Lato 2021, nr 2

Zamów

Przestańmy uważać dzieci za własność

Fot. Michał Parzuchowski / Unsplash

Poważne błędy wychowawcze, okaleczanie dziecka wychowywanego w patologicznej rodzinie, w której dochodziło do jawnych naruszeń jego dobra, w której panują przemoc i używki, to tematy tabu w naszym społeczeństwie, bo naruszają świętość słowa „matka” czy „ojciec”.

Fragment książki „Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce”, która 12 maja ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne

Aktualnie prawo stanowi, że adopcja zagraniczna jest ostatecznością. 

Ograniczenia w adopcjach zagranicznych była minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska uzasadniała tym, że Polska oddaje zbyt zdrowe dzieci i że rozdzielane są rodzeństwa. „Kiedy przyjrzeliśmy się szczegółowo, jak do tej pory odbywały się zagraniczne adopcje, okazało się, że nie jest wcale tak, że wysyłane za granicę dzieci są bardzo chore” – ogłosiła.

Trzeba powszechnego zrozumienia, że ograniczenie władzy rodzicielskiej nie ma być środkiem represji w stosunku do rodziców, ale ochrony zagrożonego dobra dziecka

Marta Wroniszewska

Udostępnij cytat

Na poparcie tych słów ministerstwo podaje, że odsetek dzieci niepełnosprawnych to jedynie około 20 procent wszystkich adopcji zagranicznych. To samo 20 procent wynika ze statystyk Towarzystwa Przyjaciół Dzieci: pośród wszystkich dzieci adoptowanych za granicę w 2016 roku 26 (20 procent) miało orzeczenia o niepełnosprawności, 40 było zdrowych (30 procent), a 65 (50 procent) nie miało orzeczeń.

Ludzie ściszają głos

Można by zatem uznać, że skoro rzeczywiście tylko co piąte dziecko miało orzeczenie o niepełnosprawności, to znaczy, że cztery piąte wszystkich adoptowanych za granicę dzieci było zdrowych. Ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach i tu ukrył się pod enigmatycznym „nie miało orzeczeń”.

W tej grupie uwzględniono bowiem dzieci z różnymi obciążeniami czy dysfunkcjami takimi jak alkoholowy zespół płodowy (FAS), zespół stresu pourazowego (PTSD), na przykład w wyniku molestowania seksualnego, czy reaktywne zaburzenie więzi (RAD), z których to żadne nie kwalifikuje do otrzymania przez dziecko zaświadczenia o niepełnosprawności, pomimo oczywistych dysfunkcji.

Choć FAS powoduje: spowolniony rozwój fizyczny przed urodzeniem i po nim, opóźnienia wzrostu, niską wagę urodzeniową, małą głowę, niskie wzrost i wagę w stosunku do wieku, opóźnienia rozwojowe; RAD: nieprawidłowe interakcje społeczne, chłód emocjonalny, obojętność, zbytnią agresję, narzucanie się obcym, przypadkowym ludziom, próby oczarowania ich i pozyskania ich sympatii za wszelką cenę przy jednoczesnym odrzucaniu najbliższych członków rodziny; PTSD: nadmierną czujność, trudności z koncentracją, nadmierną drażliwość lub niekontrolowane wybuchy gniewu, częściową lub całkowitą niezdolność do odtworzenia pewnych ważnych okoliczności zetknięcia się ze stresorem – żadnego z nich nie uwzględnia się w statystykach. 

I chociaż ta grupa dzieci nie ma orzeczeń, a co za tym idzie, jest obecnie dla systemu przezroczysta i uznana automatycznie za zdrową, a zatem niekwalifikującą się do adopcji zagranicznych, tym samym najprawdopodobniej jest skazana na spędzenie reszty życia w murach przyozdobionych lamperią.

