Wiosna 2021, nr 1

Zamów

„Nie chcę być królem sumień waszych”. Zygmunt August na czas szaleństwa

Portret Zygmunta II Augusta, warsztat Lucasa Cranacha, ok. 1555 r.

Wiedział, że władca i państwo nie mogą wejść brutalnie w duszę ludzką, nie mogą jej arbitralnie zaprogramować, aby działała tak, jak chce tego „wola polityczna”.

Dwukrotnie w tym roku miałem uczucie niemal zupełnego rozpadu naszej republiki, bądź co bądź wciąż formalnie istniejącej. Najpierw w maju, podczas noszącego znamiona szaleństwa parcia do wyborów prezydenckich – w efekcie nieodbytych w pierwotnie wyznaczonym terminie. Konsekwencją była chaotyczna kłótnia klasy politycznej w kwestii tak minimalnego warunku brzegowego istnienia państwa, jak powszechny i demokratyczny wybór jego najwyższego przedstawiciela.

Po raz drugi – teraz, widząc to, co dzieje się po ogłoszeniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego 22 października. Wydarzenia w naszym kraju znów noszą ewidentne znamiona szaleństwa. Stanu, w którym niemożliwa wydaje się zgoda co do minimalnych i podstawowych warunków brzegowych istnienia Rzeczpospolitej – wspólnego domu różnych ludzi, wyznających różnorakie i niejednorodne światopoglądy, czy tego chcą czy nie chcą rozgrzani zwolennicy rozwiązań zero-jedynkowych albo ci, którzy obsługują dobrze prosperujący sektor wojny kulturowej w mediach; wspólnego domu wiernych należących i nienależących do różnych (to słowo należałoby pewnie dzisiaj pisać dużymi literami) Kościołów i związków wyznaniowych, mający za sobą wielorakie i zróżnicowane doświadczenia, wrażliwości, życiorysy, poziom kultury osobistej, a nawet empatii (lub są tej cechy pozbawieni).

Nasze wrogie twarze

Ta wielka polska polifonia nie stanie się nagle monofonią. Ludzie o poglądach, których nie akceptujemy, nie znikną nagle z horyzontu po chcącym (jak widać mało skutecznie) mobilizować partyjne doły w obronie „kończącej się Polski” orędziu szefa partii rządzącej. „Ci drudzy” nie rozpłyną się w powietrzu po spotkaniu tzw. straży narodowej na schodach świątyń, nomen omen – do niedawna schodów prowadzących do oaz wyciszenia i spokoju. „Tamci” nie schowają się w piwnicy po hasłach „Wyp…!” skandowanych i pisanych na murach przez część zwolenników Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.

Niczyich poglądów nie zmienią wojenne barwy okraszające zdjęcia profilowe, które wydają się odbierać ludziom ich podstawową tożsamość

Ludzie o diametralnie odmiennych światopoglądach w sytuacji ogromnego napięcia społecznego, polaryzacji i lęku, spowodowanego – o czym często zapominamy – także spełnionym czarnym scenariuszem pandemii, z pewnością nie przekonają się wzajemnie do swoich racji. Nikogo nie nawróci i nie zmusi do „opowiedzenia się za życiem” lub „aborcją na życzenie” rytm wojennych werbli. Tak ochoczo wybijany teraz na tysiącach Facebooków, Twitterów i TikToków. Niczyich poglądów nie zmienią wojenne barwy okraszające zdjęcia profilowe (zarówno błyskawice, jak i kółka „jestem za życiem”), które wydają się odbierać ludziom ich podstawową tożsamość.

Emmanuel Lévinas, myśliciel będący dziś zdecydowanie nie w modzie, pisał przecież, że nasze twarze to „apel w stosunku do drugiego człowieka”. Zdjęcia tych twarzy zamieniły się teraz w mobilne tablice reklamowe wrogich sobie tożsamości. Nie wspominam już, jak ta napięta atmosfera działa na najmłodszych. Niekiedy wprost zaprzęganych do powtarzania narracji dorosłych na manifestacjach i ponoć „śmiesznych” filmikach, obrazujących – parafrazując przewracającego się w grobie Jana Zamoyskiego – „dzieci i młodzieży chowanie”.

Trudno też zapominać o tym, jaki wpływ ma obecna atmosfera na tysiące ludzi cierpiących na przewlekłe depresje, problemy osobiste i zdrowotne, bojących się utraty pracy i środków do życia. Zamiast wspierać się i wyrażać solidarność podczas ciężkiego doświadczenia, skaczemy sobie do gardeł. Los najsłabszych, mimo licznych górnolotnych aklamacji, jest tym, co w obecnym konflikcie obchodzi część zwaśnionych stron jak najmniej. W logice „wojny” słabszy zawsze służy tylko jako figura, którą bez skrupułów porzuci się, gdy przestanie grać na naszą korzyść.

