Jesień 2020, nr 3

Zamów

„Kryzys musimy przeżywać bez zakłamywania rzeczywistości”

Klerycy podczas II Ogólnopolskiego Forum Ceremoniarzy 2020. Fot. Archidiecezja Poznańska

Każde powołanie jest darem od Boga dla wspólnoty Kościoła i na to nie mamy wpływu. Ale na pewno istnieją też ludzkie czynniki, które hamują rozwój powołań – mówi ks. Piotr Kot, nowy przewodniczący Zarządu Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych.

Dawid Gospodarek (KAI): Został Ksiądz wybrany nowym przewodniczącym Zarządu Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych. Proszę opowiedzieć o niej opowiedzieć – czym jest, jakie są jej cele?

Ks. Piotr Kot: Do Konferencji Rektorów należą osoby, na których spoczywa odpowiedzialność kształtowania procesu formacji kandydatów do kapłaństwa w diecezjach i zgromadzeniach zakonnych. Ponieważ w wielu obszarach codziennej aktywności rektorzy dostrzegli wspólne sprawy, dlatego stworzyli środowisko wymiany myśli i doświadczeń. Działalność Konferencji wpisuje się w szerszy kontekst życia Kościoła w Polsce, a z tej racji, że dotyczy początkowego etapu formacji duchowieństwa, stanowi sekcję Komisji ds. Duchowieństwa przy Konferencji Episkopatu Polski.

Zasadniczym celem Konferencji jest wypracowywanie spójnej wizji formacji w polskich seminariach. Pomagamy sobie też w wielu wyzwaniach, które pojawiają się najczęściej niespodziewanie, jak chociażby ostatni czas pandemii. Zarząd Konferencji koordynuje wspólne działania, ale też daje pewne inspiracje. Zasadniczo spotykamy się w gronie rektorów raz w roku podczas ogólnopolskiego spotkania. Oprócz tego co pięć lat organizujemy pielgrzymkę seminariów na Jasną Górę.

Nie da się ukryć i bagatelizować liczebnego spadku powołań. Co on oznacza dla polskiego Kościoła? Czy może nam zabraknąć księży? A może po prostu razem z tendencjami sekularyzacyjnymi, kiedy wielu wiernych odchodzi od Kościoła, po prostu nie ma aż takiego zapotrzebowania na księży jak wcześniej?

– Kapłani będą zawsze potrzebni, bo bez nich nie ma życia sakramentalnego w Kościele. To jest niezależne od aktualnych problemów i tego się nie zmieni w demokratycznym głosowaniu, ponieważ tak chciał Jezus Chrystus. Kapłani są też potrzebni w swoim całkowitym związaniu się z Bogiem przez celibat, bo stanowią znak tego sposobu egzystencji, do którego ostatecznie prowadzi wiara. Kościół potrzebuje też zaangażowania kapłanów ze względu na „posługę jednania”, o której pisze św. Paweł w Drugim Liście do Koryntian.

Rzeczywiście, w ostatnich latach zauważamy spadek liczby kandydatów do kapłaństwa i ciągle zadajemy sobie pytanie o przyczynę takiego stanu rzeczy. Obecnie przeżywamy czas, gdy obraz kapłanów został mocno zdeformowany wskutek ujawnienia w mediach ciemnej strony życia niektórych z nich. Z pewnością ma to wpływ na młodych ludzi w trakcie rozeznawania przez nich powołania życiowego. Młodość ma to do siebie, że szuka prawdy. Pociągają ją ideały. Młodzi ludzie chętnie idą za tymi, którzy wbrew utartym schematom, mają odwagę żyć radykalnie. Tymczasem z przekazu medialnego wyłania się obraz kapłanów żyjących według logiki tego świata, a nie Ewangelii. Jeśli na to nałożą się podobne opinie w domu, w gronie przyjaciół i znajomych, a czasami jakieś negatywne wspomnienie kontaktu z kapłanem w szkole lub w kancelarii parafialnej, to młody człowiek mówi: „Chrystus – tak, ale Kościół – nie”. Oczywiście, mówiąc o Kościele, myśli o jego przedstawicielach, a więc o kapłanach.

