Wiosna 2024, nr 1

Zamów

Paweł Krupa OP: Ciemność musi być ciemna

Paweł Krupa OP. Fot. Wydawnictwo W Drodze / YouTube

Jeżeli mamy dojść do kraju, którego nie znamy, to nie możemy iść drogą, którą znamy, bo droga, którą znamy, doprowadzi nas do kraju, który znamy. Proste. Tylko że tak naprawdę to wcale nie jest proste. Bo jak iść drogą, której nie znamy? I to z zamkniętymi oczami? Paweł Krupa OP w rozmowie z Sebastianem Dudą i Zbigniewem Nosowskim („Więź”).

WIĘŹ: Od kilku miesięcy w publicystyce kwartalnika „Więź” i portalu Więź.pl pojawia się motyw przechodzenia przez zbiorową noc ciemną Kościoła w Polsce*. Jeden jej aspekt to przeżycia osobiste każdej osoby: rozczarowanie Kościołem, ale też trudności natury duchowej – Pascha dwukrotnie przeżywana bez żywej liturgii, nieustanna Wielka Sobota, poczucie oddalenia od Boga. Drugi aspekt to doświadczenie zbiorowego zagubienia jako wspólnoty Kościoła. Stare drogi są wyraźnie niewystarczające, a nowych nie widać. Zło wyłazi ze wszystkich stron, w nowej i nieznanej skali, nie nadążamy z cerowaniem dziur. Stare bukłaki się rozpadają, a skąd wziąć nowe?

Ojciec jest historykiem Kościoła, od dwóch lat patrzącym na polską rzeczywistość z oddalenia, bo z Petersburga. Czasem z daleka widać więcej, a na pewno szerzej. Wcześniej kilkanaście lat spędził Ojciec we Francji i Włoszech (1992–2010), co daje dodatkową perspektywę porównawczą. Jaki ma Ojciec pogląd co do tej nocy ciemnej Kościoła? A może my przesadzamy z tymi ciemnościami i po prostu nie potrafimy zobaczyć dobra i światłości?

Paweł Krupa OP: To prawda, że patrzę na Polskę z oddalenia. Ale staram się patrzeć uważnie i zastanawiać się, o co w tym wszystkim chodzi. Rzecz jasna, to również perspektywa niewygodna. Owszem, z daleka widać pewne rzeczy lepiej, a na pewno inaczej. Wielokrotnie jednak, przyjeżdżając do Polski z Francji czy Włoch, słyszałem od współbraci dominikanów jeden argument w odpowiedzi na moje uwagi: ty tu nie jesteś z nami, więc nie wiesz, nie rozumiesz…

Wesprzyj Więź.pl

Publicystykę „Więzi” – i w kwartalniku, i w portalu – również staram się śledzić. I powiem Panom, że jest dla mnie osobistą radością, że „Więź” przez te trudne lata polskiej wolności przetrwała i się nie poddała, pozostając wierną swojej linii. Wielu spodziewało się, że „Więź” zginie w jakiejś niszy – a jest wręcz odwrotnie. Czyli wcześniejsze zmagania miały sens! Zaś dostrzeganie dzisiaj duchowego wymiaru ciemności, o czym można przeczytać w publicystyce „Więzi”, świadczy raczej o sięganiu w głąb i wnikliwości niż o czarnowidztwie w postrzeganiu kościelnej rzeczywistości.

Chcielibyśmy rozmawiać właśnie bardziej o duchowości, a mniej o Kościele, choć oczywiście jedno z drugim się mocno łączy.

– I dlatego rozmawiają Panowie ze mną jako historykiem? Ale muszę dodać, że ja mam też „skrzywienie” mistyczno-teologiczne.

Naszym ludzkim problemem jest to, że nie mamy oglądu rzeczywistości tak pełnego jak Bóg, który widzi wszystko w jednym momencie. U nas to bardziej skomplikowane. Przyszłości nie znamy w ogóle; teraźniejszość staramy się opisywać, ale ona nas często zaskakuje (tak jest obecnie dla wielu w Polsce z kolejnymi skandalami). Najbliżej Bożego spojrzenia jesteśmy, gdy patrzymy w przeszłość. Gdy tak patrzę, to jako wierzący historyk mam poczucie uczestniczenia w nieco pełniejszym oglądzie – pewne rzeczy mi się składają w całość.

Czy zatem z perspektywy historyka dzisiejsze trudności wierzących Polaków i z Kościołem, i czasem z Bogiem – mają jakieś analogie historyczne?

Zacznę od uwagi pro domo sua: trochę mam – bardzo gorzkie – doświadczenie Kasandry. W tym sensie, że Troja się wali, a Kasandra widzi to i myśli: „Przecież ja mówiłam”. Ale co z tego? Jest taki przepiękny, genialny wiersz Wisławy Szymborskiej Monolog dla Kasandry. Tytułowa Kasandra siedzi na ruinach swojego miasta i mówi: właściwie powinnam się cieszyć. „Wyszło na moje. Tylko że z tego nie wynika nic”.

