Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Polska droga synodalna?

Polscy biskupi podczas synodu w Watykanie w styczniu 2021. Od lewej idą bp Marek Solarczyk, abp Stanisław Gądecki i bp Grzegorz Ryś. Fot. Mazur/catholicnews.org.uk

Proces synodalny jest szansą dla biskupów w Polsce, żeby mogli usłyszeć, czym faktycznie żyją ludzie. Jest to również szansa dla wszystkich ludzi wierzących, aby usłyszeli się wzajemnie, także z hierarchami. Ale trzeba do tego podejść naprawdę na serio. A z tym jest poważny kłopot. Dyskutują: Aleksander Bańka, bp Adrian Galbas, s. Barbara Radzimińska i Zbigniew Nosowski.

Zbigniew Nosowski: Wkrótce, jak zapowiedział papież Franciszek, w całym Kościele powszechnym ma ruszyć wielki proces synodalny. Zaprosiliśmy Państwa do dyskusji o tym, jak może i jak będzie on wyglądać w Polsce. W kwietniu br. prof. Aleksander Bańka napisał w „Gościu Niedzielnym”, że nie trzeba bać się drogi synodalnej (wobec argumentu, że to niemiecki pomysł!), lecz po prostu stworzyć jej własną wersję. Czy ma już Pan wizję tej polskiej drogi synodalnej?

Aleksander Bańka Taki proces synodalny jest u nas niezbędny, bo coraz bardziej na serio mierzymy się z poważnymi pytaniami, na które Kościoły w krajach Europy Zachodniej już od dawna szukają odpowiedzi. Chodzi zarówno o samą wizję Kościoła, jak i o jego relacje ze światem.

W Polsce wielu osobom wydawało się długo, że żyjemy pod jakimś szklanym kloszem, tzn. że mamy swoje problemy, swój grajdołek i swoją ocenę rzeczywistości. Postrzegaliśmy siebie jako pępek świata. Takie podejście wyraźnie się obecnie wyczerpuje. Ciążą nam i powiązania z polityką, i skandale seksualne, i klerykalizm. Odpowiedzią na tę sytuację nie może być dalsze przeżywanie Kościoła jako przede wszystkim polskiego.

Wesprzyj Więź.pl

Trzeba więc szukać dróg odnowy. Proces synodalny to właśnie takie poszukiwania. Jak każda dobra odnowa w Kościele powinien on sięgnąć do źródeł biblijnych i do dziedzictwa naszej katolickiej tożsamości eklezjalnej. A to oznacza, że trzeba mocno zrewidować myślenie o Kościele, o priorytetach, o duszpasterstwie, o wizji pracy z młodzieżą.

Niemiecka droga synodalna zadaje właśnie pytania o to nowe podejście. W Polsce wielu – i świeckich, i duchownych, i hierarchów – obawia się, że stawianie analogicznych pytań musi doprowadzić do podobnych odpowiedzi, które wielu ocenia jako nieortodoksyjne. Ale wcale tak nie musi być. Bez trudu można prowadzić proces synodalny zgodnie z linią papieża Franciszka i w ogóle zgodnie z nauczaniem Kościoła. Zwłaszcza że obecnie ma się rozpocząć proces synodalny w całym Kościele powszechnym.

Moim zdaniem, podejmując podobne pytania i problemy co w krajach zachodnich, nie musimy kalkować odpowiedzi, które tam się pojawiają. Mamy przecież własny potencjał i bogate zaplecze w postaci wielu aktywnych ruchów odnowy Kościoła. To zresztą już się dzieje! Od kilku miesięcy intensywnie jestem w kontakcie z wieloma z nich. Widzę tam bogactwo pomysłów i poszukiwania nowych narzędzi działania. Sam zetknąłem się z takimi inicjatywami adresowanymi do młodzieży, do osób homoseksualnych (wcale nie w duchu terapii reparatywnej!), do biznesmenów. I chcę podkreślić, że są to propozycje duszpasterskie, w pełni zgodne z nauczaniem Kościoła.

Wyobrażam sobie proces synodalny jako uwolnienie tego potencjału, jako impuls do wdrażania w życie takich pomysłów, które istnieją, ale są mało znane. Na przykład pewna wspólnota w Warszawie była w stanie wypracować kapitalny program dla młodzieży, oparty na konkretnych podręcznikach, narzędziach multimedialnych, konferencjach. Ale nie są w stanie przebić się z tymi materiałami na szersze kościelne wody, bo spotykają się z nieufnością. Proces synodalny powinien uwolnić ten potencjał, stworzyć kościelne pospolite ruszenie, a następnie poszukiwać pomysłów najlepszych, wspierać je i promować.

