Jesień 2021, nr 3

Zamów

Józef Tischner, myśliciel zapowiadający kościelną katastrofę

Ks. Józef Tischner. Fot. Wojciech Druszcz / Agencja Wyborcza.pl

Czytanie Józefa Tischnera pomaga zrozumieć źródła obecnego kryzysu katolicyzmu w Polsce.

Zacznę od osobistego wyznania. Gdy w latach 90. ubiegłego wieku czytałem teksty Józefa Tischnera diagnozujące wypieranie Dobrej Nowiny przez „złą nowinę”, myślałem, że przesadza on z ostrością widzenia. Obecnie doceniam jego przenikliwość, natomiast krytycznie odnoszę się do własnego ówczesnego lekceważenia symptomów kryzysu, który Tischner dostrzegał we wnętrzu Kościoła.

Szkoda, że jego przemyślenia nie wzbudziły głębszej refleksji. Tryumfalizm Kościoła w dekadzie po upadku komunizmu i chowanie się w cieniu wielkości Jana Pawła II nie sprzyjały myśleniu. Sprawdzała się cierpka przestroga Norwida – z namysłem czytanego, a i często komentowanego przez Tischnera – aby w Polsce już żadna książka nie wychodziła za późno i żaden czyn nie był przedwczesny.

Katolicki manichejczyk boi się, że akceptacja kultury wolności doprowadzi do relatywizmu, w skutek którego wartości chrześcijańskie rozpłyną się, a w końcu zniszczone

ks. Alfred M. Wierzbicki

Udostępnij cytat

Książek wówczas nie brakowało. Myślę nie tylko o ważnych książkach Tischnera. W 1991 roku Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Centesimus annus”, która powinna zainspirować poważną debatę wokół chrześcijańskiego liberalizmu. Tymczasem najczęściej cytowanym zdaniem z tego dokumentu była myśl, że demokracja może stać się swym przeciwieństwem, przeobrażając się w zakamuflowany totalitaryzm. Zapominano zaś o papieskiej pochwale wolności i uznaniu demokracji za wartość. Recepcja złożonej, wręcz wielowarstwowej myśli Jana Pawła II była nie tylko powierzchowna, została ona ujęta w schemat manichejski. Łatwiej walczyć z wrogiem, niż myśleć, jak się z nim pojednać, a nawet jak można by sobie wzajemnie pomóc. Próba syntezy katolicyzmu z liberalizmem w Polsce się nie udała.   

Jak się mają do siebie dobra i zła nowina? U Tischnera znajdziemy sporo opisów obydwu. Był on duszpasterzem – filozofem, który dzięki fenomenologicznej wnikliwości próbował rozeznać, jak mówimy obecnie pod wpływem papieża Franciszka, realną egzystencjalno-duchową kondycję współczesnych sobie ludzi.

Dobra nowina wiąże się z przeżyciem wyzwolenia z jakiegoś zła. Chory dowiaduje się, że wyzdrowiał. Człowiek, który zdradził, słyszy, że mu przebaczono. Tchórz przezwycięża swą słabość i zachowuje się dzielnie. Dobra nowina jest twórcza, objawia wolność. Tischner wyjaśnia: „Wolność jest łaską zdrowia, męstwa, nadziei. Ilekroć człowiek otrzymuje od Boga dar łaski, zawsze otrzymuje jakąś cząstkę wolności. Wolność to jakby łaska wszystkich łask”[1].

I zaraz dodaje istotną uwagę o uwarunkowaniach ludzkiej wolności. „Początkiem pracy nad ludzką wolnością jest niewola grzechu i autentycznym przeżyciem wolności jest przeżycie wyzwolenia, a nie wolności czystej, wolności absolutnej”[2]. Wolność w tej religijnej chrześcijańskiej koncepcji zrasta się z dobrem, które człowiek otrzymuje bezpośrednio od Boga lub za pośrednictwem innych ludzi, nie jest ona ponad człowiekiem, lecz w samym człowieku. Można o niej mówić tylko wtedy, gdy się jej doświadcza, ale w tym mówieniu, czyli szerzeniu dobrej nowiny, ważniejsze jest dobro, które się ziszcza, niż zło, które się pokonuje.

Inaczej jest w przypadku złej nowiny, ta czerpie swą treść z poczucia osaczenia złem. Kształtuje ona mentalność manichejską, węszącą wszędzie zło, mobilizującą do walki z nim. Sednem manicheizmu według Tischnera jest negacja łaski. Nie chodzi tu bynajmniej o teologiczne deklaracje, lecz o styl duszpasterstwa, o kościelną praktykę w relacji do współczesności.

