Jesień 2022, nr 3

Zamów

Gdy go wyprowadzali, płakał. O poecie, którego dyktatura skazała na zapomnienie

Federico García Lorca, przed 1930 r. Fot. Wikimedia Commons

Falangistów może nawet bardziej bulwersowała Lorki orientacja seksualna niż ideowa, bo o socjalizmie niewiele wiedzieli, a jako machos „zboczeńcem” musieli gardzić.

Fragment książki „Toledo i inne przygody w Kastylii” (rozdział „Poeta Lorca”), która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Więź

Spotkanie śmierci należy do najbardziej intymnych sytuacji w naszym życiu. Wypadałoby stanąć z nią twarzą w twarz, w ciszy i w samotności. Federico Lorca tego nie zaznał. Przyszli po niego ludzie z Falangi, którzy po wybuchu rebelii przystąpili do uprzątania ojczystego domu.

Instrukcje były jasne. „Konieczne jest wywołanie atmosfery terroru – pisał do konspiratorów generał Emilio Mola, jeden z przywódców rewolty. – Należy dać odczuć naszą dominację, eliminując bez wahania i bez skrupułów każdego, kto nie myśli tak jak my. Musimy wywrzeć mocne wrażenie. Każdy, kto otwarcie lub skrycie broni Frontu Ludowego, musi zostać rozstrzelany”.

Morderstwo przemilczano albo rozpowszechniano kłamstwa. Frankistowska propaganda przedstawiała Lorkę jako notorycznego rozpustnika, który został zabity przez męża uwiedzionej przez siebie kobiety

Andrzej Stanisław Kowalczyk

Udostępnij cytat

Falangista, który aresztował Lorcę, nie potrafił przypisać mu żadnej winy, ale miał doświadczenie polityczne i łatwość wysłowienia: „Lorca – powiedział Ramón Ruiz Alonso – wyrządził więcej szkody piórem niż inni karabinem”. Miejsca pochówku Lorki nigdy nie odnaleziono. Żaden z oprawców, choć dożyli późnej starości, nie był z powodu morderstwa niepokojony.

Federico przyjechał do Granady 14 lipca 1936 roku, w przeddzień buntu armii. Nie miał poczucia zagrożenia, nie zamierzał nawet opuścić miasta. Wiadomość o wybuchu rebelii zmobilizowała falangistów i innych wrogów republiki. Armia dała im wolną rękę w oczyszczeniu Granady z elementów lewicowych i niepewnych: nauczycieli, robotników, związkowców.

20 lipca falangistowska Escuadra Negra (Czarny Szwadron) aresztuje szwagra Lorki, Manuela Fernándeza Montesinosa, lekarza i burmistrza Granady, socjalistę, oraz radnych miejskich. 6 sierpnia falangiści dokonują rewizji w domu rodziców Lorki w Huerta de San Vicente pod Granadą. Poszukują radiostacji służącej mieszkańcom do kontaktowania się z Moskwą…

9 sierpnia Escuadra Negra pojawiła się znów, by aresztować braci zarządcy posiadłości. Falangiści są krzykliwi, agresywni, rozczarowani. Tych, których szukali, nie znaleźli. Lorca zaczyna się bać, przenosi się do Granady, do mieszkania swego przyjaciela, poety Luisa Rosalesa, którego dwaj bracia są falangistami. 15 sierpnia w nocy zjawia się w Huerta de San Vicente patrol Escuadra Negra z nakazem aresztowania poety. Falangiści są zirytowani, swoją złość wyładowują na meblach, ich ofiarą pada fortepian Lorki.

Następnego dnia nad ranem w egzekucji niedaleko Alhambry zabity zostaje doktor Montesinos. W nocy z 16 na 17 sierpnia przed dom Rosalesa zajeżdża ciężarówka, patrolem dowodzi Ramón Ruiz Alonso, drukarz i działacz katolicki. Kocha Hiszpanię i nienawidzi jej wrogów, wyprosił u wojskowych zgodę na uciszenie poety.

Lorca jest w pułapce, ulica została zablokowana, falangiści na dachach domów pilnują, żeby nie czmychnął górą. Nie był w stanie. Gdy go wyprowadzali, podobno płakał. Panią Rosales, która wstawiła się za Lorką, falangiści zapewniają, że po przesłuchaniu wróci. Ale przesłuchania nie będzie.

