Jesień 2020, nr 3

Zamów

Kard. Nycz: Tłumów już nie będzie

Kard. Kazimierz Nycz. Fot. episkopat.pl

Musimy nauczyć się radować spotkaniem nawet z jednym człowiekiem, jeśli przyszedł tylko ten jeden – mówi kard. Kazimierz Nycz w wywiadzie Katolickiej Agencji Informacyjnej.

Tomasz Królak (KAI): Przed sierpniowymi obradami biskupów w Częstochowie zapowiadano, że odbędzie się dyskusja o plusach i minusach nauczania religii w szkołach w związku z 30. rocznicą jej powrotu do szkół. Jak wypadło to podsumowanie?

Kard. Kazimierz Nycz: Rozmowa była nadzwyczaj dobra, poprzedzona dwoma wykładami ekspertów. Pierwszy dotyczył głównie założeń teoretycznych katechezy w szkole, drugi był głosem wizytatora, który jako praktyk zna temat lekcji religii na wylot.

Późniejsza, bardzo konkretna dyskusja podejmowała problemy jakie się nazbierały w ciągu tych 30 lat. Była też mowa o tym, jak ma się katecheza dzisiaj, po tych 30 latach w perspektywie założeń, które przyjęliśmy przed laty wchodząc, nieco w pośpiechu, do szkoły. Bo, przypomnę, decyzja zapadła podczas zebrania episkopatu w Krakowie, w czerwcu 1990 roku, a dwa miesiące później odbywały się już pierwsze zajęcia.

Jakie są wnioski z tego bilansu? Dostrzeżono jakieś problemy?

– Warto najpierw zaznaczyć, że to był powrót do sytuacji, która była i jest obecna jest w znakomitej większości krajów europejskich, jak Niemcy, Włochy czy Hiszpania. Czy te 30 lat nieobecności szkolnej katechezy wybiło nas z rytmu? Z pewnością tak, ale też trzeba pamiętać, że katecheza przy parafii, wypracowana w okresie od lat 60., organizowana właściwie od zera, od nauki w kościołach (bo nie było jeszcze tych małych salek, nie było katechetów) – otóż ta katecheza miała swoją ogromną wartość. Przede wszystkim bardzo mocno wiązała katechezę rodzin, zwłaszcza rodziców, z katechezą parafialną i z katechezą dzieci i młodzieży. W 1990 roku mieliśmy już więc doświadczenie katechezy przyparafialnej, prowadzonej dla poszczególnych klas szkolnych, w miastach zaś łączono niestety kilka klas w grupę, bo nie było innych możliwości.

Natomiast dokonany w 1990 roku powrót katechezy do szkół oceniliśmy jako decyzję słuszną. Główne założenia, a więc żeby wychowanie i edukacja szkolna były kompletne, także od strony przedmiotu, nazwijmy to, etycznego, światopoglądowego, czy wprost religijnego – sprawdziło się. Myślę też, że na takie rozwiązanie społeczeństwo wyraźnie oczekiwało, wspólnie z władzami państwowymi, wolnego, niepodległego już państwa. Choć pamiętamy, że nie brakowało też głosów przeciwnych. Dyskusja medialna była gorąca.

Dziś coraz częściej pojawiają się głosy, także wśród biskupów, że niezbędne jest uzupełnienie katechezy szkolnej zajęciami w salach parafialnych. Czy to dobry pomysł?

– Od początku powrotu lekcji religii do szkół zakładaliśmy, że będziemy tam realizować to, co da się w szkole zrobić, ale nie rezygnujemy z katechezy przy parafii. Od początku była więc założona komplementarność lekcji religii w szkole i przy parafii.

Ale czy to założenie było realizowane?

– To jest pytanie, bo wiele parafii, może nawet większość, odetchnęło z ulgą. Pomyślano sobie: wszystko weźmie szkoła. I pozamykaliśmy salki katechetyczne. Natomiast już wtedy część proboszczów, rodziców, duchowieństwa i katechetów doskonale wyczuwała, że nie wszystko da się zrobić w szkole; że to założenie komplementarności katechezy szkolnej i parafialnej było czymś absolutnie potrzebnym, obowiązującym.

Dziś, po 30 latach, musimy powiedzieć, że troszkę nam się stało za cicho w salkach parafialnych, zwłaszcza jeśli chodzi o wymiar katechezy sakramentalnej, zarówno co do I Komunii świętej, jak i bierzmowania. Są oczywiście spotkania przez rok w klasie III czy przed bierzmowaniem, ale to na pewno nie wystarcza, potrzeby są większe. To jedna z najważniejszych rzeczy do przemyślenia, mocno podnoszona przez biskupów podczas dyskusji.

