Jesień 2021, nr 3

Zamów

Święto niepodległości. Walka o kształt pamięci

Obchody Święta Niepodległości na placu Saskim w Warszawie, 11 listopada 1927 r. Marszałek Józef Piłsudski na Kasztance przyjmujący defiladę oddziałów piechoty. Fot. Kurier Ilustrowany / NAC

Brak wspólnotowego świętowania 11 listopada ma niestety długą tradycję, nie jest efektem aktualnej „wojny polsko-polskiej”.

I znów 11 listopada, Święto Niepodległości. Mam świadomość, że w tym zdaniu pobrzmiewa coś na kształt znużenia, raczej niewielu czeka na ten dzień z dreszczem radosnej ekscytacji. Spodziewamy się medialnych obrazków płonących rac, skandowania nienawistnych haseł, czasem nawet burd.

Wiem, nie wszędzie jest tak, jak w centrum stolicy. Poznań na przykład może się pochwalić piękną tradycją świętomarcińską, wspólnym śpiewaniem pieśni patriotycznych, a nawet zwyczajem delektowania się gęsiną. To powoduje, że święto zaczyna obrastać tkanką radosnych i miłych rytuałów.

Jednak, póki co, wciąż góruje przekonanie, że 11 listopada to czas niepokoju, eksponowania skrajnych i radykalnych przekonań różnych stron polskiego konfliktu. Jakoś nie potrafimy nawiązać do wzorców amerykańskiego 4 lipca czy francuskiego 14 lipca.

W 1938 r. klimat obchodów 20-lecia II RP był antagonizujący i wykluczający, wizje przeszłości, teraźniejszości i przyszłości skrajnie odmienne, każda ze stron sporu politycznego starała się je wykorzystać dla swych potrzeb, niejednokrotnie poprzez historyczne manipulacje i skrajne uproszczenia

Paweł Stachowiak

Udostępnij cytat

Niestety ten brak wspólnoty w świętowaniu 11 listopada ma bardzo dawną genealogię i nie jest bynajmniej efektem aktualnej „wojny polsko-polskiej”. Właściwie od samego początku, od ustanowienia tego dnia świętem narodowym w 1937 r., trwały wokół niego spory. Tak było i jest z jednego względu: zarówno wtedy, jak również dziś, pozostaje ono polem bitwy różnych wizji historii Polski, miejscem walki o kształt polskiej pamięci, a zatem przejawem tzw. polityki historycznej, słuszniej zwanej polityką pamięci.

Polskie rocznice to demonstracja

Obchody rocznic ważnych wydarzeń są częścią patriotycznych rytuałów każdej wspólnoty, jednak przypadek polski zdaje się szczególny. Polska tożsamość narodowa wyrosła bowiem nie na sile politycznej czy ekonomicznej, ale na wspólnocie kultury, której istotnym składnikiem jest pamięć historyczna oraz wszystko, co ją kształtuje i utrwala.

Rocznice były więc dla Polaków od dawna okazją do szczególnie intensywnych demonstracji narodowych emocji, eksponowania dumy, żałoby, pielęgnowania wspólnoty, ale również wyrażania haseł i zachowań wykluczających wszelkich „obcych”. To czas wzmożenia i napięcia, bardziej niż spokoju i integracji.

Rocznice bywały też w naszym kraju ściśle sprzężone z bieżącą polityką, wykorzystywane przez państwo i rządzące nim stronnictwa, ale również przez inne, opozycyjne ugrupowania, do wzmocnienia swych wpływów. Kontrola nad pamięcią społeczną jest bowiem ważnym instrumentem dla wzmacniania politycznej pozycji, ma bezpośredni wpływ na decyzje podejmowane przy urnach wyborczych. Politycy wiedzą, że warto zapełniać przestrzeń odpowiednimi pomnikami, budować muzea o określonym przesłaniu, pisać programy szkolne zgodnie z pożądanym wzorcem, produkować filmy o „właściwej” tematyce i wymowie.

„Dzień po wsze czasy związany z wielkim imieniem Józefa Piłsudskiego”

To wszystko widzimy dziś wokół nas i wiele osób zapewne sądzi, że współczesne manipulacje historią są czymś nowym, nie mają precedensu. Z pewnością tak nie jest. Przypomnijmy tylko, jak wielką rolę odgrywało świętowanie rocznic w okresie zaborów, jak intensywne emocje wybuchały np. podczas demonstracji patriotycznych poprzedzających wybuch powstania styczniowego, albo gdy świętowano rocznice 3 Maja, Nocy Listopadowej czy bitwy pod Grunwaldem.