Manicheizm powoduje lęk przed wolnością, nie chce on rozumieć ani radości wyzwolenia ani wyzwań, jakie przynosi świat po komunizmie. Katolicki manichejczyk boi się, że akceptacja kultury wolności doprowadzi do relatywizmu, w skutek którego wartości chrześcijańskie rozpłyną się, a w końcu zniszczone. „Nieopanowany w porę lęk przed wolnością – pisał w 1992 roku Tischner – działa w łonie polskiego katolicyzmu jak pasożyt, niszcząc jego duchową substancję”[3].

Tischner osiąga wyrazistość opisu kryzysu katolicyzmu w Polsce już w pierwszych latach po upadku komunizmu. Dokonywała się polityczna i ekonomiczna transformacja, zresztą nie bez konwulsji społecznych, w atmosferze ostrych sporów i oskarżeń. Trudniej było jednak przestawić zwrotnicę mentalną dominującej części Kościoła.

Wchodząc w nowe czasy dźwigał on garb z epoki komunizmu, trwającej ponad trzy dekady. Wcale nie mała grupa duchownych kolaborowała z komunistyczną władzą, przeważnie była to kolaboracja pragmatyczna, rzadko ideowa. Współżycie z przeciwnikiem dążącym do eliminacji chrześcijaństwa powodowało upodobnienie się do niego. Nie brakowało oczywiście ludzi oporu, nie wszyscy przecież stali się kolaborantami czy konformistami. Przejęcie komunistycznej logiki władzy jako walki powodowało jednak erozję chrześcijaństwa, osłabiało ewangelizację. Manichejska postawa przetrwała komunizm, katolik po komunizmie miał cechy, którymi charakteryzował się homo sovieticus. „ Ten sam podział świata wedle ideologii wrogów i sojuszników, ta sama perfekcja w oskarżaniu, pomawianiu, podejrzewaniu i wyrokowaniu”[4].

Swój opis duchowego rozkładu katolicyzmu po komunizmie Tischner uogólnia, posługując się dwiema metaforami, zaczerpniętymi z Dostojewskiego i Norwida. Za autorem „Braci Karamazow” mówi o nieszczęsnym darze wolności. Zauważa analogię pomiędzy dbałością Wielkiego Inkwizytora o dobrobyt i ład społeczny a koncentracją polskich duchownych na moralnym wymiarze chrześcijaństwa, aż do uczynienia z etyki techniki dobrego życia.

Troska o skuteczność w rządzeniu ludźmi, czym w końcu musi stać się duszpasterstwo rozumiane po manichejsku, odsuwa na bok porządek łaski, Chrystus staje się zbędny. Norwidowska formuła „religii w krainie schorowanej wyobraźni” tłumaczy wzmożenie energii, z jaką propaguje się „złą nowinę”. Wypływa ona z bólu, który rodzi się w obliczu poczucia upadku chrześcijańskich ideałów.

Celebrowanie bólu zakłóca poczucie rzeczywistości, ale wtedy przestaje już chodzić o wartości i ideały. Patologiczna wyobraźnia religijna polega na tym, że „obiektywna hierarchia wartości przemienia się w subiektywny porządek bólów”[5]. Ból powoduje gorączkę i majaczenie, a chory organizm coraz bardziej czuje się zagrożony, coraz bardziej skupiony na sobie, drży i szuka środków obrony. W sferze duszpasterskiej potrzeba coraz więcej praktyk, aby zagrzewać się do walki z faktycznymi i wyimaginowanymi wrogami Kościoła. „Kościół „schorowanej wyobraźni” – konstatuje Tischner – jest Kościołem ogołoconym z «nadprzyrodzoności», mimo że wyobraźnia potrafi wiele gadać o nadprzyrodzoności”[6].

Chrześcijaństwo bez „nadprzyrodzoności” ulega pokusie upolitycznienia. O tym mówi „Legenda o Wielkim Inkwizytorze” Dostojewskiego. Proces ten obserwował Tischner w Kościele w Polsce po upadku komunizmu, opisywał go w swej publicystyce, komentując na bieżąco przejawy zarówno uwodzenia Kościoła przez politykę, jak i przejawy coraz bardziej ostentacyjnego wplątywania się Kościoła w politykę. W ten sposób chrześcijaństwo samo redukowało się do siły politycznej. Korzystanie z władzy i sięganie po nią rodziło poczucie siły i znaczenia, w gruncie rzeczy była to opcja duszpasterska, która przyśpieszała sekularyzację w Polsce. Dechrystianizacja, której chciano się przeciwstawić na drodze politycznej walki wymierzonej w liberalizm, szerzyła się w społeczeństwie, do którego przestała docierać ewangelia dobra i wolności.