Kiedyś bardzo często narzekaliśmy, że rodzice „oddawali” dzieci szkole, jakby chcieli powiedzieć: zajmijcie się ich wychowaniem religijnym. Cóż, w pewnym sensie parafia też oddała do szkoły „swoje” dzieci i młodzież, i odetchnęła z ulgą uznając, że to wystarczy. Jednak rzeczywistość pokazała, że absolutnie nie wystarczy. Dlatego główny postulat, który pada w ciągu ostatnich lat, a pojawił się też na ostatniej konferencji episkopatu, mówi o konieczności prowadzenia katechezy równolegle: w rodzinie, w szkole i w parafii.

W lekcjach religii uczestniczy coraz mniejsza liczba uczniów, choć w różnych regionach wygląda to różnie. Dlaczego odchodzą? Może coś jednak w tej szkolnej katechezie nie wyszło?

– W pierwszych latach rzeczywiście ten entuzjazm z powodu powrotu tych zajęć do szkół był dużo, dużo większy i o tym świadczy także frekwencja. W szkołach podstawowych wynosiła ona prawie 95 procent, a gdzieniegdzie nawet więcej. Na religię nie chodził tylko ktoś innego wyznania lub innej wiary. Jeśli zaś chodzi o młodzież, to chciałbym zaznaczyć, że w religii w szkole uczestniczyli i ci, którzy nie przychodzili do parafii. Nie idealizujmy więc katechezy parafialnej pod każdym względem. Owszem, miała ona swoje ogromne plusy wynikające z bliskiego związku z parafią, z kościołem parafialnym. Z pewnością łatwiejsze było osiąganie takich celów jak wtajemniczenie chrześcijańskie czy właściwa katecheza, rozumiana jako przekaz Słowa Bożego. Tak, parafia stwarzała szczególne warunki w tym względzie. Ale też, nie czarujmy się: kiedy w swojej młodości uczyłem przy parafii dzieci ze szkoły podstawowej czy średniej, to, jak pamiętam, ta frekwencja wcale nie był tak wysoka, jak to się nam wydaje dzisiaj, ex post. Jeśli chodzi o szkoły zawodowe, a przecież wtedy większość młodzieży do takich właśnie chodziła, to problemy z frekwencją też były duże.

Natomiast jest faktem, że w ciągu tych 30 lat dokonuje się pełzający spadek frekwencji dzieci i młodzieży w Kościele i na katechezie w szkole. Geografia tego zjawiska jest jednak różna: na południu i wschodzie Polski, w diecezjach o charakterze bardziej tradycyjnym i wiejskim, frekwencja w szkołach podstawowych nadal jest bardzo duża, przekracza 90 proc., a w liceach dochodzi do tego pułapu. Inny jest obraz katechezy w dużych miastach, takich jak Warszawa, Poznań, Łódź czy Kraków, gdzie frekwencja jest wyraźnie, nawet o kilkadziesiąt procent, mniejsza. Trzeba na to patrzeć z troską i zapytywać, także siebie, o przyczyny.

No właśnie, gdzie one tkwią?

– Na pewno nie tylko po stronie młodzieży i rodziców, ani nie tylko po stronie szkoły, lecz także po stronie Kościoła, katechetów i ich formacji katechetycznej – i o tych rzeczach także dużo mówiliśmy.

O tej formacji jest mowa także w wydanym niedawno watykańskim dyrektorium katechetycznym. Mówi się w nim, że Kościół powinien szukać nowych sposobów przekazu wiary w obliczu wyzwań, które stawia świat cyfrowy i globalizacja kultury. Jak realizacja tego wskazania powinna wyglądać w polskich realiach?

– Wspomniałem, że na katechezie szkolnej nie można zrealizować wszystkich celów, jakim powinna ona służyć. A watykańskie dyrektorium dokładnie pokazuje, dlaczego nie jest to możliwe. Otóż dokumenty Kościoła – nowe i poprzednie dyrektoria, adhortacja Jana Pawła II „Catechesi Tradendae”, ale i nasze dyrektorium sprzed 20 lat – poświęcają katechezie w szkole mniej więcej jedną czwartą tekstu. Natomiast większa część dotyczy natury, istoty, celów katechezy. Jest ona zawsze posługą słowa w Kościele ku umacnianiu wiary, przy czym na pierwszym miejscu – i tak jest od czasu Soboru – mówi się o katechezie dorosłych, w tym rodziców. Na drugim: o katechezie studentów, młodzieży i dzieci. Wydaje się więc, że gdzieś zagubiliśmy pewną proporcję pomiędzy tymi trzema rodzajami katechezy.

