Lato 2021, nr 2

Zamów

Moc talentu Wiesława Myśliwskiego

Wiesław Myśliwski, 2006. Fot. Iwona Burdzanowska / Agencja Gazeta

Dziś, kiedy jesteśmy już po debacie na temat „Prześnionej rewolucji”, kiedy młoda polska literatura na nowo podejmuje wątki naszego wiejskiego rodowodu, czytelnicy wyrywają sobie z rąk książki o ludowej historii i bękartach pańszczyzny, widzimy wyraźnie, jak istotna w myśleniu o naszej tożsamości jest twórczość Wiesława Myśliwskiego.

Laudacja dla Wiesława Myśliwskiego z okazji przyznania mu Nagrody Polskiego PEN Clubu im. Jana Parandowskiego 5 lipca 2021 r.

Wygłaszanie laudacji pisarza, który sam opisał już podobne zdarzenie w swojej powieści – i jest to jedna z jej najbardziej groteskowych scen – mało tego, pisarza, który w tej samej powieści zawarł historię autora salwującego się ucieczką, gdyż nie mógł już znieść dusznej atmosfery wieczoru autorskiego i chóru otaczających go pochlebców – a zatem wygłaszanie laudacji takiego pisarza wydaje się zadaniem karkołomnym i z góry skazanym na porażkę. Mając w pamięci owe sceny, postaram się więc nie wystawiać cierpliwości laureata na próbę nadmiernie długą przemową.

Kodyfikator polskich losów

Kiedy zimą chodziłam po szarych i wyludnionych ulicach Krakowa, co rusz natykałam się na słowa Tadeusza Kantora, przemawiającego do nas z plakatów na słupach ogłoszeniowych: „Najlepszą materią do stworzenia dzieła sztuki są czynności codzienne, banalne, nudne, z którymi nikt nie wiąże żadnej nadziei”. To Kantorowskie obwieszczenie jest też dewizą laureata, który takie właśnie – codzienne, banalne i nudne – czynności umieszcza w samym centrum swojego pisarstwa, wokół nich buduje swoje opowieści.

Trzeba było Andrzeja Ledera idącego pod ramię z Benjaminem i Lacanem, by zobaczyć w polskiej genealogii to, co laureat wysnuł czterdzieści lat wcześniej z podszytej niezwykłą intuicją wyobraźni

Małgorzata Szczurek

Udostępnij cytat

Cóż bardziej banalnego od wizyty u fryzjera, przymierzania kapelusza czy poszukiwania zgubionego po drodze buta, cóż nudniejszego niż porządkowanie adresów albo small-talki przy domowych wypiekach, bo już łuskanie fasoli, o, to może być całkiem transowe zajęcie. „Im dłużej na coś patrzymy, tym więcej widzimy świata w tym obiekcie” – pisze, zdawałoby się rzecz oczywistą, Flannery O’Connor w eseju o naturze i celu prozy literackiej.

Co to dokładnie oznacza w pracy pisarza? Konieczność ciągłej i uważnej obserwacji, „wgapiania się w obiekt”, a więc wejścia w stan swoistej kontemplacji, która jednak nie powinna doprowadzić do rozpuszczenia się w obiekcie. Zatem skupienie, uważność, ale i spopularyzowany ostatnimi czasy dystans umożliwiający zachowanie autorskiej podmiotowości. Tak nastrojony zmysł obserwacji pozwala pisarzowi dostrzec w banalnym przedmiocie czy zwykłej czynności coś z natury świata: „Poważny prozaik zawsze pisze o całym świecie, choćby nie wiem jak zawęził scenerię akcji” (O’Connor).

Wiesław Myśliwski doprowadził tę metodę do perfekcji, zawężając perspektywę do rozmiarów igielnego ucha, w którym umiał najpierw zobaczyć, a potem pomieścić cały człowieczy żywot. Niczym bohater cyklu Prousta wędrujący po zapętlonych ścieżkach pamięci to w stronę Guermantes, to w stronę Swanna, postaci Myśliwskiego krążą po kilku wiejskich ścieżynkach, przemierzają wysokie schody po jednej lub drugiej stronie tego samego wzgórza z widokiem na sad albo dziką zieloną dolinę. Małomiasteczkowa, a w trzech pierwszych powieściach wiejska perspektywa wydaje się najbardziej adekwatna do opowiedzenia o naszym – polskim, ale i po prostu ludzkim – losie. 