Jesteśmy w głębokim kryzysie dialogu wewnątrzkościelnego. Wierzę, że proces synodalny mógłby uwolnić nową energię

Aleksander Bańka

Udostępnij tekst

Dodam jeszcze, że w niektórych sprawach na pewno okaże się, że z czymś sobie nie radzimy, więc wtedy trzeba zacząć wspólnie poszukiwać odpowiedzi.

Siostra Barbara Radzimińska jest rzeczniczką Kongresu Katoliczek i Katolików – inicjatywy, która pokłada duże nadzieje w procesie synodalnym. Jakie to są nadzieje? Jak miałyby być realizowane?

S. Barbara Radzimińska Owszem, wiążemy ogromne nadzieje z procesem synodalnym. Dla mnie to jest szczególny znak od Boga, taki moment opatrznościowy. Gdy nasz Kongres powstawał, to zarzucano nam, że tworzymy grupę, która chce rozmawiać o władzy w Kościele. Tymczasem najbliższy Synod Biskupów z woli papieża ma się zajmować synodalnością – czyli nie tylko sprawami pastoralnymi, lecz także sposobami sprawowania władzy w Kościele. To jest zupełnie odmienne podejście, które daje nam w Polsce nowe szanse.

Zgadzam się z przedstawionymi tu diagnozami pana Aleksandra. Zgadzam się też, że w Kościele w Polsce nie powinniśmy (a nawet nie jesteśmy w stanie) powielać schematów z innych krajów. Zresztą kraje zachodnie są już na innym etapie. Mam wrażenie, że u nich już kończy się proces szybkiej laicyzacji, który u nas się dopiero rozpoczyna. Mówiąc obrazowo, my dopiero wchodzimy na pustynię, a oni już przez nią przeszli i gdzieniegdzie poznajdowali źródła. Na przykład we Francji rodzą się liczne ruchy odnowy kościelnej. Jest więc szansa, że będziemy się uczyć od tych krajów, zwłaszcza że nie musimy popełniać tych samych błędów, lecz możemy mądrze korzystać z tamtejszych doświadczeń.

Jeśli chodzi o przebieg procesu synodalnego, to pewne kwestie są nie do przewidzenia. Myślę zresztą o tej drodze jako o działaniu Ducha Świętego, a ono najczęściej jest nieprzewidywalne. My możemy niekiedy jedynie rozpocząć pewne procesy, ale dokąd one nas poprowadzą, jak się zakończą – tego nie wiemy. Podobnie z pytaniem o polską specyfikę synodalności – to także okaże się w trakcie drogi.

Na pewno można jednak powiedzieć, że proces synodalny jest ogromną szansą dla biskupów Kościoła katolickiego w Polsce, żeby mogli usłyszeć, czym faktycznie żyją ludzie. Jest to również szansa dla wszystkich ludzi wierzących, aby usłyszeli się wzajemnie, także z hierarchami. Ale żeby się to udało, to trzeba do tego podejść naprawdę na serio. A z tym jest poważny kłopot. Przeciętni duchowni niewiele kojarzą, gdy słyszą o synodalności – myślą jedynie o spotkaniu biskupów, a nie o to przecież chodzi.

Trzeba więc dużego wysiłku na początku. Papież zapowiedział proces synodalny, więc powinny się już u nas odbywać gorące dyskusje, jak on może wyglądać – a niczego takiego nie widzę. Należy teraz robić ogromną akcję promocyjną w Kościele. W każdej diecezji powinien powstać i intensywnie działać jakiś komitet ds. promocji synodu. Przygotowani ludzie mogliby chodzić od parafii do parafii i na wszystkich Mszach mówić wiernym, czym jest synodalność, czym jest synod, jakie ma znaczenie – po to, żeby rzeczywiście każdy, kto chce, mógł wziąć udział w konsultacjach. Inaczej wierni nie będą wiedzieli, że ten synod w ogóle był, i całe konsultacje okażą się tylko pozorowane.

Bp Adrian Galbas jest pallotynem, a św. Wincenty Pallotti jeszcze w XIX wieku był promotorem apostolstwa świeckich. Obecnie w ramach Konferencji Episkopatu Polski kieruje Ksiądz Biskup Radą ds. Apostolstwa Świeckich. Czy ma to jakieś przełożenie na zbliżający się proces synodalny?

Bp Adrian Galbas Nie wypowiadam się tu w imieniu episkopatu. Chyba warto odróżnić dwie sprawy: proces synodalny, o którym mówiła Siostra, i trwającą od kilku miesięcy dyskusję na temat ewentualności zwołania w Polsce kolejnego synodu plenarnego, czyli takiego, który by dotyczył spraw tylko polskich.

