Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Czy Benedykt XVI, „współpracownik prawdy”, skłamał?

Benedykt XVI podczas swojego ostatniego wystąpienia w Castel Gandolfo 28 lutego 2013 r. Fot. Mazur / catholicnews.org.uk

W biografii Benedykta XVI już kilkanaście miesięcy temu pisano o jego udziale w feralnym spotkaniu rady administracyjnej archidiecezji monachijskiej w roku 1980. Dlaczego obecnie papież senior przedstawiał inne wersje wydarzeń?

Czy Benedykt XVI tuszował czyny pedofilskie? To ostatnio chyba najczęściej zadawane – i najtrudniejsze – pytanie dotyczące Kościoła.

Wesprzyj Więź.pl

Obserwując niemiecką debatę, widzę, że osoby, dla których Joseph Ratzinger był tylko niewygodnym teologiem, wydały już nań wyrok, nazywając go kłamcą oraz kwestionując całe jego życie i twórczość. Inni natomiast bronią go, czasem bezkrytycznie.

Nie należę do tych pierwszych, ale wśród tych drugich też trudno mi się odnaleźć. Po przeczytaniu raportu ogarnął mnie smutek. Zastanawiam się, co się stało z Benedyktem. Czy to jest on?

Seewald wiedział, inni nie wiedzieli?

Sprawa robi się jeszcze trudniejsza, gdy wziąć pod uwagę, że kwestia, która ma być koronnym dowodem przyłapania Benedykta XVI na kłamstwie, jest piętrowo skomplikowana. Biskup Pasawy Stefan Oster SDB zwrócił ostatnio uwagę na kluczową informację zawartą w biografii Ratzingera autorstwa Petera Seewalda „Benedikt XVI – Ein Leben”, wydanej po niemiecku w roku 2020, czyli kilkanaście miesięcy przed publikacją raportu WSW (polski przekład „Benedykt XVI. Życie”, Znak 2021).

Po przeczytaniu monachijskiego raportu mam większy problem z dzisiejszym Benedyktem XVI niż z Josephem Ratzingerem z roku 1980

Tomasz Kycia

Udostępnij tekst

W książce tej Seewald wspomina posiedzenie rady administracyjnej archidiecezji monachijskiej z roku 1980, pisząc, że abp Ratzinger podczas tego spotkania „jako biskup wyraził tylko zgodę na posiedzeniu rady kurialnej na przyjęcie tego księdza [z diecezji Essen] na psychoterapię w Monachium”. Czyli: wziął udział w spotkaniu i wyraził zgodę. Trzeba pamiętać, że Seewald od wielu lat blisko współpracuje z Josephem Ratzingerem i tajemnicą poliszynela jest fakt, że jego publikacje na temat Benedykta XVI są autoryzowane przez samego ich bohatera.

Dlaczego zatem w – ogłoszonej wraz z raportem – odpowiedzi emerytowanego biskupa Rzymu znajdują się zaprzeczenia, jakoby brał on udział w tamtym spotkaniu, skoro on sam wiele miesięcy wcześniej potwierdził, że w posiedzeniu uczestniczył? I z drugiej strony: dlaczego tak wnikliwi prawnicy z WSW nie wzięli pod uwagę tak ważnej dla nich samych informacji z książki Seewalda? Przecież mogli wykorzystać ją przeciwko Benedyktowi XVI, wykazując sprzeczność w jego wypowiedziach.

Ale o co dokładnie chodzi? Przypomnijmy podstawowe fakty (pisał już tu o nich, relacjonując raport WSW, Dariusz Bruncz).

Co wiedziano w styczniu 1980?