Ta kwestia dotyczy również sprawy mojego współbrata Pawła M., którą opisywaliście na portalu Więź.pl (dziękuję panu Sebastianowi za jego osobisty głos w tej sprawie!)**. O zarzutach wobec Pawła dowiadywałem się w miarę na bieżąco, ale będąc we Włoszech. Nie znając wszystkich szczegółów, żyłem w przekonaniu, że go suspendowano i odsunięto. Dotarło do mnie, że jako dominikanie pomogliśmy ofiarom materialnie, więc sprawa wyglądała na załatwioną. Ale ona jednak ciągle wracała… Mówiłem dwóm naszym prowincjałom, że trzeba zrobić coś więcej. Bo skoro osoby pokrzywdzone przychodzą do nas ze swym niepokojem, to znaczy, że uzdrowienie nie nastąpiło. Mówiłem – jak owa Kasandra (niestety, nie tak głośno i uporczywie jak ona) – że w którymś momencie te osoby na terapii usłyszą (i słusznie): „Póki ten facet nie pójdzie siedzieć, ty sobie z tym nie poradzisz. Bo inaczej ciągle jesteś ofiarą, a on gdzieś tam sobie dobrze funkcjonuje”. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że on ustawicznie cały czas łamał wszystkie zakazy. Wiedzieliśmy, że jest sprytny, ale nie, że aż tak.

Najtrudniej, gdy w ciemności nie czuć, że ktoś z tobą jest. Łatwiej, jeśli słyszysz głos dobrego człowieka lub samego Boga. Jeśli nic nie słychać, to trzeba trwać w oczekiwaniu lub iść po omacku

o. Paweł Krupa

Udostępnij tekst

Kasandrzyłem też w sprawach ogólniejszych. Akurat zaraz po tym, gdy wróciłem do Polski w roku 2010, czytano w kościołach list z okazji dwudziestej rocznicy przywrócenia lekcji religii w szkołach. I był to list dziękczynny! Ja natomiast – jak ten idiota, który przyjechał z Francji – przeczytałem ten list i pytam: dlaczego w nim nie ma ani słowa o etyce? Przecież etykę też wprowadzono dwadzieścia lat temu do szkół. Na co wszyscy współbracia wybuchnęli śmiechem, a część mi powiedziała: „A co my się mamy zajmować rzeczą, która nas nie dotyczy?”. Uwaga: etyka nas nie dotyczy! A ja byłem przekonany – i o tym mówiłem publicznie – że my jako Kościół powinniśmy walczyć o to, żeby etyka była nauczana. Niestety, patrzono na mnie jak na raroga. Zresztą trzydzieści lat temu – jak wielu księży wówczas – byłem przeciwny wprowadzeniu religii do szkół. Uważałem, że w ten sposób własnymi rękami zamordujemy ewangelizację.

A teraz siedzę jak ta Kasandra i wcale nie mam satysfakcji, że to przewidziałem. Mam poczucie, że zrobiłem za mało, że trzeba było głośniej krzyczeć. Słucham historii młodych ludzi – bardzo prawych – którzy składają deklaracje apostazji. Słucham ich rodziców, którzy nie umieją sobie z tym poradzić. I nie mam dla nich prostych odpowiedzi. To jest część tej ciemnej nocy, przez którą przechodzę z moim Kościołem i moim zakonem.

W moim specyficznym przypadku Kasandrą jest historyk teologii, można powiedzieć: historyk idei w Kościele. Wiem więc z jednej strony, że nic nowego w istocie się nie dzieje, bo tak źle to już wielokrotnie w dziejach Kościoła bywało. Trudno oceniać, kiedy było gorzej, a kiedy lepiej – ale na pewno było podobnie. Wystarczy spojrzeć na jakikolwiek moment w historii Kościoła, by zauważyć, że wielki kryzys wisiał w powietrzu. Gdy św. Augustyn umierał, to był ze swoimi poglądami w mniejszości, bo arian było więcej. Dla nas on jest dzisiaj jedną z kolumn myśli teologicznej, ale wtedy zapowiadało się, że być może nigdy nikt o nim i jego pismach nie usłyszy. Gdy dominikanie pojawiali się na ulicach Paryża w drugiej połowie XIV wieku, to gwizdano za nimi i rzucano w nich śmieciami – ponieważ „nie kochali Matki Bożej” (sprzeciwiali się bowiem idei Niepokalanego Poczęcia). Natrafiłem nawet na list ówczesnego studenta, który pisał do Wiednia do swojego profesora: „zakon dominikański we Francji został właściwie zniszczony (est quasi destructus)”. A jednak przetrwał. Pierwsza reakcja historyka jest zatem uspokajająca: nie denerwuj się, nie przejmuj się, bywało gorzej, Kościół da sobie radę.

Tyle że zaraz potem pojawia się wymiar egzystencjalny: to ja jestem częścią tej trudnej historii. To dzieje się nie gdzieś daleko i dawno, lecz we mnie i tuż obok mnie, w innych. To dotyczy ludzi mi bliskich.

Czy ciemności są nieuniknione? Czy da się w życiu duchowym uniknąć ciemności?

Nie da się. I to nie tylko w życiu duchowym, ale w życiu w ogóle.