Przypomnę, że na przyszły rok zaplanowany był Zwyczajny Synod Biskupów w Rzymie. Papież postanowił jednak, że to zgromadzenie odbędzie się dopiero za dwa lata, ponieważ zależy mu na tym, by konsultacje rozszerzyć i przeprowadzić je bardziej skutecznie. Tak naprawdę synod jest jedną wielką konsultacją. Teraz jednak Franciszek uznał, że konsultacje z biskupami to za mało, i trzeba bardziej wsłuchać się w głosy wiernych świeckich jako najliczniejszej części Ludu Bożego. Intencją papieża jest, aby ten trwający w sumie dwa lata proces synodalny – najpierw w każdej diecezji, potem w każdym kraju, i na każdym kontynencie – przyniósł nam odpowiedzi na pytania: czy w ogóle możemy być dzisiaj w Kościele bardziej synodalni, czy jesteśmy do tego zdolni, co w związku z tym powinniśmy w sobie zmienić i jak to zrobić?

Skądinąd nie do pozazdroszczenia jest zadanie kardynała Maria Grecha, który jako sekretarz generalny Synodu Biskupów ma przeprowadzić ten proces, a następnie syntetycznie przedstawić jego owoce. Inną kwestią jest natomiast dyskusja o ewentualnym kolejnym polskim synodzie plenarnym. Moim zdaniem z tym należy poczekać na efekty tego, co przyniesie proces synodalny rozpoczęty właśnie przez papieża.

Ważna jest próba opisu ludzi, którzy tworzą dziś Kościół w Polsce. Mam tu takie swoje „cztery Z”: zaspokojeni, zobojętniali, zdegustowani i zainteresowani

bp Adrian Galbas

Udostępnij tekst

Co zaś do istoty synodalności, powiedziałbym nieco inaczej niż prof. Bańka – synod nie ma być przede wszystkim słuchaniem siebie nawzajem, lecz słuchaniem tego, co Duch Święty ma nam do powiedzenia. Czyli synod nie jest wydarzeniem technicznym, lecz teologicznym i duchowym. Chodzi w nim o to, żebym najpierw ja sam posłuchał tego, co Duch Święty mi dzisiaj mówi, a potem, żebym słuchał tego, co Duch Święty mówi innym. Bo może być tak, że to, co sam interpretuję jako głos Ducha Świętego, jest tylko moją własną fantazją. Czyli nie należy iść na synod z jakąś swoją tezą do przepchnięcia, bo to byłoby zamienianie tej inicjatywy w zwykłą debatę quasi-parlamentarną. Synod ma być wspólną drogą, ale nie tylko wspólną nas ze sobą nawzajem, lecz przede wszystkim wspólną nas z Bogiem.

Zgodnie z takim podejściem proces synodalności wymaga trzech P. Po pierwsze, pobożności, a więc otwartości i zdolności do słuchania tego, co Duch Święty ma do powiedzenia. Po drugie, pokory, która zakłada, że moje zdanie nie musi być jakoś szczególnie uprzywilejowane. I po trzecie, posłuszeństwa, które pozwoli mi uznać, że ostateczne decyzje podejmuje nie sam synod, lecz papież.

Mamy więc opisane wstępnie i wielkie oczekiwania, i wielkie zadania, ale jak to wszystko praktycznie i skutecznie zoperacjonalizować? Jakie znają Państwo dobre praktyki synodalności? Jak się zainspirować doświadczeniami innych, niekoniecznie powielając ich schematy?

Bp Galbas Jeśli chodzi o proces synodalny ogłoszony już przez papieża, to sprawa jest z grubsza ustalona. Prawdopodobnie gdy ta dyskusja ukaże się drukiem, będzie już znane tzw. Vademecum. Dziś wiemy na pewno, że 10 października rozpocznie się Synod w Rzymie, a tydzień później zaczną się konsultacje w każdej diecezji. Nad Vademecum będziemy pracować przez pół roku, a potem krajowe konferencje episkopatów opracują syntezę tej dyskusji i prześlą ją do Rzymu. W dalszej kolejności nastąpi etap kontynentalny i wreszcie część końcowa – dotycząca Kościoła powszechnego. Obyśmy włączyli się w ten proces, jak słusznie powiedziała siostra Barbara Radzimińska, z determinacją, zainteresowaniem i odwagą.

Radzimińska Czy już wiadomo, jak w praktyce będą przeprowadzane konsultacje w diecezjach?

Bp Galbas Na dziś nie wiem nic więcej. Czasu na te konsultacje będzie bardzo mało: trochę jesieni i zima. Dlatego bardzo ważne jest, jak do tego podejdziemy, i duchowni, i świeccy: czy jak do obowiązku, który ktoś nam narzucił nie wiadomo po co, czy jak do zdarzenia, które może być szansą na odnowę Kościoła i jego zdynamizowanie. Może przydałaby się kampania promująca samą ideę synodalności i zachęcająca do udziału w synodzie. Ważne będzie też, kto w danej diecezji będzie odpowiedzialny za przeprowadzenie etapu konsultacji.