Kapłani będą zawsze potrzebni, bo bez nich nie ma życia sakramentalnego w Kościele. To jest niezależne od aktualnych problemów i tego się nie zmieni w demokratycznym głosowaniu

Ostatecznie trzeba stwierdzić, że nie jesteśmy w stanie wskazać wszystkich przesłanek, które mają wpływ na spadek liczby kandydatów zgłaszających się do seminariów. Każde powołanie jest darem od Boga dla wspólnoty i na to nie mamy wpływu. Ale na pewno istnieją też ludzkie czynniki, które hamują rozwój powołań. Ważne jest, żeby ten kryzys przeżywać prawdziwie, bez porównywania się z innymi i bez zakłamywania rzeczywistości. Jeśli w jakimś małżeństwie nie rodzą się dzieci, to nie można mówić, że u sąsiadów jest tak samo. Trzeba stawiać odważne pytania. Bo może się okazać, że małżonkowie są płodni, ale istnieje jakaś ukryta przeszkoda, jakiś środek antykoncepcyjny, który nie pozwala, by rozwinęło się życie.

Ma Ksiądz jakąś intuicję, co może być problemem w przypadku powołań do kapłaństwa?

– W kontekście tego, co zasygnalizowałem wcześniej, wydaje mi się, że dużym problemem jest niedojrzałość wiary w rodzinach i we wspólnotach parafialnych. Nie chodzi o to, że ludzie jakoś tam wierzą w Boga, ale o fakt, że nie jest to wiara paschalna. Wiara paschalna jest bardzo wymagająca. Jest nieustannym schodzeniem w dół, w kierunku drugiego człowieka, z miłością przebaczającą i podnoszącą. Wiara paschalna zaczyna się tam, gdzie człowiek wypuszcza z dłoni kamienie i na wzór Chrystusa ukrzyżowanego składa swoje życie w darze za drugiego człowieka. W naszej codzienności zbyt mało jest świadomego życia taką logiką, takim duchem, natomiast jest bardzo dużo agresji, hejtu, języka wojny. Apostołowie poszli za Jezusem nie dlatego, że posiadał prestiż społeczny – bo było wręcz odwrotnie – ale dlatego, że sami doświadczyli miłości Jezusa, a później zobaczyli Jego zwycięstwo nad śmiercią. Tam, gdzie Kościół żyje tą tajemnicą, rozwijają się powołania.

Podczas Zjazdu w Gnieźnie rektorzy wysłuchali referatu prof. Krzysztofa Koseły o współczesnych nastolatkach. Czy zarysowany obraz młodzieży obraz był zaskakujący? Co wniósł? Na czym, uwzględniając go, powinni się skupić duszpasterze młodzieży, pomagając rozeznać powołanie, a także seminaryjni formatorzy?

– Wykład prof. Koseły odebrałem bardzo pozytywnie. Otrzymaliśmy dokładną charakterystykę współczesnej młodzieży. Według badań socjologicznych młodzi ludzie są bardzo kreatywni i gotowi do poświęceń, ale mają problem z decyzjami na całe życie. Dorastają w świecie, w którym ciągle coś się zmienia, a każda godzina niesie nową dawkę wrażeń. Stąd mają trudności z długotrwałymi zobowiązaniami. Cechą charakterystyczną obecnego pokolenia jest spędzanie większości czasu w alternatywnym świecie internetu. Jeśli chce się spotkać młodych ludzi, to nie można pomijać przestrzeni wirtualnej.

Jeśli chodzi o wiarę, to zapamiętałem z wykładu jedną cechę. Otóż, w młodych ludziach kruszy się poczucie, że twarz Boga można zobaczyć tylko w Kościele i wierze. Młodzież dorasta w świecie, w którym zaczyna dominować twierdzenie, że oblicze prawdziwego Boga można zobaczyć w misji wspólnoty społecznej. Te spostrzeżenia powinny nas mobilizować do specyficznych działań, które nie są czymś nowym, ale być może zbyt mało cenionym. Otóż, jeśli chcemy młodych ludzi zbliżyć do Kościoła, to nie wystarczy przekazać im wiedzy religijnej, ale trzeba stworzyć im możliwość przeżycia osobowego spotkania z Jezusem Chrystusem. Do młodych nie można mówić Kodeksem Prawa Kanonicznego, ale Ewangelią! Na młodego człowieka nie można czekać, do niego trzeba wychodzić, szukać go w meandrach jego tajemniczego świata. Ale w ten jego nowy świat trzeba wchodzić z większą pokorą, traktując poważnie jego pragnienia i ideały, bez paternalizmu i narzekania na to, że rozmawiając z nami on jednocześnie obsługuje smartfona.

