Jacek Hajduk, Józef Witlin w Ameryce, Wydawnictwo Więź

Zima 2023, nr 4

Zamów

Zachód nie będzie umierał za Kijów

Płonący autobus na drodze z Charkowa do Kijowa, 24 lutego 2022 r. Fot. Yan Boechat / VOA / Wikimedia Commons

Pomimo dzisiejszej ogromnej fali sympatii dla Ukrainy ze strony Zachodu, jej perspektywy wstąpienia do UE i NATO są obecnie w istocie bardziej odległe niż przed wybuchem wojny.

Częstą reakcją na własną porażkę jest przekonywanie innych i samego siebie, że choć właśnie się przegrało, jest to w istocie tylko incydent, natomiast wygrana drugiej strony to pyrrusowe zwycięstwo, które skrywa długoterminową klęskę. Tak od co najmniej dziesięciu lat część komentatorów rosyjskich spraw lubi opisywać kolejne coups de force Władimira Putina.

W 2012 r., po stłumieniu protestów przeciw jego powrotowi do władzy, prezydent Rosji miał stracić poparcie mieszkańców dużych miast, szczególnie młodych ludzi. Dwa lat później, wskutek aneksji Krymu i rozpoczęcia niedeklarowanej wojny z Ukrainą, miał na dobre popchnąć ten naród w kierunku samostanowienia i wyboru zachodniego świata, grzebiąc jakiekolwiek szanse na odbudowę wspólnoty kulturowo-politycznej, która odzwierciedliłaby domniemaną przez Kreml „historyczną jedność Rosjan i Ukraińców”. Dodatkowo, ekonomiczne sankcje nałożone przez państwa członkowskie NATO i UE miały zahamować proces modernizacji gospodarki rosyjskiej i spowodować niezadowolenie społeczne związane z wzrostem cen i utrudnionym dostępem do niektórych produktów.

Paradoksalnie, im bardziej Ukraińcy stawiają opór i przedłużają wojnę, tym mniej będą gotowi na kompromis, gdyż porozumienie, które doprowadziłoby do sytuacji identycznej lub gorszej niż ta sprzed inwazją, podważyłoby sens walki i poświęceń

Romain Su

Udostępnij tekst

Być może niektóre z tych przewidywań zrealizowały się, ale trudno z tego wywnioskować, że Władimir Putin przegrał lub przegrywa. Dziś rządzi bardziej niepodzielnie niż kiedykolwiek wcześniej od dojścia do władzy w 1999 r. Alternatywne scenariusze wydają się wciąż trudne do pomyślenia. Rosja właśnie rozpoczęła wojnę o skali niewidzianej w Europie od ponad pół wieku. Jak na politycznego trupa, panującego nad krajem szyderczo sprowadzonym do roli wielkiej stacji benzynowej, Władimir Putin jest dość ruchliwy, a Rosja stosunkowo aktywna, szczególnie jeśli się patrzy szerzej na jej działania, np. w Afryce lub na Bliskim Wschodzie.

Choć trwająca wojna może się nie toczy tak, jak planowali rosyjscy władcy, trudno się spodziewać – biorąc pod uwagę osobowość Władimira Putina – że będzie on w stanie pogodzić się z porażką, rozkaże wycofanie się sił, i doprowadzi do powrotu do statu quo ex ante, tym bardziej, że rząd w Kijowie mógłby chcieć wykorzystać sytuację w celu odzyskania kontroli w Donbasie lub na Krymie.

Zmiana władzy w Moskwie jest w najbliższym czasie dość mało prawdopodobna nie dlatego, że większość Rosjan popiera wojnę lub obecnego prezydenta, ale głównie dlatego, że przy braku wiarygodnej i pozytywnej alternatywy, dzisiejsze trudności mogą się wydawać i tak bardziej znośne, niż niewiadome i chaos skojarzone z traumatyczną smutą lat 90. XX wieku.

Wyższy poziom zaangażowania?

Nakładane na Rosję sankcje, choć bardzo daleko idące zarówno w wymiarze narzędzi (np. zamrożenie aktywów Banku Centralnego Rosji, depozytowanych za granicą), jak i zakresu geograficznego (stosuje je nawet neutralna Szwajcaria), na razie nie uderzają w branżę energetyczną. Chodzi o to, żeby chronić konsumentów w krajach NATO-UE przed niedoborami lub jeszcze bardziej gwałtownymi wzrostami cen. Tym samym, dalej importując z Rosji gaz, ropę naftową lub węgiel będziemy dostarczać jej twarde waluty i zmniejszać negatywne skutki sankcji.