Powinniśmy zacząć inaczej myśleć na temat współpracy rodziny, parafii i szkoły, ale także o tym, co proponujemy w katechezie dorosłych po to, żeby dorośli, rodzice byli pierwszymi katechetami swoich dzieci. Tak jak w parafii pierwszym katechetą jest proboszcz i jego współpracownicy. Natomiast jeśli ograniczymy się tylko do szkoły, to jak gdyby pozbawiamy się tych dwóch wielkich przestrzeni: rodziny i parafii. Nie można uważać szkoły za jedyne miejsce katechezy, choć jest to miejsce bardzo ważne.

Trzeba też mieć na uwadze, i o tym mówi nowe dyrektorium, inność współczesnej młodzieży i inność jej oczekiwań wobec nauczycieli, wychowawców i katechetów. Dziś dominującą pozycję w wychowaniu i nauczaniu zajął internet i nowoczesne środki przekazu, także w procesie nauczania i wychowania. Niestety, często te środki, źle wykorzystywane, stają się wielkim antywychowawcą. Kościół jednak nie ucieknie od tej nowoczesności, jeśli pragnie znaleźć drogę do młodego pokolenia, by ich podprowadzić do ewangelii.

Gdzieś zagubiliśmy proporcję między katechezą dzieci a katechezą dorosłych

Dlatego dziś – zarówno w katechezie parafialnej jak i, zwłaszcza, szkolnej – należy mówić o wykorzystywaniu nowoczesnych środków elektronicznych w przekazie treści katechetycznej. W przeciwnym razie z młodzieżą po prostu się nie spotkamy. To jest wielkie wyzwanie stojące przed dzisiejszą katechezą. Kościół nie może zastępować głoszenia Słowa Bożego w katechezie i na ambonie, ale to głoszenie musi być wspierane w innych przestrzeniach.

Konieczne jest też przemyślenie podstawy programowej katechezy szkolnej w kierunku tego, co z celów i zadań katechezy można zrobić w szkole, określając jednocześnie, co trzeba pozostawić do realizacji w parafii. Jeżeli bowiem weźmiemy pod uwagę cztery główne zadania katechezy, jakimi są: preewangelizacja, ewangelizacja, wtajemniczenie i właściwa katecheza, to dwa pierwsze założenia można owocnie zrealizować w szkole, natomiast pozostałe, powiedzmy to sobie szczerze, są nieosiągalne do końca bez udziału parafii.

Co do szkoły, to musimy się programowo przestawić, także poprzez właściwą formację katechetów, w kierunku dwóch pierwszych zadań, a więc preewangelizacji i ewangelizacji. Myślę, że próba głoszenia od razu głębokiego orędzia kerygmatycznego, bez poprzedzenia tego procesu pewną bazą kulturową, jest czymś bardzo ograniczającym możliwości religii w szkole. Ponadto, jeśli chcemy być przyjęci przez tych, którzy na te lekcje przychodzą, choć z ich wiarą jest jeszcze bardzo różnie, to możemy do nich trafić właśnie tymi elementami preewangelizacji i kultury i to bardzo szeroko pojętej. Bo nawet jeśli ktoś poprzez takie zajęcia nie dojdzie do wiary głębokiej (może stanie się to za 10 czy 20 lat?), to już dziś możemy mu dać przygotowanie i wiedzę, która pomoże mu żyć w świecie i rozumieć ten świat, który wyrasta z kultury chrześcijańskiej. I o tym ewangelizacyjnym wymiarze katechezy mówi dużo nowe dyrektorium o katechezie.

Bo nie o wszystkim trzeba mówić wprost, a miejscem spotkania z religią, sacrum, duchowością, etyką może być właśnie kultura…

– Tak, tą płaszczyzną może być literatura, architektura, malarstwo, muzyka. To jest pole do szerokiej współpracy ze szkołą, to jest szansa na integrację międzyprzedmiotową. Bo przecież współpraca historyka, nauczyciela muzyki i katechety może przynieść świetne rezultaty na polu wspomnianej preewangelizacji czy nawet ewangelizacji.

Czy uda się zatem powstrzymać proces pełzającego ale widocznego jednak, wykruszania się uczniów ze szkolnej katechezy?

– Myślę, że jest to nie tylko problem katechezy. Należymy do tych krajów świata, w których tzw. laicyzacja w młodym pokoleniu dokonuje się najszybciej. Nie można powiedzieć, że pewne procesy nas nie dotyczą czy nie będą dotykać. Trzeba się z nimi liczyć, ale też mądrze robić swoje, żeby tymi procesami się zmierzyć. Jak? Przede wszystkim przez solidną formację duszpasterzy i katechetów, zarówno duchownych jak i świeckich, a wśród nich na pierwszym miejscu rodziców. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bez rodziców większości nowych wyzwań nie udźwigniemy.