Fakt, że ciemność jest istotną częścią życia chrześcijańskiego, zrozumiałem kiedyś, czytając ostatnie zapiski świętej Teresy od Dzieciątka Jezus. Ona przez całe życie była wszystkiego w wierze bardzo pewna – cała w kwiatkach i obłoczkach, tak ją zresztą najczęściej przedstawiamy na obrazach. Ale gdy umierała, miała doświadczenie absolutnego opuszczenia. Czytając to, nagle odkryłem, że nawet to, co ona wcześniej opisywała swym dziewczęcym językiem, miało wymiar dramatyczny. Ona pisała na przykład, że jest piłeczką w rękach Jezusa. Odkryłem wtedy nowy sens tego porównania: dziecko bawi się piłeczką, kiedy chce, ale gdy nie chce, to rzuca ją w kąt…

Teresa nie miała innego języka, żeby to doświadczenie opowiedzieć, ale to przecież koszmarnie trudne doświadczenie, gdy Bóg rzuca mnie w kąt. To jakaś najstraszniejsza ciemność, jaką sobie można wyobrazić. Ona o tym właśnie mówiła, nawet do końca nie rozumiejąc, o czym mówi. Potem, w infirmerii, jej siostry skrzętnie zapisywały wstrząsające słowa będące wyrazem trwania w kompletnej ciemności.

Dużym problemem jest natomiast – i to jest sprawa właśnie bardzo aktualna w Polsce – fakt, że ciemność pojawia się nie we wnętrzu, ale niejako wokół człowieka wierzącego. Chodzi mi o ciemność zewnętrzną, która jednak wpływa na nasze wnętrze. Początkowo ktoś może nie odczuwać ciemności, bo nie ma problemów z wiarą w Boga, w sakramenty. Ale owa ciemność jest wokół i zaczyna przenikać do serca danej osoby. Krótko mówiąc: źródłem ciemności w wierze może stać się cierpienie z powodu Kościoła. Ono nie wypływa z problemów czyjegoś wewnętrznego życia z Bogiem, ale później się na te problemy przekłada. Cierpienie z powodu Kościoła staje się źródłem ciemności.

W przypadku św. Jana od Krzyża, który pisał o nocy ciemnej duszy, współistnieją dwie interpretacje. Jedna uznaje, że Jan mówi tylko o odczuciu wewnętrznego opuszczenia przez Boga, o doświadczeniu wyobcowania i osamotnienia. Inna interpretacja włącza natomiast jego problemy ze współbraćmi w przeżywanie ciemności. Bracia trzymali go przez 9 miesięcy pod kluczem w zakonnym karcerze. Tam powstały jego największe dzieła poświęcone życiu duchowemu. Przeżycia zewnętrzne wpływały na życie wewnętrzne.

Odkrycie, jak aktualne są refleksje św. Jana od Krzyża, dla nas samych jest zaskoczeniem. Wydawało się, że dotyczą one wyłącznie jakichś największych mistyków i świętych. A tymczasem okazuje się, że noc ciemna jest powszechnym doświadczeniem naszego czasu.

W naszych rozmowach z ludźmi odchodzącymi pojawia się problem jeszcze głębszy: nie chodzi tylko o promowanie w Kościele postaci całkowicie tego niegodnych, lecz o doświadczenie nieobecności Boga w Kościele. Spotykamy ludzi, którzy nam mówią, że w Kościele widzą tylko pustkę po Bogu – po co więc być w Kościele, skoro w nim nie ma Boga? Dlatego właśnie twierdzimy, że nie wystarczą zmiany strukturalne czy personalne, żeby przezwyciężyć obecny kryzys – trzeba pójść głębiej. I nie wystarczy też znaleźć sobie niszę w takim Kościele. Niektórzy wręcz czują, że Kościół im przeszkadza w doświadczeniu Boga.

Kryzys dominikański, związany z nieumiejętnością zajęcia się przez 20 lat współbratem, którego działalność miała wymiar przestępczy – a jeszcze bardziej: osobami, które wykorzystał, skrzywdził i zdeformował – dodaje do ogólnego kryzysu Kościoła w Polsce nowy wymiar. Młodzi ludzie poszukujący Boga znajdowali Go przecież często właśnie u dominikanów. A tu okazuje się nagle, że oto znika ostatnia deska ratunku.

To prawda. I z pewnością nie wystarcza tu odpowiedź w duchu znanym z dyskusji o sytuacji w PZPR, że to są tylko błędy i wypaczenia, że partia jest dobra, jedynie ludzie bywają niedobrzy, więc jak zrobimy czystki, to się wszystko unormuje.

Pod tym względem rzeczywiście jesteśmy w takim momencie, że historyczne porównania z reformacją, kataryzmem czy arianizmem nie są chybione. Nie wystarczy reforma języka, jakim się posługujemy. Musimy się zastanowić nad treścią, którą przekazujemy. Co takiego głosimy jako Kościół, że ludzie tracą zaufanie nie tylko do nas, ale i do Boga?

I tu znowu mam wrażenie, że sami ukręciliśmy sobie sznur na szyję. Gdy wstąpiłem do dominikanów, moim wychowawcą był wspaniały człowiek – o. Aleksander Hauke-Ligowski. On nas bardzo przestrzegał, żebyśmy nie opierali apologetyki Kościoła na świętości kleru. Bo w efekcie gdy z jakiegoś powodu komuś runie autorytet księży, to runie również autorytet nauki Kościoła. Ojciec Aleksander przywoływał różne przykłady z przeszłości, choćby św. Katarzynę ze Sieny i jej Dialogi o Bożej Opatrzności, w których o księżach można przeczytać takie teksty, przed których publikacją zawahałoby się nawet dziś wiele gazet. Ale ona miała też świadomość, że w sprawowanych przez tych księży sakramentach jest obecny Chrystus.