To stanowisko, podzielane także przez państwa najbardziej „jastrzębie” w stosunku do Rosji (kraje bałtyckie, w tym Polskę), jasno pokazuje granice determinacji do konfrontacji z Kremlem oraz pewną nieufność rządów co do stopnia gotowości obywateli do poświęceń na rzecz Ukrainy poza – wyjąwszy kraje niegraniczące z Ukrainą – doraźnymi gestami solidarności i sympatii.

A i ogromna gotowość do poświeceń, jaką wykazuje od początku rosyjskiej napaści wobec uciekających przed wojną Ukraińców polskie społeczeństwo, ma przecież swoje granice – już dziś pojawiają się głosy, że ukraińscy uchodźcy mają w Polsce lepiej niż Polacy. Można się spodziewać, że jeśli wojna będzie się przedłużać, takich głosów będzie więcej. A jej skutki to przecież nie tylko konieczność pomocy ogromnej liczbie wojennych uciekinierów, ale też realne efekty sankcji nałożonych na Rosję, których jedną z reperkusji są ceny benzyny (ostatnio w Polsce dochodziły one do 7 zł za litr). 

Jeśli chodzi o wyższy poziom zaangażowania, czyli wysłanie własnych żołnierzy do Ukrainy, jest to opcja, która została kategorycznie wykluczona jeszcze przed początkiem operacji, i to raczej nie będzie się zmieniać. Mówiąc w skrócie i parafrazując klasyka – nie będziemy umierać za Kijów. I tym bardziej nie pójdziemy na bezpośrednią wojnę z Rosją, co potwierdziła odmowa ze strony NATO do ustanowienia strefy zakazu lotów nad Ukrainą i przekazania jej samolotów bojowych. To de facto zostawia całą inicjatywę Władimirowi Putinowi, ponieważ wątpliwe jest, żeby wojska ukraińskie zdobyły Moskwę i zmieniły tam władze, nawet za pomocą broni NATO-UE.

Zdecydowany opór Ukraińców skłania rosyjskie władze do podjęcia działań mających na celu złamania morale społeczeństwa. Coraz częściej ostrzeliwane są obiekty cywilne, w tym szpitale i przedszkola oraz zabija się ludność cywilną. To bardzo niebezpieczna perspektywa dla Ukrainy, ponieważ w tym rodzaju walki duża przewaga ogniowa sił rosyjskich nieco ogranicza ryzyko strat własnych. A przedłużenie konfliktu jest elementem sprzyjającym bardziej Moskwie niż Kijowowi.

Putin odpowie za zbrodnie wojenne?

Wbrew groźbom pociągnięcia Putina do odpowiedzialności za zbrodnie wojenne przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze, szanse na taki scenariusz są znikome. Rosyjski przywódca musiałby najpierw zostać aresztowany czy to przez siły obce, czy przez samych Rosjan. Przypomnijmy też, że w Syrii oskarżony o odpowiedzialność za śmierć pół miliona ludzi i używanie zakazanych broni chemicznych, Baszszar al-Asad przeżył dziesięć lat wojny domowej, sankcje oraz wycofanie uznania ze strony wielu państw zachodnich – i rządzi do dziś! To przypomina, że nawet daleko idąca izolacja oraz zła prasa międzynarodowa niekoniecznie doprowadzają do rychłego upadku stygmatyzowanego reżimu.

Co więc mogą Ukraińcy? Paradoksalnie, im bardziej stawiają opór i przedłużają wojnę, tym mniej będą gotowi na kompromis, gdyż porozumienie, które doprowadziłoby do sytuacji identycznej lub gorszej niż ta sprzed inwazją, podważyłoby sens walki i poświęceń. Spora część klasy politycznej i społeczeństwa uważa, że za pełną oddania i determinacji walkę z Rosją należy się im „nagroda”.

Stąd choćby niedawny wniosek o przyjęcie Ukrainy do UE. Prezydent Zełensky oświadczył również, że Moskwa płacić będzie reparacje za niszczenia w Ukrainie, co wprawdzie jest mało prawdopodobne, ale pokazuje potrzebę nadania sensu wysiłkom walczących. A jeśli chodzi o „nagrodę”, przypadnie ona najpewniej UE i NATO, Ukraina może chcieć co najwyżej od Rosji Krymu, Donbasu i świętego spokoju, jednak niełatwo to zdobędzie.