Tischner zajmował się nie tylko ideami, interesowało go życie idei w ludzkich biografiach oraz w tkance społecznej. Nic więc dziwnego, że oprócz idei przyglądał się ponadto uczuciom. W penetrowanej badawczo, ale również przeżywanej od wewnątrz „krainie schorowanej wyobraźni religijnej”, dostrzegał płomyki na mokradłach, znamiona gorączki i niezdrowego klimatu. „W środku tych mokradeł – Kościół. Temat gorący pobudzający wyobraźnię, wywracający uczucia. Oto na naszych oczach i z naszym udziałem toczy się spór o Kościół. Wszędzie – od uniwersytetu poprzez prasę aż po targowisko. Są oskarżyciele i obrońcy. Są nieprzekupni sędziowie. Gdzieś daleko na horyzoncie majaczy jakiś bunt. Podgorączkowy – jak wszystko”[7].

Jako filozof proponuje odnosić się do wykluwającego się buntu z rozsądkiem. Po pierwsze trzeba podjąć namysł nad korzeniami buntu przeciwko Kościołowi. Po wtóre odnieść się z samokrytycyzmem przynajmniej do niektórych praktyk w Kościele i uzasadniających je przekonań.

Brak krytycyzmu to główna wada chrześcijańskiego manicheizmu, powoduje on paniczny lęk i szukanie ratunku w sferze politycznej. Umieszcza się w ustawie zapis o wartościach chrześcijańskich, dokonuje się poświęceń wszystkiego co się da nie szczędząc wody świeconej ani na wielkie budowle ani na trawniki w przekonaniu, że zabezpiecza się obecność chrześcijaństwa w sferze publicznej. Chrześcijaństwo staje się wprawdzie częścią politycznej retoryki, ale to nie wystarczy, aby zdobywało ludzkie uczucia.

Korzystanie z władzy i sięganie po nią rodziło poczucie siły i znaczenia, w gruncie rzeczy była to opcja duszpasterska, która przyśpieszała sekularyzację w Polsce

ks. Alfred M. Wierzbicki

Udostępnij cytat

Tischner należał do nielicznych katolickich myślicieli, którzy zdawali sobie sprawę, że los chrześcijaństwa w Polsce w epoce po komunizmie zależy od kierunku, w jakim pójdą zbiorowe emocje. Dostrzegał kumulowanie się uczuć integrystycznych i równie silnych uczuć buntu. Ich konfrontacja oznaczać musiała katastrofę, a więc zarówno osłabienie Kościoła, jak i paraliż modernizacji na zasadach przymierza katolicyzmu i liberalizmu. Katolicyzm niósł szansę zapłodnienia liberalizmu ideą solidarnością, natomiast liberalizm uwyraźniał w katolicyzmie respekt dla sumienia, niósł zatem szansę na pogłębienie wewnętrznego – w istocie osobowego – wymiaru życia chrześcijańskiego.

Osobliwe w przemyśleniach Tischnera z lat 90., a więc w czasie dominującego eklezjalnego tryumfalizmu, jest skierowanie uwagi na fakt odchodzenia ludzi z Kościoła. Sam filozof nie potrafi dostarczyć spójnego wyjaśnienia tego zjawiska. Uderza go przede wszystkim jego emocjonalna temperatura i powaga zaangażowania, z jakim ludzie odwracają się od Kościoła.

Jedni z nich czują się oszukani, uważają, że Kościół deklaruje, że obce jest mu dążenie do „państwa wyznaniowego”, ale wpływając skutecznie na prawodawstwo w sferze praktycznej opowiada się za państwem wyznaniowym. Inni niosą w sobie cień z epoki komunizmu i lękają się ostrych ustaw dekomunizacyjnych oraz penalizacji aborcji.

Charakterystyczne, że Tischner zawiesza swój sąd dotyczący słuszności tych oskarżeń i obaw, jego fenomenologiczna epoche pozwala wyodrębnić porządek ludzkich przeżyć, wmyśleć się w stan ludzkich sumień, co uważa za swój filozoficzny i duszpasterski obowiązek. Właśnie ta unia filozofa i duszpasterza skłania do uwzględnienia prymatu sumienia, aby uznać go za warunek konieczny dialogu i ewangelizacji.