– Dlatego dziś już nie prowadzę spraw o adopcję zagraniczną – mówi Ewa Milewska-Celińska, adwokatka specjalizująca się w problematyce prawa rodzinnego, matka adopcyjna. – Adopcja zagraniczna po zmianach praktycznie w Polsce nie istnieje. Adopcja wciąż jest w Polsce czymś mrocznym, czymś, do czego ludzie nie przyznają się otwarcie. Zawsze się śmiałam, że adopcja, abolicja i aborcja to trzy tematy tabu w polskim społeczeństwie. Dziś łatwiej jest powiedzieć, że ktoś jest alkoholikiem czy że bije żonę, niż że adoptował dziecko. Ludzie zawsze wtedy ściszają głos. A przecież ci, którzy decydują się na ten krok, robią coś dobrego. Otwierają się na obcą osobę, z którą nie są związani więzami krwi. Otwierają się na cudzy kod genetyczny w swoim domu.

Uprzedmiotowione

Ewa Milewska-Celińska liczyła, że w kwestii adopcji i losu tych dzieci dużo się zmieni na lepsze po 2007 roku, gdy do Kodeksu postępowania cywilnego wprowadzono artykuł, który mówił o wysłuchaniu dziecka przed sądem. Ucieszyła się, że najmłodsi wreszcie będą mogli zostać wysłuchani, że będą mieli głos. Miała nadzieję, że mądry sędzia po rozmowie z dzieckiem będzie umiał zrozumieć i prawidłowo odczytać jego potrzeby i uczucia, że zadba o interes jego, a nie na przykład jego rodziców.

Marta Wroniszewska, „Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce”
Marta Wroniszewska, „Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021

– Jestem orędowniczką i zwolenniczką instytucji adwokata dziecka. Uważam, że dzieci potrzebują ich, żeby pomogli im reprezentować ich interes oraz prawa przed sądami. Widzę potrzebę zabezpieczenia praw małoletnich. Uważam, że małoletni powinien móc być uczestnikiem postępowania w swojej sprawie przed sądem, powinien móc na przykład samodzielnie wnosić apelację, zgłaszać wnioski dowodowe, ustalać swojego pełnomocnika. Powinien być przy nim ktoś, kto spojrzy na te wszystkie trudne sprawy, kierując się dobrem dziecka. Potrzeba kogoś, kto będzie w sądzie reprezentował i zabezpieczał wyłącznie interesy dziecka, które przecież bywają odmienne niż rodziców. Niestety to prawo się w praktyce nie przyjęło, a szkoda, bo w moim rozumieniu wysłuchanie młodego człowieka przed sądem daje nadzieję i szansę na to, że jego przyszłość będzie mniej zagrożona. A szkoda, jeden Rzecznik Praw Dziecka to za mało.

Dorośli potrafią upominać się o swoje prawa, wysyłać pisma, zażalenia, skargi. A dzieci? Dzieci są uprzedmiotowione. Ich los leży w rękach rodziców (również tych niewydolnych wychowawczo), kuratorów, sędziów, pracowników socjalnych, asystentów, koordynatorów. Są tylko jednym z trybików machiny polityki rodzinnej. Według niej należą do rodziców. Ten system zależności, krew z krwi i kod genetyczny są ważniejsze niż dobro dziecka.

W praktyce sądowej przyjęło się, że w sprawach dotyczących na przykład kontaktów z rodzicami czy uregulowania „podziału” władzy rodzicielskiej dziecko nie jest w ogóle traktowane jako uczestnik postępowania sądowego. A skoro nie uczestniczy w postępowaniu, to nie uczestniczy w nim również kurator. 

Kurator jest ustanawiany wtedy, gdy może dochodzić do sporu pomiędzy rodzicem a dzieckiem, na przykład gdy toczy się sprawa karna dotycząca znęcania się nad dziećmi. To reprezentant nie z wyboru, ale nadawany z urzędu, a na dodatek do każdej sprawy może być w tej funkcji powoływana inna osoba.

Według informatora, który chce pozostać anonimowy, instytucja kuratora pozostawia wiele do życzenia. Doświadczenie tej osoby pokazuje, że ci opiekunowie prawni mają problem z zaangażowaniem w sprawę i jeśli ktoś się aktywnie nie włączy w proces, i palcem nie pokieruje sprawy, to kuratorzy niespecjalnie interesują się danym przypadkiem.