Przyznajmy, że czasem, może nie z zaniedbania, ale z pewnej wygody lub zbytniego zaufania do możliwości szkoły, nie dopilnowaliśmy do końca tej równowagi miejsc katechezy, a więc domu rodzinnego, parafii i szkoły. I do tego trzeba wrócić. Natomiast resztę zostawmy Panu Bogu.

Jeżeli ktoś uważa, że jeśli do parafii na formację w grupach, nie przyjdzie 100 czy 50 procent uczniów, to nie warto robić spotkania, to z takim myśleniem nie ujedziemy za daleko. Musimy nauczyć się cieszyć małą grupką, cieszyć się tymi, którzy pojawili się, żeby przechodzić wtajemniczenie chrześcijańskie we wspólnocie przy parafii czy w ruchu – Neokatechumenacie, Odnowie w Duchu Świętym czy Ruchu Światło-Życie. Trzeba się nimi cieszyć. Już pewnie nigdy nie będzie takich tłumów jak wówczas, gdy na powakacyjnych rekolekcjach Ruchu Światło-Życie w diecezji warszawskiej, katowickiej czy krakowskiej pojawiały się grube tysiące młodych ludzi. Dziś musimy nauczyć się radować spotkaniem nawet z jednym człowiekiem, jeśli przyszedł tylko ten jeden. A jeżeli jest to nieduża choćby wspólnota – cieszyć się tym jeszcze bardziej.

Nie idealizujmy katechezy parafialnej. Kiedy w młodości uczyłem przy parafii dzieci ze szkoły podstawowej czy średniej, frekwencja nie była wcale wysoka

Niezbędne jest więc „dopełnianie” szkolnej lekcji religii w parafii propozycją żywych grup, ruchów, wspólnot, żeby spełnić ten postulat wtajemniczenia i katechezy jako głoszenia Słowa Bożego wierzącym. Ale zanim to będzie możliwe, trzeba do tej wiary „podprowadzić”. I to robimy między innymi w szkole. Nie znaczy to, że nasza obecność w szkole jest mniej ważna. Nie, jest bardzo ważna, bo jeżeli będziemy czekać na ludzi tylko w kościele, to na niektórych możemy się nigdy nie doczekać. Przez katechezę w szkole młodzież nam zostaje „dana i zadana”.

W nowym watykańskim dyrektorium jest powiedziane, że parafia musi być misyjna, ewangelizacyjna, musi wychodzić do ludzi. Szkoła jest w tym kontekście miejscem doskonałym. A pandemia pokazała, że w tym czasie skuteczniej mogli zaprosić uczniów do parafii ci katecheci, którzy wcześniej mieli z młodymi dobry kontakt także w szkole.

I w ten sposób dochodzimy do tematu tegorocznego Tygodnia Wychowania – „Budujmy więzi”…

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

– Pandemia pokazała, że przed komputerem brakuje tej realnej więzi, spotkania osób, grupy i żywego kontaktu z nauczycielem. Nie wszystkie cele katechezy i nauczania udawało się zrealizować w nauczaniu zdalnym. Budowanie więzi jest naszym zadaniem, także w katechezie i poprzez nią.

Jest rzeczą bardzo ważną, by nie zabrakło nam dobrych katechetów i dobrych kandydatów do katechezy. Nie ma co ukrywać: zaczyna to być problemem społecznym czy demograficznym. 30 lat temu do katechezy wyszło ponad 10 tysięcy nowych katechetów. Pełnią piękną i ważną misję Kościoła katechizującego. Trzeba myśleć o ich następcach, żeby za 5-10 lat byli ludzie dobrze przygotowani do przejęcia ich zadań.

O wyzwaniach współczesnej katechezy przeczytacie w książce ks. Damiana Wyżkiewicza i Dawida Gospodarka „Ostatni dzwonek”, która właśnie ukazała się w Wydawnictwie Więź

Podziel się

Wiadomość

Komentarze (31)

Abp Nycz jest jednym z nielicznych biskupów, z którym bym chętnie porozmawiał o katechezie w szkole. Mówi ciekawie. Byłoby się o co spierać. Bardzo bym chciał np. wiedzieć, jak rozumieć „troszkę nam się stało za cicho w salkach parafialnych” albo „Trzeba na to patrzeć z troską i zapytywać, także siebie, o przyczyny.”