Raport monachijskiej kancelarii prawnej Westphal Spilker Wastl (WSW) o przemocy seksualnej wobec osób małoletnich w archidiecezji Monachium i Fryzyngi dotyczy lat 1945–2019. Najcięższe zarzuty padły wobec kard. Friedricha Wettera, który kierował diecezją w latach 1982–2008. Autorzy raportu obciążają także jej obecnego pasterza, kard. Reinharda Marxa. O niewłaściwe postępowanie w czterech przypadkach oskarżony jest również Joseph Ratzinger, który był ordynariuszem bawarskiej archidiecezji w latach 1977–1982. Pod pręgierzem opinii publicznej postawieni zostali także biskupi już nieżyjący oraz liczni kurialni współpracownicy kolejnych ordynariuszy.

Największa kontrowersja dotyczy sprawy księdza Petera H., pedofila, którego macierzysta diecezja Essen wysłała na psychoterapię do Monachium. Podczas posiedzenia rady administracyjnej archidiecezji monachijskiej 15 stycznia 1980 r. zapadła decyzja o przyjęciu tego kapłana. Raport jednak – cytując protokół ówczesnego posiedzenia – nie wykazuje jednoznacznie ani że na temat ks. Petera H. odbyła się wtedy jakakolwiek dyskusja, ani że uczestnicy tego spotkania wiedzieli, iż przyjmują człowieka stwarzającego zagrożenie.

Jak się okazuje, informacje o niebezpieczeństwie ze strony księdza H. otrzymał ówczesny wikariusz generalny archidiecezji, ks. prałat Gerhard Gruber. On jednak nie uczestniczył we wspomnianym posiedzeniu, przekazując uczestnikom obrad jedynie „odchudzoną” notatkę, że diecezja Essen wysyła swojego księdza na terapię, bez wzmianki o zagrożeniach z tym związanych.

Raport WSW – cytując protokół – wykazuje, że na posiedzeniu rady administracyjnej obecny był ówczesny ordynariusz Monachium i Fryzyngi kard. Ratzinger. Natomiast obecnie – w liczącym 82 strony oświadczeniu przesłanym kancelarii prawnej – Benedykt XVI wielokrotnie zarzekał się, że w tym posiedzeniu nie brał udziału. Dlatego jego krytycy zarzucają mu kłamstwo.

Kilka dni po prezentacji raportu papież senior skorygował swoją wersję wydarzeń, przyznając, że jednak brał udział w ówczesnym posiedzeniu, a odmienne zeznania nazwał „błędem redakcyjnym”. Przypuszczam, że w najbliższych dniach można się spodziewać kolejnych, szerszych wypowiedzi Benedykta XVI.

Zdanie, które kompromituje

Czy zatem abp Ratzinger tuszował czyny pedofilskie swoich księży? Moim zdaniem – a nie jestem prawnikiem! – monachijski raport tego tak jednoznacznie nie udowadnia. Przecież między tuszowaniem (czyli świadomym ukrywaniem) a nieumyślnym zaniedbaniem obowiązków (czyli swoistą obojętnością) istnieje spora różnica. Rzecz jasna, w żaden sposób nie mam zamiaru usprawiedliwiać tej drugiej postawy, dla osób pokrzywdzonych równie bolesnej.

W swojej obszernej osobistej relacji przesłanej monachijskim prawnikom papież senior prosi, by jego ówczesne decyzje rozumieć w kontekście tamtych czasów. Ale przecież w 1980 r. w Niemczech pedofilia była karalna (choć powstała w tym samym roku partia Zielonych chciała ją zalegalizować). Przede wszystkim zaś członków Kościoła, oprócz prawa cywilnego i kościelnego, obowiązywała przecież oparta na Dekalogu ponadczasowa moralność. Zatem nawet gdyby przyjąć, że Joseph Ratzinger jako ordynariusz Monachium i Fryzyngi przed ponad 40 laty nie tuszował niczego świadomie, a raczej zaniedbał szereg obowiązków, to i tak obecnie – z perspektywy czterech dekad – powinien swoje zachowanie ocenić inaczej.