W którym roku ksiądz był święcony? Czy widzi Ksiądz różnice między swoimi seminaryjnymi kolegami a współczesnymi klerykami?

– Wstąpiłem do seminarium w 1995 roku, a zostałem wyświęcony w 2001 roku. Byliśmy wychowani jeszcze w czasach socjalizmu, w szkole uczyliśmy się języka rosyjskiego, a po zajęciach graliśmy w piłkę. Zasadniczo mieliśmy pełne, sakramentalne rodziny. W dużej mierze wywodziliśmy się ze wspólnot oazowych albo ministranckich. Nie musieliśmy się uczyć Kościoła i budowania relacji. To był inny świat, ale on też miał swoje deficyty. Trzeba i o tym pamiętać, że był to czas transformacji i nikt nam nie tłumaczył nowych zjawisk i zagrożeń. Przez to my też musieliśmy odrobić swoje życiowe lekcje.

Ks. prof. Pawlina zaprezentował wyniki badań ankietowych wśród kleryków. Zakończył stwierdzeniem, że portret kandydata do kapłaństwa jest daleki od ideału, ale jest nadzieja, bo ten ma przed sobą 6 lat formacji. Czy rzeczywiście seminaryjna formacja jest w stanie zaradzić tym różnym brakom kleryków? Jakie ma do tego narzędzia? Jakie słabe strony kandydatów do kapłaństwa stanowią dla formatorów największe wyzwanie?

– Czas formacji w seminarium jest wystarczająco długi, żeby w kandydatach do kapłaństwa zostały zainicjowane poważne procesy przemiany, tak na płaszczyźnie duchowej, jak i ludzkiej. W naszym seminarium w Legnicy formacja trwa siedem lat, ponieważ po piątym roku klerycy udają się na cały rok do parafii, aby przeżyć etap pastoralny w samym sercu otaczającego świata. To też może bardzo pomóc. Poza tym coraz częściej proces formacji jest zindywidualizowany. Wykorzystujemy w nim różne narzędzia wypracowane przez współczesne szkoły duchowości, ale też przez psychologów i psychoterapeutów. Staramy się o integralny rozwój kandydatów do kapłaństwa. Jednak owoc naszej pracy nie zależy od długości trwania seminarium i doskonałości stosowanych narzędzi, ale od szczerości kleryka i jego osobistego zaangażowania się w formację.

Jeśli chcemy młodych ludzi zbliżyć do Kościoła, to nie wystarczy przekazać im wiedzy religijnej, ale trzeba stworzyć im możliwość przeżycia osobowego spotkania z Jezusem

Muszę przyznać, że w ostatnim czasie bardzo mocno zaskakuje mnie odwaga kleryków do stawania w prawdzie. To pokazuje, że młodzi ludzie mają zaufanie do tego, co im proponujemy w seminarium. Ostatecznie często walczymy nie tyle o powołanie, co raczej o normalne życie. Pamiętam, jak przed kilku laty ojciec jednego z naszych kleryków podszedł do mnie i powiedział: „Uratowaliście mojemu synowi życie”. To było bardzo mocne.

W badaniach ks. Pawliny zaskoczył mnie spadek wiedzy religijnej, nawet w kwestiach, które powinny być oczywiste dla dzieci pierwszokomunijnych. Jak to możliwe po wieloletniej katechezie i egzaminach wstępnych do seminarium?

– W encyklice „Redemptoris missio” św. Jan Paweł II napisał, że „wiara umacnia się, gdy jest przekazywana”. Sądzę, że to jest klucz do rozwiązania zagadki słabej wiedzy religijnej młodych ludzi, którzy mają za sobą 12-13 lat katechezy szkolnej. Jeśli o czymś opowiadam, a dodatkowo jestem do tego głęboko przekonany, bo należę do wspólnoty, w której pod wpływem Ewangelii i nauczania Kościoła dzieją się niezwykłe rzeczy, to taka wiedza staje się doświadczeniem, które nie ulatuje z człowieka tak łatwo jak wykute na pamięć definicje. Wiedzy religijnej nie można oderwać od doświadczenia wiary, bo wtedy jest katastrofa. Musimy w Kościele zadać sobie poważnie pytanie o to, co dajemy dzieciom i młodzieży oprócz lekcji religii. Czy dajemy im możliwość przeżywania wiary w mniejszych wspólnotach, dzielenia się wiarą? Żeby się nasycić, nie wystarczy poznać przepis na chleb, trzeba jeszcze wyrobić ciasto i po prostu go upiec.