Najbardziej bym się uczepił tej frekwencji. Kiedyś myślałem sobie, że można frekwencję na niedzielnej mszy zwiększyć jakimś kijem typu „mandat za nieusprawiedliwioną nieobecność” albo jeszcze lepiej marchewką typu „wśród uczestników nabożeństwa losujemy smartfona, a na rezurekcji z całorocznej frekwencji losujemy samochód”. Wiem, że nie o to chodzi, ale sposób myślenia o frekwencji na religii i jej wymuszania kijem & marchewką różni się niewiele.

Załapałem się na religię w szkole jeszcze jako uczeń, a potem zdarzyło mi się prowadzić religię jako nauczyciel. Wywód jest wynikiem tych doświadczeń, w których prymitywizmu było bardzo dużo. Szczególnie w podejściu kolegów/uczniów. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego my – Kościół na to pozwalamy, ba, tworzymy mechanizmy wspierające takie podejście.

Najlepiej byłoby aby biskupi posłuchali samej młodzieży co sądzą o katechezie w szkole i jak ona naprawdę wygląda. Dowiedzieliby się wtedy bardzo ciekawych rzeczy, a przede wszystkim tego, że wiarygodność Kościoła instytucjonalnego mocno podupadła za sprawą wielu biskupów, którzy mają na sumieniu zamiatanie pod dywan afer pedofilskich i seksualnych z udziałem księży. Młodzi ludzie dostrzegają to zakłamanie i hipokryzję. To jest główny problem Kościoła, którzy rzutuje na postęp laicyzacji w Polsce.

mimo tych wszystkich mankamentów katechezę trzeba prowadzić, a nadto można też wiele powiedzieć o patologii rodzi, o ich antyświadectwie religijnym wobec młodego pokolenia, i co rodzice maja zrezygnować z działania wychowawczego?

@irek
Piotr napisał „Młodzi ludzie dostrzegają to zakłamanie i hipokryzję. ”
Myślisz, że dorośli nie dostrzegają zakłamania i hipokryzji ? że nie mówią o tym przy stole rodzinnym i dzieci tego nie słyszą ?
Uzdrowić kościół można nie przez katechezę tylko przez uzdrowienie najpierw samej hierarchii / duchowieństwa / struktury. Niech dadzą przykład to ktoś może się zastanowi.
A tak doprowadziliśmy że nawet już kapłani odchodzą z… kościoła katolickiego !
Umoczonych w jakiś sposób biskupów w krycie pedofilii lub w samą pedofilię jest już tylu że to woła o pomstę do nieba !

O wyzwaniach katechezy szkolnej i w ogóle podtrzymania żywej wiary w młodych pokoleniach (w tym popełnionych przez Kościół błędach i zaniedbaniach) kard. Nycz mówi bardzo delikatnie, jakby półgębkiem. Ale najistotniejszy problem, zupełnie pominięty w rozmowie dla KAI, to kontekst ogólny, czyli – powiedziałbym – „katecheza” głoszona przez Kościół całemu społeczeństwu. Pracując przez dwa lata jako katecheta w liceum, mogłem się przekonać, że młodzież chłonie jak gąbka nastawienie i sposób widzenia Kościoła przez rodziców. Jesli na lekcje religii w szkole (na poziomie podstawowym przynajmniej) do niedawna uczęszczało ok. 90 procent uczniów, a praktykujących w Polsce jest maksimum, 40 procent dorosłych, to znaczy, ze co najmniej połowa klasy nie wynosi z domu żadnej formacji religijnej. A jesli teraz spośród tych 40 proc. rodziców praktykujacych, spora część jest przekazem kościelnym zawiedziona, to choćby katecheci stawali na głowie, myśląca i z natury rzeczy oporna wszelkiej indoktrynacji młodzież, słysząc, co mówią rodzice w domu przy stole, nie będzie chciała uczestniczyć w lekcjach religii. Katecheza szkolna nie jest „samotną enklawą”, jest wypadkową i elementem szeroko pojmowanego nauczania Kościoła. A to nauczanie jest w głębokiej zapaści. Uzdrowić i ożywić trzeba cały Kościół, a nie tylko samą katechezę. O tym wszystkim nie da się mówić półgebkiem…,

Ale to wszystko co pan napisał faktycznie świadczy o fatalnej postawie rodziców wobec swych dzieci, bo to oni są pierwszymi katechetami dzieci i młodzieży – przez świadectwo życia. I co z tego, że np. katechetka uczy o codziennej modlitwie, o niedzielnej Mszy św., o mówieniu prawdy, jak w domu nikt się nie modli, jak w niedzielę do kościoła nikt nie idzie, jak w domu wszyscy kłamią.