Czy proces synodalny będzie realną szansą, aby problemy, które przeżywają polscy katolicy, zostały odpowiednio wypowiedziane, nazwane i przedyskutowane? Jak zorganizować zwłaszcza przestrzeń dialogu, skoro różne grupy katolików nie mają za grosz zaufania do siebie nawzajem?

Bańka Faktycznie czasu będzie mało. Z drugiej strony doświadczenie synodu katowickiego, za którego przebieg odpowiadał ks. Grzegorz Strzelczyk, mówi mi, że przy odpowiednim poziomie zaangażowania da się wiele osiągnąć.

Obok tej dyskusji w bieżącym numerze „Więzi” ukaże się ważny esej właśnie ks. Strzelczyka o synodalności…

Bańka Świetnie! W harmonogramie prac synodalnych, który on zaproponował, było miejsce i czas na tworzenie zespołów synodalnych, a także komórek zadaniowych, które pracowały nad pewnymi wybranymi tematami. Powstały też specjalne fora internetowe, na których mogli się wypowiadać internauci i poszczególni parafianie. Zaproszenie zostało wystosowane do wszystkich i powstała z tego spora sieć, angażująca wiele osób i wspólnot. Istniały też grupy modlitewne, które wspierały ten proces duchowo. W sumie stopniowo, oddolnie powstawały pewne wnioski, które przekazywano wyżej do komisji synodalnych. Ale trwało to ogółem chyba półtora roku.

Co można zrobić przez pół roku? Wątpię, żeby udało się zorganizować konsultacje na skalę ogólnokrajową, zwłaszcza że proces synodalny to przecież nie synod w sensie ścisłym – tu rządzi inna dynamika. Ale i tak proces synodalny może uwolnić ten drzemiący potencjał, o którym mówiłem. W naszym synodzie diecezjalnym to się powiodło i są też piękne owoce tego synodu, np. Szkoła Katechetów Parafialnych czy formacja diakonów stałych, którą prowadzi ks. Strzelczyk.

Jeżeli obecnie, w niejasnej sytuacji pandemicznej, proces synodalny ma się udać, to powinien w dużej mierze być przeprowadzony w świecie wirtualnym z jego multimediami i nowymi możliwościami technicznymi. A rolą osób czuwających nad całym procesem byłoby rozeznawanie, aby odnajdywać w tych głosach inspiracje Ducha Świętego.

Radzimińska Pytając o doświadczenia innych krajów, zazwyczaj u nas myśli się o Niemczech. Ja natomiast zawsze patrzę w stronę Ameryki Południowej. Tam są korzenie mojego doświadczenia Kościoła. Z tej perspektywy bardzo ciekawym doświadczeniem jest trwające obecnie Zgromadzenie Kościelne Ameryki Łacińskiej i Karaibów.

O tym Zgromadzeniu też mamy obok specjalny artykuł ks. Krzysztofa Patejuka. Co Siostrę tam szczególnie fascynuje?

Radzimińska Skala wydarzenia, które ma zaangażować już nie tylko biskupów, jak było z poprzednimi konferencjami CELAM, lecz cały Lud Boży. To są konsultacje bez wątpienia dużo szersze niż te, które przeprowadzimy na terenie Polski. I to działa! Ale tam się te sprawy ogłasza w parafiach, potem ludzie się zbierają i zaczynają ze sobą rozmawiać. U nich proces synodalny jest o wiele bardziej żywy i bardziej obecny w świadomości ludzi. Stworzono też specjalną platformę internetową ułatwiającą konsultacje online. Każdy może się tam wypowiedzieć. Są też webinary, fora, spotkania na żywo.

Ważniejsze niż samo wydarzenie synodu są procesy, jakie synod uruchomi. Marzę o tym, żeby doprowadziły one do tego, że nie będziemy się siebie bać, nawet jeśli nie myślimy podobnie

s. Barbara Radzimińska

Udostępnij tekst

Same nazwy są tam dużo mówiące. Zgromadzenie Kościelne w Ameryce Południowej jest obecnie na etapie Procesu Słuchania. Są specjalne Komitety Słuchania, które zbierają wszystkie ankiety, próbując przesiać informacje i odnaleźć w nich wołanie Ducha Świętego.

Żeby to się udało u nas, trzeba przede wszystkim wziąć się energicznie do pracy. Wymaga to zaangażowanych liderów, bo konsultacje same się nie zrobią. Moja największa obawa jest taka, że polscy biskupi się zbiorą, jak już będzie wydane synodalne Vademecum; następnie dopiero wyślą do proboszczów wiadomość o synodzie; niektórzy księża przeprowadzą konsultacje z prawdziwego zdarzenia, ale w większości parafii udział weźmie w nich zaledwie jakiś wąski krąg osób zgromadzonych wokół proboszcza. To byłaby porażka. Trzeba tego uniknąć.

