Jesień 2021, nr 3

Zamów

„Nowy porządek”, czyli kapitalistyczna bajka i gloryfikacja „lepiej urodzonych”

Naian González Norvind w filmie „Nowy porządek”, reż. Michel Franco, Meksyk 2021. Fot. Materiały prasowe Gutek Film

Michel Franco swoim filmem próbuje pokazać, że pogłębiające się nierówności społeczne mogą przerodzić się w poważny problem. Czyni to jednak z pozycji zagrożonego pieszczocha europejskich festiwali, który lękiem chce zainfekować innych.

Za slumsami, za wysokimi murami… Tak zaczyna się kapitalistyczna bajka, tym razem w wykonaniu Michela Franco, którego „Nowy porządek” – zdobywca Srebrnego Lwa na zeszłorocznym festiwalu w Wenecji – w rodzimym kraju reżysera rozpętał burzę.

Dyskusja rozgorzała, zanim jeszcze film trafił na ekrany. Wszystko za sprawą dwuminutowego trailera. W mediach społecznościowych pisano, że to obraz klasistowskiego białego Meksykanina, który boi się ruchów społecznych. Franco bronił się, mówiąc, że zwiastun nie oddaje tego, o czym tak naprawdę jest film. Niestety, oddaje.

Tytułowy nowy porządek Franco zapowiada już w początkowych napisach. Część odwróconych liter utrudnia odczytanie pojawiających się na ekranie słów. Reżyser subtelnie podpowiada nam, że będziemy mieć do czynienia z niewygodnym obrazem. Żeby tę sugestię wzmocnić, od razu atakuje nas stosem martwych ciał. Mamy poczuć się zszokowani i skonfundowani po to, by on mógł snuć swoją opowieść.

Zamiast krytykować, Franco legitymizuje społeczno-gospodarczy porządek. W jego filmie pobrzmiewa stara śpiewka wprost z hollywoodzkiego studia – nie ma alternatywy dla kapitalizmu

Radosław Góra

Udostępnij cytat

A brzmi ona tak. Biali bogacze żyją niczym bogowie na Olimpie, do których nikt nie ma dostępu (ich rezydencja faktycznie znajduje się na wzniesieniu). Między sobą załatwiają interesy i się żenią. Czasem robią to w tym samym czasie, jak teraz. Nerwowemu oczekiwaniu na sędzię, która udzieli ślubu Marianne (Naian González Norvind) i Alanowi (Darío Yazbek) podczas trwającego już wesela, towarzyszą biznesowe rozmowy. Uprzywilejowani chodzą w skrojonych na miarę garniturach, w przeciwieństwie do służby, która nosi za duże rozmiarówki, a z ich kranu leci nieskazitelnie czysta woda.

Nieskazitelni na pewno nie są domownicy – pod fasadą przyzwoitości skrywa się korupcja i pogarda wobec gorzej usytuowanych. Doświadcza tego Rolando (Eligio Meléndez), były pracownik rodziny, który przychodzi prosić o 200 tys. pesos na operację żony. Nietrudno się domyślić, że zostanie odprawiony z kwitkiem. Franco na moment puszcza oko do widza, mówiąc: patrz, jednak krytykuję elity. Ten szelmowski uśmieszek szybko znika z twarzy reżysera, bo rewolucja czyha już u bram – najpierw w postaci zielonej farby lecącej w stronę przybyłej na wesele kobiety, a potem – wystrzeliwanych kul. 

Twórca filmu sięga po rasizm, by uzasadnić „przyrodzoną” skłonność klas ludowych do bestialskich aktów przemocy. Buntownicy to tubylcy, widocznie odróżniający się kolorem skóry. Znamienne, że wdzierający się rewolucjoniści, przypominający żywe trupy, nic nie mówią, wydają tylko dzikie odgłosy. Mladen Dolar, słoweński filozof, przywołując rozpoznania Arystotelesa, pisze w „Polityce głosu”, że mowa jest tym, co odróżnia człowieka od zwierzęcia. Dodaje również, że w przeciwieństwie do głosu, który jest wspólny ludziom i zwierzętom i który służy do oznaczania współdzielonych doświadczeń, jak ból i przyjemność, mowa „nie ma jednak za zadanie jedynie oznaczać; mowa może być także wyrazem tych doświadczeń bądź wręcz przejawem tego, co korzystne (pożyteczne) lub szkodliwe, a w konsekwencji sprawiedliwe i niesprawiedliwe, dobre i złe”.

Pozbawieni mowy nie są w stanie zwerbalizować swojego doświadczenia. W ten sposób reżyser kreuje ich na niebezpiecznych nieludzi. Szkoda, że pomija przy tym prosty fakt, że to właśnie kapitalizm sprowadził ich egzystencję do zaspokajania podstawowych potrzeb fizjologicznych, zabijając w nich człowieczeństwo. Na ich tle biali wyzyskiwacze prezentują się jako poczciwi.