„…jak w domu wszyscy kłamią”…? A cóż to za wizja człowieka i polskiej rodziny?! Kto nie chodzi w niedzielę do kościoła, ten jest w domu kłamcą i niemoralnie wychowuje dzieci? Jeśli pani katechetka czy ksiądz katecheta taki przekaz o rodzicach dają swoim uczniom, to dopiero jest zachowanie niemoralne i odstręczające! Najłatwiej zwalić całą winę na rodziców. Taki motyw już słyszałem w liście biskupów o katechezie na 20-leciie jej wprowadzenia do szkół (w roku 2010): że jeśli coś jeszcze idzie nie tak jak trzeba z katechezą szkolną, to dlatego, że… rodzice się nie modlą… Najlepiej więc zabrać dzieci spod kurateli zdechrystianizowanych lewackich rodziców i umieścić je w kościelnych zakładach wychowawczych?… Tak jak to było w Irlandii?…

Mam pytanie praktyczne. W ciągu ostatnich 10 lat 2 razy rozmawiałem z kolegami z pracy, którzy deklarują się jako niewierzący (razem ze swoimi drugimi połówkami), ale dzieci na religię posyłają. Tłumaczyć im, że to nie jest w porządku, czy zdać wszystko na Bożą łaskę?

Ale czemu to ma być nie w porządku? Przecież płacą za te lekcje ze swoich podatków. Tym bardziej, jeśli lekcje są w środku zajęć i alternatywą wynudzenia się na religii, ale z całą klasą, jest nuda i samotność podczas siedzenia w bibliotece albo na korytarzu. Wydaje mi się, że mogą też jeszcze istnieć osoby, dla których niechodzenie na religię jest dowodem braku jakiejkolwiek duchowości – może ci rodzice boją się takich ocen?

Chyba istnieją, nawet prezes Kaczyński otwarcie deklaruje, że alternatywą wobec katolicyzmu jest nihilizm moralny. To oczywiście prymitywna i śmieszna teza, ale może są ludzie, którzy ją akceptują.

Listopad, druga klasa szkoły podstawowej, za pół roku dzieci mają pierwszą komunię. W poniedziałek na religii chcę zacząć od niedzielnej ewangelii. Z 15 dzieci w klasie na mszy niedzielnej było jedno. Nie uważam, że to było w porządku. Jak za kilka lekcji katecheta ma mówić o trzecim przykazaniu? Jest w programie, trudno akurat to opuścić albo zagadać jakąś pobożną nowomową.

„I co z tego, że np. katechetka uczy o codziennej modlitwie, o niedzielnej Mszy św., o mówieniu prawdy, jak w domu nikt się nie modli, jak w niedzielę do kościoła nikt nie idzie, jak w domu wszyscy kłamią” Kogoś tu pogięło i to na max, jak się nie modle przy rosole i nie biegam co niedzielę skoro świt do kościółka, to jestem kłamcą i źle wychowuję swoje dzieci?

@Cezary
W pełni się zgadzam. Samą katechezą niczego nie da się naprawić.

Młodzież nie jest tak naiwna żeby nie widzieć tego zakłamania i fałszu który reprezentują sobą hierarchowie od lat (!), ich buty, pałaców, zadufania w sobie, olewania dziennikarzy, kłamstw (i to publicznych jak parę dni bp Piotr Greger który kłamał że nie zajmował się sprawą pedofila a na drugi dzień jakoś przypomniał sobie że jednak prowadził i na dodatek przeprowadził aż 4 spotkania z ofiarą i świadkami w tej sprawie !) Jak im nie wstyd ? Jak mogą rościć sobie jakiekolwiek prawo do napominania innych w kwestii moralności ! ?

Młodzież widzi też brak spójności pomiędzy wymaganiami wobec ludu Bożego (np. zakaz seksu przedmałżeńskiego etc) wobec pobłażliwości dla tych z własnych szeregów którzy dopuścili się… pedofilii (!) (czy wy się Boga nie boicie ?!)

Jak czytam jak reagowali przez dziesiątki lat biskupi to mi oczy na wierzch wychodzą z niedowierzania i wielu osobom które znam również. Jak to możliwe że osoby duchowne, z wieloletnim wykształceniem w sferze duchowości, oczytane w Piśmie Świętym, upominające jak inni mają żyć, będące „in persona Christi ” (!), mający konsekrowane dłonie (sic !) dopuszczali się takich czynów oraz jak to możliwe żeby ich przełożeni zdawałoby się (sic!) o dużych walorach moralnych… (co niektórzy nawet otrzymali medale od państwa polskiego !) mogli udawać że się nic nie stało i umożliwiać swoimi decyzjami dalsze gwałty na dzieciach !