Bp Galbas Państwa głosy koncentrują się na stronie „technicznej” konsultacji, a dla mnie istotniejsza i jakby wcześniejsza jest próba opisu ludzi, którzy tworzą dziś Kościół w Polsce. Czyli odpowiedź na pytanie: z kim będziemy te konsultacje przeprowadzać? Mam tu takie swoje „cztery Z”: zaspokojeni, zobojętniali, zdegustowani i zainteresowani.

Zaspokojeni to ci, którym w zupełności wystarcza to, co jest i jak jest. Choć przyznają, że Kościół w wielu sprawach niedomaga, to cieszą się, że otrzymują od niego podstawowy pokarm dla swojej wiary: sakramenty, słowo Boże oraz klarowną wizję życia. Nie chcą angażować się w żadne zmiany, synody, debaty, bo czują się zaspokojeni. Są to często ludzie bardzo głęboko wierzący. Synodalnością jednak raczej nie będą zainteresowani.

Zobojętniali to głównie ludzie młodzi, którzy mówią Kościołowi: „Nas nie interesują odpowiedzi na pytania, które wy stawiacie, bo nasze pytania są inne, a wy na nie nam nie odpowiadacie. Sprawy, o których wy w Kościele mówicie, to nie są nasze sprawy, to nie jest nasze życie”. Ich też trudno będzie wciągnąć do procesu synodalnego. Nawet jeśli synodalny stół będzie obficie zastawiony, oni na te potrawy po prostu nie mają ochoty.

Zdegustowani to ci wszyscy, którzy mówią: „Mam już tego dość!”. Pojawia się w nich wielka złość wobec Kościoła. Na pewno głównym powodem tej postawy są informacje o przestępstwach wykorzystania seksualnego nieletnich przez niektórych duchownych i o sposobie reagowania na nie niektórych przełożonych. Ale nie tylko to! Ich złość ma też inne, wielorakie powody. Czasem podejmują formalną decyzję o apostazji, czasem są to tzw. apostazje milczące – ci odchodzą od Kościoła, niczego nie podpisując.

I w końcu są zainteresowani, którzy mówią: „To jest mój Kościół, moja wspólnota. Tak, jest osłabiona, wiele spraw idzie w niej nie tak, jak powinno iść, wiele mi nie pasuje, ale to jest mój Kościół, kocham go i zrobię wszystko, dołożę się, jak mogę, by był po prostu lepszy, czyli bardziej ewangeliczny”. Ci ludzie najchętniej wezmą udział w procesie synodalnym.

Najtrudniejsze więc zadanie to przekonać do synodalności także osoby z trzech pozostałych grup.

Radzimińska A mogę się nie zgodzić z Księdzem Biskupem?

Bp Galbas No jasne!

Radzimińska Zgadzam się co do samego opisu. Nie chciałabym jednak przyklejać ludziom etykiet. I, jak mówiłam, obawiam się też, że jeśli nic nie zrobimy, to w ramach konsultacji synodalnych nie dotrzemy nawet do wielu osób z grupy zainteresowanych. Rozmawiam z różnymi księżmi i oni najczęściej nic nie wiedzą o zbliżającym się synodzie. Tak nie może być. Ksiądz chyba z założenia, „z zawodu” powinien być tym tematem zainteresowany, prawda?

Bp Galbas Fakt, że ksiądz nie wie, iż zbliża się synod, to chyba kwestia jego zaniedbania. Nie wie, bo nie chce, albo go to nie interesuje, albo założył, że to nic nie da i szkoda czasu, bo to tylko jakieś fanaberie Franciszka. Ale są i tacy, którzy na synod czekają. Zresztą duchowni są chyba w każdej z tych czterech grup.

Radzimińska Tak, zgadzam się. Ale trzeba przyznać, że kwestia przepływu informacji do parafii totalnie leży w naszym Kościele. Często nie wiem nawet o czymś ważnym, co się dzieje w mojej diecezji. A cóż dopiero szerzej? Podkreślam więc, że w kwestii synodalnej trzeba podjąć intensywne działania, żeby dotrzeć choćby do „zainteresowanych”.

Ponadto mimo wszystko wierzę w Ducha Świętego i mam nadzieję, że odpowiednio działając, da się obudzić i zaangażować przynajmniej część „zaspokojonych” i „zobojętniałych”. Trzeba próbować. Może jestem idealistką, ale uważam, że nie możemy z góry założyć, że na pewno się nie uda… Dlatego zresztą mówię o promowaniu synodu. Trzeba chodzić z tym przesłaniem od parafii do parafii.