Co dla Księdza oznacza fakt, że tylko 2,4 proc. przyszłych księży chce uczyć religii?

– Ja to rozumiem tak, że w większości młodzi kapłani nie boją się ewangelizować, ale mają opory wobec tego wszystkiego, co wiąże się z rzeczywistością szkoły. Przez ostatnie lata katecheza w szkole była przedstawiana w różnych kręgach naszego społeczeństwa jako zbyteczna. Ten przekaz trafia do uczniów i rodziców, a w konsekwencji w naturalny sposób przekłada się na zaangażowanie i dyscyplinę podczas zajęć. Poza tym coraz częściej katecheci spotykają w salach lekcyjnych osoby, które nie mają żadnej więzi z Kościołem. Wskutek tego lekcje religii, zamiast kształtować postawy wiary, stają się apologią chrześcijaństwa. Nauczanie po kilka godzin dziennie na Areopagu, w dodatku bezowocne, może męczyć i zniechęcać.

Ks. Pawlina zauważył, że klerycy „bardziej podkreślają swoje uświęcenie w kapłaństwie niż służbę w Kościele. Samorealizacja dominuje nad posługą w przyszłości” – czy to pozytywna tendencja? Jak Ksiądz rozumie tę kwestię?

– W sferze wiary taka tendencja jest moim zdaniem swoistym zaburzeniem. Nie można iść za Jezusem z własnym programem. Ostatecznie nie da się też zachować sakwy ze swoimi drogocennymi skarbami, nawet jeśli to są wielkie talenty. Oczywiście, może być tak, że Pan Bóg będzie się nimi posługiwał, ale może też zażądać oderwania się od nich. Najlepszym przykładem może być św. Maksymilian M. Kolbe, człowiek ogromnie utalentowany, z wielkim zmysłem organizacyjnym. Ale przyszedł moment, gdy Pan Bóg chciał „popracować” jego ubóstwem. Każdy wie, co z tego wyrosło…

40 proc. badanych kleryków uważa, że informacje o nadużyciach seksualnych duchownych są atakiem na Kościół. Patrzą na tę kwestię inaczej niż ostatni papieże, którzy przecież dziękowali mediom za ujawnianie tych skandalicznych sytuacji. Jak Ksiądz jako rektor rozmawia o tych sprawach z klerykami?

– Mam nieco ułatwione zadanie, ponieważ jestem jednocześnie delegatem biskupa ds. ochrony dzieci i młodzieży, więc nie muszę opierać się na przekazach medialnych. Mówię klerykom jaka jest rzeczywista skala problemu. Bo faktem jest, że problem wykorzystania seksualnego osób małoletnich w Kościele istnieje i to są głębokie rany. W niektórych przypadkach sposób nagłaśniania tych spraw w odniesieniu do Kościoła może jednak sprawiać wrażenie nieproporcjonalności. Ocena takiego stanu rzeczy nie powinna nas jednak zbytnio angażować, bo jako ludzie wierzący w Chrystusa musimy mieć zawsze przed oczami człowieka, zwłaszcza tego pokrzywdzonego, a nie statystyki.

Nie rozumiemy wszystkiego, co się dzieje. Ważne jest jednak, byśmy w obliczu ruiny, która tu i ówdzie się pojawia, nie zwątpili w wierność Boga

Wielokrotnie mówiłem klerykom w naszym seminarium, że sytuacja współczesnego Kościoła kryje w sobie podobieństwo do najazdu Nabuchodonozora i wojsk babilońskich na Jerozolimę w VI w. przed Chr. Sam ten fakt był gorzką konsekwencją złamania przymierza z Bogiem, a więc grzechu. W momencie kryzysu Żydzi jednak niewiele rozumieli z tego, co się działo, zwłaszcza, że stało się coś niebywałego – została zrabowana i zburzona świątynia. To był swoisty koniec ich świata. Ale z czasem, stojąc na gruzach świątyni, zaczęli interpretować to wszystko w innym kluczu, widząc zasadność takiego działania Boga, który posłużył się Nabuchodonozorem, aby wyprowadzić swój lud z iluzji, z niewiary, z zakłamania.

My teraz też nie rozumiemy wszystkiego, co się dzieje. Ważne jest jednak, byśmy w obliczu ruiny, która tu i ówdzie się pojawia, nie zwątpili w wierność Boga, w to, że historia jest zawsze pod Jego kontrolą.