Źródłem ciemności w wierze może stać się cierpienie z powodu Kościoła. Ono nie wypływa z problemów czyjegoś wewnętrznego życia z Bogiem, ale później się na te problemy przekłada

o. Paweł Krupa

Udostępnij tekst

O. Hauke-Ligowski tłumaczył nam, że kondycja kleru zaczęła się zmieniać dopiero w XIX w., jako bardzo długofalowy efekt reform Soboru Trydenckiego. Również w XX wieku Kościół miał szczęście do świętych papieży. I w którymś momencie uwierzyliśmy, że kler jest dobry, że się nam udało. We Francji czytałem XIX-wieczne książki na temat trzech bieli, które ocalą Kościół atakowany z zewnątrz przez masonów i socjalistów. Te trzy biele to (według wizji św. Jana Bosco): biel Eucharystii, biel Niepokalanego Poczęcia i biel papiestwa.

Pod tym względem istnieje duża różnica między współczesnością a epokami historycznymi, które są mi bliskie, czyli średniowieczem i renesansem. Wtedy, upraszczając, wszyscy wiedzieli, że kler jest marny. Mieli świadomość, że proboszcz podkradał, zaorywał im pole i jeszcze do żony się dobierał. Więc co się robiło? Się brało kolegów, mordę się obijało takiemu księdzu i mówiło mu: siedź tam, gdzie masz siedzieć. Po czym oczywiście szło się do niego na Mszę świętować Wielkanoc. To było wówczas normalne, bo wiedziano, jacy byli księża. To samo na najwyższym szczeblu: skoro papieże trują się nawzajem, to wiadomo, jakimi są ludźmi… Ale gdy sprawują urząd apostolski, to łaska Boża działa, bo ten urząd i ta łaska nie są ani ich własnością, ani ich „produktem” – oni tylko szafują darem powierzonym Kościołowi. Co oczywiście nie oznacza, że takie typy należy tolerować bez mrugnięcia okiem.

Ale jednak dłużej klasztora niż przeora?

Tak, i wiara była wtedy żywa. Tak trochę po swojemu funkcjonowała, spleciona z folklorem, ale była naprawdę żywa. A dziś jest inaczej. W XX wieku postawiliśmy na świętość kleru. Pojawiło się myślenie: „Mamy wspaniały Kościół, bo mamy wspaniałych księży”. I to przeświadczenie właśnie teraz runęło.

Nie dbaliśmy przez lata o wychowanie chrześcijańskie ludu Bożego. Po piętnastu latach nauki religii w szkole młodzież wie niewiele, albo zgoła nic, czy to o treści swojej wiary (Piśmie Świętym, dogmatyce, liturgii), czy to o historii swojego Kościoła. A Michał Czartoryski (1897–1944), nasz dominikański błogosławiony, w swojej pracy maturalnej z religii miał opisać spory chrystologiczne w IV i V wieku – i bez problemu tę pracę napisał. Wydaje mi się, że dzisiejsi maturzyści nie mieliby pojęcia, o czym mówię, gdybym im zadał taki temat do opracowania. No ale skoro im się przez piętnaście lat powtarza jedynie, że Jezus jest twoim przyjacielem – to w końcu przestaną to traktować poważnie. Jedna z moich ciotecznych siostrzenic w ósmej klasie kolorowała obrazki na zajęciach z katechezy!

Mamy dziś od początku zaczynać Kościół – uwierzyć, że mądrość nie znajduje się tylko u szczytów hierarchii; posłuchać wiernych; zaufać, że Duch Święty w nich i poprzez nich działa

o. Paweł Krupa

Udostępnij tekst

Ma rację papież Franciszek, wiążąc współczesny duchowy kryzys Kościoła z klerykalizmem. Bo dlaczego ukrywano te wszystkie przestępstwa? Nie zgadzam się z argumentacją, że Kościół to mafia, więc się nawzajem kryją. Myślę, że w znacznej większości przypadków ukrywano zbrodnie, bo kościelni decydenci uważali, że nie może runąć ten fundament, na którym stoi Kościół – a są nim kapłani. Biskupi czy księża, którzy ukrywali podwładnych czy kolegów, bali się, że jeśli powiemy, iż ksiądz jest zły, to upadnie coś o wiele więcej niż tylko struktura kościelna. W efekcie właśnie do tego swoim działaniem doprowadzili: rozpada się nasza struktura kościelna, ale w wielu sytuacjach nie ma już tego fundamentu, który pozwalał ludziom dawniej trwać przy Kościele, nawet z pełną świadomością możliwej podłości kleru.

To jest nowa sytuacja i dlatego musimy zaczynać jakby od nowa. Przypomina mi się zakończenie książki Hanny Malewskiej Przemija postać świata. Tam jest taka fantastyczna scena: Rzym płonie, Teodoryk krwawo pozbywa się najbliższych krewnych (w których widzi konkurentów zagrażających jego władzy) i kiedy w takich smutnych okoliczności wali się świat, jeden z królewskich doradców, mnich Kasjodor, ucieka do założonego przez siebie klasztoru. Tam wchodzi o poranku do skryptorium, gdzie czekają na niego bracia mający przepisywać księgi, i zwraca się do nich: „Zaczynamy od początku”. To jest nasza sytuacja – my naprawdę musimy zacząć od początku.