Bp Galbas Nie wiem, czy od parafii do parafii, ale zgoda, że bardziej aktywna „promocja” synodu jest potrzebna. Myślę, że jesienią będą w każdej diecezji spotkania na ten temat. Kluczowa sprawa to nastawienie do synodu nas jako biskupów i księży. Mam wrażenie, że ono jest jeszcze zbyt mało pozytywne, a przecież zgasła świeca nie zapali następnej!

Słuchaj też na Soundcloud

Radzimińska Może zatem trzeba usiąść w Kościele i zastanowić się, dlaczego tak jest? Może od tego trzeba zacząć? Może to jest właśnie nasza polska droga synodalna? Usiąść wspólnie i pomyśleć, co musimy zrobić, żeby było inaczej i żebyśmy docierali do ludzi potrzebujących Dobrej Nowiny?

Bańka Przemawia do mnie ta klasyfikacja oparta na czterech Z. Jest inspirująca. Tylko nie ma co się łudzić, że znajdziemy cudowne rozwiązania w ciągu pół roku. Należy tę pracę rozpisywać na o wiele dłuższe etapy. Może najpierw trzeba się skupić na jednej grupie, np. na „zainteresowanych”, a potem szukać sposobów dotarcia do innych, na Franciszkowe peryferie? Może owocem procesu synodalnego będzie jakieś know how dotyczące podejścia do tych trzech pozostałych grup? Bo przecież z każdą z tych grup, czy też raczej z należącymi do nich osobami będziemy musieli rozmawiać w inny sposób.

Wydaje mi się, że w ogóle musimy nauczyć się w Polsce bardziej indywidualnego podejścia do ludzkich oczekiwań i bardzo dużej wrażliwości na społeczny proces atomizacji. Nie da się już znaleźć jednolitego sposobu działania, jednego narzędzia dla wszystkich. Trzeba będzie pracować na bardzo indywidualnym poziomie z wieloma osobami czy grupami. Może to jest właśnie zadanie do odkrycia w polskim procesie synodalnym?

Wierzę też, że otrzymamy ważne inspiracje z poziomu ogólnokościelnego. Może będzie tak, że sami lokalnie sformułujemy problemy, a odpowiedzi przyjdą do nas od innych?

Bp Galbas Podzielam Pańskie nadzieje i przekonania. Marzy mi się, żeby synodalność była częścią życia każdej parafii, żeby parafie były jakby w stanie permanentnego synodu. Tak o tym zresztą mówi dokument na temat synodalności wydany przez Międzynarodową Komisję Teologiczną. Czytamy tam, że synod to sposób działania Kościoła – w ogóle, ale także w szczególe, czyli w konkrecie każdej parafii.

Byłoby czymś pożytecznym, gdyby wspólnota parafialna stale rozeznawała rzeczywistość i pomagała jej pasterzowi podejmować odpowiednie decyzje. Może to nieco idealistyczne, ale byłby to jeden z najwspanialszych owoców synodu. O tym mowa z kolei w watykańskim dokumencie o nawróceniu duszpasterskim wspólnoty parafialnej, który właściwie w Polsce nie został zauważony. Przeszedł bez echa. Nie słyszałem o żadnej parafii, w której stałby się on tkanką do budowania życia wspólnoty. Może właśnie proces synodalny pokaże, że naprawdę warto podejmować taki wysiłek?

Powraca tu co pewien czas słowo „idealizm”. Rzeczywiście założenia procesu synodalnego są idealistyczne. Mówi się, że wysłuchani będą wszyscy, a to jest po prostu niemożliwe. Wystarczy jeden, który powie, że nie został wysłuchany, i już to nie będą wszyscy. Wiem, że to papież Franciszek jest „winny”, bo tworzy te idealistyczne założenia sugerujące objęcie wszystkich osób. Jak więc sobie poradzić z tym problemem rozbudzania nadziei, które nie mogą być zrealizowane, co przyniesie tylko kolejne rozczarowania?

Radzimińska Według mnie kluczowa jest kwestia chęci słuchania. Wiadomo, że żyjemy w świecie realnym, a nie idealnym. Wiadomo, że nie wszyscy będą wysłuchani, ale ważne, żeby wszyscy mieli możliwość wypowiedzenia się. Zresztą nawet gdyby wszyscy się wypowiedzieli, to wcale nie znaczy, że wszyscy będą się czuli wysłuchani. Bo czasami mylimy pojęcia, uznając, że być wysłuchanym to znaczy, że moja propozycja zostanie zrealizowana. A to wcale nie jest takie proste. Jeśli na przykład zaproponuję używanie podczas Mszy krakersów zamiast hostii, to nikt tego nie weźmie pod uwagę.