Powieści Myśliwskiego są lustrem, w którym odbijają się nasze małe historie. Gdzieś w tle toczy się Historia przez wielkie H, trwa wojna, zmieniają się ustroje. Bohaterowie Myśliwskiego żyją na obrzeżu tych wielkich spraw, które nie pozostają jednak bez wpływu na ich codzienność. Muszą ukrywać się przed wybuchami bomb, cierpią biedę, uczą się, wyjeżdżają za pracą do miasta albo za granicę, ale też po prostu kochają, tęsknią i wspominają – jak każda i każdy z nas.

Literackie lustro zmienia proporcje obrazu i go wyostrza, pozwalając dostrzec rzeczy ukryte wcześniej przed naszym wzrokiem. Drobne fragmenty zaczynają układać się w całość, a ta całość nabiera nowych, często symbolicznych, znaczeń. „Talent to zdolność do posiadania własnego losu” – mówi bohater „Ucha Igielnego” słowami Thomasa Manna. Myśliwski mocą swojego talentu przekuwa zwyczajne historie w wielkie opowieści. Jest swoistym kodyfikatorem zwykłych polskich losów, choć zarazem, co potwierdzają liczne przekłady jego dzieł, polskość książek Myśliwskiego w żadnym razie nie przesłania ich uniwersalizmu.

Diagnosta polskiego ducha

Zanim jednak wypłyniemy na szersze wody, chciałam zatrzymać się na chwilę przy owej polskości. Dziś, kiedy jesteśmy już po debacie na temat „Prześnionej rewolucji”, kiedy młoda polska literatura na nowo podejmuje wątki naszego wiejskiego rodowodu, czytelnicy wyrywają sobie z rąk książki o ludowej historii i bękartach pańszczyzny, a Pomnik Chłopa Daniela Rycharskiego objechał pół kraju, widzimy wyraźnie, jak istotna w myśleniu o naszej tożsamości była i wciąż jest twórczość laureata. Nie tylko bowiem przygląda się on zwykłym losom, nie tylko niestrudzenie wywodzi te losy ze wsi i małego miasteczka, ale jest także przenikliwym diagnostą polskiego ducha, diagnostą, który znacznie wcześniej niż inni, bo już w napisanym w 1970 roku „Pałacu” potrafił wskazać źródło i uchwycić istotę naszych narodowych, a jakże!, kompleksów.

Narrator książki, chłop o imieniu – czy to zaskoczenie? – Jakub, budzi się z wojny jak ze snu i wyobraża sobie, że wchodzi do pałacu, by stopniowo przedzierzgnąć się w dziedzica i oddać się perwersyjnej grze w pana i niewolnika. Wypowiada przy tym znamienne słowa: „Zły byłeś, panie, piekło cię pewnie pochłonie, ale tęskno będzie po tobie”. Trzeba było Andrzeja Ledera idącego pod ramię z Benjaminem i Lacanem, by zobaczyć w polskiej genealogii to, co laureat wysnuł czterdzieści lat wcześniej z podszytej niezwykłą intuicją wyobraźni. Kiedy przyjrzymy się bohaterom innych utworów, zobaczymy, z jakim trudem powracają oni do swoich korzeni, jak zmagają się z ciężarem przeszłości i jak próbują uwolnić się spod jej władzy. 

Tymczasem dla Myśliwskiego niezwykle ważna jest właśnie wolność płynąca z uznania własnej przynależności, ale także wolność twórcy, który czerpie z mocy wyobraźni i poddaje się żywiołowi języka napędzającego niczym perpetuum mobile stwarzane światy. Pisarski kunszt autora wyraża się w misternej konstrukcji utworów, ich wewnętrznej złożoności, w finezyjnym dialogu z tradycją literacką i mitami, na których ufundowana została nasza kultura.

Poszukiwanie „ja”

Mimo że każda z jego powieści jest inna, sięgając po którąkolwiek z nich i czytając choćby kilka zdań, od razu wiemy, spod czyjej wyszły ręki. Ta ręka, wyposażona w dobrze naostrzony ołówek, prowadzona przez słuch absolutny oraz bezbłędne wyczucie rytmu – mógłby ich Myśliwskiemu pozazdrościć niejeden muzyk improwizujący, a już na pewno niejeden saksofonista – dają rezultat w postaci prozy swingującej, wprowadzającej nas w stan rozkołysania, rozbujania czy wręcz transowego upojenia.