Wprowadzenie instytucji adwokata dla dziecka postulował były Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak. Uważał za konieczne wzmocnienie ochrony praw i interesów dziecka, a co za tym idzie aby w każdej sprawie podczas procesu sądowego dziecko reprezentował profesjonalista – adwokat lub radca prawny. Zwracał uwagę na konieczność dbania o prawa małoletniego, znajomość jego sytuacji rodzinnej i przekazanie sądowi jego woli.

Z podobnym postulatem wychodził również Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich: „Obowiązek wysłuchania dziecka znajduje się w Kpc [Kodeks postępowania cywilnego – przyp. aut.], ale wysłuchanie to przyjmuje rozmaitą formę i nie jest dostatecznie rozpowszechnionym środkiem procesowym w sporach rodzinnych przed sądami. Wysłuchanie dziecka powinno być obowiązkowym elementem każdego postępowania, które może dotyczyć jego osoby czy majątku, zaś odstąpienie od tego obowiązku może być jedynie wyjątkiem. Wysłuchanie to powinno zostać sformalizowane”[2].

Drugoplanowe

Równocześnie w liście skierowanym do ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry obaj rzecznicy zauważyli, że w wyniku działań Sądu Najwyższego sprawy o bardzo dużym znaczeniu dla ukształtowania sytuacji życiowej dziecka, czyli o pozbawienie władzy rodzicielskiej, są uważane wyłącznie za sprawy rodziców i dziecko nie jest uczestnikiem postępowania.

Według Sądu Najwyższego dziecko jest własnością rodziców i podlega ich autorytetowi. Sąd Najwyższy, uzasadniając swoje stanowisko, wskazał, że za pozbawieniem małoletniego statusu uczestnika przemawiają względy wychowawcze.

„Stosunek […] rodziców do dzieci cechuje swego rodzaju nadrzędność, która wyłącza przyznanie dziecku pozycji uczestnika postępowania, mogącego decydować o tym, czy rodzicom ma być odjęta władza rodzicielska nad nim. Uchybienia w wykonywaniu przez rodziców tej władzy, kolidujące z dobrem dzieci, zostały poddane kontroli sądu, przy czym dzieci nie powinny mieć prawa osobistego oddziaływania na wynik tej kontroli. Odmienny pogląd prowadziłby do poderwania autorytetu władzy rodzicielskiej, niezbędnego do należytego wychowania dziecka […]. Osobisty udział w postępowaniu o pozbawienie władzy rodzicielskiej mógłby […] wywrzeć ujemny wpływ wychowawczy na małoletniego i w ostatecznym wyniku obróciłby się nie tylko przeciwko jego dobru, ale godziłby w interes ogólny związany z prawidłowym funkcjonowaniem rodziny i z należytym wychowaniem młodego pokolenia”[3].

Poważne błędy wychowawcze, okaleczanie dziecka wychowywanego w patologicznej rodzinie, w której dochodziło do jawnych naruszeń jego dobra, w której panują przemoc i używki, to tematy tabu w naszym społeczeństwie, bo naruszają świętość słowa „matka” czy „ojciec”. Uważamy, że rodziców należy szanować, a w pojęciu szacunku nie ma miejsca na krytykę. Równoczesne, wpisane w rodzicielstwo podrzędność i uległość dziecka, posłuszeństwo wynikające jedynie z faktu samego aktu jego urodzenia i „ofiarowania” życia, ustawia dziecko w roli drugoplanowej i sprowadza je do własności bez względu na czyny rodziców. 

Jednocześnie Sąd Najwyższy stwierdził także, że przyznanie dziecku praw uczestnika postępowania w sprawach o pozbawienie władzy rodzicielskiej pociągnęłoby za sobą taki skutek, że we wszystkich sprawach dotyczących dziecka musiałoby ono do ukończenia trzynastego roku życia być reprezentowane przez kuratora, a to spowodowałoby konieczność zaangażowania ogromnej liczby kuratorów i wiązałoby się z ogromnymi nakładami finansowymi. 