Dlatego ważne jest, żeby komisje synodalne przekazywały potem ludziom informacje zwrotne, coś w rodzaju echa zebranych wypowiedzi. Jeśli odpowiednio się wytłumaczy, dlaczego pewne propozycje nie zostały wzięte pod uwagę, człowiek będzie czuł się mimo to wysłuchany i poważnie traktowany w Kościele.

To, o czym teraz mówię, to nie jest tylko moje doświadczenie, lecz wielu ludzi i wielu instytucji. Coś mówimy czy piszemy, a potem jest cisza, mur, szkło. Osobiście wolałabym dostać nawet negatywną odpowiedź zwrotną, najlepiej z uzasadnieniem. Dlatego zresztą papież tak bardzo naciska, żeby synod był procesem, a nie wydarzeniem. Bo proces zakłada nieprzerwaną przestrzeń komunikacji: konsultacje, feedback, wspólna realizacja wybranych założeń, ewaluacja dokonań, ponowne wspólne poszukiwania wobec nowych wyzwań, czyli konsultacje…

Bp Galbas Zgadzam się z Siostrą. Podobnie rozumiem sens pierwszego etapu drogi synodalnej. Zresztą papież w konstytucji z 2018 r. Episcopalis communio o Synodzie Biskupów pisze o fundamentalnym znaczeniu otwartych uszu i otwartego serca.

Proces synodalny wtedy będzie skuteczny, kiedy każdy uzyska przekonanie, że miał możliwość wypowiedzenia się i że to, co powiedział, nie zostało zlekceważone, zbanalizowane czy uznane za głupie na przykład dlatego, że powiedział to człowiek świecki albo że powiedziała to kobieta.

Jest też problem odgórności sposobu podejmowania decyzji, co wynika ze struktury Kościoła, w jakiej aktualnie funkcjonujemy. Bo przecież zarówno wstępne impulsy do procesu synodalnego w diecezjach mają wyjść od biskupów, jak i ostateczne decyzje zależą od nich. I tu się pojawia trudna kwestia braku zaufania, który istnieje we wspólnocie Kościoła, w tym także braku zaufania do biskupów. Wydaje mi się, że to nie jest teza przeciwko komukolwiek, tylko element opisu rzeczywistości. Co z tym zrobić?

Bp Galbas Oczywiście trudno siebie słuchać, nie mając do siebie zaufania. Wtedy w grę wchodzą uprzedzenia. Z góry już wiemy, co ktoś powie, bo mamy o nim takie lub inne zdanie.

Wróciłem właśnie z gór. Było parę poważnych wędrówek. Nie zdobyłbym się na nie, gdybym szedł sam, bo to były zbyt trudne trasy. Musiałem mieć obok kogoś, i to kogoś, do kogo mam zaufanie. Bez zaufania nie da się przejść razem trudnych i niebezpiecznych tras. Bez wzajemnego zaufania nie ma też szansy na przejście drogi synodalnej. Byłaby to wtedy nie wspólna droga, lecz osobne, oddzielne i odseparowane stanie w miejscu.

Wiem, że zaufanie ze strony wielu osób świeckich wobec biskupów jest dziś bardzo nadwyrężone, i to rozumiem. I jasne jest dla mnie również to, że w przełamywaniu tej nieufności więcej zależy teraz od nas, biskupów, od tego, co i jak mówimy, a jeszcze bardziej jak postępujemy.

Bańka Mocno mnie frapuje wątek zaufania. Na polskim podwórku ten kryzys zaufania jest bardzo widoczny. Mamy we wspólnocie Kościoła mnóstwo rozmaitych podziałów – wertykalnych i horyzontalnych. Jesteśmy pozamykani w swoich własnych bańkach. To nie dotyczy tylko relacji świeccy–hierarchia czy stosunku do biskupów, lecz także napięć pomiędzy świeckimi czy pomiędzy księżmi.

Wyobrażam sobie, że w ramach procesu synodalnego częściej możliwe byłoby to, że ktoś jednak w napiętej sytuacji zdecyduje się zabrać głos. Dlatego tak ważne jest, żeby został on poważnie potraktowany. Żeby go nie pominięto, nie zbagatelizowano. To oczywiście sytuacja ryzykowna, żeby na forum publicznym pojawiało się to, o czym do tej pory mówiono tylko w kuluarach. Ale też paradoksalnie taki proces konsultacji może być bardzo uwalniający, może prowadzić do oczyszczenia. Dlatego warto uważnie słuchać!

Czy to się uda? Nie wiem. Jesteśmy przecież właśnie w głębokim kryzysie dialogu wewnątrzkościelnego. Trzeba jednak mieć nadzieję. Wierzę głęboko, że proces synodalny mógłby to wydobyć i uwolnić nową energię.