Z czasem klasowa dychotomia będzie narastać – na niekorzyść biednych. Uprzywilejowani są źli? Może pogarda bije z ich oczu, ale przecież rzucą jakimś ochłapem – Rolando otrzymuje w końcu niewielką sumę. Zawsze znajdzie się też wśród nich rodzynek wrażliwy na potrzeby innych – w tym wypadku jest to Marianne, która opuszcza rezydencję, żeby pomóc chorej kobiecie. Znają również wartość pieniądza, bo w końcu 200 tys. pesos to spora kwota i nie można jej zebrać ot tak. Nie to co chciwi rebelianci, którzy dzieląc między sobą pieniądze z okupów, narzekają, że 200 tys. to bardzo mało. 

Kiedy uświadamiamy sobie, że klasowe różnice tak naprawdę mają podłoże rasowe, z łatwością dostrzegamy, że relacja klas uprzywilejowanych wobec sytuujących się niżej sprowadza się do dwóch emocji – potrzeby ich ujarzmienia lub lęku przed śmiercią z ich rąk. W taki sposób opisywał stosunek białych do czarnych Alexis de Tocqueville w swoim flagowym dziele „O demokracji w Ameryce”. Stąd w filmie wysoki mur i rezydencja na wzniesieniu – szereg widocznych przejawów odgrodzenia. 

W żaden sposób nie można obronić tezy, jakoby Franco stał w rozkroku, z jednej strony starając się zachować status uprzywilejowanego białego, a z drugiej – walcząc o prawa wykluczonych. Trudno o taką postawę, kiedy rewolucjonistom wkłada broń do ręki i każe im bezmyślnie zabijać.

Owszem, w rozmowach z dziennikarzami reżyser podkreślał, że pogłębiające się nierówności społeczne niedługo mogą przerodzić się w bardzo poważny problem. Czynił to jednak z pozycji zagrożonego pieszczocha europejskich festiwali, który tym lękiem chce zainfekować innych. Nie wiem, czy tego nie zauważył, czy po prostu szedł już w zaparte.

Groteskowo brzmi też jego porównanie „Nowego porządku” z „Parasite”. Podczas gdy film Bonga Joon-ho opowiada o tym, że warstwy ludowe nigdy nie przebiją klasowego sufitu, bo do życia na społecznych nizinach są uwarunkowane biologicznie – ich przynależność zapisana jest w DNA, w ich zapachu, którego nie są w stanie się pozbyć (trafna diagnoza Marcina Stachowicza) – to obraz Meksykanina „lepiej urodzonych” właśnie gloryfikuje. Franco bardziej chybić już nie mógł.

Wszystko przez to, że usilnie chciałby być po trosze Bongiem Joon-ho, a po trosze Jordanem Peele’em, reżyserem „Us” (choć pracę nad filmem zaczął dużo wcześniej, w sumie trwała ona sześć lat) – zamachnąć się na klasizm i zyskać za to gromkie brawa. Z filmem Amerykanina nawet coś go łączy. W końcu też dysponuje „armią” niemych agresorów mordujących klasę wyższą.

Na tym jednak podobieństwo się kończy. Peele’owi bliżej do południowokoreańskiego laureata Oscara. U niego również mamy do czynienia z niemożliwą do zrealizowania próbą przekroczenia społecznego statusu, która zawsze naznaczona jest strachem przed byciem zdemaskowanym. Nawet jeśli uda się wskoczyć na cudze miejsce, to owo doświadczenie nigdy nie będzie zinternalizowane (na gruncie polskim trud związany z klasowym awansem świetnie pokazał Grzegorz Królikiewicz w „Tańczącym jastrzębiu”).

„Przez całe życie mam wrażenie, że mnie dopadnie” – tajemniczo informuje męża kobieta, która w dzieciństwie „ukradła tożsamość” uprzywilejowanej dziewczynki. Ponieważ Peele niziny społeczne obrazuje za pomocą sobowtórów protagonistów, nikt tej podmianki nie zauważył (my sami dowiadujemy się o tym na koniec). „Ona” nie wróciła jednak taka sama. Nie mówiła, była wycofana. Nawet w dorosłym życiu stroni od ludzi.

Jest Inna, tak jak Inni są Kimowie z „Parasite”, i nic tego nie zmieni. Przewrót nadchodzi, przy czym nie jest to wolta uciśnionych klas, które u Peele’a są niemymi zombie, włóczącymi się po podziemnych korytarzach, lecz odwet zdegradowanej osoby, co prawda pociągającej za sobą resztę, ale jedynie na użytek osobistej zemsty i na potrzebę odzyskania utraconej pozycji.