To wszystko nie mieści się w głowie. Pamiętam jak czytałem swego czasu jako nastolatek jakieś informacje w „brukowcach” o tym, że jakiś ksiądz / proboszcz wykorzystał dziecko. Nie dawałem temu wiary, bo przecież to brukowce, nie wiarygodne prawda ? I co się okazuje po latach ? że oni wszyscy pisali prawdę ?
Cały episkopat powinien podać się do dymisji. Gdybym obecnie był kapłanem chyba spalił bym się ze wstydu z powodu całej tej sytuacji.

Rozważanie w tej sytuacji czy katecheza przywróci młodzież na łono kościoła jest po prostu śmieszne.

Zakładam, że pan jest gorliwym chrześcijańskim rodzicem – proszę w 10 zdaniach napisać jak pan dba o wiarę swoich dzieci, tak ku zbudowaniu innych rodziców i ku uzdrowieniu Kościoła

@irmina
Opisywana przez mnie sytuacja (zakłamanie i fałsz obecnych i byłych hierarchów) nie ma nic wspólnego z moją osobistą postawą w domu jako chrześcijanina (nota bene dość ogólnikowe postawienie sprawy bo protestanci to tez chrześcijanie…).

Fakt w jakiej sytuacji kościół instytucjonalny sam (sic !) się postawił nie ma nic wspólnego z tym czy modlę się 2 razy dziennie czy 5 razy dziennie. Czy jestem wkurzony na mój kościół za to co z nim zrobili / robią czy nie. Tzn. akurat to ostatnie w jakiś sposób ma wspólnego bo tak jak Terlikowski zaprzestałem udawać, że problemu nie ma i od 2 lat domagam się ujawnienia, ukarania i wyrzucenia z kapłaństwa degeneratów. Więc choć w taki sposób staram się przyczynić do oczyszczenia tej stajni Augiasza.

Zalecam zapoznać się z artykułem o. Piórkowskiego pt. „Rośnie grupa ludzi (…)” na Deonie. Po nim wyda się dość jasne, że jest coraz więcej ludzi, którzy wierzą w Boga i się modlą ale zgorszeni tym jak postępują hierarchowie kościoła (pedofilia, krycie pedofilii, publiczne kłamstwa, blichtr, pałace, jedzenie za tysiące złotych podczas gdy inni głodują, honory, medale, drogie restauracje, wyzywanie podwładnych (vide Gdańsk), kochanki lub kochankowie na boku a nawet nieślubne dzieci i inne ekscesy) a nie chcą mieć z kościołem instytucjonalnym (przynajmniej katolickim) nic wspólnego. Dla naszego kościoła to jest dramat. Jak to osądzi Bóg ? To się okaże na końcu i każdy zda ten egzamin już sam…

> Jak to osądzi Bóg ? To się okaże na końcu i każdy zda ten egzamin już sam…

No to są wciąż przypuszczenia oparte na wątłych podstawach.

Bardzo jest przykre, że pewna liczba biskupów mówi czasem publicznie bzdury, a inni z kolei ukrywali pedofilów. Nie zmienia to faktu, że wierzący rodzice powinni modlić się z dziećmi, rozmawiać o wierze, czytać, działać, a w parafiach rozkręcać różne inicjatywy (a o własną wiarę też dbać). Księża tym bardziej bo to w końcu ich powołanie i zawód. Biadolenie o hipokryzji tego czy innego biskupa może komuś sprawiać perwersyjną przyjemność, ale SAMO W SOBIE Kościoła nie naprawi. No wyobraźcie sobie świętego Franciszka, który zamiast opowiadać ubogim o Chrystusie zająłby się pisaniem listów otwartych o zepsuciu kurii rzymskiej – a zepsuta była wtedy wiele bardziej niż dzisiaj kuria gdańska czy kaliska… Oczywiście można odpowiedzieć, że święta Katarzyna Sieneńska pisała listy o zepsuciu, ale w chwilach wolnych od ewangelizacji. Kardynał Nycz słusznie mówi, choć półgębkiem i fajnie by było przekuć te przemyślenia na reanimację religii przy parafiach warszawskich

A ja uważam, że religia w szkole to wymuszenie. Religia to mój własny wybór, a nie zmuszanie mnie odpowiednio ułożonym planem lekcji, obecnością plebana na każdej uroczystości szkolnej czy punktami z zachowania za obecność na mszy w czasie uroczystości. To jest po prostu śmieszne! A mieszkam na obrzeżach Warszawy… I jeszcze jedna istotna sprawa – PO CO DWIE godziny religii w tygodniu? Wiecie, jak przeładowany jest plan lekcji dzieci? W siódmej-ósmej klasie mają po 37 godzin w tygodniu, niemal cały etat. A dzieci mają po 12-13 lat.

