! W tych spokojniejszych chwilach szykowaliśmy też truciznę dla Niemców. Mieliśmy dużą butelkę, do której wrzucaliśmy wszystkie największe świństwa, a którą opatrzyliśmy napisem „Pyszna lemoniadka”. Wynika z tego, że my, dzieci, liczyliśmy się z możliwością wkroczenia Niemców do Warszawy. A z możliwością tą nie liczyła się – jak się okazało – wcale moja Matka. Gdy powiedziano jej o decyzji kapitulacji – rzuciła się do najwyższych oficerów z krzykiem: „Kto wam na to pozwolił!”. – Oficer mamrotał coś o dzieciach i kobietach i usłyszał w odpowiedzi, że ona jest właśnie kobietą z dzieckiem i się na to nie zgadza…

Przetrwaliśmy kilka szczególnie ciężkich bombardowań, a w czasie jednego z nich znalazłyśmy się w oszklonym przejściu między hotelem i właściwym Sejmem. Wszystko trzęsło się i waliło. Mama osłaniała sobą mnie i babcię, i… nakreśliła mi na czole znak krzyża. Potem było coraz bardziej głodno, a potem trzeba było myśleć o powrocie na Raszyńską z babcią, która nie miała sił na taką podróż. Wszędzie były barykady i głębokie wyrwy po bombach. W tych lejach leżały zabite konie, czasem z wyciętymi przez zgłodniałych ludzi płatami mięsa. Ze względu na babcię szłyśmy bardzo długo, a gdy dotarłyśmy, okazało się, że nasze mieszkanie na trzecim piętrze nie nadaje się do użytku, bo ma zerwaną znaczną część dachu i rozwaloną ścianę. […]

W domu, szkole i u dentysty

Dozorca, pan Władysław Tuka, otworzył nam parterowe mieszkanie państwa Rydzewskich, które ocalało bez szwanku, a właścicieli na razie nie było. Tam zamieszkałyśmy bez pieniędzy i głodne i chodziłyśmy zbierać na ulicy kartofle, które co bardziej zaradni nosili z działek na Polu Mokotowskim. Mama stawiała kabały i pasjanse, by dowiedzieć się, czy Ojciec wróci, i wciąż wychodziły jej bardzo złe rzeczy. Aż pewnego dnia w październiku (a był to bardzo mroźny i śnieżny październik) ktoś zapukał do kuchennych drzwi i w zarośniętym mężczyźnie w cywilnym przedziwnym stroju nie rozpoznałam wcale mojego Ojca.

Był wzięty do niewoli przez armię radziecką i więziony w obozie jenieckim w Brześciu nad Bugiem. A że miał stałą zasadę, iż z więzień i niewoli należy uciekać, uciekł z warszawskim kolejarzem i na piechotę przywędrował do Warszawy. Podobno w tym czasie przejście przez most na Bugu nie było jeszcze trudne. Wędrowali potem głównie nocami. Nazwiska lekarzy, z którymi był w Brześciu mój Ojciec, znalazły się później na listach katyńskich. To byli ci, którzy wierzyli w konwencję genewską i odmówili propozycji wspólnej ucieczki.

Ojciec zaraz rozpoczął pracę w klinice, skąd przynosił stare klisze rentgenowskie, zmywał je, kleił za pomocą jakichś kwasów i robił z nich szyby. Te szyby chronić nas miały przed mrozem pierwszej okupacyjnej zimy, gdy – po prowizorycznych robotach dekarsko-murarskich – zamieszkaliśmy u siebie na trzecim piętrze. Dach – położony pośpiesznie – zaraz zresztą zawilgotniał i znaczna część sufitu pokryta była szarozieloną pleśnią, w której, zasypiając, dopatrywałam się różnych obrazów.

Dom na Raszyńskiej – zbudowany pod koniec lat dwudziestych – jeszcze na stary wzór, a więc z podwórkiem pośrodku, stał się oddzielną jednostką, zamykaną o godzinie policyjnej, ale żywą i zgraną. Mieszkańcy nie dawali się, pogłębiały się przyjaźnie, wszyscy na swój sposób konspirowali. W wielkim kompleksie mieszkań (a wchodził weń również okalający nas z drugiej strony dom przy Raszyńskiej 56) tylko jedna rodzina wyłamała się i przyjmowała u siebie niemieckiego oficera. Oczywiście nikt z tą rodziną nie utrzymywał kontaktów.

Za to chodziło się na wieczorne koncerty – przez dziurę w siatce oddzielającej oba podwórka – na Raszyńską 56, gdzie grywał na fortepianie muzyk Władysław Walentynowicz (stryjeczny brat Mariana Walentynowicza, który ilustrował „Przygody Koziołka Matołka” Kornela Makuszyńskiego) i śpiewały zaproszone przez niego śpiewaczki. Był to rodzaj sąsiedzkiej pomocy: oni dawali muzykę, mieszkańcy domów – dobrowolne składki, które pozwalały przetrwać ludziom pozbawionym w tych czasach możliwości pracy zarobkowej. […]

Szkoła Szachtmajerowej – pozbawiona przez Niemców właściwego gmachu – rozkwitła odważnym własnym życiem. Lekcje odbywały się właściwie non stop – po godzinę policyjną – w prywatnych mieszkaniach pani przełożonej i jej sióstr. Właśnie: „pani przełożonej”. Dziś ta nazwa nie pasuje już do nikogo i stała się anachronizmem. A w moim dzieciństwie oznaczała panią w czarnej sukni z wysokim kołnierzykiem, zawsze spokojną i opanowaną, która nie bała się żadnych przeciwności i sprawy (nawet te najtrudniejsze – z wizytującymi szkołę Niemcami) załatwiała tym samym cichym i spokojnym głosem. Ład, który wprowadzała, oddziaływał również na żołnierzy okupujących szkołę i dochodzących tam do zdrowia rekonwalescentów. My w każdym razie uważałyśmy, że czują przed nią respekt.