Tymczasem we wstępie do jego osobistej relacji znajdziemy zaledwie trzy zdania ubolewania, że na terenie jego archidiecezji doszło do ludzkich dramatów. Benedykt pisze, że bardzo współczuje wszystkim ofiarom. Tyle we wstępie. W dalszej części oświadczenia mamy natomiast do czynienia z zimnym, prawniczym językiem („nie mam takiej wiedzy”, „nie pamiętam”, „takich dokumentów nigdy nie widziałem”), który bynajmniej nie wskazuje na wolę przyczynienia się do wyjaśnienia tychże dramatów.

Joseph Ratzinger odnosi się też do sprawy kapłana, który masturbował się przed dziećmi. Jego zdaniem „należy wziąć pod uwagę, że ksiądz był ekshibicjonistą, ale nie dał się poznać jako krzywdziciel w prawdziwym tego słowa znaczeniu, nie dotykał ofiar, a także działał jako «anonimowa osoba prywatna» i nie był rozpoznawalny jako ksiądz”. Jest jasne, że to zdanie jeszcze bardziej kompromituje papieża seniora.

Za wszelką cenę go wybronić?

Dlatego po przeczytaniu raportu mam większy problem z dzisiejszym Benedyktem XVI niż z Josephem Ratzingerem z 1980 roku. Podobnie jak przychylny papieżowi seniorowi biskup Pasawy Stefan Oster SDB, zastanawiam się, jak doszło do powstania tego 82-stronicowego oświadczenia, pod którym widnieje podpis Benedykta XVI.

Oster przyznaje, że Josepha Ratzingera poznał osobiście jako osobę bezwzględnie uczciwą, która bardzo poważnie traktowała swoje biskupie zawołanie „współpracownika prawdy”. Podobnie jak Osterowi, także i mnie to obszerne oświadczenie nie pasuje do całości obrazu człowieka, który w znaczący sposób przyczynił się do wyjaśniania przypadków pedofilii w Kościele, któremu jako papieżowi – o czym świadczą fakty, a także osoby trzecie – osobiście zależało na spotkaniach z osobami pokrzywdzonymi.

Nie mam zamiaru niczego u Benedykta XVI wybielać i niczego na siłę tłumaczyć. Ale zastanawiam się, czy aby 94-latek nie miał zbyt wielu „pomocników” i „doradców”? Czy faktycznie przeczytał wszystkie zdania, które firmuje swoim podpisem na końcu tekstu? Czy ktoś nie próbował – stosując język adwokacki – po prostu za wszelką cenę go wybronić, nie biorąc pod uwagę oddziaływania tekstu, na którego publikację przecież Benedykt XVI się zgodził?

Takie podejście mogłoby wyjaśniać „przeoczenie” informacji z wydanej wcześniej książki Seewalda, zaaprobowanej przez samego Benedykta XVI. Broniąc kogoś za wszelką cenę, nie przywołuje się argumentów dla niego niewygodnych. Tylko że tu mamy do czynienia z papieżem, który wybrał drogę współpracownika prawdy…

Gdyby ta hipoteza okazała się prawdziwa, oznaczałoby to, że w najbliższym otoczeniu Benedykta XVI wciąż są osoby, które nie zrozumiały, na czym polega dramat pedofilii w Kościele. Bo w wyjaśnianiu bolesnych przypadków przemocy seksualnej we wspólnocie wiary chodzi przede wszystkim o konkretne krzywdy konkretnych ludzi, ale też o zmianę myślenia i mentalności. Nie chodzi o to, by „mieć czyste sumienie” i móc powiedzieć „niczego nie można mi zarzucić”, lecz o aktywne podejście do problemu po to, by chronić bezbronnych.

Wesprzyj Więź

Tego aspektu w zawartym w raporcie oświadczeniu Benedykta XVI zdecydowanie zabrakło, choć wiadomo, że dla niego samego jest to kwestia niezwykle istotna. Czekamy więc na dalsze wyjaśnienia, które papież senior już zapowiedział.

Jestem przekonany, że dla Kościoła nie ma innej drogi, jak poznanie prawdy – także w tej dziedzinie. Jak mówi Założyciel Kościoła: „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,32). Dopiero wtedy Kościół będzie mógł wiarygodnie głosić Dobrą Nowinę. Głęboko wierzę, że jest to możliwe.