Antyklerykalizm jest jak najbardziej pozytywnym zjawiskiem, bo klerykalizm w Polsce czuje się bardzo dobrze, a to właśnie klerykalizm zabija wiarę. Poza tym nie posyłanie dzieci na religię w szkołach wcale nie oznacza, że chowa się je na ateistów i wrogów Kościoła. A tak właściwie kto jest wrogiem Kościoła? Rodzic krytycznie nastawiony do wybryków zepsutych księży i biskupów czy też zakłamani i zepsuci księża i biskupi?

Ba, całe średniowiecze – w wymiarze ludowym, ale nie tylko – było antyklerykalne, co widać np. w literaturze, muzyce (piosenkach). Szkoda, że konserwatyści o tym nie chcą pamiętać.

Lektura wpisów daje przekonanie, że większość komentatorów jest gotowa zaakceptować i pochwalić powojenne decyzje komunistów o wyrzuceniu religii ze szkoły.

Naprawdę ma dla Pana znaczenie, że toś wyrzucił religię ze szkół przed 75 laty? Dla mnie ma znaczenie, że kiedy dane mi było chodzić na religię do salki parafialnej, nit nie ośmielił się powiedzieć złego słowa o księdzu. Mieliśmy Papieża, kardynała Wyszyńskiego, kardynała Macharskiego, ks. Tischnera/ Dziś moje dziecko w klasie w szkole prowadzonej przez zakon, słyszy że 1/ 3 klasy to ateiści. Słyszy, że ksiądz to pedofil, że arcybiskup ma biskupa pomocniczego utrzymującego partnerkę na boku, że za siedmiu jeźdźców apokalipsy- upadku Kościoła w naszym kraju uważa się p.t. Petza, Hosera, Głodzia, Rydzyka, Jędraszewskiego, Janiaka czy Tyrawę (żeby tylko). Dla mnie ma znaczenie, że żeby młody człowiek nie zraził się do religii, muszę jechać kilkadziesiąt kilometrów na dobre, zaangażowane kazanie dla chrześcijan, wolne od maniakalnej nienawiści do „tamtych” „lewaków””gender” „singli” i kogo tam jeszcze. My na lekcjach religii maglowaliśmy starszą zakonnicę z wszystkich wątpliwości religii, dzisiaj w szkole licealista „ma to wylane”, zero aktywności, przespać, przeczekać, zapomnieć. Aktywni nie marnują czasu na lekcje religii. I to nie jest wynik działania komunistów sprzed 75 laty

@irekj
Gdyby to w jakikolwiek sposób miało pomóc kościołowi to jestem za powrotem do salek.
A co do decyzji komunistów. Wyszło cokolwiek dziwnie bo jak można łatwo zauważyć gdy religia podczas komuny była poza szkołą to kościół rósł w siłę (to wygląda jakby komuniście wbrew swojej woli zrobili wręcz przysługę, przynajmniej nie mogli kontrolować na terenie komunistycznych szkół religii…) a po powrocie religii do szkół jakoś nie rośnie a wręcz odwrotnie (sic !) pędzie na złamanie karku na zatracenie…
Jak mówi jeden dowcip „ciźbi psipadek ?)

@Piotr
I tu się pełni zgadzam. Tak jest postawa obecnie na lekcjach religii młodzieży. Zaliczyć i zapomnieć a jak się da to zrezygnować z religii. Założenie religii w szkole były inne ale rodziców i uczniów ma się w nosie to potem są tego skutki.

A nie przyszło Wam do głowy, że „religia” to po prostu nie jest przedmiot szkolny? Że ona nie pasuje do szkoły? Że jednak jest z nią coś nie tak, nawet jeśli jest najlepiej prowadzona przez najbardziej zaangażowanego katechetę z bogatym doświadczeniem pedagogicznym? Nie sądzicie, że może religia po prostu nie pasuje już do wielu rzeczy, staje się w wielu momentach zbędnym dodatkiem do rzeczywistości? Może od tego trzeba wyjść?

@sp3
Akurat z tym się zgadzam. Religia nie pasuje do obecnych szkół zupełnie. Śmiem twierdzić, że obecność religii w szkołach szkodzi…. samej religii.
Te lekcje spowszedniały, stały takim samym przedmiotem jak inne a prowadzący są opłacani przez państwo. Czy to lekcje religii katolickiej czy już państwowej ?

Wnuk wstydzi się przyznać że był ministrantem bo by się śmiali z niego że był molestowany przez księdza. Na religię nie chodzi ma 16 lat i wie swoje !

Dodaj komentarz

Twoje dane będą przetwarzane w celu publikacji komentarza, a ich administratorem będzie Towarzystwo Więź. Szczegóły: polityka prywatności.