Gdy przyszła niepodległość, starano się za pomocą uroczystości rocznicowych integrować państwo i społeczeństwo, niekiedy jednak wedle potrzeb konkretnej partii. Najlepiej widać to właśnie na przykładzie upamiętnienia odzyskania niepodległości.

Zaskakująco późno ustanowiono w II Rzeczpospolitej dzień święta niepodległości. Dopiero 23 kwietnia 1937 r., krótko przed jej upadkiem, Sejm RP przyjął stosowną w tej kwestii ustawę. Jej pierwszy artykuł stanowił: „Dzień 11 listopada, jako rocznica odzyskania przez Naród Polski niepodległego bytu państwowego i jako dzień po wsze czasy związany z wielkim imieniem Józefa Piłsudskiego, zwycięskiego Wodza Narodu w walkach o wolność Ojczyzny – jest uroczystym Świętem Niepodległości”.

Ten tekst jak w soczewce pokazuje, że nowo ustanowione święto było elementem polityki pamięci, rządzących wówczas Polską kontynuatorów i spadkobierców nieżyjącego od dwóch lat Marszałka. Mocą prawa bowiem wiązało odrodzenie Polski z jego, i tylko jego, imieniem.

Wcześniej sama kwestia daty – symbolu procesu odzyskiwania suwerenności w 1918 r. – była przedmiotem sporów. Każdy obóz polityczny miał swych bohaterów i preferował różne, związane z własną tradycją, wydarzenia. Np. socjaliści optowali za 7 listopada – dniem utworzenia w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowej Republiki Polskiej z Ignacym Daszyńskim jako premierem. Konserwatyści z kolei odwoływali się do dnia ogłoszenia Aktu 5 listopada w roku 1916.

11 listopada od początku natomiast był związany z tradycją piłsudczykowską. Dlatego, gdy w maju 1926 r. rozpoczął się w Polsce okres dyktatury Piłsudskiego i tzw. sanacji, właśnie ta data zaczęła nabierać znaczenia. Krótko po przewrocie majowym 11 listopada został ustanowiony dniem wolnym od pracy, a w 1932 r. również od nauki. Było to jednak święto przede wszystkim wojskowe, zdominowane przez defilady i parady.

„Tłumy ogarnął żywiołowy entuzjazm”

Gdy w 1935 r. zmarł Marszałek, a od 1938 r. zaczęło rosnąć zagrożenie zewnętrzne Polski ze strony agresywnych sąsiadów, uznano, że Święto Niepodległości ma istotną wartość.

Tak pisze o tym prof. Andrzej Chwalba: „11 listopada miał w tamtym czasie dwie istotne funkcje. Po pierwsze, umacniał polityczną pozycje obozu sanacyjnego, a także jednoczył go wewnętrznie, ułatwiając porozumienie różnych frakcji w jego obrębie. Po drugie, coraz silniejsza stawała się świadomość narastającego zagrożenia wojną. Kult Piłsudskiego, który znajdował się w samym sercu tego święta, umacniał przekonanie, że Marszałek jest wciąż obecny i dlatego nic złego nie może stać się Polsce”. Uznano więc za stosowne utrwalić, wszelkimi sposobami, przekonanie, że Komendant był jedynym i wyłącznym twórcą II RP.

Swoistym preludium dla uroczystości 20. rocznicy odzyskania niepodległości stała się ustawa sejmowa z 7 kwietnia 1938 r, która przewidywała prawną ochronę imienia Józefa Piłsudskiego, i to pod rygorem kary pięciu lat więzienia. Pierwszy jej artykuł stanowił: „Pamięć czynu i zasługi JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO – Wskrzesiciela Niepodległości Ojczyzny i Wychowawcy Narodu – po wsze czasy należy do skarbnicy ducha narodowego i pozostaje pod szczególną ochroną prawa”. Zatem i skłonności, by za pomocą instrumentów prawnych narzucać konkretna interpretację przeszłości, nie są owocem polityki historycznej dzisiejszej władzy, mają dłuższą genealogię.