Bp Galbas Różnorodność jest super! Nie musi być problemem. To dobrze, że mamy różne środowiska katolików. Właśnie posłuchanie tego, co mówi środowisko, z którego nie jestem, jest dużo cenniejsze niż poznanie zdania moich stałych przyjaciół czy współpracowników. W encyklice Fratelli tutti papież napisał, że czasami mówimy o dialogu, a w rzeczywistości to są tylko równoległe monologi. To nas zamyka.

Różnorodność dotyczy też poszczególnych Kościołów. Inna jest sytuacja Kościoła w Niemczech, w Szwajcarii, Rwandzie, Brazylii, Korei, a inna w Polsce. Jako prowincjał mogłem wiele z tego obserwować. Nie musimy i nie powinniśmy nikogo naśladować, ale też zbyt pochopnie oceniać. To jest Kościół katolicki, powszechny, różnorodny, jeden, ale nie jednolity.

Gdyby wystarczyła jednolitość, to w Apokalipsie św. Jana mielibyśmy tylko jeden list, taki sam do wszystkich siedmiu Kościołów, a tymczasem mamy siedem listów, a każdy Kościół jest tam inaczej opisany, zdiagnozowany i zasadniczo każdemu coś się udaje, a coś nie. Różnorodność jest OK i nie trzeba się jej bać. Przeciwnie: trzeba umieć ją szanować i z niej korzystać.

Radzimińska „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele”… Dla mnie przełamanie barier mentalnościowych, o których teraz mówimy, byłoby wspaniałym owocem udanego procesu synodalnego. Bo co to znaczy, że synod się uda? Myślę o tym w duchu tezy papieża Franciszka, że czas jest ważniejszy niż przestrzeń. Ważniejsze zatem niż samo wydarzenie synodu są procesy, jakie synod uruchomi. Marzę o tym, żeby proces synodalny zapoczątkował jakiś dialog pomiędzy grupami parafialnymi albo między proboszczem a wikariuszami itd. Żeby uruchomił procesy, które doprowadzą do tego, że nie będziemy się siebie bać, nawet jeśli nie myślimy podobnie. Żebyśmy w efekcie poczuli, że ten Kościół choć trochę zależy ode mnie.

Bp Galbas Niewątpliwie w tej dyskusji o synodzie i synodalności mamy więcej znaków zapytania niż wykrzykników – ale to też pokazuje, w jak ważnym momencie dziś jesteśmy. Mnie bardzo intryguje ta synodalna podróż. Modlę się i chciałbym, żebyśmy się nią przejęli, nie odfajkowali jej sobie, marząc o tym, żeby znowu nastał święty spokój. Naszymi działaniami powinien kierować Duch Święty, a nie święty spokój.

Bańka We mnie też jest nadzieja, że proces synodalny pozwoli nam siebie nawzajem usłyszeć i trochę bliżej poznać, wyjść z zamkniętych przestrzeni, w których się zabarykadowaliśmy. Wielkim osiągnięciem byłoby stworzenie w ramach synodu przestrzeni dialogu, pomocnej w artykułowaniu własnych oczekiwań, potrzeb i problemów, w przezwyciężaniu stereotypów i uprzedzeń, w budowaniu wspólnoty.

Radzimińska Kościół prawdziwie synodalny będzie bardziej czytelnym obrazem Boga. Wierzę, że będzie to możliwe dzięki współpracy wielu środowisk, które mogą promować proces synodalny, przeprowadzać konsultacje itd. Jeśli naprawdę chcemy, żeby nasz Kościół się przemieniał, to nie zmarnujmy tej szansy.

Dyskusja ukazała się w kwartalniku „Więź” jesień 2021

Wesprzyj Więź

Aleksander Bańka – ur. 1979. Mąż i ojciec, dr hab. filozofii, politolog, profesor Uniwersytetu Śląskiego. Lider Centrum Duchowości Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej, przewodniczący Rodziny św. Szarbela w Polsce. Autor książek, artykułów oraz audiobooków poświęconych filozofii i duchowości chrześcijańskiej. Mieszka w Kobiórze.

Bp Adrian Galbas – ur. 1968, od 1987 r. pallotyn. Doktor teologii duchowości, studiował teologię i dziennikarstwo. W latach 2011–2019 był przełożonym prowincji Zwiastowania Pańskiego w Poznaniu. Od 2020 r. biskup pomocniczy ełcki. Jest przewodniczącym Rady ds. Apostolstwa Świeckich przy Konferencji Episkopatu Polski. Mieszka w Ełku.

S. Barbara Radzimińska – ur. 1975. Należy do wspólnoty Słudzy Ewangelii Miłosierdzia Bożego. Rzeczniczka Kongresu Katoliczek i Katolików. Pochodzi z archidiecezji gdańskiej, ma doświadczenie pracy misyjnej w kilku krajach, m.in. w Argentynie, Hiszpanii i na Ukrainie. Mieszka w Sopocie.

Podziel się

Wiadomość