Dzieje się tak dlatego, że ta proza tylko prozę udaje, bo w rzeczywistości jest poezją. Powieści laureata najlepiej czytać jak cykl poematów: po wielekroć, analizując ich wewnętrzne rymy, powracające motywy, przysłuchując się, jak między sobą rozmawiają, jak się nawzajem oświetlają, jak układają się w większą całość, która mówi coś nieco innego niż każda z nich z osobna. Taka lektura, a przecież każdego klasyka można i należy czytać wielokrotnie, pozwala przyjrzeć się uważniej temu, jak wątek poboczny jednej powieści staje się osią innej, jak widnokrąg zawęża się do ucha igielnego, jak ucho igielne rozszerza się aż po widnokrąg. 

Choć uroda i potoczystość literackiej frazy laureata rodzi pokusę wyławiania z materii jego książek gotowych sentencji i zdań, które miałyby definiować prawdy o świecie i ludzkiej kondycji, uważna czytelniczka i uważny czytelnik szybko spostrzegą, że to pułapka i że domeną tej twórczości są raczej spekulacja i poszukiwanie niż pochwytywanie i utrwalanie. Im głębiej wnikamy w strukturę postaci czy poszczególnych scen, tym bardziej dostrzegamy ich wewnętrzne rozmigotanie, rozwibrowanie.

Nic tu nie jest dane na zawsze: ani świadomość bohaterów usiłujących odnaleźć swoje miejsce w świecie, ani rzeczywistość, w jakiej żyją, ani czas, który może płynąć w różnych kierunkach, ani nawet przeszłość, która wciąż poddawana jest twórczej obróbce pamięci. Zdialogizowane monologi postaci są wciąż ponawianą i niekończącą się próbą zrozumienia siebie, własnego losu, wpisania go w szerszy porządek. Powieści Myśliwskiego to przestrzeń egzystencjalnego poszukiwania „ja”.

Gdzie mocniej waliły pioruny

Perswazyjna moc tej literatury bierze się nie tyle z samych słów, ile z tworzonych przez nie obrazów. Jakub dosiadający fortepianu i wczepiający się „w klawisze pazurami jak w ziemię, w kudły, w gardło”. Czerwone „lisy, wygłodniałe lisy” płomieni, w których staje pałac. Opętańczy taniec wśród starych nagich ciał. Plecy matki pochylonej nad ziemią tak, jakby zaraz miała stopić się z nią w jedno. „Gruby czerwony szew” horyzontu. Obrazy u Myśliwskiego, wszystkie te wizje, przywidzenia, nadwidzenia, bywają drapieżne, pełne rozmachu, niemal surrealistyczne albo przeciwnie – subtelne, jakby ledwo muśnięte pędzlem.

„Chcę, abyście przez potęgę słowa pisanego mogli słyszeć, czuć, a przede wszystkim – widzieć”, mógłby powtórzyć za Josephem Conradem laureat, który nieprzypadkowo w wielu powieściach powołuje do istnienia postać artysty malarza. „Jego słowa widziało się, nie tylko słyszało”, mówi narrator „Ucha Igielnego” o laureacie. (Ale, uwaga, nie o naszym laureacie, tylko o tamtym, o autorze książki, który nie był jej autorem, bo prawdopodobnie napisał ją za niego narrator. Nasz pisarz lubi takie metaliterackie zabawy). 

A skoro już o tym mowa… Jest upalne popołudnie, pokój wypełniony obrazami, nad dużym drewnianym stołem wisi gęsta chmura papierosowego dymu. Próbujemy uporządkować porozrzucane strony maszynopisu, autor nanosi ostatnie poprawki. Czytamy na głos: „Ten notes, który opasuję gumą, kupiłem w sklepie papierniczym, mieszczącym się wówczas po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko zakładu krawca Radzikowskiego”. Dodajemy brakujący przecinek. W otwartym oknie balkonu zaczyna falować firanka. „W nocy zerwała się” – czytamy, a za oknem trzaska piorun – „okropna burza i prawie do samego rana lało”. 

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Pamiętam, że wracałam do Krakowa w strugach deszczu. Nie pamiętam już tylko, drogi Laureacie, gdzie mocniej waliły pioruny – po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko zakładu krawca Radzikowskiego, czy w drodze na Centralny. 

Tytuł i śródtytuły od redakcji

Przeczytaj także: Na granicy słowa. Rozmowa z Wiesławem Myśliwskim

Podziel się

6
Wiadomość

Komentarz

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.