Tylko że to trudne. I wymagające. I musi długo trwać. A chciałoby się znaleźć cudowne rozwiązania na tu i teraz. Łatwiej byłoby iść przez noc ciemną, gdyby było widać światło w tunelu. A tu słyszymy, że brak zrozumienia jest istotą ciemności. Że nie ma ciemności bez… ciemności. Wielu zaś wolałoby taką ciemność, która jest jasnością. A tu nic, tylko ciemność… I jeszcze św. Jan od Krzyża tłumaczy: „Aby dojść do tego, czego nie posiadasz, musisz iść przez to, czego nie posiadasz”.

Bardzo się cieszę, że Panowie przywołują Jana od Krzyża. Pierwszy raz go czytałem, mając chyba 13 lat. U mojego wuja proboszcza w bibliotece znalazłem małą książeczkę z 1927 r.: Życie świętego Jana od Krzyża z fragmentami jego dzieł. Przeczytałem z ciekawości. Pamiętam swoje wrażenie: o ile życie Jana było barwne i bardzo mi się podobało, o tyle te jego pisma to była jakaś czysta głupota. Nic z tego nie rozumiałem, ale zapamiętałem jedną myśl, która wtedy wydawała mi się śmieszna: Jeśli chcesz dojść do kraju, którego nie znasz, musisz iść drogą, której nie znasz. Jeśli chcesz posiąść to, czego nie masz, musisz wyzbyć się wszystkiego, co masz.

Ta myśl wróciła do mnie kilkanaście lat temu. Zrozumiałem, że to absolutna prawda! Jeżeli mamy dojść do kraju, którego nie znamy, to nie możemy iść drogą, którą znamy, bo droga, którą znamy, doprowadzi nas do kraju, który znamy. Proste. Tylko że tak naprawdę to wcale nie jest proste. Bo jak iść drogą, której nie znamy?

I to jeszcze z zamkniętymi oczami: „Jeśli chcemy być pewni drogi, musimy zamknąć oczy i wejść w ciemności”, jak pisze Jan od Krzyża.

Mam tutaj dwa skojarzenia. Pierwsze to wspomnienia Vladimira Nabokova. Opowiadał on ze wzruszeniem, jak w swoim domu w Rosji miał angielską guwernantkę. Otóż, prowadząc wieczorem małego Vladimira do sypialni na piętrze, kobieta proponowała mu następującą zabawę: on zamykał oczy, ona go brała delikatnie za rękę i mówiła: step, step, step (schodek, schodek, schodek) – i on powoli szedł. Opisuje to jako quasi-mistyczne przeżycie. Właściwie nic nie widział, ufał tylko głosowi ukochanej guwernantki, ale czuł się absolutnie bezpiecznie. Wiedział, że nic mu się nie stanie. To bardzo pozytywne doświadczenie. Ja czasami czuję, że jestem w takiej sytuacji, tylko tej guwernantki nie ma. Stoję z zamkniętymi oczami przed schodami prowadzącymi do góry – i nie ma guwernantki… A może jest, tylko trzeba usłyszeć jej szept i zaufać. Chciałoby się, żeby tą guwernantką był drugi człowiek albo Kościół – byłoby prościej. Pozostaje chyba jednak tylko Bóg.

A po drugie, znowu przypomina mi się o. Aleksander Hauke-Ligowski. Poszedłem kiedyś do niego z problemem duchowym. W modlitwie doszedłem do takiego stanu, że jest ściana, nic się nie dzieje, mur. I wtedy on mnie pyta: „A jeżeli to by nie była ściana, tylko ciemny pokój?”. Mnie się wydawało, że to żadna różnica. Ale on mi uświadomił, że różnica jest kolosalna. Bo stojąc przed ścianą, nic nie można zrobić, a po pokoju można chodzić, można dotykać, można się o coś potknąć. Krótko mówiąc, tam jest jakieś życie. Chociaż idziesz z zamkniętymi oczami i nic nie będziesz widział, to jednak coś jest. Gdy zatem idę w ciemności, ważne jest, że nie stoję. O coś się potykam, czegoś dotykam, coś opisuję, badając to rękami jak niewidomy. Nie wiem, co to, ale idę, nie jestem pasywny, nie stoję w miejscu.

A co to znaczy w przypadku Kościoła: zacząć od początku?

– Zacząć od wspólnoty, która zbiera się wokół Chrystusa. Jestem przeciwny tworzeniu specjalistycznych wspólnot. Dla mnie ideałem Kościoła jest parafia – lub ściślej rzecz ujmując: wspólnota, która zbiera się wokół Eucharystii. I tam wszyscy powinni znaleźć swoje miejsce. Dlatego, że taki jest Kościół.