Przeczytaj też: Lepiej byłoby dla niego i dla Kościoła, gdyby Benedykt XVI uznał swoją współodpowiedzialność

Podziel się

2
Wiadomość

Ja bym wzial pod lupe Gänsweina. Widzialem niedawno program o Benedykcie. Gänswein mowil w nim, ze to takie diaboliczne, ze akurat w roku 2010 (poswieconemu kaplanstwu) musialy wyplynac w prasie w Niemczech te wiadomosci o molestowaniu seksualnym. To bylo dla niego diaboliczne, a nie fakt skrzywdzenia tysiecy ludzi lub tuszowania pedofilii!

Uderza w tym artykule dążenie do ustalenia prawdy, a nie jej instrumentalnego wykorzystania. Dziękuję. Jednak chciałbym by Autor i czytelnicy zastanowili się nad tym zdaniem:
“W dalszej części oświadczenia mamy natomiast do czynienia z zimnym, prawniczym językiem („nie mam takiej wiedzy”, „nie pamiętam”, „takich dokumentów nigdy nie widziałem”), który bynajmniej nie wskazuje na wolę przyczynienia się do wyjaśnienia tychże dramatów.”
A jeżeli J.Ratzinger rzeczywiście nie wiedział lub nie pamięta, w jaki sposób ma to wyrazić żeby nie narazić się na zarzut? Czy nie wpadamy w klimaty procesów politycznych w komunizmie, że prawdą jest akt oskarżenia, że można się tylko przyznać a podważanie zarzutów jest potwierdzeniem jeszcze większej winy?
Notabene, język prawniczy odpowiedzi papieża mógł zostać wywołany językiem prawniczym raportu napisanym przez kancelarie prawną. Procedury formalne, także sądowe i quasi-sądowe a z taką mamy do czynienia, starają się odfiltrować emocje, co zresztą w Polsce było używane przeciw sędziom jako osobom bezdusznym. Może odpowiedź Benedykta dostosowuje się do tych standardów. Wyrwane z kontekstu pewnego procesu są wstawiane w inny kontekst i brzmią źle. Taka mam intuicję, bo nie potrafię ocenić obu materiałów z uwagi na barierę językową.

Wątpliwe by Benedykt XVI mający dziś blisko 95 lat dokładnie zapoznał się z blisko 2000 stronicowym raportem nie mówiąc już o ponad 80 stronicowej odpowiedzi. To wpadka pijarowców, którzy chcąc wybronić B16 w jednym dokumencie kilkukrotnie popełnili tę samą ewidentną gafę. Wątpliwe też by kolejne “wypowiedzi” Benedykta (jeśli takie będą) pisał/wygłaszał on sam – wiemy jaki jest jego stan zdrowia. Wątpliwe też by omawiając przyjęcie x. PH na terapię nikt się nie zastanawiał o jaką terapię chodzi i nie pytał o powody – to robienie z wszystkich uczestników tego spotkania nierozgarniętych ułomków. Niestety prawda jest taka – Kościół ukrywał księży-pedofili bez konsekwencji jak długo się dało, a i dziś ma w tego powodu wiele ofiar na sumieniu i dalej nie potrafi się rozliczyć…

“Jak mówi Założyciel Kościoła: „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,32). Dopiero wtedy Kościół będzie mógł wiarygodnie głosić Dobrą Nowinę. ”
Tymczasem aż do wyjaśnienia wszystkich prawd pedofilskich w Kościele i zinstytucjonalizowania odpowiedzialności i winy naukę Kościoła o zbawieniu zawieszamy , udzielamy dyspensy albo ewentualnie przyjmujemy Ewangelię w wersji pana Kyci i jego kolegów;)

To jest Kosciół zgorszony, zbulwersowany grzechami duchownych ale tez i naszymi grzechami! Ale to jest Kosciół do ktorego nalezymy! I to nie jest nasz Kosciół a Kosciół Jezusa Chrystusa, Który oddał za nas Życie!