Scenariusz oficjalnych uroczystości państwowych w roku 1938 został ujednolicony i przebiegał w większych ośrodkach miejskich podobnie jak w Warszawie. Zaczynano z reguły od nabożeństw w świątyniach różnych wyznań, po czym odbywała się defilada wojskowa. Tak relacjonowała ten dzień prorządowa „Gazeta Polska”: „Z chwilą pojawienia się pierwszych oddziałów wojskowych tłumy zgromadzone wzdłuż jezdni ogarnął żywiołowy entuzjazm. Maszerujące oddziały gorąco oklaskiwano wznosząc na ich cześć niemilknące okrzyki. Tłum przerwał kordony i wdzierał się na jezdnię obsypując żołnierzy kwiatami”.

Wieczorem natomiast w warszawskim Teatrze Wielkim odbyło się uroczyste przedstawienie z udziałem marszałka Edwarda Śmigłego Rydza. Honorowe miejsca przeznaczono dla, nielicznych już wówczas, weteranów powstania styczniowego.

Propaganda sukcesu

Warto zauważyć pewien szczególny kontekst tamtych obchodów. Otóż miały one miejsce krótko po zajęciu przez polskie oddziały zbrojne czeskiego dotąd Zaolzia. Władze starały się niezwykle intensywnie eksploatować ów mniemany sukces. Prezydent Ignacy Mościcki spędził dzień 11 listopada właśnie na Śląsku Cieszyńskim.

Za sugerowanie, że Piłsudski był mniej zasłużony niż Dmowski, w II RP można było trafić do więzienia

Paweł Stachowiak

Udostępnij cytat

Relacje z tego wydarzenia zdominowały w prasie związanej z obozem sanacyjnym nawet uroczystości warszawskie i wyróżniały się szczególnie entuzjastycznym, wręcz mocarstwowym tonem: „Z domów schludnych, z gospodarnych zagród śląskich powiewały flagi. Lud tłoczył się przy drogach sypiąc kwiatami […] i wznosił gromkie okrzyki. Wszędzie roje dzieci radosnych, wołających niech żyje” .

Wszystkie oficjalne wypowiedzi, przemówienia i opinie formułowane w kręgu władzy miały ukazać Polskę jako kraj sukcesu, który społeczeństwo zawdzięcza wyłącznie Komendantowi i jego uczniom.

Ten klimat propagandy sukcesu najlepiej dało się odczuć w wystąpieniu prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego: „Dziś z ogromną dumą i wiarą w przyszłość stwierdzić możemy, że Rzeczpospolita nadal kroczy drogą, na którą wprowadził ją Wielki Marszałek […]. Prowadzą ją po niej sternicy nawy państwowej Pan Prezydent Rzeczpospolitej prof. dr Ignacy Mościcki i Wódz Naczelny Marszałek Edward Rydz Śmigły. […] Tryumfy, jakie są naszym udziałem w roku bieżącym, stwierdzają, że minęły już bezpowrotnie czasy naszej słabości, że zapanowała powszechnie wiara we własne siły i w to. Że tylko my sami o losie swoim stanowić możemy”.

Właściwe wszystkie wystąpienia przedstawicieli sanacji nie pozostawiały wątpliwości: jedynym twórcą Niepodległej był Józef Piłsudski, żadne inne nazwiska się nie pojawiały. Pisano o nim zawsze wielkimi literami: „Zwycięski Wódz”, „Wielki Wychowawca Narodu”, dla niego też zastrzeżona była formuła: „Wielki Marszałek”. Rydzowi-Śmigłemu przysługiwał tylko tytuł marszałka.

Endecka pamięć

Bez wątpienia obchody 20-lecia niepodległości miały wzmocnić mit legitymizujący autorytarną władzę następców Piłsudskiego. Czy odnieśli oni sukces?

Ówczesna Polska, tak jak dzisiejsza, była polem bitwy różnych form pamięci, wśród nich szczególnie silne i zakorzenione w świadomości swych wyznawców były tradycje związane z nazwiskami Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego, sanacyjna i nacjonalistyczna. Były one w zasadzie wzajemnie się wykluczające.

Narodowcy uważali Piłsudskiego za szkodliwego romantyka, zarzucali mu brak prawdziwego – ich zdaniem – poczucia narodowego, oskarżali o agenturalne wysługiwanie się Niemcom, sprzyjanie mniejszościom narodowym, ateizm i nieobyczajność, itd.

To Dmowski był w ich narracji prawdziwym twórcą Niepodległej, którą wywalczył podczas obrad kongresu pokojowego w Paryżu. Ta wizja miała oczywiście znacznie mniejszą siłę przebicia. Za sugerowanie, że Piłsudski był mniej zasłużony niż Dmowski, można było przecież trafić do więzienia. Te ograniczenia czyniły jednak walkę dwóch polityk pamięci intensywniejszą, choć wersja nacjonalistyczna musiała być z konieczności wyrażana dość ostrożnie.