Nie mam wielkiego doświadczenia duszpasterskiego w porównaniu z innymi, ale jakieś tam mam. Na warszawskim Służewie przez pięć lat odprawiałem Mszę Świętą o 14.00. Nic wielkiego nie robiliśmy, normalna Msza Święta, z homilią, z dobrą scholą. Po jakimś czasie zrodziła się z tego autentyczna wspólnota. Ludzie się nawzajem pozdrawiali, pojawiały się różne „czternastkowe” tradycje i inicjatywy. A ludzie byli rozmaici. Jedni przychodzili z naklejkami „Konstytucja”, a drudzy – z zupełnie innej strony, jak pewien pan, który odmówił przyjęcia medalu od prezydenta Komorowskiego. Przychodziły też pary homoseksualne. Nie odmawiałem, gdy niektórzy z nich podchodzili do Komunii; ufałem, że jako dorośli chrześcijanie mają uformowane sumienia i wiedzą, w czym uczestniczą.

Kościół to wspólnota, która przygarnia, a nie wygania; która proponuje, a nie narzuca. Gdy przychodzi do mnie człowiek i mówi, że kocha osobę tej samej płci, to mogę odpowiedzieć jedno: kochaj, i to po prostu najmocniej jak możesz, najprawdziwiej, najgłębiej. Bo nawet jeżeli mam w głowie ideał życia w seksualnej czystości, to jestem przekonany, że do niego może doprowadzić tylko miłość, a nie zabranianie miłości. Czy chrześcijańskie przesłanie może się zaczynać od słów „Nie wolno ci kochać”? Przecież z tego nic nie zrozumieją ci, których to dotyczy! A ja – może naiwnie – jestem przekonany, że za jakiś czas, może to nie będzie jutro, tych dwoje wierzących ludzi, dla których Ewangelia jest ważna, dojrzeje do decyzji o wstrzemięźliwości seksualnej. Że doprowadzi ich do tego miłość, a nie suche normy prawa lub, co gorsza, odrzucenie. To się może stać za dziesięć lat, za dwadzieścia, może jak się zestarzeją – nie wiem. Natomiast drogą na pewno jest miłość.

Nie mam prostych odpowiedzi dla młodych ludzi składających deklaracje apostazji ani dla ich rodziców. To część tej ciemnej nocy, przez którą przechodzę z moim Kościołem i moim zakonem

o. Paweł Krupa

Udostępnij tekst

Wykluczanie ze wspólnoty nie jest formą miłości. Kiedyś jako młody chłopak bardzo zazdrościłem koleżance, która należała do świadków Jehowy i powiedziała mi: „U nas nie ma ludzi grzesznych”. Ale później zrozumiałem, że ten system zachowywania czystości opiera się na wykluczaniu grzeszników ze wspólnoty. Kościół zaś nie wyklucza grzesznika ze swojej wspólnoty (poza rzadkimi przypadkami), tylko proponuje mu pokutę i przebaczenie.

Trzeba więc jasno powiedzieć: jeżeli ktoś obiecuje ludziom dzisiaj, że oczyścimy Kościół i będzie świetnie, to nie można mu wierzyć. Podobnie gdy ktoś mówi, że nigdy więcej nie zdarzą się w Kościele przypadki pedofilii. W ogóle nie to powinniśmy obiecywać. Człowiek jest i będzie grzeszny, przestępstwa są i będą. Powinniśmy obiecywać, że zrobimy wszystko, aby – jeżeli takie sytuacje się zdarzą – natychmiast spotkały się z właściwą reakcją władz kościelnych i/lub kościelnej wspólnoty.

Co i jak mówić do apostatów? Do tych, którzy odchodzą? Którzy nie chcą po prostu mieć nic wspólnego z Kościołem…

Pewien znajomy młody mężczyzna przysłał mi fotografię swojego aktu apostazji. Znając go dobrze, wiedziałem, że to człowiek uczciwy i nie postąpił pochopnie. Odpisałem mu krótko: że go rozumiem, że go szanuję i że go kocham tak, jak do tej pory go kochałem, chociaż z radości nie skaczę, a wręcz jest mi smutno. A on wtedy mi podziękował i dodał: „Najprawdopodobniej to się nie stanie, ale wiem, że w razie czego wraca się tą samą drogą”.

To naprawdę prawy człowiek. Zresztą na tym właśnie polega problem. Ci ludzie odchodzą nie dlatego, że tak im wygodniej (ci, którym wygodniej nie chodzić do kościoła, po prostu przestają chodzić i wszystko im jedno). Ci natomiast, którzy idą złożyć akt apostazji, to – rzecz jasna, nie w stu procentach – tacy, którym zależy. To wręcz niesamowite. Paradoksalnie im zależy na Kościele. Gdyby im nie zależało, to przecież by machnęli ręką i powiedzieli: mam to w nosie.

Dlatego właśnie uważam, że tym odchodzącym trzeba powiedzieć o naszym smutku. To smutek podwójny. Po pierwsze, że do tego w ogóle musiało dojść, a po drugie, że to właśnie oni odchodzą. Nie można się bać mówienia o tym smutku. To nie jest oburzenie na nich, lecz właśnie smutek.

Czy oni kiedyś wrócą do wspólnoty Kościoła?

Chyba tylko wtedy, gdy zobaczą w niej prawdziwych chrześcijan – nie doskonałych, ale autentycznie wierzących w Ewangelię. Wiele razy mówiłem, że Polska będzie chrześcijańskim społeczeństwem tylko wtedy, jeżeli w Polsce będą chrześcijanie. Prawa, konstytucje, ustawy itd. pod tym względem są absolutnie wtórne.