W areszcie w siedzibie władz prowincji przebywa krótko. Przychodzą bracia Rosalesowie, którzy proszą o zwolnienie poety. Wojskowy gubernator Granady pułkownik José Valdés Guzmán waha się, dzwoni do samego generała Gonzala Queipe de Llano, trzymającego w garści całą Andaluzję. Ten znany był z makabrycznego poczucia humoru. Pucz dał mu szerokie pole do popisu. Na pytanie Valdésa, co począć z Lorką, Queipe de Llano odpowiada: „Dajcie mu kawy, dużo kawy”, co w gwarze falangistów oznacza wyrok śmierci.

Poetę zabierają z aresztu jeszcze tej samej nocy. Wyprowadzają go z nauczycielem wiejskim. Na listach ludzi przeznaczonych do zabicia nigdy nie brak nauczycieli. Nie może być inaczej, są solą w oku ludzi, którzy odkryli w sobie powołanie do trzymania innych za pysk.

Konwój dotarł do folwarku La Colonia, gdzie w innych czasach dzieci z Granady spędzały wakacje. Falangiści zamienili budynek w katownię. O świcie poetę, nauczyciela i dwóch toreadorów, sympatyków anarchizmu, zawieziono do wąwozu na drodze z Víznar do Alfacar, gdzie zostali zabici. Niektórzy mordercy byli ochotnikami, jak na przykład Antonio de Benavides, daleki kuzyn Lorki. Doskonale wiedział, do kogo strzela.

20 sierpnia granadzka gazeta „Ideal” na codziennej liście „prawomocnie rozstrzelanych” wymieniła nazwisko poety. Lorca, choć w politykę się nie angażował, nie krył swoich socjalistycznych sympatii. Wkurzał falangistów jego homoseksualizm. Może nawet bardziej bulwersowała ich jego orientacja seksualna niż ideowa, bo o socjalizmie niewiele wiedzieli, a jako machos „zboczeńcem” musieli gardzić. Juan Luis Trescastro, właściciel ziemski, jeden z morderców, przechwalał się: „Zabiliśmy Lorcę. Ponieważ był pedałem, strzeliłem mu dwa razy w dupę”.

Rosales nie szczędził wysiłków, by ocalić poetę. Jego brat, jeden z regionalnych wodzów Falangi, rano 17 sierpnia przyniósł do aresztu polecenie uwolnienia poety podpisane przez jakiegoś wysokiego rangą oficera. Kompozytor Manuel de Falla przyszedł prosić o łaskę dla przyjaciela. Nie zdało się to na nic, bo w wojnie domowej nie o jeńców chodzi, lecz o trupy.

Niemniej de Falli udało się wyciągnąć z celi śmierci Ermenegilda Lanza, malarza, twórcę marionetek, scenografa. De Falla dotarł do José Marii Pemána, poety i falangisty, znanej figury w ruchu faszystowskim. Wkrótce Pemán wystawił de Falli rachunek za ocalenie Lanzy – zażądał skomponowania hymnu zagrzewającego żołnierzy do boju. Kompozytor wykonał polecenie. Jednak gdy Pemán chciał go postawić na czele jakiejś pseudokulturalnej instytucji propagandowej, odmówił.

Pemán był wyznawcą narodowego katolicyzmu, który go natchnął do napisania utworu „Poema de la Bestia y el Angel” (Poemat o Bestii i Aniele). Dzieło ukazało się w roku 1938 i wyróżnia się wybitnymi walorami propagandowymi, zadedykowane zostało generałowi Franco, José Antoniowi Primowi de Riverze i kilku innym patronom buntu. Poemat usiany jest cytatami z Apokalipsy św. Jana i patetycznymi apelami o obronę Europy przed Bestią bolszewizmu. Ale godne ocalenia jest tylko to, co zasługuje na falangistowski stempel. Czytamy tam między innymi:

A wróg wciąż ten sam: grzeszny Wschód.
Jest tylko: Ciało i Duch.
Jest tylko: Lucyfer i Bóg.

Na kartach poematu Pemána dochodzi do pojedynku Bestii z Aniołem. Ucieleśnieniem Bestii jest „wóz śmierci”, czołg, Anioł to szesnastoletni ochotnik z Aragonii, „zdrowy jak mak i jak św. Jan czysty”. O owym anielskim żołnierzu‑dziecku dowiadujemy się, że

Nauczył się katechizmu,
Sylabizuje, źle pisze,
Do siedmiu mnożyć potrafi
I śpiewać Panience z Pilar.