A na zapleczu niemieckiego szpitala odbywały się zakazane lekcje – historii, polskiego, geografii, i kwitło zwykłe szkolne życie. Polskiego uczyła nas Janina Słonimska, żona lekarza – brata Antoniego i matka Piotra Słonimskiego, później – Eugeniusz Sawrymowicz, jeden z niewielu profesorów w tej zdominowanej przez kobiety szkole. […]

Na początku wojny pod niektórymi względami życie toczyło się jeszcze zwykłym trybem. Tak na przykład moje krzywo rosnące zęby starał się poprawić znany podówczas w Warszawie stomatolog, profesor Marian Zeńczak. Były to dopiero początki tego rodzaju zabiegów i Mama oddała resztki biżuterii na złotą klamrę, która miała mi te zęby korygować. Klamra, wmontowana w metalowe korony nałożone na zęby trzonowe, osadzona była na misternej konstrukcji nieustannie raniącej mi język i utrudniającej mówienie. Została szczęśliwie usunięta w czasie Powstania, ale korony dotrwały do końca wojny, bo trudno je było samymi palcami ściągnąć w obozie. Zęby mam więc do dzisiaj krzywe, za to dykcję podobno bardzo dobrą, bo wydoskonaloną „metodą Demostenesa”, który ćwiczył się w mówieniu, wkładając sobie do ust ostre kamyki. […]

Bestialstwo i śmierć

Był to już czas, kiedy ze śmiercią spotykało się coraz częściej. Pewnego dnia przed naszym domem zastrzelono szpiega. Leżał długo przykryty gazetami na ulicy i wszyscy przechodzili mimo obojętnie. Potem idąc rano do szkoły, na rogu Wawelskiej i Grójeckiej, byłam świadkiem dokonanej przez Niemców egzekucji. Przywieziono grupę ludzi z zakneblowanymi ustami, rozstrzelano pod murem i wywieziono ciała pośpiesznie rzucone na ciężarówkę. Przyklękłam przed kałużą krwi i umoczyłam w niej chusteczkę wyjętą ze szkolnego fartucha. Miałam tę rdzawą szmatkę aż do Powstania.

Nasze mieszkanie na Raszyńskiej przypominało w czasie wojny bardziej zajazd przydrożny niż zwykły dom. W jednej części zamieszkali właściciele, państwo Grzybowscy, do których ściągnęła rodzina wysiedlona z Gdyni. Z tak zwanej służbówki (była większa od współczesnych „normalnych” pokojów) zrobiło się drugą kuchnię. Trzy pozostałe pokoje i hall zajmowała nasza rodzina (Rodzice, Kalka, babcia, ja), kuchnię Wandzia, służąca.

Ale zaraz trzeba było przyjąć trzy ciotki Mamy wysiedlone z Łodzi, ich dwie służące i wujka Brauna, potem – stryja i stryjenkę Grabowskich. Były do tego dwa psy, Hanpo i szczekliwa jamniczka Grzybowskich, Bebcia, oraz doraźnie ukrywający się Żydzi – znajomi Rodziców. Te dwa wielkie kompleksy mieszkalne (nasz i państwa Grzybowskich) spajał gigantyczny korytarz, którym wędrowało się do łazienki i ubikacji. Pani Grzybowska, emerytowana nauczycielka francuskiego, bała się wszelkiej konspiracji i wpadała w przerażenie, podejrzewając w kolejnych gościach ukrywających się Żydów. Ukrywało się ich więc podwójnie – przed Niemcami i naszą gospodynią, choć oczywiście w tym drugim wypadku nie wchodziła absolutnie w grę możliwość denuncjacji. […]

W czasie Powstania zastrzelony został Romek Czosnowski[…]. Miał gęste jasne mocno skręcone włosy. „To przez te włosy posądzili go, że jest Żydem” – napisała do mojej matki kobieta, która widzieć miała jego śmierć, gdy Niemcy i własowcy wdarli się do domu przy ulicy Uniwersyteckiej. Nastąpiło to później niż zdobycie naszego domu i – gdy pędzili nas aleją Żwirki i Wigury – zazdrościliśmy mieszkańcom domu przy Uniwersyteckiej, że stoi spokojnie i wygląda jak forteca z zasłoniętymi workami z piaskiem oknami.

Ale w parę dni później rozpętało się tam piekło znacznie większe niż na Raszyńskiej. Zastrzelony został ksiądz Jan Salamucha, który wyszedł paktować z Niemcami. Sparaliżowaną staruszkę panią Golianową, matkę pani Zofii Czosnowskiej, własowcy rozhuśtali za ręce i nogi i żywą wrzucili do ognia. Jako powstańca zastrzelono Stanisława Czosnowskiego, ojca Romka (miał rękę na temblaku).

Wesprzyj Więź

W te dwie śmierci pani Czosnowska wierzyła, za to nigdy nie uwierzyła w śmierć jedynaka. Po powrocie z Ravensbrück gromadziła na jego powrót materiały na garnitury, ubrania, czekoladę. Upewniała ją w tej wierze jasnowidka, która widziała, „jak płynie wielkim białym okrętem i żyje w dalekim kraju”.

Fragment książki „Zapisywane z doskoku”, Wydawnictwo Akademickie Sedno, Warszawa 2022. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

Przeczytaj też: Niech żyje wojna!?

Podziel się

2
Wiadomość