Przyznam się zresztą, że ja naprawdę wierzę, iż ci odchodzący, którym zależy, w jakiś duchowy sposób do Kościoła przynależą. Nie chodzi mi tu o pocieszanie się świadomością, że pieczęć chrztu świętego jest w nich odciśnięta na wieki, albo rzucanie im na odchodne z pewną siebie miną: „Jeszcze tu wrócicie!”. To raczej moja osobista interpretacja nauczania II Soboru Watykańskiego o kręgach przynależności do Kościoła.

Pora wziąć na serio soborową naukę o tych, „którzy bez własnej winy, nie znając Ewangelii Chrystusowej i Kościoła Chrystusowego, szczerym sercem jednak szukają Boga”. Ci ludzie czasem, będąc w Kościele, poznali nie Kościół Chrystusowy, lecz jego karykaturę. Odchodzą więc bez własnej winy. A jeśli szukają Boga i pozostają wierni swemu sumieniu – duchowo w pewien sposób z Kościołem mogą być związani.

Przypomina mi się wielkopiątkowa modlitwa powszechna. Jest w niej takie przepiękne wezwanie za niewierzących w Boga: „Módlmy się za wszystkich, którzy nie uznają Boga, aby w szczerości serca postępowali za tym, co słuszne, i tak mogli odnaleźć samego Boga”.

Również w tym sensie musimy naprawdę zacząć od początku. Prawe serce – sumienie – wierność…

Przypomina mi się jeszcze jedna lektura z dawnych lat: Wyczerpać morze Jana Dobraczyńskiego. To książka na dzisiejsze czasy! Dobraczyński opisuje tam sytuację po III wojnie światowej. Zjednoczone armie afrykańskie spuściły bomby atomowe na Europę. W tym czasie w Watykanie właśnie odbywała się po konklawe intronizacja nowego papieża. On razem z dwoma kardynałami zszedł do grobu świętego Piotra – i w tym momencie rąbnęła bomba w Rzym. Wszystko się zawaliło, niemal wszyscy zginęli, ale ich trzech jakimś cudem uratowano. A ponieważ byli napromieniowani, to ich trzymano w jakimś obozie. Byli tam we trzech: umierający papież oraz dwóch kardynałów: Włoch i Amerykanin.

Byli odcięci od świata. Wiedzieli tylko, że bazyliki Świętego Piotra już nie ma. Wkrótce papież umiera, przekazując kardynałom pierścień Rybaka. Ci dwaj rozmawiają między sobą. Dla włoskiego kardynała świat się skończył. Jeżeli nie ma kopuły Michała Anioła i kolumnady Berniniego, to nie ma Kościoła. I on z tego żalu też umiera. Zostaje biedny kardynał Amerykanin. Siedzi tam i nie wie, co robić.

W którymś momencie zaczyna, chociaż mu nie wolno, rozmawiać ze strażnikami. Jeden z nich pochodzi z Afryki, nie wiadomo, jakiego jest wyznania. I on opowiada Amerykaninowi, że w jego wiosce jest pewna grupa modlących się ludzi z duchownym. Kardynał orientuje się, że to katolicka parafia. I gdy strażnik musi wrócić do tej wioski, kardynał ściąga pierścień Rybaka i prosi, żeby strażnik przekazał go księdzu z tamtej parafii i powiedział mu: „Teraz ty jesteś Kościołem”. Na pytanie afrykańskiego żołnierza, czy ma coś powtórzyć duchownemu, kardynał odpowiada: „Nie, on będzie wiedział, co robić”. Mnie to fascynuje jako wyzwanie dla nas na dziś, gdy mamy od początku zaczynać Kościół – uwierzyć, że mądrość nie znajduje się tylko u szczytów hierarchii; posłuchać wiernych; zaufać, że Duch Święty w nich i poprzez nich działa. Choć wyznam szczerze, że sam mam raczej skłonność do czucia jak ten włoski kardynał. Jestem bardzo przywiązany do formy, którą znam.

Jan od Krzyża pewnie dodałby w tym momencie, że ogołocenie, które daje noc ciemna, to właśnie oczyszczenie z form i przyzwyczajeń, do których przywykliśmy. Czytam w Nocy ciemnej: „Sam Bóg, ująwszy twoje ręce, prowadzi cię jak ślepca wśród ciemności i doprowadzi cię tam, dokąd ty byś nigdy nie doszedł z pomocą twych oczu i nóg, choćbyś się najbardziej wysilał”.

Najtrudniejszy jest ten moment, kiedy nie czujesz, że w tej ciemności ktoś z tobą jest. Bo jeśli słyszysz głos dobrego, mądrego człowieka lub samego Boga, jak Nabokov słyszał swoją guwernantkę, to jest o wiele łatwiej. Jeśli nic nie słychać, to trzeba przeczekać: trwać w oczekiwaniu lub iść po omacku z gotowością przyjęcia potknięć. Innej rady nie ma.

Niektórzy wierzą w nowe rozwiązania strukturalne.

Ja im kibicuję, ale mam inne podejście. Jak już mówiłem, boję się przekonania, że dokonamy paru zmian i od tej pory wszystko będzie dobrze. To złudzenia. Nie, nigdy nie będzie dobrze na stałe. A my musimy się nauczyć żyć z tym, jak nie będzie dobrze – jednocześnie dążąc ze wszystkich sił, żeby było jak najlepiej. W tym dążeniu mają swoje miejsce również strukturalne zmiany, ale nie można na nich zakończyć.