Jego triumf nad bezduszną, materialną siłą stalowej Bestii jest całkowity. Dla nacjonalistów wartości literackie i ideowe poezji Pemána miały walor uniwersalny. Przez kilkadziesiąt lat kołatali w Sztokholmie o Nagrodę Nobla dla poety falangisty.

„Lorca – powiedział Ramón Ruiz Alonso – wyrządził więcej szkody piórem niż inni karabinem”

Udostępnij cytat

Pemán jako pierwszy nazwał rebelię generała Franco „krucjatą” (La Cruzada), co zaraz podchwyciła propaganda włoska i niemiecka. Wkrótce o nowych krzyżowcach dowiedział się cały świat. Pemán przewodził grupie literatów sławiących dyktatora i jego misję. Nazywali go Cezarem, bo wierzyli, że odbuduje hiszpańskie imperium.

W piśmie „Jerarquia. La revista negra de la Falange” (Hierarchia. Czarny przegląd falangistowski) poeta Eugenio d’Ors pisał: „Nasze czasy to narodziny epoki klasycznej, nowego średniowiecza, epoki faszyzmu, której dobrodziejstw doświadcza Hiszpania za sprawą Falangi”. Komu zwiastowali nowe średniowiecze? Sytym, uprzywilejowanym, pokornym, otumanionym propagandą, która głosiła, że ludzie upominający się o wolność od głodu i analfabetyzmu, od bezrobocia i strachu przed policją są narzędziem Lucyfera.

Uratowany przez de Fallę Lanz przeżył wojnę domową. Nowe władze uznały go za osobnika zdemoralizowanego. Podlegał depuración, reżym zakazał mu aktywności zawodowej i nakazał reedukację w duchu narodowo‑katolickim. Lanzowi udało się umrzeć na zawał w Granadzie w 1949 roku.

Manuel de Falla wyemigrował wraz z siostrą do Argentyny w roku 1939. Generałowi Franco muzyka była raczej obojętna, ale de Falla był znany i mógłby skomponować hymn narodowy albo marsze dla armii. Dyktator w zamian za powrót obiecywał mu wysoką emeryturę, ale kompozytor odmówił. Co więcej zażądał, by go pochowano w Argentynie. Po jego śmierci w roku 1946 władze hiszpańskie zarządziły repatriację jego doczesnych szczątków. Trumna dotarła do Kadyksu, rodzinnego miasta artysty, na pokładzie krążownika… Złożono ją w krypcie katedry Santa Cruz de Cádiz.

Grobu Lorki nigdy nie odnaleziono. W okolicy, gdzie został zamordowany, ekshumowano później tysiące ofiar egzekucji, ale poety wśród pogrzebanych nie było. Przez wiele lat po wojnie domowej nie wolno było nawet wymieniać jego nazwiska. Samo morderstwo przemilczano albo rozpowszechniano kłamstwa. Frankistowska propaganda przedstawiała Lorkę jako notorycznego rozpustnika, który został zabity przez męża uwiedzionej przez siebie kobiety.

Kiedy po wojnie, w latach czterdziestych, Herbert George Wells, prezes Międzynarodowego PEN Clubu, wysłał do generała Franco depeszę z pytaniem o los poety, caudillo mu odpowiedział: „Sprawa Lorki nie jest mi znana”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Kiedy dyktator mówi: „Sprawa Lorki nie jest mi znana”, umieszcza siebie poza prawdą i kłamstwem. Takimi jak Lorca zajmują się Escuadras Negras. Uprzątają one hiszpański dom ze śmieci i padliny. „Sprawa Lorki nie jest mi znana”, mówi caudillo i wie, co mówi. Lorca został unieważniony raz na zawsze. My tu sobie w naszej Hiszpanii godnie żyjemy, jak Pan Bóg przykazał, i nikt nam nie będzie w tym przeszkadzał z powodu jakiegoś Lorki czy innego trupa. Nie po tośmy go zakopali, żeby teraz jacyś obcy go odgrzebywali.

Tytuł od redakcji

Przeczytaj też: „Mieć kogoś, kto miałby zrozumienie, znaczyłoby mieć Boga”. Franz Kafka walczy z życiem, samotnością i miłością

Podziel się

7
2
Wiadomość

Komentarze (3)

Potrzebna książka. A inne katolickie wydawnictwo wyda inną potrzebną książkę o mordowaniu sióstr zakonnych przez towarzyszy Lorki. Każde plemię ma swoje wydawnictwo obsługujące jego emocje. Czy ma ktoś odwagę na podjęcie próby zjednoczenia w cierpieniach, które sobie zadajemy?

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.