Czytanie Tischnera po 30 latach potwierdza trafność jego oglądu i zrozumienie lawinowej dynamiki erozji polskiego katolicyzmu. Nie był to proces nieuchronny, Tischner angażował swą krytyczną refleksję, aby stworzyć dialogowe pole dla ewangelizacji, przeciwstawić się głoszeniu „złej nowiny” bez ulegania jej logice konfrontacji z „zepsutą cywilizacją”. Jego i nasz ogląd kryzysu w Kościele różni się o nowe doświadczenia.

Wobec milczącego, a czasem wręcz deklaratywnego, przyzwalania hierarchów na autorytarne niszczenie państwa prawa, nie można już marzyć o Kościele budującym kulturową bazę dla liberalnej demokracji. Korzystanie z siły państwa w celu drastycznego zaostrzenia przepisów ustawy o aborcji lekceważy dramatyczne sytuacje egzystencjalne i ceduje wysiłek pracy nad sumieniami na rzecz reżymu prawnego. Konfrontacyjne polemiki przeciwko środowiskom LGBT czynią z Kościoła wspólnika politycznej walki o władzę.

Ziarna tych postaw były dostrzegalne już w ostatniej dekadzie XX wieku, którą swym filozoficznym rentgenem prześwietlał Tischner. Nieznana pozostawała mu jednak skala moralnego zepsucia księży i biskupów uwikłanych w przestępstwa pedofilskie. Nieudolność, a także wyraźny opór w zakresie naprawienia skandalicznych krzywd wyrządzonych młodym chrześcijankom i chrześcijanom przez ich duszpasterzy rzuca głęboki cień na obecne pokolenie duchownych, stanowi monstrualną tamę dla ewangelizacji.

Nowina o złu nie dotyczy świata zewnętrznego, który nie chce słuchać Ewangelii, lecz spraw dziejących się wewnątrz Kościoła. Wcale nie akcydentalnie, lecz gruntownie wpływa to na wiarygodność Kościoła. Kto nas chce jeszcze słuchać i trwać z nami prócz tych, dla których Kościół jest tylko instrumentem władzy?

Nieść dobrą nowinę jest dzisiaj trudniej niż przed trzema dekadami, gdy zarysowywała się perspektywa przymierza katolicyzmu z liberalizmem. Wielu z nas marzyło wtedy wraz z kardynałem Martinim o nadrobieniu 200 lat straconych na wzajemne oskarżania się katolików i ludzi oświecenia. Jan Paweł II wskazywał na możliwość zbliżenia się obydwu stron na płaszczyźnie wspólnej troski o chorego wskutek ran człowieka Europy przełomu tysiącleci na wzór postawy Miłosiernego Samarytanina.

Jeszcze Benedykt XVI żywił to samo marzenie, gdy krótko przed wyborem na papieża dyskutował z Habermasem o oświeceniowych i chrześcijańskich korzeniach praw człowieka jako fundamencie porządku demokratycznego. Oczywiście, nie wszystkie spory mogły zostać rozwiązane, istotne jest to, że obydwie strony przestawały patrzeć na siebie z wrogością i szukały wspólnych płaszczyzn.

Dziś zarówno katolicyzm, jak i liberalizm wydają się słabe, ledwie żywe, bezpłodne, nie porywają młodego pokolenia. Byłoby jednak za wcześnie mówić o śmierci tak katolicyzmu, jak i liberalizmu, ich ożywienie nie dokona się jednak bez krytycznej refleksji.

Czytanie Tischnera pomaga zrozumieć źródła obecnego kryzysu katolicyzmu w Polsce. Już z tego powodu warto przypominać jego alarmistyczną diagnozę. Był on filozofem na wskroś chrześcijańskim, który potrafił łączyć wiarę i rozum. Czynił to w rzadki w Polsce sposób, już w młodych latach pożegnał się z tomistycznym modelem chrześcijaństwa. Tkwił natomiast głęboko w jego nurcie Augustyńskim, odwoływał się do oczywistości serca, cenił doświadczenie wiary. Odkrywał aktualność teologii łaski i wolności, którą Augustyn rozwijał w odpowiedzi na naturalizm Pelagiusza.