Granica ludzkiego serca

Dziwny traf sprawił, że zarówno pandemia, jak i najnowszy konflikt światopoglądowy przypadły na rok, w którym obchodzimy 500-lecie urodzin króla Zygmunta Augusta (przyszedł na świat dokładnie 1 sierpnia 1520 r. w Krakowie). Określenie „obchodzimy” będzie tu pewnie mocno na wyrost – o tej wyjątkowo okrągłej rocznicy nie pamiętały nawet Sejm ani Senat, ogłaszając patronami bieżącego roku postaci już wielokrotnie (jeżeli wręcz nie do znudzenia) honorowane. Dwa lata temu władze tak energicznie zaangażowały się w rocznicę „550-lecia parlamentaryzmu polskiego”, że doprawdy budzi zdziwienie, że nikt nie pamiętał teraz o ostatnim z Jagiellonów na polskim tronie. Nie chodzi nawet o wielkie akademie i festyny, które przecież pandemia nieodwołalnie zawiesiła. Ale raczej o pewnego ducha.

Być może to właśnie ten władca mógłby nam dziś przypomnieć, czym są władza i państwo, które można nazywać rzeczywiście chrześcijańskimi; czym jest „państwo chrześcijańskie” nie będące jednak piarowym hasłem ekip rządzących obecnie w różnych krajach naszego regionu i traktujących religię w sposób użytkowy jako element mobilizacji elektoratu, ale też jako narzędzie odróżnienia od arbitralnie wyrzuconych przez „suwerena mocy” poza nawias wspólnoty „nihilistów” i „nie-rodaków”.

Zygmunt August być może jak nikt inny wcześniej ani później zrozumiał, że istotą państwa osadzonego w tradycji chrześcijańskiej i śródziemnomorskiej nie jest instrumentalny, nawet tylko symboliczny duchowy i etyczny zamordyzm

Stary, dobry przyjaciel Zygmunt August wypowiedział słynne zdanie: „Nie chcę być królem sumień waszych”. Być może jak nikt inny wcześniej ani później zrozumiał, że istotą państwa głęboko osadzonego w tradycji chrześcijańskiej, ale też śródziemnomorskiej, nie jest instrumentalny, nawet tylko symboliczny duchowy i etyczny, zamordyzm. Tą istotą jest poszanowanie subtelnej, cienkiej, często słabo tylko migoczącej na horyzoncie życia publicznego granicy pomiędzy z jednej strony państwem i władzą, a z drugiej – człowiekiem stworzonym na obraz i podobieństwo Boże. Wyposażonym przez Stwórcę w wolne sumienie. Coś, co stanowi ułomny i niedoskonały – ale niezbywalny – dowód niepowtarzalnej godności człowieka, który rozpoznając samodzielnie między dobrem i złem stara się odnajdować w życiu ślady nadprzyrodzonej łaski, która wciąż sprawuje swoje tajemnicze rządy nad światem.

W tej złotej myśli władcy panującego w czasach polskiego złotego wieku widzimy rozpoznanie takiej ludzkiej godności. Widzimy wiarę w to, że władca i państwo nigdy nie mogą przekroczyć tej łagodnej granicy ludzkiego serca. Nie mogą wejść brutalnie w duszę ludzką, nie mogą jej arbitralnie zaprogramować, aby działała tak, jak chce tego „wola polityczna”. Nie mogą też stworzyć sobie narodu, społeczeństwa lub Kościoła na własną miarę, skrojonego do partykularnych i przemijających celów.

Bo jak pisał Norwid: „Narodowość nie jest wyłączność, ale jest to siła przywłaszczania sobie tego wszystkiego, co do postępowego rozwinięcia żywiołów własnych potrzebne i konieczne jest” (…); „Albowiem szlachetny człowiek nie mógłby wyżyć dnia jednego w ojczyźnie, której szczęście nie byłoby tylko procentem od szczęścia ludzkości”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Nie czas na analizę rządów króla Zygmunta, który jak każdy ziemski władca popełniał błędy i nie wykorzystał różnych szans. Zbudował jednak trwały etos Rzeczpospolitej, w której każdy może czuć się u siebie i w różnorodności, dążyć wspólnie ku dobru. Etos, który nie boi się nowych prądów myślowych i duchowych, także tych płynących zza naszych granic. Który w zmieniającym się świecie widzi nie tylko zagrożenia i oznaki końca wspólnoty, lecz także okazje do jej rozwoju i wzmocnienia, do nieustannej przemiany świata na lepszy.

Niewątpliwie przemija postać polityczna tego świata. Rządzące naszą wyobraźnią elity nie będą jej organizować wieczne. W swoistym resecie, jaki coraz bardzie rysuje się na mniej lub bardziej odległym horyzoncie Polski po pandemii, ten pokryty kurzem zygmuntowski etos trzeba po 500 latach ponownie odkryć i odnowić.

Tekst opublikowany pierwotnie na Facebooku

Podziel się

Wiadomość

Komentarz

Pozwolę sobie uzupełnić ten tekst ważnymi słowami św. Jana Pawła II z „Evangelium vitae”: „Prawna tolerancja przerywania ciąży lub eutanazji nie może więc w żadnym przypadku powoływać się na szacunek dla sumienia innych właśnie dlatego, że społeczeństwo ma prawo i obowiązek bronić się przed nadużyciami dokonywanymi w imię sumienia i pod pretekstem wolności.” ( pkt. 71)

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.