Jak wyglądają w czasie formacji seminaryjnej działania prewencyjne, by do święceń nie zostały dopuszczone osoby, które nie radząc sobie ze swoją seksualnością, mogłyby krzywdzić innych, zwłaszcza dzieci?

– To są różne działania, począwszy od badań psychologicznych, poprzez terapie, z których korzysta 30 proc. alumnów, aż do szkoleń prowadzonych przez osoby z Centrum Ochrony Dziecka. Każdy kleryk ma też możliwość korzystania ze wsparcia pani psycholog, która jest do stałej dyspozycji. W programie studiów znajduje się też duża liczba zajęć z psychologii.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Ważne jest, żeby zagadnienia z zakresu seksualności, ale też związanych z tą sferą zagrożeń, pojawiały się w naturalny sposób w głoszonych konferencjach i homiliach, bo są przecież częścią ludzkiego życia. Wiem, że nasi ojcowie duchowni zwracają baczną uwagę na to, czy alumni są odpowiednio dojrzali i wewnętrznie zintegrowani, np. czy nie ma w nich mechanizmów wypierania trudnych wydarzeń z przeszłości. W tym roku chciałbym zintensyfikować działania prewencyjne, ale czekam na osoby z naszej diecezji, które za 5 miesięcy skończą studia w tym zakresie na Ignatianum w Krakowie. Liczę na ich fachową pomoc.

Bardzo dziękuję za rozmowę!

Ks. Piotr Kot – ur. 1975, prezbiter diecezji legnickiej, doktor nauk teologicznych (teologia biblijna) KUL w Lublinie, lic. nauk biblijnych Papieskiego Instytutu Nauk Biblijnych w Rzymie; lic. nauk historycznych (patrologia) KUL. Po święceniach kapłańskich posługiwał jako wikariusz w Wałbrzychu i Legnicy, natomiast po studiach pracował rok w USA (Chicago i Los Angeles). Od 2013 roku rektor Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Legnickiej, ale także koordynator duszpasterstwa młodzieży w diecezji legnickiej i delegat biskupa ds. ochrony dzieci i młodzieży; wykłada j. hebrajski, j. aramejski, egzegezę Nowego Testamentu. Związany z Ruchem Światło-Życie i duszpasterstwem akademickim. Interesuje się językami biblijnymi i historią Kościoła, zwłaszcza starożytną. Wiosną tego roku wraz z klerykami posługiwał na zamkniętym oddziale dla zarażonych koronawirusem w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym Caritas w Jeleniej Górze.

Przeczytaj też „Portret daleki od ideału. Kim są wstępujący do seminarium?” oraz nasze teksty o wyzwaniach stojących przed współczesną formacją seminaryjną.

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (3)

Mądry wywiad, jak naprawić to co jest, ale nie jak zastąpić czymś innym, jak to się stało po Trydencie, gdy formacja seminaryjna zastąpiła przysposabianie do kapłaństwa wyróżniającego się ministranta przez proboszcza. Czy teraz też Kościół nie potrzebuje czegoś nowego? Nie napiszę, bo biskupi nie zapraszają postronnych katolików do troski o Kościół w wymiarze większym niż osobisty.

„Wiara paschalna zaczyna się tam, gdzie człowiek wypuszcza z dłoni kamienie i na wzór Chrystusa ukrzyżowanego składa swoje życie w darze za drugiego człowieka. ” Taką postawę widzimy oczywiście wśród biskupów. Miłość wprost wylewa się z ich kazań. To prawdziwy wzór kapłanów, którzy staja w prawdzie, nie dbają o splendor, wygody, rozmawiają z grzesznikami, są razem ze swoją wspólnotą. Prawdziwy wzór dla przyszłych kapłanów jak zrobić karierę.

” wyprowadzić z iluzji, z niewiary, z zakłamania.” Być może należałoby zacząć od podstaw.

„Kapłani będą zawsze potrzebni, bo bez nich nie ma życia sakramentalnego w Kościele… ponieważ tak chciał Jezus Chrystus”

W kontekście Ewangelii powyższe sztwierdzenie .budzi zdumienie.

Nikt nie kwestionuje tego, że kapłani są potrzebni ze względów organizacyjnych i porządkowych. Ale, aby mogli dobrze pełnić swoje funkcje powinni, przede wszystkim, być wystarczająco dobre osadzeni w rzeczywistości.

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.