Milczą ze strachu

Jak zatem można by zmienić system, aby dawał większą ochronę dzieciom? Nie ma jednej odpowiedzi. Trzeba powszechnego zrozumienia, że ograniczenie władzy rodzicielskiej nie ma być środkiem represji w stosunku do rodziców, ale ochrony zagrożonego dobra dziecka. Na pewno trzeba przestać uważać dzieci za własność rodziny, dać należne im prawa, słuchać ich potrzeb i pragnień. Trzeba chronić je przed przemocą ze strony rodziny.

Potrzeba zaangażowanych pełnomocników prawnych, psychologów i sędziów biegłych w sprawach zajmujących się dziećmi. Takich, którzy zabezpieczą najbardziej poszkodowaną stronę prawnie, psychologicznie i społecznie, którzy będą umieli odróżnić stereotyp o tym, że każde dziecko chce wrócić do domu, od jego realnych potrzeb. Którzy będą umieli ochronić je w sytuacji, gdy zagrażają mu jego właśni rodzice.

Potrzeba ciągłości osób zajmujących się danym dzieckiem, które zostało odebrane z rodziny biologicznej – nie można dopuszczać do zmiany kuratorów, psychologów czy placówek w sytuacji, gdy dziecko jest kilkukrotnie odbierane. Należy równocześnie stosować profilaktykę, obejmować ochroną dzieci i całe rodziny, gdy tylko istnieją przesłanki, że w przyszłości może w tych rodzinach dochodzić do przemocy, agresji, mogą pojawić się alkohol, narkotyki czy choroby. Pomoc nie może przychodzić dopiero, gdy kryzys przeradza się w patologię, wtedy może być już za późno. Takie rodziny przecież są znane pracownikom socjalnym. Potrzebne są większa wrażliwość i uwaga.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Równocześnie, gdy dziecko wraca do rodziny biologicznej, w której już wcześniej dochodziło do nadużyć władzy rodzicielskiej i występowały patologie, należy taką rodzinę bacznie monitorować i tu również słuchać dzieci. One milczą niekiedy nie dlatego, że nie mają niczego do powiedzenia. Milczą ze strachu.

Tytuł i śródtytuły od redakcji


[1] Komunikat na stronie Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, 17.01.2017, cyt. za: M. Chrzczonowicz, Adopcje zagraniczne Rafalskiej. Narodowa matematyka kosztem dzieci. Podpisz apel, może się zlitują, 27.01.2017, oko.press, dostęp: 5.10.2020.
[2] Diagnoza stanu polskiego sądownictwa. Materiał RPO dla sejmowego zespołu ekspertów „okrągłego stołu”, 2.06.2020, rpo.gov.pl, dostęp: 5.10.2020.
[3] Wystąpienie RPO Adama Bodnara i RPD Marka Michalaka do Ministra Sprawiedliwości w sprawie pełnomocnika dziecka, 27.06.2016, rpo.gov.pl, dostęp: 5.10.2020.

Podziel się

3
2
Wiadomość

Komentarze (4)

A w jakim wieku są dzieci Autorki? Bo chciałbym zobaczyć skutki jej metod, najlepiej przyglądając się wychowywaniu dzieci przez dzieci Autorki. Wtedy dopiero można byłoby oceniać jej eksperymenty wychowawcze .

I jeszcze jedno. Tytuł insynuuje że wszyscy rodzice źle traktują dzieci. Takie teksty to czytywałem na stronach Krytyki Politycznej.

Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Tekst nic takiego nie sugeruje. Widocznie pana ubodło – może warto zrobić rachunek sumienia?

Szanowny Panie! O jakich eksperymentach wychowawczych mowa? Jeśli dobrze zrozumiałem tekst, nie ma w nim w ogóle mowy o sposobach wychowywania (w tym takich, jakie Autorka stosuje we własnej rodzinie) – więc jakie to eksperymenty miałyby być oceniane po dzieciach dzieci Autorki? Tekst dotyczy głównie kwestii prawnych i zawiera intrygującą (dla mnie nową) propozycję proceduralnego upodmiotowienia dzieci w sprawach rodzinnych. Nie wiem jeszcze, czy to dobry pomysł, ale na pewno nie został on powyżej zaproponowany jako metoda wychowawcza.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.