Może najbardziej trwałą wartością jego pasjonującej filozoficzno-teologicznej krzątaniny wokół genezy kryzysu Kościoła w Polsce po upadku komunizmu okaże się zwrócenie uwagi, że u podstaw klerykalizmu, upolitycznienia, języka konfrontacji, jest pelagiańska antropologia negująca nadprzyrodzoność. Tischner używał rozumu nie po to, aby bronić wiary przed zagrożeniami z zewnątrz, lecz aby ukazywać jej własne światło, a jeśli tego trzeba wydobywać je z głębokich mroków, jakimi istotę wiary przesłania Kościół w swej nie zawsze świętej historii.

Świąteczna promocja Wydawnictwa Więź

Referat wygłoszony 11 października na Uniwersytecie Jagiellońskim podczas II Kongresu Tischnerowskiego. Tytuł oryginalny: „Czy Kościół zaniedbał sprawę wolności? Lekcja Tischnera na dziś”. Obecny tytuł od redakcji

Przeczytaj też: Ks. Tischner w 1978: Papiestwo Jana Pawła II może stać się dla Polaków opium


[1] J. Tischner, „Nieszczęsny dar wolności”, Kraków: Wydawnictwo Znak 1993, s. 12.
[2] Tamże.
[3] Tamże, s. 13.
[4] Tamże, s. 19.
[5] Tenże, „W krainie schorowanej wyobraźni”, Kraków: Wydawnictwo Znak 1998, s. 8.
[6] Tamże, s. 11.
[7] „Nieszczęsny dar wolności”, s.102.

Podziel się

16
6
Wiadomość

Komentarze (6)

Diagnoza księdza profesora niezwykle mądra i wnikliwa. Diagnoza jest koniecznym początkiem leczenia, rzecz w tym, że z tą diagnozą może przynajmniej część duchownych by się zgodziła, ale pomysłów na uzdrowienie Kościoła w Polsce – totalny brak, znaczy się inaczej, pomysły są, na co hierarchowie – bo o nich tu przede wszystkim mowa, reagują na dwa sposoby. Pierwszy niezwykle inteligentny i otwarty na dialog wyrażający się w trzech słowach – „nie, bo nie”. Drugi sposób, niesłychanie przenikliwy – po co zmiany, skoro jest wspaniale i trzeba przyznać, że jest to logiczne. A skoro jest wspaniale to ci, którzy chcą zmian, niewątpliwie tę chwalebną wspaniałość, chcą zniszczyć. Że twarde fakty przeczą tej urojonej wspaniałości? I tu mała dygresja, gdzieś przeczytana anegdota: Panie w Polsce jest 3 miliony ukrytych Żydów. Trzeźwe pytanie profesora logiki – skoro są ukryci, to jak pan ich policzył? Panie mam swoje sposoby – pada odpowiedź. Rozumiem, że tzw. pasterze naszego Kościoła też mają swoje sposoby, by oceniać wspaniałość Kościoła, którym rządzą (nie mylić z pasterzowaniem). Ot i problem jak mawiał mój znajomy kresowiak.

Nie mają innego wyjścia niż być piewcami doskonałości Kościoła. Bo co niby potrafiliby zrobić gdyby przyznali, że jest coś do zrobienia?

Dopóki dla biskupów polityka będzie ważniejsza od duszpasterzowania nie spodziewam się jakiejkolwiek zmiany. Pewnie dlatego ks prof Tischner nie chciał być biskupem; nie chciał „zbiskupiec”

Zgadzam się z głosami powyżej. Dopóki obecna władza sie trzyma, finansowanie jest zapewnione, nawet jesli wpływy z sakramentów i tacy będa maleć , czują sie bezpiecznie, Gdyby jednak przyszła władza mniej życzliwa i wprowadzono w końcu podatek kościelny na wzór Niemiec, wtedy okazałoby sie ile zostało katolików … Mit o narodzie katolickim rozsypałby sie w proch, zresztą na korzyść rzeczywiście wierzących i prawdziwego Kościoła jako wspólnoty wiernych, a nie korporacji dla ambitnych i żądnych władzy biskupów.

To znaczy, że Kł w Polsce zrezygnował z nadprzyrodzoności czy liberalizm z niego zrezygnował.. ?

Poza tym, wg nauki społecznej Kła chrześcijanin ma obowiązek brać odpowiedzialność za sprawy polityczno-społeczne, uczestnicząc w życiu publicznym, politycznym aby nie legitymizować ustawodawstwa które buduje cywilizację śmierci.

Odnoszę wrażenie, że ks. profesor promuje rezygnację katolików z angażowania się w życie społeczno-polityczne, a ich działalność ma się ograniczać do praktyk religijnych.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.