Franco uderza w zupełnie inne tony. Zamiast krytykować, legitymizuje społeczno-gospodarczy porządek. W jego filmie pobrzmiewa stara śpiewka wprost z hollywoodzkiego studia – nie ma alternatywy dla kapitalizmu. To znaczy jest – ale taka, którą właśnie oglądamy. Twórca „Opiekuna” stosuje retorykę podobną do tej, którą posłużył się Christopher Nolan w ostatniej części trylogii o Batmanie, kiedy Bane’a ubrał w kożuch, żeby pozował na bolszewickiego wichrzyciela, a zwiedzionych jego hasłami zaprzągł do wyrzucania najbogatszych mieszkańców z apartamentów przy 5th Avenue. Czy zatem rzeczywiście nie ma wyjścia?

Sam papież Franciszek powiedział w zeszłorocznym przesłaniu skierowanym do sędziów zajmującymi się prawami socjalnymi w Ameryce i Afryce, że prawo do własności prywatnej nie jest „absolutne i nietykalne”. Dodał również, że „jest drugorzędnym prawem naturalnym, pochodzącym od prawa, jakie mamy wszyscy, zrodzonego z uniwersalnego przeznaczenia dóbr stworzonych. Nie ma mowy o sprawiedliwości społecznej, jeśli jest oparta na nierównościach i oznacza koncentrację bogactwa”.

Świąteczna promocja Wydawnictwa Więź

Zauważył także, że „jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by omijać, lekceważyć sytuacje, które bezpośrednio nas nie dotykają”. Zdaje się, że właśnie w tych słowach Franciszka znajduje się remedium na bolączki dzisiejszego świata, który odmienić może tylko uważność na drugiego człowieka i jego potrzeby. W podobnym duchu pisała kilka lat temu niemiecka artystka, Hito Steyerl, postulując, abyśmy nasze internetowe praktyki dzielenia (share) przenieśli do prawdziwego życia.

To chyba także jedyna odpowiedź na kino ulepione z konserwatywnych lęków, które nawet po skończonym seansie wciąż epatuje zniekształconymi literami, by na wszelki wypadek przypomnieć niezdecydowanemu widzowi: zastanów się dobrze, czy chcesz nowego porządku… Oczywiście nie dodaje, że w starym czeka nas bezsensowne tyranie, przeplatane oczekiwaniem na emeryturę, na której wszystko sobie odbijemy. Niestety, nie wszyscy jej dożyją – jak trafnie zauważa jedna z nomadek w filmie „Nomadland”. To już musimy dopowiedzieć sobie sami. 

Przeczytaj też: „Niefortunny numerek lub szalone porno” to film o Rumunii, ale też o Polsce

Podziel się

5
Wiadomość

Komentarze (2)

Czy Więź dołącza do grona mediów przejmowanych przez nową, antykapitalistyczną młodzieżówkę? Autorze, jeśli rewolta pokazana w filmie jest Ci bliższa, niż kapitalizm, to na czym ma polegać twoja lewicowa wrażliwość? Ona nie istnieje, ona jest tym samym wk…, który podpala brunatne łby przeciw „elitom”. Jest to wk…, który nie może znaleźć innego zaspokojenia, jak w zarzynaniu „elitarnie myślących”. Dlaczego niczego nie nauczyłeś się na lekcjach histrorii 20-go wieku? I w którym momencie to ja stałem się przedstawicielem establishmentu, a Ty jesteś wyrazicielem gniewu uciśnionych? W którym momecie to ja stałem się człowiekiem Gatesa, Zuckerberga, może nawet Sorosa? Jaka trauma nieprzekraczalna stawia Cię od razu na pozycji straconego, któremu się marzy rewolucja? Napisz w końcu konkretnie, gdy już pozarzynacie złych kapitalistów, jak ma docelowo wyglądać ten ustrój sprawiedliwości społecznej, bez własności prywatnej??? Rozp.. wszystko łatwiej.

Bardzo napastliwy komentarz, nie odnoszący się do tekstu, a jedynie do jakichś wyimaginowanych interpretacji. Czy nie można walczyć z nierównościami bez przemocy, czy sprzeciw wobec absolutyzacji wartości prywatnej w konkretnych sytuacjach nie jest obecny także w krajach z gospodarką wolnorynkową. Nie widziałem filmu, więc trudno mi się odnieść do samej recenzji, sam styl miejscami razi mnie ze względu na nowomowę i żargon charakterystyczne dla młodej lewicy, a mi dość obce (te same zjawiska określiłbym inaczej, cóż pewnie kwestia różnicy wieku i doświadczeń), ale nigdzie w tekście nie znajduję podstaw do tak agresywnego ataku i oskarżeń. Przeciwnie, autor odnosi się do problemów, które rzeczywiście trapią dzisiejszy świat, dla wspólnego dobra warto się nad nimi zastanowić, zamiast rzucać wykropkowanymi wulgaryzmami i udawać, że kropka niweluje ich treść.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.