Bez złudzeń

Pomimo dzisiejszej ogromnej fali sympatii dla Ukrainy ze strony Zachodu, jej perspektywy wstąpienia do UE i NATO są obecnie w istocie bardziej odległe niż przed początkiem wojny. Opinie publiczne w krajach członkowskich tych organizacji, niechętne do wejścia w bezpośrednią wojnę z Rosją z powodu Kijowa, zdają sobie sprawę, że byłyby do tego zmuszone, gdyby Ukraina już była członkiem klubu (można zakładać, że mniej ludzi będzie się zastanawiać, czy w ogóle Rosja zaatakowałaby państwo będące członkiem UE-NATO).

Wniosek Ukrainy o przyspieszenie procesu akcesji i szerokie poparcie europosłów nie powinny łudzić: decyzja należy do rządów i parlamentów państw członkowskich, a w niektórych przypadkach nawet bezpośrednio do wyborców – poprzez referenda. Wymagana jednomyślność w tej sprawie wydaje się mało prawdopodobna, co jasno pokazał, odbywający się w dniach 10–11 marca, szczyt Rady Europejskiej w Wersalu.

Wobec tego, otwartość prezydenta Wołodymyra Zełenskiego do prowadzenia rozmów na temat neutralnego statusu dla Ukrainy jest ważna i mądra. Choć taki scenariusz oznaczałby zmianę konstytucji i pogrzebanie, przynajmniej na najbliższe lata, aspiracji do dołączenia Ukrainy do NATO. A to spotka się zapewne z dezaprobatą wielu Ukraińców. Scenariusz neutralnego statusu powinien jednak móc doprowadzić do zakończenia wojny i wycofania wojsk rosyjskich. A strata w postaci opuszczenia aspiracji natowskiej byłaby wirtualna, skoro i tak nie będzie ona możliwa do zrealizowania na krótką lub średnią metę.

Sojusz z kolei musiałby się pogodzić z nierealnym charakterem swojej polityki otwartych drzwi i to pomimo jej słusznych założeń, m.in. wolności narodów do wyboru sojuszu. Problem tej polityki polega jednak na tym, że nie przewiduje remedium na wypadek, gdy inne państwo przeciwstawia się rozszerzeniu NATO i jest gotowe do użycia siły, aby wymusić swoją rację.

Wesprzyj Więź

Symetria środków wymagałaby od Sojuszu tej samej postawy, na co jednak nasze opinie publiczne najwyraźniej nie są gotowe. I tu nie chodzi jedynie o kwestię czasu, NATO nigdy nie weszło w wojnę, żeby umożliwić chętnemu państwu przyłączenie do niego.

Postawienie hipotezy, że kiedykolwiek Amerykanie, Niemcy, Brytyjczycy lub Francuzi będą gotowi wypowiedzieć Rosji wojnę, żeby rozszerzyć NATO o Ukrainę (lub jakiekolwiek inne państwo) nie ma sensu. Do tej pory rozszerzenie NATO zawsze odbywało się za zgodą Rosji albo przynajmniej przy braku jej zdecydowanego oporu. To „okno” jednak się zamknęło i raczej nie otworzy się, dopóki będą rządzić Putin i jego siłownicy.

Przeczytaj też: Na kontroli granicznej udział państwa się kończył

Podziel się

6
2
Wiadomość

Przeczytałem dziś analizę, że może jednak Zachód jest gotów umierać za Kijów. Nie otwarcie. Ale czy aneksja Krymu i Donbasu w 2014 r. to były otwarte akcje Rosji? Nie. To jakieś “zielone ludziki” w mundurach “z każdego sklepu” najechały Ukrainę. Teraz może też Ukrainy bronić będzie ochotniczy legion na tyle dobrze wyszkolony i wyekwipowany, że wojna będzie długa i do ostatniego rosyjskiego żołnierza. To jest gra w te same znaczone karty, co przeciwnik. Największy w tej wojnie atak rakietowy (30 rakiet naraz) na Jaworów świadczyć może o tym, że nawet po rosyjskiej stronie o zaczyna być realna perspektywa. A co by nie powiedzieć, nawet jeśli karty są znaczone, to nasze są lepsze.

NATO I USA nic nie zrobią ! Nic! Nawet gdy putin pusci broń chemiczną! Dzis rzecznik Bialego Domu powiedziala ze wtedy beda tylko mocniejsze konsekwencje! Czyli putin hitler w nieskonczoność moze mordować niewinnych ludzi!
Nie miejcie złudzeń! Bedziemy patrzec na ludobójstwo XXI wieku.