Próbką tego jest tekst wybitnego polityka endeckiego Mariana Seydy, który – analizując przyczyny odzyskania suwerenności – pisał w pierwszej kolejności o zwycięstwie Aliantów nad państwami centralnymi, konstatując w czytelny dla ówczesnego czytelnika sposób: „W mózgach części Polaków i to działaczów polskich, oślepionych siłą i sukcesami Niemiec, utrwalał się pogląd, że uzyskanie przez Polskę pełnej niepodległości, opartej na zjednoczeniu ziem naszych, a szczególnie na wyzwoleniu ziem zaboru pruskiego, jest niemożliwością, jest utopią”. Była to jasna aluzja do polityki Piłsudskiego w okresie schyłku I wojny światowej, uczyniona jednak bez wymieniania jego nazwiska.

I taka właśnie praktyka określała kształt endeckiej polityki pamięci. Seyda pisze dużo o roli Romana Dmowskiego i jego Komitetu Narodowego Polskiego, Piłsudskiego wspomina tylko raz, mimochodem, przy okazji kryzysu przysięgowego. Teksty, zawierające nadzwyczaj szczegółowe omówienie przebiegu dnia 11 listopada 1918 w Warszawie, w ogóle o nim nie wspominają.

Lektura artykułów rocznicowych wywodzących się z kręgów endecji wyraźnie pokazuje, że narodowcy pragnęli nadać tej dacie inny wydźwięk, oderwany od osoby i zasług Józefa Piłsudskiego. Ich frazeologia nie różniła się wiele swym bałwochwalczym tonem od używanej przez sanację. Roman Dmowski był nazywany: „twórcą ostatecznego polskiego światopoglądu”, „hetmanem rzeczywistym wszelkiej ziemi polskiej” i „ojcem prawdziwego zjednoczenia narodu”.

Klimat obchodów 20-lecia II RP był antagonizujący i wykluczający, wizje przeszłości, teraźniejszości i przyszłości skrajnie odmienne, każda ze stron sporu politycznego starała się je wykorzystać dla swych potrzeb, niejednokrotnie poprzez historyczne manipulacje i skrajne uproszczenia. Autor endeckiego „Warszawskiego Dziennika Narodowego” – mimo że sam był w tym sporze stroną – celnie ujął to zjawisko: „Dla tej grupy, która od 11 lat dzierży władzę, jest 11 listopada świętem narodowym w specjalnym tego słowa znaczeniu. Jest to dla nich święto – jeśli się tak wyrazić wolno – rodzinne, okazja do przypomnienia i uczczenia ich zasług dla Polski”.

Świąteczna promocja Wydawnictwa Więź

„Kto kontroluje przeszłość, ten ma władzę nad przyszłością” – pisał George Orwell. Oczywiście przeszłości jako takiej kontrolować się nie da, co innego z pamięcią o niej. To była i będzie wielka pokusa dla wszystkich, którzy mają ambicje polityczne: wykreować własnych bohaterów i własne święta, nadać im wymiar uniwersalny, eliminując przy tym inne hierarchie ważności zdarzeń i zasług.

Manipulacje w tej sferze, kreowanie wykluczających się mitów, kanonizacja własnych bohaterów i potępienie cudzych nie są, jak starałem się pokazać, przypadłością wyłącznie naszych czasów. Historia obchodów Święta Niepodległości dobrze nam to uświadamia.

Przeczytaj też: Opętani niepodległością

Podziel się

5
1
Wiadomość

Komentarze (3)

Jednomyślny to był Front Jedności Narodowej w PRLu. To, że były i są różne opcje spierające się o kształt Polski to przecież dobrze. Różne wizje państwa nie muszą ze sobą wyłącznie konkurować, ale się wzajemnie dopełniać dążąc do jakiejś synergicznej syntezy.

Wreszcie widzę tekst, który jest jak światełko w długim pozoycyjnym tunelu wygrafittowanym hasłami , z jednej strony o faszyzmie, z drugiej o PRL. Wreszcie mechanizmy racjonalne zaczęły pracować przechodząc do analiz porównawczych rządów PIS i rządów sanacji zamiast folwarkowego krzyczenia o totalitarności obecnej władzy. Jak mechanizmy się rozkręcą, to i porównania do sanacji trzeba będzie w pewnej chwili racjonalnie zatrzymać, ale to już inna historia i jeszcze przedwczesna.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.