Jeżeli ktoś obiecuje dzisiaj, że oczyścimy Kościół i będzie świetnie, to nie można mu wierzyć. Albo że nigdy więcej nie zdarzą się w Kościele przypadki pedofilii. W ogóle nie to powinniśmy obiecywać

o. Paweł Krupa

Udostępnij tekst

Rzecz jasna, to szalenie trudne, bo wiele rzeczy zależy nie od naszych działań i decyzji, nawet na skalę ogólnopolską. One powinny być podjęte w Watykanie. Drobny, ale znaczący przykład: można zakładać, że gdyby decyzja o ogłoszeniu wyroku drugiej instancji w sprawie ks. Andrzeja Dymera*** zależała od metropolity gdańskiego, to niezależnie, kto by nim był, na pewno by to ogłosił – miałby bowiem świadomość, jak to oczyści atmosferę. Natomiast Watykan, nawet gdy odwołuje biskupów czy wymierza im sankcje administracyjne, nigdy nie powie dlaczego. Niby wszyscy wiedzą dlaczego, ale oficjalnie nic nie wiadomo.

W majowym numerze miesięcznika „W Drodze” ukazał się mój felieton, w którym proponuję wprowadzenie ceremoniału „regresu” biskupa – na wzór ingresu. Bo na poziomie symbolicznym czegoś bardzo ważnego brakuje. W Kaliszu pojawił się nowy biskup, odbył ingres – a gdzie był regres? Dlaczego poprzedni biskup nie złożył pastorału, nie oddał pierścienia i nie wyszedł w ciszy z kościoła? To się po prostu należy diecezjanom. Oni muszą mieć jakieś zakończenie tej smutnej historii. Tak samo powinno być w archidiecezji gdańskiej. Wtedy byłoby po chrześcijańsku.

Wesprzyj Więź

To kolejny powód, dla którego mówię, że trzeba zacząć od początku. Miłosierdzie nie polega na przemilczaniu win. Wręcz przeciwnie – polega na tym, że wszystko wiemy, ale człowieka przyjmujemy. Jest taka piosenka Hanki Ordonówny, którą śpiewała też Rena Rolska (moi rodzice mieli płytę z tą piosenką, jako dziecko jej słuchałem i się nauczyłem). Piosenka nosi tytuł Mam chłopczyka na Kopernika. Tekst Juliana Tuwima to wyznania kokoty, która szlaja się po dansingach, ale co pewien czas wraca do swojego ukochanego. I tam padają o tym „chłopczyku” takie słowa: „O życiu moim wszystko wie, lecz kocha mnie!”. Dla mnie te słowa to kwintesencja relacji człowieka z Bogiem – On o moim życiu wszystko wie, lecz kocha mnie. Trzeba przywrócić ich sens także w życiu Kościoła. W Ewangelii mamy wzorzec. Nie cenzurowano tam opowieści o złych duchach Marii Magdaleny, o trzykrotnym zaparciu się Piotra, o ucieczce apostołów spod krzyża. A przecież mogły się pojawić zapewnienia, że wszyscy uczniowie z pewnością stanęliby murem za Jezusem, tylko pogoda im przeszkodziła… Albo że wszyscy chcieli biec pod krzyż, tylko żołnierze rzymscy ich przytrzymali… Miłosierdzie polega na tym, że jak się powie prawdę, to czeka nas pokuta (czasem w formie karnego wyroku), ale też czeka przebaczenie.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” lato 2021

* Zob. S. Duda, Martwy Bóg w Wielką Sobotę czasu pandemii, cz. 1: „Więź” 2020, nr 2, cz. 2: „Więź” 2020, nr 3; tenże, Drugi Sobór Trydencki niezbędnie potrzebny, „Więź” 2021, nr 1; Z. Nosowski, Jak iść przez noc ciemną Kościoła, wiez.pl/2020/10/29/jak-isc-przez-noc-ciemna-kosciola/ [dostęp: 8.05.2021]; tenże, Opcja Abrahama, „Tygodnik Powszechny” 2021, nr 1; W. Jędrzejewski, Idąc przez mrok, wiez.pl/2020/11/20/idac-przez-mrok/ [dostęp: 8.05.2021]; M. Kita, Czy Kościół to nie pomyłka? Rzecz o rozpuszczaniu pewnej skorupy, wiez.pl/2020/12/28/czy-kosciol-to-nie-pomylka-rzecz-o-rozpuszczaniu-pewnej-skorupy/ [dostęp: 8.05.2021]; A. Draguła, Los iskry. Miłosierdzie pośród ciemności, wiez.pl/2021/04/11/los-iskry-milosierdzie-posrod-ciemnosci/ [dostęp: 8.05.2021].
** P. Guzik, Dominikańska recydywa, wiez.pl/2021/03/24/dominikanska-recydywa/ [dostęp: 8.05.2021]; S. Duda, U dominikanów nie było superwizji, tylko struktura klerykalnej władzy, wiez.pl/2021/03/26/u-dominikanow-nie-bylo-superwizji-tylko-struktura-klerykalnej-wladzy/ [dostęp: 8.05.2021].
*** Zob. cykl Z. Nosowskiego Przeczekamy i prosimy o przeczekanie na portalu Więź.pl

Podziel się

4
Wiadomość